30 września 2014

Stosik z września i podsumowanie ;)


Dla studentów koniec września oznacza koniec wakacji. Jutro rejestracja do grup ćwiczeniowych i powrót na sale wykładowe... Po przeprowadzce mam nieco kłopotliwy dojazd, bo z przesiadką, ale mimo wszystko, jest jeden plus. Czytanie książek w czasie teleportacji na uczelnię! Jestem na sto procent pewna, że będę codziennie wraz z moim wielkim, akademickim zeszytem wrzucać do torby jakąś powieść. Tylko perspektywa kolokwium będzie mogła to zmienić. A teraz do rzeczy.

Stosik z września
Od prawej:

1. Pies Baskerviell'ów (Arthur Conan Doyle) - jest to klasyka i w dodatku klasyka, którą mam zamiar poznać. Nie miałam co prawda Sherlocka w pilnych planach zakupowych, ale był w Dedalusie za 5,50 zł...

2. Wróżbiarze (Libba Bray) - nie do końca moja książka, ale zaczęłam czytać i jestem już prawie w połowie. A Wróżbiarzy nabyłam na spółę z przyjaciółką. Autorki nie do końca darzę sympatią, a i teraz momentami zęby zgrzytają, ale jednak jakoś mnie ta powieść zainteresowała.

3. Dni krwi i światła gwiazd (Laini Taylor) - książka o tytule sugerującym slogan z reklamy podpasek na noc (musiałam!), ale należąca do mnie od ponad pół roku. Pierwszy tom bardzo mnie zachwycił i z chęcią zapoznam się z kontynuacją. A, że książka była na wypożyczeniu, to dopiero teraz w stosiku.

4. Bulgur (Magda Fres) - nabyte pod wpływem chwili, również na spółkę z kumpelą wcześniej wymienioną. Książeczka cienka, prawda? Ale moja ograniczona odporność na debilizm zawarty w powieściach spowodowała, że czytałam Bulgura ponad trzy tygodnie. Więcej w recenzji, o ile pisanie takowej przetrwam...

5. Pierwsze dni, Konfrontacja i Oblężenie (Rhiannon Frater) - czyli zdarzają się momenty w moim życiu, w których pójdę do księgarni po konkretne książki i faktycznie z nimi wyjdę. Owoc wizyty w Dedalusie (spowodowanej pragnieniem nabycia właśnie tej trylgoii) i pragnienia przeczytania następnych książek traktujących o zombie apokalipsie.

~Podsumowanie września~

Przeczytanych książek: 3
1. Wybranka kusziela (Jacqueline Carey)
2. Rzeczy niekształtne (Marc del Franco)
3. Bulgur (Magda Fres)

Najlepsza książka miesiąca: Wybranka kusziela
Najgorsza książka miesiąca: Bulgur!!!

Przybyło książek do mojej tylko biblioteki: 4
Liczba postów we wrześniu: 6
Liczba recenzji we wrześniu: 2 (no kurde, szaleję!)
Liczba obserwatorów: 170

Wyzwania:
Z półki: 1
Dystopia 2014: 0
Fantastyczna Polska: 0
Grunt to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 95,8 cm + 8,2 cm =  104 cm (zostało niewiele ponad pół metra... najpewniej mi się nie uda, ale jeszcze nie przestałam walczyć!)

Wrześnień miał być lepszy, ale liczę na to, że w październiku nie będzie jeszcze takiego zapieprzu na uczelni. I liczę na to, że nadrobię wyzwania i może zbliżę się do magicznej tylko dwudziestki książek czekających w kolejce. Bo narazie rzuciło mnie jeszcze w okolice trzydziestki i nie specjalnie mnie to bawi. No i zbliżają się moje urodziny, a w planach październikowych mam... dwie książki, Dlatego nic, tylko wracać do lektury mi pozostaje...

