30 grudnia 2016

Czytelnicze blaski i cienie roku 2016


Ile przeczytałam w roku 2016 - nie ważne. Ale inaczej ma się sprawa z tym co przeczytałam, a było to dwanaście miesięcy z bardzo mocnymi nazwiskami, które wzbudzają zazwyczaj wiele westchnień wśród nałogowych książkoholików.

Przeczytałam sporo dobrych książek, ale kilka perełek zasługuje na wyjątkowe wyróżnienie, a one właśnie znajdują się poniżej.

NAJLEPSZE KSIĄŻKI ROKU 2016


Nie uniknęłam niestety i książkowych rozczarowań, ale na szczęście nie było ich aż tak wiele. Poza przedstawionymi w tym poście tytułami trafiło się całkiem dosyć przeciętniaków, które nie zasłużyły na szczególną wzmiankę w podsumowaniu.

NAJGORSZE KSIĄŻKI 2016 ROKU


Plany na 2017? Nie robię. Będę po prostu czytać.

Przeczytane w 2016 roku

Styczeń:

1. Posłaniec strachu (Michael Grant)

2. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet 1 (Stieg Larsson)

3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet 2 (Stieg Larsson)

Luty:

4. Pełnia księżyca (Jim Butcher)

5. Droga królów (Brandon Sanderson)

6. Linia uskoku (Barry Eisler)

7. Przewodnik po świecie Narnii (Andrea Monda - Paolo Gulisano)

8. Beowulf (J. R. R. Tolkien)

9. Uczta dla wron 1: Cienie śmierci (George R. R. Martin)

Marzec:

10. Uczta dla wron 2: Sieć spisków (George R. R. Martin)

11. Nomen Omen (Marta Kisiel)

12. Miranda (Antoni Lange)

13. Czerwone gardło (Jo Nesbo)

14. Moja walka o każdy metr (Thomas Morgenstern)

15. Świńskim truchtem (Joanna Fabicka)

16. Noc blizn (Alan Campbell)

Kwiecień:

17. Dziewczyna, która igrała z ogniem 1 (Stieg Larsson)

18. Dziewczyna, która igrała z ogniem 2 (Stieg Larsson)

19. Władcy dinozaurów (Victor Milán)

20. Zew krwi (Nancy A. Collins)

21. Taniec ze smokami 1 (George R. R. Martin)

Maj:

22. Taniec ze smokami 2 (George R. R. Martin)

23. Hamlet (William Shakespeare)

24. Królowa zdrajców (Trudi Canavan)

Czerwiec:

25. Zamek z piasku, który runął 1 (Stieg Larsson)

26. Zamek z piasku, który runął 2 (Stieg Larsson)

27. M jak magia (Neil Gaiman)

28. Nazwanie bestii (Mike Carey)

29. Blues duchów (Jonathan Maberry)

Lipiec:

30. W zdumiewającej sprawie nakręcanego człowieka (Mark Hodder)

31. Tuzin czarnych róż (Nancy A. Collins)

Sierpień:

32. Wcielenie kusziela (Jacqueline Carey)

33. Koszmar na miarę (Robert Cichowlas & Kazimierz Kyrcz Jr.)

34. Dworzec Perdido (China Mieville)

35. Konfrontacja (Rhiannon Frater)

Wrzesień

36. Cmętarz zwieżąt (Stephen King)

Paźdzernik:

37. Song umarłych (Jonathan Maberry)

38. Powrót króla (J. R. R. Tolkien)

39. Mała księżniczka (Frances Hodgson Burnett)

Listopad:

40. Kot alchemika (Walter Moers)

41. Harry Potter i Kamień Filozoficzny (J. K. Rowling)

42. Atramentowa śmierć (Cornelia Funke)

43. Santa Olivia (Jacqueline Carey)

44. Nieznajomy (Harlan Coben)

45. Gorefikacje (Antologia)

Grudzień:

46. Przedrzeźniacz (Walter Tevis)

47. Lśnienie (STephen King)

48. Wschód złego księżyca (Jonathan Maberry)

Recenzje większości tytułów znajdują się w zakładce "Spis recenzji".

28 grudnia 2016

Lśnienie


Nie zawsze trzymam się zasady mówiącej o czytaniu książek przed zapoznaniem się z ekranizacją. Tak było też teraz, w przypadku kolejnego spotkania ze Stephenem Kingiem i jego Lśnieniem. I o ile podczas początkowych rozdziałów widziałam w roli głównego bohatera tylko Nicholsona, to przy dalszej lekturze trochę w mojej głowie się poprzestawiało i Torrance zyskał nieco inne rysy twarzy.

Jack wraz ze swoją rodziną, Winifredą (skąd się biorą takie imiona?) i Dannym przenosi się na okres od jesieni do wiosny do hotelu Panorama, gdzie pełnić ma przez te pół roku rolę dozorcy. Hotel położony jest w malowniczym, górskim otoczeniu i Jack będzie tam miał warunki do ukończenia pisanej przez siebie sztuki. Pewnego dnia natrafia w podziemiach Panoramy na prasowe wzmianki o przeszłości hotelu, a synek Jacka, Danny zakrada się wbrew zakazom do pokoju numer 217, w którym wydarzyła się tragedia.

Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego końca roku, przynajmniej pod względem czytelniczym. Przyznam się, że każdej kolejnej książki Kinga się obawiam, bo pisze on dość specyficznie i nie wszystkie tytuły, które ma pisarz na koncie i które przeczytałam podeszły mi. Nie zmienia ta faktu, że Lśnieniem jestem bardzo usatysfakcjonowana, bo, co zdarzyło mi się po raz pierwszy od dawna, książka zainteresowała mnie już pierwszymi stronami.

Postać Jacka od samego początku mi się spodobała i został on moim ulubieńcem do końca. Znakomicie czytało mi się rozdziały mu poświęcone, a co, za tym idzie, większość powieści. Oczywiście nie jest on jedynym bohaterem, bo równie ważnymi postaciami okazują się Wendy i Danny, których losy obserwowałam z równym zaangażowaniem. Pokochałam jednak kreację Jacka i nawet udało mi się znaleźć w sobie bardzo dużo zrozumienia względem jego postaci.

Panorama to przerażający hotel. Jest miejscem okrutnym, które stopniowo wywiera na Torrance'ów coraz większy wpływ. Szaleństwo postępuje i jednym z najgorszych momentów podczas czytania była chwila, w której jeszcze gdzieś podświadomie wierzyłam, że bohaterowie się uwolnią. Liczyłam na to, choć doskonale wiedziałam, jaki koniec ma ta historia. Co więcej, urzekł mnie przejmujący, pełen grozy mroźny klimat powieści. Bardzo się cieszę, że tej grudniowej pory dane mi było skosztowanie wszechobecności białego puchu, a nawet kilkumetrowych zasp, pomimo tego, że za oknem temperatura była na plusie.

U Kinga napięcie wzrasta stopniowo, lecz już od samego początku. Wciągnęłam się od razu, ale to pewnie też za sprawa dosyć niestandardowego początku, w którym Jack natychmiast zaskarbił sobie moją sympatię. To nie świadczy o mnie zbyt dobrze, że tak bardzo mnie jego postać zahipnotyzowała, a na pewno zadaje kłam nazwie bloga, ale co poradzę, Torrance ląduje wśród grona ulubionych literackich postaci.

Trochę wymęczyła mnie końcówka, w której napięcie stało się trochę zbyt przytłaczające, a wydarzenia za bardzo rozwleczone. To był moment, w którym trochę zabrakło mi dynamiki. Ale tylko trochę... Co ciekawe, to mój jedyny i stosunkowo nie wielki zarzut pod adresem Lśnienia. Całą resztę kupuję - wszelkie przejawy szaleństwa, w zasadzie spiralę szaleństwa, która się rozkręca i zbiera swoje żniwo, mroczną przeszłość Panoramy i osobiste demony Jacka - wszystko to daje znakomitą mieszankę, dzięki której powieść Stephena Kinga niesamowicie porywa.

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 540
Rok wydania: 1977 (oryginał), 2016 (wydanie kieszonkowe w Polsce)

25 grudnia 2016

TAG z Lekturami szkolnymi

Kiedy sądziłam, że już najpewniej nigdy żadnego TAGu nie zrobię i nie będę więcej zamieszczała postów z luźniejszą treścią na blogu pojawił się ON (Hrosskar) i mnie nominował. A ja naturalnie - dziękuję, bo na recenzję Lśnienia przyjdzie jeszcze chwilę poczekać. Więc skoro mamy dzisiaj pierwszy dzień świąt, ja mam po prawej stronie od kompa idealną poranną kawę i wszamałam przepyszne śniadanie, co więcej, z pidżamy nie muszę wyskakiwać, nie pozostaje nic innego jak tylko tę sielankę uzupełnić pisaniem odpowiedzi w Lekturowego Tagu. A w tle Pearl Jam.


1. Moja ukochana lektura szkolna to...
Potop. Śmieszna sprawa z tą książką - w ogóle nie chciałam czytać, aż w pewnym momencie się zawzięłam i za cel honoru sobie postawiłam skończenie tej lektury. I od czasów liceum nie sięgnęłam jeszcze po całą trylogię Sienkiewicza, ale może niebawem to nastąpi.

2. Najgorsza lektura szkolna, jaką przeczytałam, to...
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo cholera, to, co było nudne po prostu doczekiwało się lektury jedynie opracowania. Na pewno okropna była Lalka, Żeromski też mi nie podchodził, Cierpienia Młodego Wertera... Dziady, bo analizą strasznie nas katowano.

3. Pierwsza lektura, której nie przeczytałam, to…
Ha! Pamiętam! Kubuś Puchatek w klasie drugiej podstawówki. Dobrnęłam tylko do 32 albo 36 strony. Miałam wtedy straszne uczulenie na jakiekolwiek czytanie i nie było opcji, żebym przez A. A. Milne powieść przebrnęła. Ja ogólnie późno polubiłam czytanie...

