26 czerwca 2017

Klucz do otchłani

Czy książka zapowiadana jako futurystyczny thriller inspirowany twórczością Lovecrafta może czytelnika nie zainteresować? Myślę, że to mało prawdopodobne, z racji tego, że sama na taki tytuł zwróciłam uwagę. Bądź co bądź książka swoje odczekała, ale mam wrażenie, że teraz była on dla mnie i tak ciekawszą lekturą niż te cztery lata temu, gdy ją kupiłam. Dlaczego więc męczyłam Klucz do otchłani ponad dwa tygodnie i odkładałam ostatnie kilkanaście stron na kolejne i kolejne popołudnie?

Somoza postanowił opowiedzieć nam dosyć znaną już w literaturze historię bohatera żyjącego jak każdy z nas, szarą codziennością, który wcale się o to nie prosząc zostaje wplątany w intrygę. Ciężko doszukiwać się tutaj przyczyn, dla których to właśnie Daniel Kean został "posłańcem", tym, który w pociągu z Berlina, w którym pracował jako konduktor dostał tajemniczą wiadomość od samobójcy odnośnie klucza do otchłani. Tym samym Daniel zostaje wpakowany w walkę między wyznawcami różnych rozdziałów Najświętszej biblii. Obiecujący początek, dynamiczna akcja i zagadka oraz perspektywa podróży na inny kontynent nie zapowiadały pustki, którą pamiętam po zakończeniu lektury i którą niestety z wnętrzem książki kojarzyć będę.

Widać dobrze, że Somoza pomysł na książkę miał, również i warsztat nie nawalił. Autor przenosi nas do przyszłości, w której można na przykład zaprojektować człowieka, a ludzi dzielą się właśnie na pochodzenia biologicznego, bądź stworzonych w ośrodkach na podstawie prywatnych preferencji rodziców. Brzmi ciekawie, w czasie czytania sprawdza się, również podczas zakreślania różnic między oboma typami ludzkich istot, powodów do wzajemnej nienawiści. Główną rolę odgrywa w książce wspomniana wcześniej Najświętsza biblia, której wyznawcy to fanatycy religijni, żarliwie wierzący w poszczególne rozdziały. Niestety zarzuty mam pod adresem właśnie ich, czyli bohaterów z którymi podróżujemy po emanującym surowością futurystycznym świecie. Motywacją do działania głównego bohatera jest zagrożenie czyhające na jego żonę i córkę. Bardzo dobry motor do działania, z tym, że tak jakby działa tylko przez pół książki. Potem Daniel o swojej rodzinie niemalże zapomina i tylko po części dlatego, że wątek częściowo się rozwiązuje za sprawą korzystniejszego mniej lub bardziej zwrotu akcji. Tak samo inne relacje między bohaterami to słabo zaakcentowane informacje o tym, że jakąś dwójkę łączy silna sympatia bądź jej przeciwieństw. Kreacja bohaterów zdecydowanie mi nie podeszła i jedyną sylwetką, która zdobyła moją sympatię była Maya. Ja oczywiście nie wymagałam rozwlekłych fragmentów ukazujących przeszłość kolejnych postaci, ale te szkice, które dostałam sprawiły, że z żadnym z bohaterów zżyć się nie mogłam.

Wspomniana pustka pojawiająca się mojej głowie po lekturze tyczy się również nudnawej fabuły, niepotrzebnych wprowadzających pewne zagmatwanie wątków i słabo dopracowana kreacja świata. Niewątpliwie Somoza chciał coś tą historią przekazać, ale nie do końca to do mnie trafiło. Widać to też właściwie po recenzji, którą czytacie. Co ja właściwie jeszcze mam o tej powieści napisać? Chyba tylko tyle, że nie jestem w stanie stwierdzić, czy inspiracja Lovecraftem wyszła autorowi na dobrze, bo proza mistrza grozy jeszcze wciąż przede mną. Natomiast jeżeli mowa o elementach będących technologią przyszłości zaliczyć należy tą kwestię na plus, bo nic czytelnika nie przytłacza, w zasadzie większość "nowinek" to ciekawe gadżety o nieskomplikowanym działaniu przydające się w życiu codziennym.

Początek powieści był obiecujący, tym bardziej, że autor postanowił wystartować z mocnym akcentem, który podniósł poprzeczkę najwyraźniej za wysoko. Historia Daniela oraz wyznawców rozdziału siódmego, dziewiątego czy czternastego (niepotrzebne skreślić) to niezbyt wciągająca przygodówka w specyficznym klimacie, który niestety nie nadrabia braków lektury.

Moja ocena: 6/10

20 czerwca 2017

Skrzydła nocy


Do Roumu przybywa trójka - Lataczka, Odmieniec i Strażnik, jednak to ten ostatni jest narratorem. Losy bohaterów splecione zostały jeszcze przed akcją Skrzydeł nocy i mimo specyfiki ich relacji czytelnik w każdej z postaci jest w stanie odszukać coś, co ujmuje. Sama fabuła zostaje osadzona czasowo w bliżej nieokreślonej przyszłości, w świecie, w którym zadłużona Ziemia znieść musi najazd obcych żądających ukarania upadłej ludzkiej rasy. W chaotycznym, pełnym wszechstronnego ucisku podróżuje Strażnik, szukając swego powołania, zastanawiając się nad sensem otaczającego go świata i tym, w co tak naprawdę warto wierzyć.