29 września 2014

Wybranka kusziela



Wybrankę kusziela nabyłam przez przypadek. Również do lektury przystąpiłam nie planując tego wcześniej. Zmusiły mnie okoliczności pod postacią wyzwania czytelniczego. Jacqueline Carey pierwszym tomem przygód Fedry mnie zachwyciła. Opasłe tomiszcze jakim była Strzała kusziela wciągnęła mnie w świat w którym Europę znaną mi do tej pory z atlasów geograficznych mogłam poznać na nowo. Również zachwyciłam się postacią Fedry - przebiegłej i pełnej oddania swojej wierze jak i władczyni. Czy Wybranka kusziela powtórzyła sukces pierwszej części serii?

W Terre'd'Ange nie jest spokojnie. Pomimo tego, że dostojna i sprawiedliwa królowa, Ysandra de la Courcel zasiadła na tronie, Fedra doskonale wie, że nie jest spokojnie. Intryganci wokół władczyni nie próżnują, a zdradziecka Melisanda Szahrizaj ukrywa się gdzieś czekając na idealny moment, żeby znów uderzyć. Nasza bohaterka oprócz wiernej służby swej ukochanej królowej musi zmagać się z własnymi rozterkami. Wraca do służby Naamie (czyli ponownie świadczy usługi kurtyzany), co nie podoba się jej przyjacielowi, obrońcy i zaprzysiężonemu Kasjelowi – mowa o Joscelinie. Jenak z kasjelitą Fedrę oprócz wyżej wimienionych relacji łączy uczucie wyniszczające obojga. Fedra stara się odkryć kim tak naprawdę jest, odnaleźć kryjówkę Melisandy i po raz kolejny doprowadzić do zaprzepaszczenia planów tych, którym zależy na przejęciu władzy w Terre'd'Ange.

Nie można, jak dobrze przypuszczam, władać piekłem bez dobrze wykształconego poczucia ironii.

Początek lektury niesamowicie mnie pochłonął. Zwykle na początku czytania cegieł pokroju Wybranki kusziela dość mozolnie idzie mi lektura. Tutaj praktycznie od samego początku czytanie sżło mi gładko, a w myślach wzdychałam z racji zachwytu nad językiem, jakim operuje Jacqueline Carey. Również nowe położenie Fedry, która została hrabiną (z jakiej to ustawy, nie powiem, żeby nie spoilerować!) budziło moją ciekawość. Długo czekać na pierwsze zwroty akcji nie trzeba było. Do połowy książki wszystkie wydarzenia były pełne dynamiki, niejednokrotnie zagryzałam wargę zastanawiając się nad tym, co teraz pocznie bohaterka. Kolejne rozdziały budowały napięcie i w pewnym momencie wszystko... rozeszło się po kościach. Druga część Wybranki kusziela niestety mnie zawiodła...

Widziałam moją udręczoną duszę rozpiętą na kole tortur skleconym z moich złych uczynków.

Po pierwsze, jest trochę monotematycznie. Fabuła skupia się na podróży, kolejnych audiencjach bohaterki u władców, do których akurat wraz ze swoim orszakiem zawitała i ogólnie całość... nudzi. Przez około pięćdziesiąt stron powieść była mdła i zwyczajnie nie specjalnie mnie ciekawiła. Udało mi się jakoś przebrnąć przez te fragmenty i sama końcówka już bardziej mnie zadowoliła. Wiele się dzieje między Fedrą a Joscelinem. Ich relacje są bardzo pogmatwane, bo on zaprzysiągł się Kasjelowi, a ona przysięgła Naamie. Jest to związek mnicha i kurtyzany, pozornie z góry spisany na niepowodzenie. Ale zwrócenie uwagi na to, z jakimi problemami musi zmagać się Joscelin jest kluczowe. W tej części jeszcze bardziej spodobał mi się motyw zakonu kasjelitów i z chęcią przeczytałabym o nim osobną książkę. Nie straciłam sympatii do Joscelina, którego problemy egzystencjalne nie raz doprowadzały do spięć między nim a Fedrą.