4. Lektura szkolna, którą przeczytałam więcej niż raz, to...
Nie ma takowej. Zbieram się do ponownego czytania Hobbita. A fakt, że przerabiałam Pana Tadeusza w gimnazjum i w liceum nie ma nic do rzeczy, bo ani razu nie przeczytałam go w całości.

5. Lektura szkolna, do której wróciłam po latach...
A może być autor? Bo chciałam tu przemycić Szekspira. W sumie Makbeta przeczytałam chyba dwa razy, bo raz jak przerabialiśmy, a drugi do matury do prezentacji i ponadto, w mijający właśnie roku przeczytałam Hamleta. Więc się kwalifikuje.

6. Lektura szkolna, którą przeczytałam zanim dowiedziałam się, że jest lekturą, to...
Takiej też nie ma, bo jak już czytałam na porządku dziennym, to byłam w gimnazjum, a wtedy nie interesowałam się za bardzo literaturą piękną.

7. Lektura szkolna, którą udało mi się przeczytać dopiero niedawno, to...
Nic. Mistrz i Małgorzata nadal czekają.

8. Lektura szkolna, która powinna zniknąć z kanonu, to...
Król Edyp. O ile lubię dramat, to akurat ten był ciężko strawny.

9. Książka, która według mnie powinna być lekturą szkolną, to...
To może Ojciec chrzestny dla liceum? Albo Atramentowe serce dla młodszych klas gimnazjum. Pierwsza z wymienionych przeze mnie powieści wciąga i przemyca ważny przekaz, a druga pięknie traktuje o samych książkach i to w bardzo przystępny sposób. Może dzięki takiej powieści więcej dzieciaków wkręciłoby się w czytanie?

10. Lektura dowolna to ostatnia lektura przerabiana w czerwcu na języku polskim. Nauczyciel nie podaje żadnych wytycznych, uczeń sam wybiera książkę, którą chce przeczytać i przedstawić klasie. Co sądzisz o idei "lektury dowolnej"?
Idea jest jak najbardziej w porządku, wiadomo, że to, do czego młodzieży się nie przymusza działa znacznie lepiej. Poza tym daje się wtedy dzieciakom możliwość samodzielnego decydowania. Tylko, że patrząc nawet z własnego punktu widzenia - wielu poszłoby po najmniejszej linii oporu, wybrało coś cienkiego, lub na odwal. Plus do tego ciężko byłoby omówić odpowiednio wszystkie przeczytane dowolne lektury, bo dzieciaków w klasie jest sporo, nie każdy miałby okazję się wykazać, a ponadto wszyscy wiemy, jak jest w frekwencją w szkole w czerwcu. I z tym brakiem wytycznych bym się wstrzymała, gimnazjaliści pewnie ochoczo pobiegli do biblioteki po Pięćdziesiąt twarzy Greya, a omawianie tego na lekcjach...
Może i jestem trochę zbyt sceptyczna, na pewno są i tacy, którzy na dowolnej lekturze by skorzystali, ale podejrzewam, że byliby w mniejszości.

Nikt się ode mnie nominacji nie doczeka. Ale życzę miłego dnia i wypoczynku, sama uciekam do Lśnienia. Tradycja końcoworoczna powinna zostać przecież dotrzymana.

15 grudnia 2016

Przedrzeźniacz

W pozbawionym człowieczeństwa, zdominowanym przez roboty i technologię świecie pojawia się swego rodzaju anomalia - człowiek potrafiący czytać. Gdy pomyślimy o rzeczywistości, w której książek nie ma, a i nikt nie potrzebuje się nimi otaczać, przechodzą nas ciarki, ale Tevis wykreował znacznie gorszą wizję, w której próby pozornego zwiększenia wygody ludzkiego życia doprowadziły do niemal całkowitego upadku ludzkości.


Przedrzeźniacz jest książką napisaną przed trzydziestoma pięcioma laty i warto o tym wiedzieć jeszcze przed przystąpieniem do lektury, bądź chociażby ogarnąć to w jej trakcie, jak stało się w moim przypadku. Powieść zaczyna się niesamowicie przygnębiająco i specjalnie dużych dawek optymizmu do ostatniej strony autor nam nie funduje, co oczywiście idealnie wpisuje się klimat Przedrzeźniacza - ponury, surowy, niemal całkiem owładnięty technologią. Co prawda nie zostajemy szczegółowo w realia Nowego Jorku wprowadzeni, a kreślenie świata ma charakter fragmentaryczny - tu dowiadujemy się o robotach różnych marek, przy innej scenie o wykrywaczach, a za dwa kolejne rozdziały okaże się, za jak błahe przestępstwa można dostać się do więzienia.

Idealnie trafiłam z rozpoczęciem czytania Przedrzeźniacza w własny nastrój. Dzięki ponurym, pozbawionym nadziei początkom książki mogłam się w aurze przygnębienia pławić. Żeby było jasne, uważam się za bardzo radosnego człowieka i nie przepadam za użalaniem się nad własnym stanem, bo w końcu tylko i wyłącznie ja mam na niego wpływ. Ale zdarzają się gorsze dni i szczerze się cieszę, że też ciężką klimatycznie lekturę rozpoczęłam akurat będąc w mało entuzjastycznym nastroju - w przeciwnym razie bardzo szybko bym ją porzuciła, żeby się nie wytrącać z jakiegoś umiarkowanego błogostanu.

Przedrzeźniacz to lektura nad wyraz osobliwa, o prostym języku, która pomimo niewielkiej objętości może trochę się ciągnąć. Przyznam się, że sens zawarty przez Tevisa na tych dwustu pięćdziesięciu stronach do mnie trafił i jest to w dodatku motyw zmuszający do zastanowienia się nad kierunkiem, w jakim podąża świat. Za to oklaski się autorowi należą, ale jednak nie odebrałam powieści w pełni pozytywnie. Mam kilka zarzutów do książki i nie są to kwestie, na które jestem w stanie przymknąć oko.

Obrazując proces ponownego "uczłowieczania" człowieka autor w pewnym momencie zapomniał chyba, że pisze o jednostce dorosłej i w pełni rozwiniętej umysłowo. Chwilami w oczy raził nadmierny infantylizm, z jakim Paul "odkrywał" świat na nowo i to w tych momentach najbardziej odechciewało mi się czytać dalej, a zwykle nie mam takich zapędów przy krótkich powieściach. Ponadto motyw tytułowego Przedrzeźniacza to zwyczajny cytat, który przewija się przez kolejne rozdziały i niczego odkrywczego nie wnosi do fabuły ani nie wzbudza żadnych skrajnych emocji, przynajmniej u czytelnika. Dużo bardziej spodobało mi się wplecenie, co prawda epizodyczne aczkolwiek bardzo adekwatne cytatu z Eliota:

I tak właśnie kończy się świat. Nie hukiem a skomleniem.

A na okładce i tak mój wzrok bardziej przyciąga zniszczone Empire State Building niż płonąca sylwetka człowieka...

A na sam koniec - postać Spoffortha. Już dawno żaden motyw nie spodobał mi się w książce tak bardzo i został bardzo słabo rozwinięty. Nie napiszę dokładnie o co chodzi, lepiej sprawdzić samemu, serio! W każdym razie mam wrażenie, że Spofforth powinien dostać tyle samo miejsca co Paul w książce, jeżeli nie więcej, bo był bohaterem dużo ciekawszym, na którego rozwój Tevis najpewniej pomysłu mógł nie mieć, a szkoda.

Koniec końców śmiem twierdzić, że całokształt prezentuje się jak najbardziej na godny pochwały i uznania, natomiast niektóre z elementów składowych nie zagrały i to do tego stopnia, że nie jestem w stanie uznać lektury za w pełni satysfakcjonującą. Na końcu zrobiło się trochę dynamiczniej i gdyby było tak przez całą powieść mogłabym Przedrzeźniacza uznać za zdecydowania udaną książkę, a zrobić tego nie mogę. Być może kolejna powieść Tevisa, która ukaże się w nadchodzącym roku bardziej przypadnie mi do gustu.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: Mockingbird
Autor: Walter Tevis
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 254
Rok wydania: 1980 (oryginał), 2015 (w Polsce) 

10 grudnia 2016

Nieznajomy

Harlan Coben to pisarz znany i w dodatku lubiany. Pisze dobrze, choć nie uważam go już za wybitnego, tak jak jeszcze kilka lat temu, kiedy na obszarze zwanym literaturą sensacyjną i kryminalną jeszcze raczkowałam. Nie uważam, żebym przez ten okres mocno podciągnęła się i była teraz wilce rozeznana, ale poznałam lepsze powieści...

W swojej najnowszej powieści Harlan Coben zaprasza nas do niebezpiecznego świata tajemnic. Po prostu, tajemnic - naszych, własnych i tych należących do najbliższych. Drobiazgów, a także sekretów dużo większego kalibru zadających kłam osobistemu przekonaniu, że tę bliską nam osobę znamy dobrze i na wylot. Bohaterem zmagającym się z okrutną prawdą o swojej żonie jest Adam Price, na pozór zupełnie zwyczajny obywatel amerykańskiego miasteczka jak ze snu. To jemu zostaje zdradzona tajemnica jego żony, która znacząco narusza zaufanie Adama do Corinne. Tytułowy nieznajomy po spotkaniu z Adamem przypuszcza atak na prywatność kolejnych ofiar o niekoniecznie nieskalanym sumieniu...


Przyznam, że nie spodziewałam się specjalnie porywającej lektury, bo takie też podejście mam do książek z tego gatunku - jak do rozrywkowych czytadeł na kilka wieczorów. Równocześnie spodziewałam się bardzo szybkiej i przystępnej lektury, która nie pozostanie mi w głowie na długo. Coben, mając na koncie ponad dwadzieścia książek niewątpliwie potrafi szybko i poprawnie wykreować sobie bohaterów, których uwikła w przeróżne kłopoty. Nieznajomy to powieść poprawna i umiarkowanie porywająca. Nie zmrozi krwi w żyłach ani nie przyprawi o szybsze bicie serca. Czytało mi się ją nawet trochę, rzekłabym leniwie, bo nawet nie próbowałam rozpracować intrygi.