Przegraliśmy teraźniejszość, przegraliśmy przyszłość, z konieczności musieliśmy pochylić się nad przeszłością, poświęcić wszystkie posiadane środki na jej potrzeby. Przeszłości nikt nam nie zabierze, musimy tylko objąć nad nią straż.

Robert Silverberg stworzył trzy ujmujące opowiadania, których lektura przenosi czytelnika w niezwykły świat zmuszający do refleksji a równocześnie bardzo łatwy w odbiorze. Pomimo tego, że jest to science fiction to wydaje mi się, że każdy dojrzalszy czytelnik, będąc amatorem bądź nie tego gatunku coś dla siebie w tych historiach znajdzie. Oczywiście wszystkie wydarzenia koncentrują się na postaci Strażnika, to właśnie jego charakter, zarówno pełen prostoty jak i pewnych zawikłań poznajemy najlepiej. To niesamowita postać, wzbudzająca w czytelniku uznanie, ale też żal współczucie. Z tyłu okładki wspomniano o wątku nieszczęśliwej miłości, który sugeruje pewną ckliwość, która wkraść się może w fabułę. Nic podobnego. Oczywiście, motyw ten pojawia się, odgrywa rolę dosyć znaczną, ale jednak nie kłuje w oczy żadnym kiczem czy przesadą.

Opowiadania zostały napisane w bardzo wyważonym stylu. Spodobał mi się język autora, bo Silveberg pisze tak, że przez cały czas utrzymuje takie samo tempo. To taka historia, która nie potrzebuje dynamiki, taka, przez którą możemy płynąć odnajdując w niej coraz to nowe symbole. Równocześnie w dzieje Strażnika wkrada się kilka zwrotów akcji, a więc pomimo raczej stonowanego tempa w Skrzydłach nocy próżno narzekać na nudę. Również przedstawienie realiów przyszłości to nie długi wpędzające w dezorientację opisy najnowszych wynalazków tylko konieczne z racji danej sytuacji informacje na temat działającej technologii. Takie science fiction przekonuje mnie do tego, żeby poznać więcej tego gatunku, jak również żeby sięgać po ambitniejsze tytuły.

W niezwykły stan lekkiego rozczulenia wprowadził mnie wstęp zapisany przez Roberta Silverberga. Przybliża on na kilku pierwszy stronach realia powstawania zbioru i tego, w jak ciężkich relacjach znajdował się wtedy ze swoim wydawcą, z którym łączyła go również przyjacielska więź. Nasunęło mi to na myśl relację łączącą Lewisa i Tolkiena, w przypadku której twórca Śródziemia krytykował narnijskie przygody czwórki rodzeństwa Pevensie. 

Skrzydła nocy na pewno jeszcze długo wspominać będę z uśmiechem, może nieco przyćmionym przygnębieniem, ale jednak uśmiechem. To piękna, pełna delikatności historia przekazująca kilka istotnych wartości, stawiająca pytania o sens trwania w powołaniu. Zdecydowanie polecam, szczególnie, że jest to tomik o niewielkiej objętości, choć na myśl o tylko dwustu dwudziestu stronach robi mi się nie smutno...

Moja ocena: 8/10

12 czerwca 2017

Radio Armageddon

Tak się czasem zastanawiam, jak to jest, że książki, w których przedstawione obrazy zdecydowanie przeczące klasycznej sielance i spokojowi są w stanie dać czytelnikowi jakieś poczucie komfortu. Nie nazwę tego ukojeniem, ale może po prostu wygodą. Mam nadzieję, że każdy książkoholik doświadczył już kiedyś tego uczucia. Podczas czytania stykał się już z takimi fragmentami, które były dla niego po prostu wygodne. Które za pomocą idealnie dobranych słów opisywały coś tak banalnie oczywistego, że nikt inny nie wpadłby na pomysł, żeby o tym wspomnieć. I tutaj leci pierwsza pochwała pod adresem autora - niebanalny, a jednocześnie prosty styl i umiejętność trafienia odpowiednio dobranymi słowami w sedno.

Jakub Żulczyk stworzył historię zespołu muzycznego toczącą się w realiach polskiej codzienności. Nie taki zwykły zespół, bo punkowy i historia też niczego sobie, bo czwórka głównych bohaterów po prostu stawia czoła rzeczywistości w sposób nie podpadający pod żadne popularnie stosowane kategorie buntu. Co więcej Radio Armageddon staje się dla Nadziei, Szymona, Cypriana i Gnata świętością, a równocześnie dla każdego z nich oznacza coś innego. I naprawdę jest o czym opowiadać.