Co zaś się tyczy ciebie Fedro... Kusziel cię wybrał i naznaczył na swoją. Gra z tobą oznacza grę z samym bogiem.

Drażni mnie też trochę to, że akcja przenosi się w pewnej chwili do miejsca, którego nie ma na mapie. Skoro już autorka zechciała tam wysłać bohaterów, powinna zmodyfikować mapkę tak, żeby ułatwić rozeznanie się czytelnikowi. To chyba kwestia, która najbardziej mnie zirytowała w tej części Fedra płynie (tak dla odmiany... nie, nie, to sarkazm!), ale o mi z tego, że płynie, skoro nawet nie mogę sobie zobaczyć trasy, jaką pokonała. Mogę się tylko domyślać, że błądziła gdzieś w okolicach półwyspu śródziemnomorskiego. A chyba wszyscy z geografii pamiętają, jak się tamte okolice przedstawiają.

Jakiż dziwny, jakże dojmujący jest ból, gdy zadaje się cierpienie umiłowanej osobie.

Pomijając wspomniane wyżej kwestie to za całą resztę mogę autorkę znów pochwalić. Wspominałam już o języku, ale i tak wspomnę o nim jeszcze nie raz, bo Jacqueline Carey może pochwalić się kunsztem pisarskim. W tej części pojawiają się nowi zdrajcy, nowi wrogowie, ale też nowi przyjaciele. Fedra jednak nie zapomina o starych znajomych i nadal trwa w postanowieniu o próbie zmienienia losu Hiacynta.

Odnoszę wrażenie, że w tym tomie jest więcej erotyki. Może to dlatego, że jest on krótszy, a i w Strzale kusziela czytelnik był świadkiem dzieciństwa Fedry, kiedy to siłą rzeczy, fragmentów + 18 ze świecą by szukać, ale jednak... W tym przypadku nie narzekam. Autorka potrafi ze smakiem opisać zbliżenia Fedry ze swoimi klientami, ale nie tylko z nimi. Sceny te nie są monotonne, zawierają stosowną ilość pikanterii, jak też barwny i wyszukany, lecz nie udziwniony język. Jaqueline Carey udowadnia, że potrafi zawód Fedry przedstawić jako prawdziwą sztukę i za to należą jej się brawa.

To sprawa pomiędzy Kasjelem i Naamą, którzy nasze śmiertelne ciała uczynili swoim polem bitwy.

Nowi bohaterowie budzą sympatię, a przyboczni Fedry, szczególnie Fortun wkradają się do grona najlepiej zapadających w pamięć osobistości. Wydaje mi się, że w tej części lepiej zostaje ukazana postać królowej Ysandry. Może nie zwróciłam na to uwagi w pierwszej części, ale władczyni Terre'd'Ange jest prawdziwym wzroem do naśladowania. Działa w interesie umiłowanego królestwa, stoi na straży wartości i prezentuje cudowną, niezłomną postawę godną naśladowania. Również w stosunku do intrygantów nie zniża się do pójścia po najmniejszej linii oporu, odpuszcza sobie osobistą zemstę i oddaje ich wymiarowi sprawiedliwości. Na uwagę zasługuje również Drustan mab Necthana na uwagę, jako małżonek królowej. Jest postacią wyróżniającą się, pomimo tego, że raczej nie często się pojawiającą.

To straszne żywić nadzieję na przekór wszelkim nadziejom.