Wśród bohaterów niewątpliwie na pierwszy plan wysuwa się, przynajmniej przez początkowe rozdziały, Adam, głowa rodziny, kochający ojciec i mąż, prawnik. Nic szczególnego, nawet charakteru za bardzo nie pokazał, bo dowiadując się o żonie pewnych faktów na jej temat nie potrafił do końca zdecydować się, jak rozegrać tą sprawę. Postacie poboczne zostały nakreślone poprawnie, były wiarygodne, co nie znaczy, że którakolwiek okazała się godną zapamiętania na dłużej. Co do samej intrygi, przyznam, że lekko zaskoczona byłam, ale daleko znajdowałam się od stanu, w którym musiałabym zbierać szczękę z podłogi, czy też zarywać noc z powodu chęci dowiedzenia się o dalszych poczynaniach bohaterów. Wszystko jak najbardziej kupy się trzyma, ale nie szokuje ani nie podnosi ciśnienia. Dlatego też jestem skłonna zaliczyć książki tego autora do lektur będących przerywnikami, co prawda całkiem dobrymi, ale jednak przerywnikami między poważniejszymi, ambitniejszymi powieściami.

Jakby nie było, Coben napisał bardzo przyjemną, wystarczająco absorbującą i szybko w lekturze powieść. Nawet skłonił do delikatnej refleksji na temat prywatności, sekretów, doprowadzając próby zastanowienia się nad tym co ludzie są w stanie ukrywać nawet przed tymi, którzy ufają im najbardziej. Wydaje mi się, oczywiście było tak jeszcze przed przeczytaniem Nieznajomego, że nie da się nikogo poznać... w całości. Nie ma opcji, a sam proces dochodzenia do stanu, w którym można powiedzieć, że zna się kogoś dobrze to kwestia kilku lat. A z drugiej strony, jak ocenić, czy są rzeczy, o których bezwzględnie mówić trzeba oraz kiedy, wręcz przeciwnie, powinno się niektóre kwestie zachować dla siebie?

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: The Stranger
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 414
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

9 grudnia 2016

Santa Olivia

Czy da się bazując na powszechnie przerobionych już literacko schematach napisać powieść wciągającą, wywołującą silne emocje i pomimo mało oryginalnych podstaw nietuzinkową? No pewnie, że się da. Trzeba się tylko nazywać Jacqueline Carey.

Santa Olivia, a raczej Święta Olivia to patronka Posterunku 12, ziemi niczyjej między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, której mieszkańcy zmagać się muszą z szalejącą zarazą, o której przyczynie nic czytelnikowi w zasadzie nie wiadomo, choć bohaterowie książki nie posiadają dostępu do większej ilość informacji. Autorka proponuje nam śledzenie losów Carmen, kobiety, która po romansie z przedstawicielem genetycznie modyfikowanego gatunku człowieka rodzi niezwykłą dziewczynkę, która otrzymuje imię Loup. Od tej chwili to ona staje się główną bohaterką i to jej losy koncentrują na sobie uwagę czytelnika. Życie w Posterunku 12 nie rozpieszcza, ale jest jeden promyk nadziei - ten, komu uda się wygrać w organizowanych przez rządzącego generała walkach bokserskich dane będzie wydostanie się na zewnątrz. Bez względu na to, co się za murem znajduje...

Spodziewałam się czegoś dobrego, bo mam na koncie już trzy książki Carey. Wiedziałam, że styl jej pisania ponownie mnie zachwyci, choć przyznam, że jest mniej poetycki niż w Kuszielu. Nie drażni mnie to ani trochę, bo również i klimat Santa Olivii jest odmienny od tego wykreowanego w trylogii o Fedrze. Ogromnie żałuję, że nie ma zbyt wielkich szans na wydanie nowych książek z obu serii - bo Jacqueline Carey jest pisarką, którą czyta się już dla samego stylu.

Santa Olivia to opowieść o niezwykłej przyjaźni, walce o wspólne dobro i lepsze jutro oraz o poświęceniu. Loup jest specyficzną bohaterką, która z racji swojego nietypowego pochodzenia cechuje się wysoką wytrzymałością i siłą, ale także, co ciekawe, nieumiejętnością odczuwania instynktownych emocji. Nie wie, co to zazdrość, potrafi jednak wykazać się determinacją i udaje jej się, z pomocą przyjaciół, stanąć do walki. Carey wikła Loup w kilka skomplikowanych relacji - zarówno z bliskimi jak i z tymi nie do końca przychylnymi dziewczynie. Kolejną kwestią zdecydowanie przydającą Santa Olivii miana oryginalnej jest wplecenie w powieść wątku miłości homoseksualnej, łamiącej schematy i wzbudzającej zachwyt sposobem jej przedstawienia - pełnym realizmu, pasji, pozbawionym przesłodzenia i przeszkodami do przeskoczenia. Rzadko kiedy mam pozytywne nastawienie w stosunku do jakiegokolwiek romansu w powieściach, o czym już pisałam, a Santa Olivia to świetny przykład wyjątku od tej reguły. 

Są niestety też uchybienia, które kładą się cieniem na dziele stworzonym przez Carey. Pisałam już o powszechnych schematach użytych w powieści - autorka motyw dystopii traktuje jako całkowite tło do wydarzeń. Owszem, ciężkie czasy które nastały dla bohaterów są mobilizatorem do działań, jednak słabo nakreślono niestety te nieprzystępne realia. Ponadto sama kwestia modyfikowanych genetycznie żołnierzy to jedynie drobny akcent w powieści - mający swoje konsekwencje, ale jednak akcent. Przymykając oko na te drobne wady można zatopić się w bardzo dobrej historii, która na pewno, przynajmniej częściowo pozostanie w głowie. 

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Santa Olivia
Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: Piąty Peron
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Seria Santa Olivia:
1. Santa Olivia
2. Saints Astray

1 grudnia 2016

A listopad przeminął!

W sumie to nie robię ostatnio podsumowań bo mi się nie chce. Ale można by coś od czasu do czasu skrobnąć, nie tylko w sumie o książkach, choć w tym temacie i tak najwięcej będę miała do napisania.

Co przeczytałam w listopadzie?


Pięć książek to bardzo przyzwoity wynik jak na mnie, szczególnie, że Atramentowa śmierć była niezłą cegłą (ponad sześćset stron). Zlitowałam się w końcu nad Kotem alchemika, którego kupiłam będąc na pierwszym roku studiów czyli trzy lata temu. I żałuję, że tak późno po niego sięgnęłam, bo wyobraźnia autora niesamowicie mnie zachwyciła. Harry to już klasyka sama w sobie, a sięgnęłam po niego w nagrodę, dla samej siebie, z jakiej okazji? Otóż...

Szaleństw w listopadzie było więcej.

Obrona pracy licencjackiej! Udało się, obronione na cztery, sam egzamin wywołał we mnie niepotrzebnie mnóstwo stresu, bo dostałam dwa pytania o opinie i tylko jedno z wiedzy. W każdym razie jestem licencjatem socjologii i mam nadzieję za trzy lata być magistrem. Nie dwa, bo trafił mi się rok przerwy. Nowy semestr już się zaczął, a ja dopiero 9 listopada się obroniłam. Jakby nie było, przerwa mi nie przeszkadza. Czasu na pewno nie będę marnować.


Kolejny punkt tego podsumowania to nowe nabytki książkowe. Wstawiam poniżej zdjęcie z zakupami z chyba jeszcze z wakacji, września, października na pewno i chyba listopada, bo nie kojarzę, czy coś kupowałam. Na fotce brak zdobyczy z biblioteki i Harry'ego Pottera który został wywieziony do mojej osobistej "biblioteki głównej". 

Od dołu: 
1. Słowa światłości (Brandon Sanderson) - kupowanie cegieł tuż przed przeprowadzką... żeby było wygodniej... Już podczytuję na boku.
2. Nigdziebądź (Neil Gaiman) - ostatnia szansa dla Gaimana, pożyczka od kumpeli
3. Mechaniczny (Ian Tregilis)
4. Księga dżungli (Rudyard Kipling) - prezent urodzinowy
5. Pachnidło (Patrick Süskind) - podprowadzone z biblioteczki mojej mamy
6. Rycerz siedmiu królestw (George R. R. Martin) - z tęsknoty za Westeros
7. Silmarillion (J. R. R. Tolkien) - nie można nie mieć w zapasie żadnej książki Tolkiena na półce
8. Hamlet (William Shakespeare) - czytałam już w tym roku, aczkolwiek po polsku. Tutaj mam tekst oryginalny... Może w końcu zacznę czytać po angielsku
9. Zielona mila, Miasteczko Salem i Lśnienie (Stephen King) - Kieszonkowe wydania za niecałą dychę, jak tu nie brać?

Na chwilę obecną ograniczam zakupy, co było szczególnie trudne z racji pojawienia się Czarnego piątku oraz wystartowania wszelkich świątecznych promocji prezentowych. Ale twardo obstaję przy niezamawianiu książek, pomimo tego, że pojawiło się tyle świetnych nowości...
Noszę się z zamiarem założenia drugiego bloga, na którym od czasu do czasu pisałabym o rzeczach niezwiązanych z książkami, bo takowych jest całkiem sporo. Nie wiem jeszcze, czy to wyjdzie, jak wyjdzie, to dam znać.
Powodzenia w grudniu życzę wszystkim!