Autor nie snuje nużącej, opowiadającej punkt po punkcie opowieści o tym, jak zespół powstawał. Teraźniejszość przeplata się z rozbudowanymi wstawkami z przeszłości, a narrację prowadzą głównie Nadzieja i Szymon. To oni opowiadają czytelnikowi o szarym, sztucznym otaczającym ich świecie, który po części zna każdy z nas i w którym każdy znajdzie cząstkę swojej rzeczywistości. W zasadzie motyw młodzieżowego buntu wyrażanego przez założenie amatorskiego zespołu punkowego to temat dosyć oklepany, a jednak treść książki potrafi zafascynować i uwięzić czytelnika w tym pozbawionym głębi świecie.

To bardzo mocna powieść. Pełna drastycznych, szokujących obrazów, które wręcz uderzają w świadomość czytelnika. Co więcej, wątek tajemniczego zaginięcia Cypriana, lidera zespołu komplikuje plany całej reszty postaci, wyzwala pragnienia, do których w zasadzie na warto się przyznawać. Równocześnie pomimo mocno postępującej degeneracji bohaterów w jakiś sposób życzy się im jak najlepiej i naiwnie, gdzieś na skraju świadomości liczy na to, że jednak jakoś się to wszystko poskłada.

Momentami obraz bandy zaćpanych licealistów trochę mnie męczył w sensie takim, że nie wierzę, żeby grupce młodzieży tak łatwo było w szybki sposób niemalże nieodwracalnie popaść w nałóg. Miałam wrażenie, że trochę jakby żyją w szklanej bańce (oni chyba też), takiej, której wnętrza nie dostrzega otoczenie. Rodzice, nauczyciele, znajomi - bardzo mało inicjatywy było z ich strony, ale może moje wrażenie jest efektem tego, że w swoich nastoletnich latach nawet nie otarłam się o takie środowiska. Bywa. Rozumiem też, że ta obojętność wszystkich dookoła to smutny dowód na istnienie rzeczywistego problemu społecznego, jednak i tak wygląda na nieco zbyt mocno odbiegający od realiów.

Jakub Żulczyk stworzył oryginalnie napisaną historię, której wydźwięk na pewno nie pozostawi czytelnika niewzruszonym. W jakiś sposób książka trafia w człowieka, pochłania, przekazuje część smutnych prawd o przekomercjalizowanej rzeczywistości, w której praktycznie na wszystkim da się zarobić, a małe, próbujące coś przekazać "świętości" nie mają za bardzo racji bytu. Chyba, że podasz cenę.

Moja ocena: 7,5/10

1 czerwca 2017

Mój Maj

Jednotomowe powieści. To pod ich znakiem upłynął mi maj. Przeczytałam aż sześć tytułów i tylko jedna z nich stanowiła dalszy ciąg przygód pewnej grupy bohaterów. I trafił się jeden tomik poezji (Mleko i miód Rupi Kaur).
Udało mi się zobaczyć aż sześć koncertów, przy czym cztery z nich odbyły się podczas tegorocznej majówki. Miałam mojego Huntera, miałam radochę.
W kwestii zakupów - kupiłam mniej niż przeczytałam, a zatem kolejka lektur uległa uszczupleniu.
Maj wypadł kiepsko pod względem pracy - więcej jej nie było niż było.
Nadrobiłam zaległości książkowe, sięgnęłam po dwa bardzo długo już oczekujące już tytuły.

Cztery z przeczytanych w maju tytułów - i chyba ledwie widoczne Radio Armageddon najlepsze.
Eksperymenty w PhotoScape. Znalazłam sobie nowe hobby.

Popołudnie w parku. Majówkowy występ zespołu Strachy na Lachy. I mój ukochany wrocławski Dworzec.

Monsun, na którym zaczęłam dopiero jeździć i z którym świetnie się dogaduję. Koń marzenie. Bazgroły ze szkolnego zeszytu. Księga dżungli czytana w plenerze i pamiątka z koncertu, na który nie planowałam iść i który bardzo mi się spodobał.

Takie wrocławskie kadry maja. 

Radio Armageddon i niebo zwiastujące Armagedon.

Czytamy Rycerza siedmiu królestw - fantastyka tylko z adekwatnym tłem muzycznym!
Przypływ weny do rysowania (i równie szybki jej odpływ) oraz koncert wrocławskiego This Great End.
Co tak właściwie kupiłam?

Powiem tylko jedno: jak tak dalej pójdzie, to moje zakładki przejdą na bezrobocie.
A w czerwcu...
Będzie fajnie. Będą na pewno dwa koncerty i to jakich zespołów. Szczegóły w kolejnym podsumowaniu. Czaję się na jedną książkę, zobaczymy jak to wyjdzie z czytaniem, bo kończę aktualnie drugi semestr policealnej. Plan na czerwiec to pięć książek, niezmiennie. Cieszę się z tych Artefaktów - nie dość, że zaczęłam kupować jako takie "nowości" (no, Silverberg ukazał się 26 maja, świeżynka jeszcze) to wpadły mi dwie trochę cieńsze lektury. Tevisa odkładam na jesień. Sandersona raczej na końcówkę lata, mam inne cegły do nadrobienia.

Powodzenia w czerwcu!