Pomimo fragmentów, które nieco mnie znudziły i momentami nawet powodowały niechęć do książki Wybranka kusziela okazała się dobrą książką. Nie dorównuje wspaniałością pierwszej części, ale na pewno z chęcią sięgnę po ostatni tom serii o Fedrze nó Delaunay de Monterve. Niektóre wątki się powyjaśniały, inne podsyciły mój apetyt na dalszą lekturę. Nadal zaliczam Jacqueline Carey do grona moich ulubionych autorów i jestem przekonana, że sięgnę po wszystkie książki, jakie wyjdą spod jej pióra. Polecam osobom mającym ochotę na kawał dobrze przemyślanej powieści, która wymaga jednak momentami trochę cierpliwości i, jakże by inaczej, skupienia.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 575
Rok wydania: 2002 (oryginał), 2011 (II wydanie w Polsce)

Seria Dziedzictwo kusziela:
1. Strzała kusziela
2. Wybranka kusziela
3. Wcielenie kusziela


Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,8 cm), Grunt to okładka (erotyzm)

20 września 2014

Relacja z Polconu 2014

Prolog

Od jakiegoś czasu wspomnienia z Pyrkonu łaziły mi po głowie, a w duszy zrodziło się pragnienie wybrania na konwent. Jako, że kumpela była zajęta pracą odważyłam się myśleć coraz poważniej o samodzielnej wyprawie, tylko... tylko gdzie? I wtedy pojawiła się informacja o Polconie. Niczym kotwica na dnie, pomysł wyprawy na wyżej wymienione wydarzenie zadomowił się w moim umyśle. Między skakaniem z gumtree na olx w poszukiwaniu mieszkania pojawiały się przebłyski prowadzące do coraz śmielszej realizacji planu. Pokopałam w necie, zorganizowałam sobie transport i przechwycenie (tak, w tym miejscu wielkie podziękowania dla Merceli z bloga Books are the mirror of soul. Pozostało tylko spakować plecak i w drogę...

I

Pierwszy dzień Polconu odbywającego się w Wyższej Szkole Administracji w Bielsku - Białej nie należał może do najbardziej ekscytujących, ale nie narzekam. Sleeproomy były udostępnione tuż po godzinie 16. Z identyfikatorem na szyi mogłam już spokojnie poruszać się po terenie imprezy, co więcej bilecik z informacją "Śpię tu" pozwalał mi na swobodne korzystanie z części sleeproomowej nawet między panelami, kiedy to przybywałam tam w celu zjedzenia jakiegoś pseudo obiadu.



Z początku rozeznanie się w tym, który budynek jest A a który B przysparzało trochę problemów, ale koniec końców bodajże trzeciego dnia doskonale orientowałam się w otoczeniu. Szkoda że na samych elewacjach nie zawieczono jakiejś dobitnej informacji, który to budynek, można było się tego dowiedzieć dopiero po wejściu i spojrzeniu na mapkę. Ale z A do B było blisko i teleportacja nie zajmowała dużo czasu...

II

Drugi i trzeci dzień były najciekawszymi w mojej opinii. Szczególnie trzeciego dnia wyszperałam sobie tyle paneli, że teoretycznie nie powinnam była mieć przerwy. A wyszło jak wyszło, bo pomiędzy tym, co zaznaczam sobie długopisem na kartce, a tym, na co faktycznie idę jest zazwyczaj spora przepaść. W drugim dniu byłam na panelu u Jakuba Ćwieka, który pomimo spóźnienia zaprezentował się po raz kolejny wręcz epicko. Autor ten jest według mnie bardzo interesująca osobą i świetnie łapie kontakt z publika. Mówi ciekawie i wesoło, błyskotliwie żartuje, czasem rzuci jakimś przekleństwem na co spokojnie można przymknąć oko. No i do tego pisze fajne książki. Czekam teraz na trzeci tom Chłopców. Udałam się nawet do autora z dwoma egzemplarzami należącymi do Marceli i misją zdobycia autografów. Sympatycznie sobie pogawędziłam chwilkę z panem Kubą, a swoich książek nie tachałam, bo plecak był wystarczająco upchany i ciężki bez tychże. Ale żeby nie było, w zeszłym roku na Dniach fantastyki dostałam dedykację od Ćwieka - znajduje się ona w Dreszczu i sądzę, że drugą część też kiedyś ze sobą zawlokę do powtórki.