27 listopada 2016

Atramentowa śmierć

Coś mnie ostatnio naszło na lektury mniej wymagające, skierowane do młodzieży, nawet tej młodszej rzekłabym, bo dwa posty temu recenzowałam baśniowego Kota alchemika, a ostatnio pojawił się na blogu Harry Potter. Ostatnią z tej kategorii lekturą jak na chwilę obecną jest Atramentowa śmierć, finałowy tom trylogii spod pióra Cornelii Funke, w którym autorka zawarła motyw przenoszenia się na karty ukochanej powieści. Pomysł, który na pewno okazał się nie lada gratką dla wszystkich książkoholików i który wielu zachwycił... w tym mnie, choć bardziej podobało mi się na samym początku tej historii.

W Atarmentowej śmierci akcja toczy się już tylko w świecie wykreowanym przez Fenoglia, w Atramentowym świecie, w którym trwa walka o władzę, snucie intryg i próba oszukania przeznaczenia. Dawno (około rok) temu czytałam część drugą i ciężko było mi się wgryźć na nowo w ten świat, tym bardziej, że drugi tom był odrobinę słabszy od pierwszego. Ta tendencja spadkowa niestety się utrzymuje. Ostatnia część jest najgrubsza i bardzo powoli rozwija się w niej akcja, co też czyni ją najsłabszą. Co więcej, na początku wszystko jest tak zagmatwane, a autorka rzadko wspomina wydarzenia z przeszłości, że ciężko było mi się odnaleźć w tej historii. Nadal nie wyrobiłam sobie szacunku do wizji pisarza, która jest tylko i wyłącznie efektem jego woli i po raz kolejny nie spodobał mi się obrót wydarzeń. W przypadku Atramentowej śmierci wydaje mi się, że za szybko zostały odkryte najsilniejsze karty i przez to podczas czytania mało było napięcia, a chwilami wszystko się ciągnęło.

Serce jest słabe i zmienne, łaknie tylko miłości i nie ma nic gorszego, niż uczynić je swym mistrzem. Mistrzem musi być rozum, który się śmieje z lekkomyślności serca, drwi z miłości jako wybryku natury nietrwałego jak kwiat.

Cornelii Funke udało się wykreować kilka oryginalnych wizji, ciekawych rozwiązań, drobnych myków, co nie zmienia faktu, że Atramentowy świat wypada nieco nijako. Mało jest w nim magii, a i elfy, olbrzymy czy szklane ludziki albo odgrywają niewielkie role albo irytują (ten ostatni przypadek). I przez to właśnie odbieram świat "powieści w powieści" jako miejsce ładne, ale wcale nie zachwycające tak, jak przyjmują bohaterowie.

Żeby nie było, że nic mi się nie podobało - coś jednak przypadło mi do gustu. Znów spodobała mi się relacja łącząca Maggie i Mortimera, córkę i ojca. I pomimo tego, że oboje wraz z Resą tworzą pełną rodzinę, to relacje Maggie z każdym z rodziców są bardzo odmienne i całkiem oryginalnie wykreowane. Widać, jak szczególna i tajemnicza więź łączy ją z ojcem i jak bardzo niepowtarzalne to jest. Chwilami nawet jej zazdrościłam.

Bardzo irytowała mnie Elinor, która zdecydowanie za bardzo się rządziła, choć jej późniejsze kłótnie z Fenogliem trochę mnie śmieszyły, ale i tak w porównaniu do tomów poprzednich bohaterka straciła w moich oczach. Co więcej, mnogość postaci pobocznych nie wiele się wyróżniających z tłumu prosto nakreślonych osobowości też mnie dobijała.

Wydaje mi się, że książka jest po prostu zbyt obszerna. Niemniej jednak polecam tym, którzy podobnie jak ja polubili poprzednie dwa tomy. Tendencja spadkowa w przypadku jakości owszem, jest, aczkolwiek do zdzierżenia i jednak przy odrobinie cierpliwości doprawionej ciekawością co do tego, jak potoczą się losy bohaterów lektura jest znośna. Nie przywiązałam się do tej trylogii jednak w takim stopniu, aby żałować, że autorka zakończyła wszystko w trochę słabszym stylu. Może to i lepiej, dla mnie.

Cóż znaczył jeden policzek za dziesięć stron ucieczki od tego wszystkiego, co go czyniło nieszczęśliwym, dziesięć stron prawdziwego życia zamiast jednostajności i nudy, którą inni nazywali rzeczywistością.

Moja ocena: 6/10

Tytuł oryginału: Tintentod
Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Egmont Polska
Ilość stron: 670
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2008 (w Polsce)

Najlepszy tom: Atramentowe serce
Najsłabszy tom: Atramentowa śmierć
Najlepsza okładka: Atramentowa śmierć
Najsłabsza okładka: -

Trylogia Atramentowy świat:
1. Atramentowe serce < recenzja
2. Atramentowa krew < recenzja
3. Atramentowa śmierć

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

22 listopada 2016

Harry Potter i Kamień Filozoficzny


Zatem okazuje się, że jeszcze taka stara nie jestem! Mogę czytać po raz drugi książkę, z którą pierwszy raz styczność miałam siedem lat temu i bawić się równie dobrze, co wtedy. A oto i kilka akapitów poświęconych pierwszemu tomowi najpopularniejszej sagi młodzieżowej.

Nie wychowywałam się na Harrym Potterze w odróżnieniu od wielu rówieśników z rocznika '94 i okolic. Znam sporo osób na całego zajaranych światem Rowling, który to świat nigdy nie był moim. Okazuje się jednak, że od kilku lat, już po zapoznaniu się z prawie całą sagą (Insygniów do tej pory nie miałam okazji czytać, choć Księcia półkrwi czytałam około siedmiu lat temu) to uniwersum pełne mioteł, eliksirów, uroków, świstoklików, zaklęć niewybaczalnych i różdżek zrobionych z piór feniksa też jest moje! Co więcej, po raz kolejny odkrywam, jaka ta historia jest świetna. Znów uśmiecham się przy fragmentach, w których Hermiona się wymądrza, Ron się boi, a Harry stwierdza, że jednak warto spróbować.

Trzeba być bardzo dzielnym, by stawić czoło wrogom, ale tyle samo męstwa wymaga wierność przyjaciołom.

Przyznam się, że początek trochę mi się dłużył. Wprost nie mogłam się doczekać, aż Harry wreszcie znajdzie się w Hogwarcie, bo wiedziałam, że to tam zacznie dziać się coś ciekawego. Oczywiście w każdej części mam swoje ulubione fragmenty i pewnie dlatego właśnie początki opisujące codzienność Harry'ego mieszkającego u Dursley'ów mnie nudziły. Swoją drogą - Dursleyowie wcale nie są tacy okropni. Owszem, dosyć surowi, faworyzujący Dudleya, ale miałam wrażenie, że są nieco sztucznie charakteryzowani na okropnych, pełnych nienawiści krewnych. Ja wiem, że później to się nieco zmienia, kojarzę kolejne części i rozwój tego wątku, ale moim zdaniem Harry miał lepiej, niż chociażby taki Kopciuszek.

Dopiero teraz czytając doceniłam pomysłowość Rowling na intrygę. I nie tylko na to, bo również na kreację świata, choć to już wcześniej mnie zachwycało. Pomimo tego, że dopiero teraz uznaję ten świat za w pewnym sensie mój, to zawsze się w nim odnajdowałam. Coś takiego jest w niepowtarzalnym klimacie książek Rowling, że ciężko się nie wciągnąć i to w każdym wieku.

źródło
Z ulubionych postaci drugoplanowych mogłabym wymienić na pewno Hagrida, bo to Hagrid i lubi zwierzęta, podobnie jak ja. Swego czasu lubiłam McGonagall, ale teraz już moja sympatia od niej nie jest aż tak silna. Dumbledore również zasłużył na moje uznanie, z resztą zawsze go uwielbiałam i podejrzewam, że nie zmieni się to wraz z lekturą kolejnych tomów. Ach, czemu do Księcia Półkrwi jeszcze tak daleko...

Ulubione fragmenty, o któych wspominałam? Na pewno mecz Quddicha, bo samego Quiddicha uwielbiam. I święta. I finał książki, który wycisnął ze mnie łzy i to dosyć porządnie, a nie tak tylko na zaszklenie się oczu... I każda scena, w której brali udział bliźniacy Wesley oraz każdy pocisk po Percym Wesleyu. Aż mi się usta same w uśmiech układają na wspomnienia tych fragmentów.

Nie wiem, czy sens jest polecać, bo to się powinno rozumieć samo przez siebie.

Moja ocena: 8/10

Autor: J. K. Rowling
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 324
Rok wydania: 1997 (oryginał), 2000 (w Polsce)

Seria o Harrym Potterze:
1. Harry Potter i Kamień Filozoficzny
2. Harry Potter i Komnata Tajemnic
3. Harry Potter i Więzień Azkabanu
4. Harry Potter i Czara Ognia
5. Harry Potter i Zakon Feniksa
6. Harry Potter i Książę Półkrwi
7. Harry Potter i Insygnia Śmierci

10 listopada 2016

Kot alchemika

Tym razem rozpocznę rozbrajająco szczerym wyznaniem - nigdy w życiu nie kupiłabym tej książki, gdyby nie była fajnie wydana. W dodatku jest to pierwsza książka, która przełamuje złą passę pięknie wydanych beznadziejnych w treści powieści. Bo nie dość, że fajnie wygląda, to jeszcze zdołała mnie wciągnąć,

Na wstępie warto zaznaczyć, że już sama fabuła jest oryginalna, jednak gdy znalazłam Kota alchemika trzy lata temu w Dedalusie, to nie docierał do mnie ten fakt. A o czym Moers postanowił napisać? O krotku, magicznym kocie uchodzącym za unikat w Sledwai, mieście w kraju Camonii. Echo właśnie takim stworzeniem jest i to w dodatku w ciężkiej sytuacji - bezdomny, głodny, bliski śmierci. Na początku książki jesteśmy świadkami główny bohater zawiera ciekawy, niezbyt lukratywny kontrakt z przeraźnikiem Eisspinem. Ten proponuje krotkowi miesiąc wspaniałego żywienia, najwyśmienitszych potraw serwowanych w celu zdobycia... tłuszczu Echo. Po roztyciu się krotka przerażnik chce podciąć mu gardło i wygotować z niego tłuszcz, aby jego kolekcja stała się jeszcze bardziej unikatowa. Echo z racji okropnego głodu zgadza się i wkracza do pełnego dziwactw świata Eisspina. Między nim a Echo pojawia się powoli nić porozumienia, przeraźnik zdradza krotkowi wiele niesamowitych tajemnic z dziedziny przeraźnictwa, opowiada historie z przeszłości, która okazuje się nie do końca domknięta...

Trochę lektury się bałam, bo miałam wrażenie, że to książka skierowana do młodszych czytelników, a na pewno nie mająca na celu zapewnić rozrywkę starszyźnie z dwójką z przodu. Fakt, że przy lekturze bawiłam się wyśmienicie na szczęście przeczy tejże teorii - że przy Kocie alchemika mogłabym się nudzić. Owszem, nie dostałam książki z najwyższej półki, której każdą stroną mogłabym się delektować, a jednak uważam Waltera Moersa za niesamowitego pisarza. To, co wpłynęło na okrzyknięcie go tym przydomkiem to niesamowita wyobraźnia, której owoce znaleźć można w powieści jego autorstwa. Kot alchemika jest piątym tomem camońskiego cyklu książek, ale nie wydaje mi się, aby konieczną była chronologiczna lektura. Po prostu każda książka to osobna historia, łączy je tylko miejsce i delikatne powiązania pojawiające się epizodycznie. Sama nie mam zamiaru czytać wszystkich książek z tej serii, ale jeszcze dwie mam na oku.

Ciężko mi nieco sklasyfikować Kota alchemika, bo z jednej strony to książka bardzo prosta, o nieskomplikowanych bohaterach, a z drugiej, dzieją się w niej momentami wręcz straszne rzeczy, które mogłyby wydawać się wręcz traumatyczne dla młodego czytelnika. Paradoksalnie śmiem twierdzić, że dlatego przy lekturze się nie nudziłam - spodziewałam się czegoś w miarę przyjemnego i lekkiego, a dostałam kilka scen, po których szczęka zeszła mi do parteru. I na chwilę obecną klasyfikacji się nie podejmuję.

Rozczarowało mnie zakończenie. Chodzi mi o to, że okazało się zbyt pomyślne. Mam świadomość tego, że wizję autora powinno się szanować, ale nic mnie tak nie denerwuje, jak zbyt pomyślne zakończenie wieńczące lekko ponurą fabułę. Kilku książkom już ten zarzut postawiłam i nigdy nie polubię zbyt kompromisowego finału, który w mojej ocenie ujmuje powieści charakteru.

Podobali mi się boahterowie, bo mimo prostoty ich kreacji nie byli papierowi, co zawdzięczać należy również wyobraźni autora. Przeraźnik, pomimo straszliwego układu jaki zawarł z krotkiem, miał w sobie coś, co nie pozwalało go nienawidzić. Do gustu przypadli mi również przyjecie krotka - Fiodor F. Fiodor i skóroperze. Nie spodobała mi się jedynie Izanuela, która była okropnie infantylną bohaterką i to jeszcze w bardzo irytujący sposób.

Mogę spokojnie książkę Waltera Moersa polecić, bo jest niesamowita pod względem pomysłowości. To, co autor w powieści zawarł wielokrotnie wprawiało mnie w zachwyt (i inne stany), a fabuła wciągała i sprawiała, że traciłam poczucie czasu. z chęcią jeszcze do świata Camonii powrócę, choć nie tak od razu.

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł oryginału: Der Schrecksenmeister
Autor: Walter Moers
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilosć stron: 362
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2010 (w Polsce)

2 listopada 2016

Powrót króla


Kilka akapitów na temat historii, która towarzyszyła mi przy wchodzeniu w dorosłość wypadałoby napisać, choć nigdy swoich wynurzeń i refleksji dotyczących Władcy pierścieni nie nazywałam recenzjami. Jakby nie było, trzy lata temu, sięgnęłam po klasykę literatury fantastycznej, jak i po klasykę literatury w ogóle i dzieło mistrzowskie. Podczas lektury całego Władcy miałam roczną przerwę, nie sięgałam po niego regularnie, ale nie żałuję ani trochę. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że dawkowałam sobie kolejne jego porcje, chwytając się za tą cegłę z tęsknoty. Nie tylko za samym Śródziemiem, ale też i za stylem pisania, dzięki któremu dosłownie dwa, trzy akapity wywołują uzależnienie od historii Jedynego Pierścienia.

Przyznaję się bez bicia, że słabo pamiętałam czytany trzy lata temu początek - Drużynę pierścienia, choć co ważniejsze fragmenty pamiętam. Wydaje mi się, że w przyszłym roku znów po Tolkiena sięgnę, żeby odświeżyć sobie całość, może nawet czytając całą cegłę na raz. I podejrzewam, że jeszcze wiele razy będę sięgała po tolkienowskie dzieło, za każdym razem z entuzjazmem zanurzając się w pełnym uroku i mądrości świecie. W mojej opinii siła tej powieści polega na niesamowitej równowadze - czytamy historię pełną patosu, dziejącą się w świecie stworzonym z niezwykłym rozmachem, a jednak bohaterami w tym uniwersum są, jakby na to nie spojrzeć, hobbity, proste, nawet niepozorne stwory, które odwagą, walecznością i poświęceniem udowadniają swój heroizm. Owszem, nie bez wsparcia silniejszych, ale jednak, kluczową rolę odgrywają niziołki.


Przy czytaniu bardzo rzadko wzruszam się do łez i na tym polu Tolkien mnie pokonał - może potoków i stosu chusteczek udało mi się uniknąć, ale na samej końcówce poczułam, że zaszkliły mi się oczy. Pewnie swój udział miał też fakt, że oto skończyłam tę niesamowitą podróż, że więcej przygód Froda już nie przeczytam i że niepotrzebnie się tak spieszyłam, ale nic już zrobić z tym nie mogę.

Bardzo zaskoczyło mnie to, że podczas czytania książki z gatunku fantasy odczuwałam chwilami niepokój większy niż przy lekturze najmocniejszych horrorów. Niechaj będzie to potwierdzenie nadzwyczajnych umiejętności pisarskich Tolkiena, czapki z głów normalnie...

Do Władcy trzeba trochę dojrzeć, żeby go czytać i się nim delektować i jak najbardziej potwierdzam, z własnego doświadczenia, że tak jest. Cieszę się przeogromnie, że mogę sobie łączyć w pamięci tak ważny etap życia, jakim jest okres studiów z okresem czytania Tolkiena. A najbardziej cieszę się z faktu, że mam kolejny świat, do którego mogę "uciekać", że wystarczy, że złapię się za tę ponad tysiącstronicową cegłę i w mgnieniu oka znajdę się w pięknym, budzącym zachwyt, czasem nawet i respekt uniwersum i na samą o tym myśl się uśmiecham.

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.*


*przekład Marii Skibniewskiej

17 października 2016

Aż trzy ekranizacje powieści Kinga...

Wpadam dzisiejszego wieczoru z bardzo adekwatnymi do pory doby (bo nie dnia, skoro wieczór) propozycjami - ekranizacje Kinga, horrory, choć nie w pełni mnie satysfakcjonujące, to przedstawiam poniżej. Miłej lektury!

1. Cujo

źródło

Film z 1983 roku, w którym główne role zagrali Dee Wallace (Donna Trenton) i Danny Pintauro (Tad Trenton). Po obejrzeniu ekranizacji tej książki Kinga benradyny przestały mi się kojarzyć z sympatycznymi psiakami z serii filmów o Bethovenie. Widząc bernardyna na ulicy przypominałam sobie wizerunek Cujo z filmu, jego umazaną krwią gęstą sierść wokół szyi i obłęd w oczach. W kwestii motywu z psem chorym na wściekliznę - większe wrażenie zrobiła na mnie wersja filmowa niż ta książkowa. Natomiast w przypadku wersji ekranowej zabrakło skrupulatnego i dokładnego przedstawiania bohaterów oraz ich rodzin i sprytnego, tragicznego w skutkach splatania losów dwóch rodzin. Nie uważam ani książki, ani filmu za wybitne, historia nie zapadła mi specjalnie mocno w pamięci, ale fakty kojarzę, gorzej było z imionami bohaterów. Donna mnie irytowała, podobnie jak miało to miejsce w książce, ale samej grze aktorskiej nie mam za wiele do zarzucenia, poprawna, przekonująca aczkolwiek nie porywająca. A to i tak lepiej, niż w przypadku kolejnej ekranizacji powieści Stephena Kinga, o której chcę napisać...