Dwa panele o Grze o tron były prowadzone przez "proLannisterskiego" (wybaczyć mi proszę to dziwne słowotwórstwo...) człowieka którego nazwiska nie pamiętam, a i nie mam jak tego wyszperać. Wstyd mi i hańba, wiem. A wracając do paneli - były ciekawe i faktycznie kilka skaz na białym obrusie starkowym wyszło na jaw, orator wskazał pewne niuanse które umknęły mi w czasie lektury, choć momentami było to delikatnie naciągane. Niemniej jednak z wielkim zainteresowaniem śledziłam prezentację odmiennego punktu widzenia.

Na fotografii jestem ja, zaczytana w programie, ale zdjęcia tego nie byłoby, gdyby nie Marcela ;)

Zagościłam też na prelekcji związanej z inspiracjami J. R. R. Tolkiena. Prowadziła go przesympatyczna osóbka której godności też nie pamiętam (może ja sobie powinnam lecytynkę kupić?). Fajnie słuchało się o tym, jak to mistrz czerpał z kultury oraz języka anglosaskiego i Boewulfa. W dodatku na tym panelu jego prowadząca narobiła mi strasznego apetytu na lekturę Tolkiena. A wcześniejszy jegomość z poprzedniego akapitu skolei natchnął mnie do czytania Martina. I co tu robić ja się pytam? Nie można czytać równocześnie dwóch epickich książek, dobrze to wiem...

Byłam na jeszcze jednym panelu z udziałem Ćwieka, który to panel traktował o literaturze YA. Oprócz Ćwieka pojawiła się tam Anna Kańtoch, Kasia Czajka (Zwierz popkulturalny) i jeszcze dwie osobistości. Sam panel był dość ciekawy, choć nie porwał mnie jakoś zasadniczo, bo trochę wyrasta mi się już z literatury młodzieżowej, choć prowadzący i uczestnicy wskazali ciekawe kwestii i zwrócili uwagę na ewolucję gatunków.

To już foto autorskie z wyżej opisanego panelu o YA

Świetnym panelem okazała się prelekcja o zabijaniu. Tyczyła się w sporej części behawioralnej strony żołnierzy w czasie wojny i starć z przeciwnikiem. Myślami wróciłam do książki World War Z, w której jest opisanych wiele wojennych starć, choć to niestety trochę przekombinowana sytuacja, bo panel wiązał się z zabijaniem na linii człowiek - człowiek, a nie człowiek - zombie. Ale i tak klimat podobny, a i w samej książce nie było mowy o zabijaniu tylko żywych trupów.

Od strony straganowej nie do końca mogę pochwalić organizatorów. Stoisk nie było wiele, a z książkami tylko jedno, co skończyło się odpuszczeniem kupowania sobie lektury "Z Polconu". Z Pyrkonu przywiozłam trzy tomiszcza i postanowienie, że na każdym konwencie będę sobie kupowała książkę. I skończyło się na Pyrkonie. Ale żeby nie było, jako pamiątkę zdobyłam koszulkę z motywem z Gry o tron. Rzeczona koszulka dołączyła do pocztu świętych ciuchów, w którym to znajdują się koszulka z motywem tolkienowskim, druga z nadrukiem mojego ulubionego zespołu (The Analogs) i koszulka z Punisherem.



Ostatniego dnia wbiłam się tylko na jeden panel, który dotyczył steampunku i narobił mi apetytu na książkę pana Piskorskiego "Cienoryt". I ogólnie jeszcze bardziej zachęcił do klimatu tego gatunku, ale w wersji ambitniejszej (czyli poluję na jeszcze jedną książkę spod znaku pary i stali, ale nie chcę przekręcić tytułu, więc niech zostanie owiany tajemnicą...).

Byłam na panelu o Cthulhu prowadzonym przez Szymona Zakiewicza (znanego mi już z Pyrkonu, którego to pana uwielbiam po wizycie na panelu o jednorożcach). Prelekcja świetna i znów apetyt na twórczość Lovecrafta, szczególnie po prezentacji panteonu bóstw i stworzeń które się u niego przewijają. Z autorem tym nie miałam jeszcze doczynienia i koniecznie muszę to zmienić!