2. Smętarz dla zwierzaków

źródło

To obraz z 1989 roku, w którym wystąpili Dale Midkiff jako Louis Creed, Denise Crosby jako Rachel Creed i Fred Gwynne jako Jud Crandall. Nie polecam filmu ani miłośnikom Kinga, ani miłośnikom horrorów, ani też miłośnikom ekranizacji Kinga. Po krótkiej dyskusji z kumpelą, która też czytała Cmętarz zwieżąt stwierdziłyśmy, że jedynym w pełni udanym i przekonującym bohaterem okazał się... Church. Wielce nad tym faktem ubolewam, bo jest to jeden z najlepszych tytułów Kinga, jakie znam. Fakt, że sam autor wystąpił w tej ekranizacji chyba było jakimś złym omenem, bo cała reszta kompletnie się nie udała. Dale Midkiff zamiast twarzy prezentował maskę, a i wizerunek Juda nie przypadł mi do gustu - w książce, pomimo swojego wieku został określony mniej więcej jako krzepki, pełen wigoru człowiek. W Smętarzu nie sprawiał ani trochę takiego wrażenia, raczej przypominał zombie w początkowej fazie przemiany. Twórcy filmu zrezygnowali też z jednej dosyć ważnej i bardzo fajnej postaci, a mianowicie żony Juda, Normy. Wynudziłam się i powściekałam z lekka na film, a jego kontynuacji, w odróżnieniu od dalszego ciągu książki który nie powstanie oglądać nie zamierzam.
3. Carrie

źródło

Wisienka na torcie, jedna z moich ulubionych historii, w ogóle. Bardzo podobała mi się wersja z 1976 roku, a ta z 2013 może i jej nie przebiła, ale zaprezentowała się naprawdę zadowalająco. Generalnie nie jest to film, na którym można się przestraszyć, nie jest to taki klasyczny horror z wyskakującymi znienacka potworami i najbardziej wpływającymi na skoki ciśnienia u widza efektami dźwiękowymi. W roli Carrie wystąpiła Chloe Grace Moretz. Z początku obawiałam się trochę osadzenia tej historii w realiach współczesnych, z laptopami i telefonami, którymi można z łatwością robić zdjęcia. Po przełamaniu się stwierdzam, że to dobrze zrobiony film, który nawet może wciągnąć. Podobał mi się, pomimo tego, że klimatu pierwotnej wersji ekranowej nic nie pobije. Finał całego zamieszania, tak samo jak w przypadku wersji De Palmy zmieniono i to na mniej mnie satysfakcjonujący, aczkolwiek lepiej wyglądający na ekranie. Nie narzekam. Ale polecam obejrzeć dopiero po zapoznaniu się z Carrie z 1976.

Pieski, kotki i dziewczyna uwalona krwią... spokojnej nocy...

11 października 2016

"Song umarłych" i "Konfrontacja", czyli krótki przegląd ostatnich lektur

Song umarłych (Jonathan Maberry)

Drugi tom trylogii Jonathana Maberry'ego jest bezpośrednią kontynuacją części pierwszej - od samego początku obserwujemy wydarzenia z tego samego okresu. Motyw umierania w październiku zostaje podtrzymany, a zło zacieśnia swoje objęcia wokół Pine Deep. Crow i Val po tragicznych wydarzeniach starają się dojść do siebie, ciesząc się swoją obecnością i wsparciem. Upiory z przeszłości nie chcą jednak odpuścić i nie pozwalają zarówno dwójce głównych bohaterów jak i innym mieszkańcom Pine Deep spać spokojnie.

Znów jestem pod wrażeniem jakości lektury. Maberry potrafi naprawdę nieźle pisać. W Songu umarłych czytelnikowi zostają odsłonione nowe karty, a i niektóre przypuszczenia się potwierdzają. Jedyne zarzuty jakie mogłabym postawić książce, to fakt, że jako typowa "przejściówka" między tomem pierwszym i trzecim nie domyka wszystkich wątków. Lekturę kończy się z pewnym niedosytem, a co ciekawsze wątki nadal pozostają niewyjaśnione. Nie zmienia to faktu, że w drugiej części jest już więcej grozy, a Song umarłych bardzo wciąga. Nie ma w zasadzie postaci, która irytowałaby mnie swoimi poczynaniami, a i pierwszoplanowego Crowa polubiłam do tego stopnia, że martwiłam się o niego w kilku momentach. Jako lekturę z gatunku grozy, nie wybitną, ale zdecydowanie zadowalającą, polecam.

Moja ocena: 7,5/10

Tytuł oryginału: Dead Man's Song
Autor: Jonathan Maberry
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 360
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2009 (w Polsce)

Trylogia Pine Deep: 1. Blues duchów, 2. Song umarłych, 3. Wschód złego księżyca

Konfrontacja (Rhiannon Frater)

Drugi tom, kolejny drugi tom trylogii, który recenzuję. Trylogii tak złej, że jej istnienie jest wręcz obrazą dla literatury, dla czytelnika i dyshonorem dla wydawnictwa, które zgodziło się wydać u nas te książki. Krótko zarysowując fabułę - grupa ocalałych w apokalipsie zombie stwarza sobie bezpieczne obozowisko w małym teksańskim miasteczku Ashley Oaks. Głównymi bohaterkami są Jenni (Jenni przez "i", bo tak woli) i Katie, a w Konfrontacji obserwujemy dalsze zmagania niewielkiej społeczności z codziennością opanowaną przez żywe trupy.

Pierwszy tom uznałam za bardzo słaby, ale z racji tego, że lubię dawać drugą szansę oraz posiadałam wszystkie trzy części Zmierzchu świata żywych postanowiłam sięgnąć po kontynuację. Debilizm tej książki mnie pokonał - nie doczytałam ostatnich czterdziestu stron, bo bałam się, że od wznoszenia oczu ku niebu gałki oczne mi się odwrócą na tył czaszki. Przez kilka rozdziałów żywiłam umiarkowaną, ale jednak jakąś sympatię do postaci Nerit, która rozstawiała wszystkich debili po kątach i wykazywała szczątkowe przejawy determinacji, ale na tym moje pozytywne uczucia względem Konfrontacji się skończyły. Bohaterowie mają problemy rodem z gimnazjum (koleś boi się, że gdy pójdzie do łóżka z biseksualną dziewczyną, ona na widok jego wyposażenia ucieknie z krzykiem. Tak, bo dorośli ludzie nie mają podstawowej wiedzy z zakresu biologii), mentalność trzydziestoletnich postaci rozwijała się też mniej więcej do tego okresu edukacji, a w przypadku konkretniejszych scen z udziałem zombie schemat jest ten sam - deklaracja przynajmniej dwóch bohaterów, że nie znoszą zombie, jakieś przekleństwo, Jenni przez "i" włącza się szajba i laska kozacko chwali się, ilu to zombiaków nie potrzebuje do zabicia i jako taki odwrót. Praktycznie rzecz biorąc nic tej książki nie ratuje, no chyba, że potraktujemy ją jako żart, który zaszedł zdecydowanie za daleko. Ostatniego tomu nie ruszę. Kijem ani niczym innym.

Moja ocena: 1/10

Tytuł oryginału: Fighting to survive
Autor: Rhiannon Farter
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 356
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia Zmierzch świata żywych: 1. Pierwsze dni, 2. Konfrontacja, 3. Oblężenie

I tak to teraz będzie wyglądać...
Jak przeczytam cokolwiek, to o tym napiszę. Krótko i na temat, no chyba, że mi się zbierze na dłuższe wywody. Ale nie mam energii, zapału ani czasu na regularne blogowanie i w sumie dobrze mi z tym. Od czasu do czasu zajrzę na Wasze blogi i dam znak życia. Takie czasy nadeszły... Tmczasem za tydzień się bronię. Trzymajcie kciuki :) 

27 września 2016

Cmętarz Zwieżąt


Czyli koszmar koszmarem przeniknięty.

Druga połowa roku jest okresem czytania Kinga i najpewniej zrobię sobie z tego tradycję czytelniczą. Zaczęło się od Christine dwa lata temu na sam koniec grudnia i w zeszłym roku zostało podtrzymane poprzez sięgnięcie po Carrie, Cujo i Misery, oczywiście jesienną porą. King jest takim pisarzem, którego chcę jeszcze lepiej poznać, mam w planach mnóstwo jego książek do przeczytania, ale na chwilę obecną recenzowana niżej powieść jest najlepszą tego autora.

Powieść zaczyna się w chwili przeprowadzki głównego bohatera, Louisa, który wraz ze swoją rodziną dociera do domu w Ludlow. Niebawem ma zacząć pracę na tamtejszym uniwersytecie jako lekarz w przychodni akademickiej. Nieopodal domu, w którym zamieszkała rodzina Louisa znajduje się tajemniczy Cmętarz zwieżąt, na którym spoczywają ciała ulubieńców z okolicznych domostw stworzony przez dzieci. W rodzinie Louisa miejsce to wzbudza fascynację, ale i lęki. Sam główny bohater poznaje niebawem tajemnice jeszcze mroczniejsze niż nietuzinkowe miejsce pochówku z błędami ortograficznymi, na tabliczkach grobów poszczególnych zwierzaków.

King oczywiście zaczyna w dosyć spokojny, przemyślany sposób konstruować postaci tego dramatu, dramatu na który z początku absolutnie nic nie wskazuje. Louis mniej więcej dogaduje się ze swoją żoną, Rachel i kocha swoje dzieci, Gage'a i Ellie. Ta pozorna dobra passa, uśmiech od losu nie trwają długo. Niebawem w życiu Louisa pojawia się niesamowicie dużo śmierci, koszmarów i szaleństwa. Cmętarz zwieżąt i jego mroczne okolice stają się miejscem generującym w Louisie i jego bliskich mnóstwo niepokoju, a w beztroską codzienność wkrada się mrok i niebezpieczeństwo, mocno odbijając się na psychice bohaterów książki.

Głównym bohaterem jest Louis i to jego poczynania śledzi trzecioosobowy narrator wprowadzając nas w okolice Ludlow. Pierwsza połowa lektury przeminęła dosyć przyjemnie, bez większego szału, a przez kolejne rozdziały moje lekkie zniecierpliwienie nieco wzrastało w oczekiwaniu na to, kiedy wreszcie zacznie coś się dziać. Na szczęście czekać zbyt długo nie musiałam i gdy doszło do pierwszych, dramatycznych zdarzeń przepadłam w tej powieści. Bardzo spodobało mi się to, że wraz z niepokojącym, tajemniczym klimatem mamy tutaj zafundowane przez Kinga wiele przypadków popadania w szaleństwo i to momentami naprawdę głębokie. Uwielbiam to w tej książce, że każdy z bohaterów ma swoje demony i musi sobie z nimi radzić. Czasem te demony wygrywają, czasem przenoszą się na bliskich, czasem zostają zwalczone. Książka nie jest specjalnie przerażająca, jak na horror, ale wciąga i ten klimat wszechobecnego, przyczajonego strachu da się wyczuć. To uwielbiam w książkach Kinga, choć zauważyłam dopiero teraz - coś się dzieje, ale nie jestem w stanie dokładnie stwierdzić co. Ale wiem, że sprawy nie zmierzają w dobrym kierunku, że gdy na scenę wkracza koszmar, wszyscy będą w niego zaangażowani.

Trochę, jak już pisałam, musiałam poczekać na to, aż konkretna akcja ruszy do przodu, ale w zasadzie, patrząc na objętość książki można było się tego spodziewać. Ponad pięćset stron, które jednak przelatują szybko, między innymi dzięki przystępnemu stylowi pisania. Po moim ostatnim spotkaniu z Kingiem, czyli lekturze Misery zastanawiałam się czemu tamta książka aż tak bardzo mi się nie spodobała i przez moment rozważałam, czy to nie wina specyficznego stylu. Wydaje mi się, że to zależało w tamtym przypadku od konwencji powieści, w której było mniej dynamiki, a więcej zabawy z psychiką bohaterów. Tutaj jest ta zabawa z psychiką również, ale bohaterowie są uwikłani w relacje z innymi ludźmi i dzięki temu Cmętaż zwieżąt bardziej przypadł mi do gustu.

Bardzo lubię dobrze skonstruowane postacie i u Kinga zdecydowanie mogę się tym napawać. Każdy z bohaterów ma demony, o których już wspominałam, które nie wzięły się z jakichś randomowych wydarzeń tylko swe źródło mają w traumach z przeszłości. Ta przeszłość powraca, nie chce dać spokoju żadnej z postaci i co więcej, jej macki sięgają do psychiki najbliższych.

W kwestii postaci występujących w książce - po raz kolejny zdarzyło mi się polubić dziecko i jestem w szoku. Ellie okazała się rezolutną dziewczynką, która miała w sobie jakiś mrok, tajemnicę i chyba właśnie dlatego tak bardzo ją polubiłam. A ja naprawdę nie przepadam za postaciami małoletnimi w książkach... Natomiast kolejnym moim ulubieńcem został Jud Crandall, sąsiad Louisa. Jego relacja z głównym bohaterem naprawdę mnie ujęła i pozostawał moim ulubieńcem do samego końca książki. Finał Cmętarza zwieżąt wywołał we mnie tyle napięcia, że nie pamiętam, kiedy ostatnio tak emocjonowałam się przy czytaniu. Po zamknięciu miałam lekkiego kaca i wręcz wydawało mi się niestosowne brać do ręki kolejną powieść.

Na wypadek gdybyście jeszcze się nie zorientowali, to oczywiście Cmętarz zwieżąt polecam i to gorąco. To bardzo dobra książka, której przez długi czas nie zapomnę, jeśli w ogóle. Znów zatęskniłam za Kingiem i muszę sobie zapolować na więcej tytułów spod jego pióra, bo pisze świetnie i wciągająco. Z chęcią sięgnęłabym po coś, przy czym więcej mogłabym się bać, bo wtedy uznaję książkę z tego gatunku za naprawdę mocną. Nie zmienia to faktu, że Cmętarz zwieżąt porywa, uzależnia czytelnika i nie chce go wypuścić do samego końca z niesamowicie mocnego uścisku. Warto przeczytać!

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Pet Sematary
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 517
Rok wydania: 1983 (oryginał), 2012 (kieszonkowe wydanie w Polsce)

17 września 2016

Tło ciekawsze niż pierwszy plan - "Dworzec Perdido"


Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wcześniej trafiła w moje ręce książka, którą chciałoby mi się czytać z racji bardziej interesującej akcji drugoplanowej. Co ciekawe, pomimo zdecydowanie mniej licznych epizodów zasilających tło powieści, czytałam dzielnie, może właśnie dla nich. Opłaciło się zdobyć na odrobinę cierpliwości, bo patrząc na Dworzec Perdido jako całość przyznać muszę, że to bardzo dobra historia.

Autor zaprasza nas do Nowego Crobuzon, miasta powstałego w jego wyobraźni, w których spotykają się różnorodne rasy, w tym ludzie. Człowiekiem jest też główny bohater powieści, Isaac Grimnebulin, naukowiec uparcie sprzeciwiający się najpopularniejszym teoriom wyznawanym przez kolegów po fachu. Isaac ma również nieco niewygodną tajemnicę - romans z przedstawicielką rasy khepri, Lin. Pewnego dnia do głównego bohatera przychodzi tajemniczy człowiek-ptak okryty hańbą, pozbawiony skrzydeł i prosi go, by spróbował dokonać niemożliwego i przywrócić mu umiejętności latania. Tym samym Yagharek (bo tak się nazywa stwór) został moim ulubionym bohaterem powieści. Natomiast Isaac wśród poszukując rozwiązania problemu Yagharka natrafia na larwę nieznanego sobie gatunku, zaczyna jej doglądać i z wielką troską pilnować jej rozwoju. Nie wie, że sprowadzi w ten sposób na całe Nowe Crobuzon ogromne kłopoty...

Tak jak pisałam już wcześniej, z początku najbardziej ciekawił mnie motyw stęsknionego za lotem Yagharka i dziwnej, żywiącej się narkotykiem larwy hodowanej przez Isaaca. Natomiast na pierwszym planie królowały codzienność, zarówno Isaaca jak i Lin. Żadna z tych postaci nie skradła mojego serca, czy też innej części ciała i przez to czytałam z zainteresowaniem tylko niektóre fragmenty. W dodatku stylMiéville'a nie należy do najprostszych i cały czas musiałam koncentrować się w czasie czytania. Pewnie jest to powód niemalże czterech tygodni, które spędziłam przy tej książce.

Nie ulega wątpliwości, że autorowi zależało na bardzo dokładnym scharakteryzowaniu miasta. Momentami miałam wrażenie, że Nowego Crobuzon to jeszcze jeden niezależny bohater i bardzo mi się to spodobało. Pomimo topornego momentami języka, gęstego stylu, w którym przy chwili nieuwagi można było się pogubić, kreacja miasta przypadła mi do gustu.

Co z tym steampunkiem? Chyba trochę go mało. Za wiele zdradzać nie chcę, żeby nie zepsuć elementu zaskoczenia, spodziewałam się jednak trochę więcej wszechobecnych mechanizmów. Dworzec Perdido to jednak książka z elementami steampunku, niż rasowy przedstawiciel swojego gatunku. Nie jest to dla mnie wadą, tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że w dalszych tomach ten wątek steampunkowy powinien przesunąć się do czołówki. A po kontynuację jak najbardziej mam zamiar sięgnąć, bo z tego, co wiem, kolejne dwa tomy są fabularnie niezależne i nie powiązane zbyt silnie z akcją toczącą się w Dworcu Perdido.

To, czego nieco mi w kreacji postaci zabrakło, to warstwa emocjonalna. Dlatego też skoncentrowałam swoją uwagę na Yagharku - on tęsknił za lotem, on skrywał tajemnicę związaną z utratą skrzydeł, to on wolno się otwierał przed obcymi i stronił od towarzystwa, równocześnie wzbudzając we mnie ogromną ciekawość. Również dzięki niemu końcówkę książki czytałam siedząc jak na szpilkach i z rozchylonymi z lekkiego szoku ustami. Natomiast ani związek Isaaca i Lin ani dążenia Isaaca do naprawienia swoich błędów mnie nie porwały, mało było bardzo o uczuciach, co więcej, związek człowieka z przedstawicielem innej rasy był nieco zbyt fantastyczny i oderwany od rzeczywistości, by się nim ekscytować. Żeby było jasne, nie szukałam w tej książce romansu, jak z resztą w żadnej, ale jednak relacje między postaciami to ważny aspekt powieści który nadaje jej wiarygodności.

Z chęcią zapoznam się zarówno z Blizną jak i z Żelazną radą, ale potrzebuję na chwilę trochę odpoczynku od Miéville'a, który wymaga od czytelnika skupienia i cierpliwości podczas lektury. Cieszę się, że mam w bibliotece tom drugi, który ponoć niełatwo zdobyć. Wydaje mi się też, że pomimo ciekawości i oczekiwań żywionych w stosunku do kolejnej części jestem w stanie trochę odczekać i może nawet na dobre mi to wyjdzie. Poczekam, aż sama zatęsknię za światem Nowego Crobuzon, aby się nim z większą fascynacją delektować.

Moja ocena: 7,5/10

Tytuł oryginału: Perdido street station
Autor: China Miéville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 648
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2003 (w Polsce)

Trylogia Nowe Crobuzon:
1. Dworzec Perdido
2. Blizna
3. Żelazna rada

4 września 2016

Relacja z Polconu 2016 we Wrocławiu


W tym roku mój rodzinny Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury i nie pierwszy raz fakt ten przysporzył mi powodów do radości. Kolejnym ciekawym wydarzeniem wpisującym się w różnorodny repertuar ESK był konwent miłośników fantastyki - Polcon zorganizowany w dniach 18-22 sierpnia. Dosyć długo zwlekałam z zakupem biletu, bo oczywiście załatwienie sobie wejściówki pół roku wcześniej przerosło moje możliwości i w zasadzie... dobrze na tym wyszłam, bo jakiś tydzień przed konwentem udało mi się załatwić akredytację medialną. Z racji tego, że obecnie jestem osobą pracującą, czas na odwiedzenie atrakcji Polconu miałam tylko w sobotę i w niedzielę, ale specjalnie nie narzekam.

Polcon odbył się we wrocławskiej Hali Stulecia, w której miałam okazję już w tym roku być podczas innego wielkiego wydarzenia - koncertu Within Temtation z okazji Majówki. Tuż obok Hali znajduje się Wrocławskie Centrum Kongresowe, w którym odbywała się większość prelekcji. W samej Hali królowali wystawcy i planszówki, a sale, w których prowadzono tematyczne panele były tylko dwie, plus galeria, której nie udało mi się namierzyć bez pomocy Hrosskara (którego pozdrawiam!). Śmiem twierdzić, że oznaczenia były trochę słabo widoczne, a samo zorientowanie się w terenie zajęło mi prawie godzinę.