III



Polcon wypadł pozytywnie, choć nie da się uniknąć porównania do Pyrkonu, któremu bielski konwent do pięt, a może i kolan dorasta, ale zabrakło "tego czegoś". Uważam, że była to fajna przygoda i z pewnością jeszcze kiedyś wybiorę się na Polcon. Spotkałam ciekawych ludzi, natchnęło mnie do poznania nowych powieści, dowiedziałam się o filmach i serialach, które koniecznie muszę poznać jak i dostałam trochę motywacji do własnej twórczości. 
Podróż w obie strony przebiegła sprawnie, pomimo przesiadki w Katowicach (z których poleciały pozdrowenia dla Eurydyki/Abigail/Ivy z bloga Pokój książkoholiczki.

Epilog

Konwenty są fajne. Polowe warunki, ludzie kochający fantastykę tak samo jak ty, przebierańcy i prelekcje dające do myślenia, motywujące, działające inspirująco. Polcon okazał się dobrym przedsięwzięciem, choć kilku rzeczy zabrakło, ale jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Polecam wyprawy na konwenty, bo naprawdę warto zdobyć ciekawe wspomnienia i zażyć przyjemnej, konwentowej atmosfery. Z chęcią jeszcze kiedyś na Polcon się wybiorę. Kto wie, może za dwa lata konwent zawita do mojego kochanego Wrocławia?

A tutaj uśmiechnięta z Batmanem ;) Foto też by Marcela!

18 września 2014

Gdzie byłam jak mnie nie było, czyli relacja z Polconu...

... ukarze się w najbliższych dniach. Podobnie jak i opis wyprawy na położoną około tysiąca kilometrów od Portugalii Maderę. Tak, właśnie tam mnie wywiało. I w związku z podróżą powrotną, wielce wyczerpującą, nie zamieszczę dzisiaj posta obszerniejszego, z którego moglibyście dowiedzieć się tego i owego z mojego wypadu. Na pocieszenie trzy fotki z wyspy położnej na Atlantyku. A za zaległości przepraszam, nadrobię je w nadchodzącym tygodniu...


Deptak w Funchal, największym mieście na wyspie.


Atlantyk, niebo z prawie zachodzącym już słońcem, znaczy szykującym się do zachodu i port. Szkoda, że plaże kamieniste, ale i takie mają swój urok...


Na razie niechaj tajemnicą pozostaną okoliczności powstania tego zdjęcia.

Pozdrawiam i idę odpoczywać ;)



3 września 2014

Przedpolconowy meldunek + 30 Day Song Challange (Dni 6-10)


Ruszam na Polcon! Jutro o 10.10 mam pociąg do Katowic i stamtąd o 13.52 mam już docelowy transport do Bielska - Białej. Dobrze odmieniłam nazwę miejscowości? Bo nie mam pojęcia, jak powinno to wyglądać prawidłowo.
Plecak już się pakuje (nie sam, ale mniej więcej rzeczy w stosiki poukładane i zaraz zacznie się upychanie ich do środka. Śpiwór też wyszperany z zakamarków - na wierzchu ;) Na cztery dni znikam z internetów i bardzo mnie to cieszy. Ciekawe, kto zatęskni...

A teraz dodatek, czyli kolejny fragment wyzwania muzycznego.

Dzień 6: Piosenka, która przypomina Ci o jakimś miejscu
Skojarzenie z genialnymi wakacjami w Turcji i lecącym w głośnikach Losing my religion - R.E.M

Dzień 7: Piosenka, która przypomina Ci o jakimś wydarzeniu
Ach, trochę trudny wybór, ale myślę, że Mój jest ten kawałek podłogi - Mr Zoob będzie idealne. Moja osiemnastka, bardzo znaczący tekst piosenki i atmosfera...

Dzień 8: Piosenka, której znasz wszystkie słowa
Jest całkiem sporo takich utworów, ale myślę, że mogłoby być więcej. Ale mój wybór pada na Pożegnanie - The Analogs. W ogóle teksty Analogsów dobrze znam, a na koncercie co kawałek liczę, że może akurat nie będę znała tego utworu i dam płucom i gardłu trochę wytchnienia. No way!

Dzień 9: Piosenka, do której możesz tańczyć
Pomijając fakt, że nie umiem tańczyć, to wskazałabym większość punkowych kawałków do poskakania. Punkowych i około punkowych, więc niechaj moim wyborem stanie się Defekt muzgó - Farben lehre (cover Defektu)

Dzień 10: Piosenka, która Cię usypia
Ciężko powiedzieć, czy jest taki kawałek. Może jednak wskazałabym 21 guns - Green Day jako fajną kołysankę.

1 września 2014

Przebierańcy


Na wstępie tej recenzji podziękowania dla Agatki z bloga Biblioteka wspomnień za pogonienie mnie do lektury. Bo tak to jest z pewnymi trudnymi przypadkami takimi jak ja. Wiem, że książka czeka długo na półce. Co więcej, lubię autora, wiem też, że na pewno nie pożałuję lektury. A i tak jakaś nadprzyrodzona siła odpycha mą rękę, kiedy już sięgam po rzeczoną książkę.

Felix Castor jest egzorcystą. Nie zarabia zbyt wiele, nie dlatego, że się nie ceni, ale dlatego, że tłumów pod swoim pseudo biurem zdecydowanie nie widuje. W dodatku ma talent do pakowania się w beznadziejne sytuacje i tym razem inaczej nie jest.

W drugim tomie, Błędnym kręgu zabrakło mi czegoś. Tamta część też była dobra, ale bez jakiejś takie charakterystycznej dla Careya iskry. I na szczęście Przebierańcy podnoszą poziom serii. Autor znów wciąga nas zdecydowanie w akcję już na samym początku. Zaczyna się dość ponuro, bo od pogrzebu kolegi po fachu naszego głównego bohatera. Niestety nieboszczyk pozostawił pewne instrukcje dotyczące tego, jak postąpić z jego ciałem po śmierci. Wdowa po Gittingsie decyduje się na tradycyjny pogrzeb i to budzi niepokój prawnika czuwającego nad prawidłowym wypełnieniem testamentu. W walkę o zwłoki Johna Gittingsa zostaje wciągnięty nie kto inny jak Felix, który decyduje się pomóc byłej przyjaciółce z duchem męża nawiedzającym posiadłość, w której mieszkali. W dodatku nasz bohater stara się odkryć dlaczego Johnowi tak zależało na kremacji. W między czasie pojawia się Jan Hunter, której mąż został umieszczony w więzieniu za zabójstwo. Kobieta jest jednak przekonana, że skazanie Douga Huntera to nieporozumienie.

- Castor, następnym razem, gdy spytasz mnie, jak się czuję, złamię ci mały palec prawej ręki.
- Jestem leworęczny - przypomniałem.
- Muszę mieć pole do eskalacji w przypadku recydywy.

Do wszystkich wyżej wymienionych kwestii dochodzą relacja z przyjaciółmi. Felixowi w tej części idzie jak po grudzie. Dość często jego sytuacja budziła u mnie współczucie. Pen wściekła o to, że Castor doprowadził do katastrofalnej sytuacji z ich wspólnym kumplem opętanym przez Asmodeusza. Drugi przyjaciel, paranoik zombie, geniusz w zdobywaniu informacji - Nicky Heat też odwraca się od naszego bohatera. Jedynie sukub o imieniu Juliet nie odwraca się od Castora i w sumie to jego jedyna deska ratunku. Ale współpraca z demonem to też nie jest bułka z masłem...


- Na co przysięgasz?
- Na siebie samego, bo w nic innego, kurwa, nie wierzę.