Planszówki są fajne, ale do grania trzeba mieć towarzystwo...
Udało mi się być na trzech panelach w sobotę, natomiast w niedzielę zainteresował mnie tylko jeden. To niezbyt wiele biorąc pod uwagę szeroki wybór jaki każdy uczestnik miał, ale niestety ilość czasu miałam ograniczoną. Pierwsza prelekcja, na którą poszłam dotyczyła Roli kobiet w powieściach fantasy, na którym to panelu mogłam posłuchać co do powiedzenia w tej kwestii mają Robert Wegner, Maja Lidia Kossakowska, Magdalena Kozak, Magdalena Kucenty i Ewa Białołęcka. Spotkanie prowadziła Klaudia Haintze, którą bardzo polubiłam w czasie tegorocznego Polconu. Co do samego panelu - był całkiem do rzeczy, aczkolwiek chyba trochę za dużo było uczestników, bo nie każdy miał możliwość (i chyba nawet ochotę) wypowiedzenia się pełnego i zwięzłego w temacie.

Kolejne dwa panele tyczyły się grozy i zainspirowały mnie do czytania i poszukiwania nowych powieści z tego gatunku. Bardzo podobał mi się panel o erotyce w grozie, o tym, żeby seks spełniał w książce funkcji więcej niż kilku stron erotycznych uniesień bohaterów. Poruszono też kwestie ekstremalnych pomysłów, jednym z uczestników panelu był Robert Cichowlas (Siedlisko, Koszmar na miarę), któego przyjemnie się słuchało. Na drugim panelu dotyczącym grozy miałam okazję zobaczyć Sylwię Błach, która ciągle przewija mi się gdzieś wśród polskich autorów, ale po którą do tej pory nie sięgnęłam. Łatwiej mi jednak się zabrać za twórczość jakiegokolwiek autora, gdy go w pewnym sensie "poznam". Tak samo było z Białołęcką i Jadowską. Może to trochę chybione przykłady ale co zrobić. Podobna sytuacja tyczy się blogów - chętniej czytam te, których autorów znam osobiście...

O religiach i filozofii w fantasy - jeden z bardziej
wymagających intelektualnie paneli...
W niedzielę byłam na panelu "Elementy filozofii i religii w fantastyce", na którym miał być Jakub Ćwiek i go nie było. Polowałam na niego specjalnie, bo bardzo gościa lubię, a on nie przyszedł na jedyny panel, na który ja się przeszłam. Trudno. W przyszłym roku będą Dni Fantastyki, na których będę, bo jakże mogłoby mnie nie być i wtedy na Ćwieka zapoluję. Swoją drogą widziałam go przelotem gdzieś na strefie handlowej, podobnie jak i Ewę Białołęcką.

Polcon co roku oznacza galę wręczenia Zajdli, przy czym o tym, do kogo ma nagroda trafić decydują czytelnicy. Mam lekkie wyrzuty sumienia, po raz kolejny, że nie interesuję się, w mojej ocenie, w stopniu wystarczającym, aby na temat nominacji czy też wyników się wypowiadać. Cieszę się, że Wegner został laureatem w obu kategoriach, bo to ceniony autor i chwalony, w dodatku oczekujący na mojej półce na przeczytanie. Do Zajdla w kategorii powieści były nominowane bardzo znane nazwiska, bo oprócz Wegnera pojawił się Dukaj (którego lekko znam, bo jedno opowiadanie czytałam) i Magdalena Kozak i Paweł Majka. A ja znów zgrzytam zębami na myśl o wielkości moich zaległości. Te z zakresu polskiej literatury fantastycznej bolą chyba najbardziej...

Na podsumowywanie Polconu silić się nie będę, bo nie mam pełnego obrazu sytuacji, Owszem, trochę się gubiłam w drodze na tych kilka prelekcji, ale tragedii nie było, co ostatni czasy często lubię powtarzać. Po raz kolejny udział w warsztatach z czegokolwiek muszę odłożyć na inną okazję. I może sobie gdzieś zapisać, żeby nie zapomnieć. Autografów też nie zbierałam, bo nie jestem fanką taszczenia książek raz już przeczytanych do samego podpisu, a jedyna osoba, na którą się czaiłam musiała odwołać swój przyjazd na Polcon. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Siri Pettersen zechce zawitać do Polski. Mark Hodder natomiast nie zadowolił mnie drugim tomem Burtona i Swinburne'a i dlatego też stwierdziłam, że odpuszczę sobie kolejkę podpis. A pomyśleć, że kilka miesięcy temu specjalnie zaplanowałam zakup drugiej i trzeciej części, żeby mieć "wszystko" do podpisu. Życie.
Panel o erotyce w harrorach - z (od lewej) Tomkiem Czarnym, Robertem Cichowlasem i Arturem Olchowym
Podobały mi się te dwa dni. Konwenty działają na mnie inspirująco i dostarczają pomysłów na poszukiwanie nowych lektur (Masterton i Ketchum dopisani do listy tego, co koniecznie muszę przeczytać...), nowych rzeczy, nawet tak ogólnie. Tym razem podarowałam sobie szaleństwa zakupowe i jedyny mój zakup to trzy plakaty - z wizerunkiem najsłynniejszego w fantastycznym świecie bękarta, z zawołaniem rodu Baratheonów oraz z wizerunkiem oka Saurona. Poszukiwałam jakiejś fajnej biżuterii, bo błyskotki zawsze przyciągają mój wzrok, ale ostatecznie na nic się nie skusiłam. Książek też nie oglądałam, nie pod kątem zakupowym, bo narosły mi kolejne zaległości i czasu mam na czytanie niewiele. Warto jednak było na Polcon się wybrać, a imprezę polecam wszystkim, nie tylko fanom fantastyki!

22 sierpnia 2016

Strach do przymiarki - "Koszmar na miarę"

Mimo mojego uwielbienia żywionego do polskich pisarzy ostatnimi czasy rzadko po nich sięgałam i nadszedł w końcu moment, aby to zmienić. Duet, który stworzył recenzowaną dzisiaj książkę znam już z innej powieści, a mianowicie Siedliska, które bardzo mnie wciągnęło i uważam za jedną z najlepszych powieści grozy, jakie czytałam. Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas postanowili tym razem zabawić się w krawców i uszyć straszną historię, która przypasuje wszystkim czytelnikom. Pytanie tylko, jak tu dobrać rozmiar uniwersalny?

Autorzy postanowili umieścić akcję książki w Poznaniu. Główny bohaterem jest Bartek, student prawa pracujący w salonie z ekskluzywnymi garniturami - Royes and Coles. Już na wstępie czytelnik zostaje uświadomiony co do beznadziejnej sytuacji Bartka, który jest narratorem powieści. Ma on okropnego szefa, pensję również niezbyt zadowalającą, a wśród kolegów z pracy znajduje się tylko jedna życzliwa mu osoba. Niebawem w Royes and Coles wśród towaru wystawionego na półkach pojawiają się plamy krwi, sklep nawiedza tajemnicza staruszka, a jeden z klientów umiera. Bartek postanawia samodzielnie zabrać się do śledztwa, które zgotuje mu niebezpiecznie bliskie spotkania ze słowiańskimi demonami i śmiercią.

Koszmar na miarę okazał się lekturą lekką, a nieskomplikowany język sprawiał, że szybko przemykałam przez kolejne rozdziały. Szkoda tylko, że w bardzo niewielu fragmentach książka wydała mi się naprawdę interesująca. Sam pomysł na historię z wykorzystaniem istot z słowiańskiej mitologii jak najbardziej do mnie przemówił i utwierdził w przekonaniu, że za rzadko sięgam po historie z takimi właśnie elementami. Niestety, wśród bohaterów ciężko było uświadczyć kogokolwiek, kto zasługiwałby na moją sympatię. Nawet nie o sympatię chodzi - raczej mam na myśli troskę o dalsze losy postaci, które zagościły na kartach Koszmaru na miarę. Jak dla mnie wszyscy mogli zaliczyć zgon i nic by mnie to nie obeszło, a nawet uznałabym ten wariant za ciekawszy. Lekkość lektury sprawiała, że nie męczyłam się podczas czytania, a gdy na scenę wkroczyły demony, trochę bardziej wciągnęłam się w lekturę.

Wydaje mi się, że największym minusem, rzeczą, która po raz pierwszy mi podczas czytania przeszkadzała była pierwszoosobowa narracja. Zwykle nie mam z tym aspektem problemu, radzę sobie spokojnie z tym, co było zamysłem autora. W przypadku Koszmaru na miarę dużo lepszym zagraniem byłby narrator trzecioosobowy, który opisywałby całokształt wydarzeń, a nie tylko to, co dzieje się w głowie i polu widzenia Bartka.

Co do elementów charakterystycznych dla gatunku grozy - było ich całkiem sporo, ale trochę zgubiły się, tak sądzę, wśród trochę zbyt długich scen przejściowych, w których bohaterowie wiedli swoje zwyczajne życie. Niektóre działania bohaterów wydały mi się niezbyt przemyślane, aczkolwiek końcówka należycie domknęła wszystkie wątki i wprowadziła nieco dynamiki i napięcia.

Koszmar na miarę to lekkie czytadło, po które można sięgnąć pomiędzy cięższymi lekturami i w moim przypadku się to sprawdziło. Nie bałam się podczas czytania, byłam raczej zaciekawiona i ani trochę nie zależało mi na powodzeniu głównych bohaterów, których charaktery nie wyróżniły się niczym nadzwyczajnym. Proponuję z dorobku tego duetu jako porządniejszą lekturę przeczytać Siedlisko.

Moja ocena: 6,5/10

Autorzy: Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr.
Wydawnictwo: Grasshopper
Ilość stron: 366
Rok wydania: 2010