Jak widać, mamy tu sporo postaci, które są nieźle wykreowane. Carey łączy prowadzone przez Felixa śledztwa z prywatnymi problemami, którym mu podołać bohater. Ta przeplatanka sprawia, że nie można się szybko znudzić lekturą. Właściwie nie kojarzę momentu, w którym stwierdziłabym, że mi wystarczy. Felix jest typem bohatera, który na pozór wygląda na antypatycznego jegomościa, ale szybko zaczynamy mu kibicować. 

Zresztą nieważne: mam wielu wrogów. Ale jeśli kiedykolwiek zacznie ich brakować, większość moich przyjaciół czeka za kulisami, gotowa spróbować.

Swoje robi też w tej powieści język. Narratorem jest Felix, opisujący rzeczywistość tak, jak ją odbiera. Nie unika barwnych i różnorodnych porównań. Sam styl autora jest zdecydowanie niebanalny, bez powtórzeń i z błyskotliwymi wypowiedziami. 

Strojenie sobie żartów z diety Juliet to nie najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę, że raz o mały włos nie stałem się jej częścią.

Przy powieści Mike'a Carey trzeba myśleć. Nie chodzi mi o wielce skomplikowane powiązania, ale sporą ilość bohaterów, szczególnie w drugiej połowie książki. Niemniej jednak to, co autor wymyślił w tej części zasługuje na pochwałę. Stworzył świetną intrygę, która tylko potwierdza moje pochwały dla autora. Seria o Feliksie Castorze to nie są książki napisane na kolanie z przewidywalną fabułą. To książki spod znaku dobrego, zachwycającego urban fantasy, przy którym można spędzić kilka wieczorów. Właściwie nie mam do czego się w tym przypadku przyczepić. I ogromnie się cieszę, że w końcu skusiłam się na lekturę jak i wielce ubolewam, że kazałam Przebierańcom tak długo czekać. A tytułu nie wyjaśnię, bo musiałabym spoilerować.

Wyluzuj, Nicky. Przysięgam, nie próbuję cię zmusić do złamania etyki zawodowej, choć aż do dziś nie wiedziałem, że jakąkolwiek masz.

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Mike Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 452
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2009 (w Polsce)

Do wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,0 cm)
Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki

Seria o Feliksie Castorze:
1. Mój własny diabeł (recenzja)
2. Błędny krąg (recenzja)
3. Przebierańcy
4. Krew nie woda
5. Nazwanie bestii

Sierpniowe podsumowanie


Poprawka zdana, sporo książek doczytanych, wycieczka do Katowic na spotkanie z Abigail i własny egzemplarz Trylogii Tolkiena przybył na półkę. Sierpień to chyba jeden z najlepszych miesięcy, jakie w tym roku miałam.

Przeczytanych książek: Prawie 5. Prawie, bo Nie kończącej się opowieści nie mogłam zmęczyć. Ale lista książek z sierpnia to:
1. Gra o tron (George R. R. Martin)
2. Mechaniczna księżniczka (Cassandra Clare)
3. World War Z (Max Brooks)
4. Przebierańcy (Mike Carey)
5. Nie kończąca się opowieść (Michael Ende) - nie dobrnęłam do końca
Mangi:
1. Judge, tom 2 i 3 (Yoshiki Tonogai)

Najlepsza książka miesiąca: Gra o tron (oczywiście)
Najsłabsza książka miesiąca: Nie kończąca się opowieść

Książek do biblioteki przybyło... 5, ale dziwnym trafem jestem i tak do przodu... bo tylko 26 do przeczytania. Nie wiem, jak to się stało, ale się cieszę.

Liczba postów w sierpniu: 6
Liczba recenzji w sierpniu: 3
Liczba obserwatorów: 166

Wyzwania:
Z półki: 2 (przy okazji osiągnęłam górną granicę przedziału dla poziomu 4 - 16-20 książek)
Dystopia 2014: 1
Fantastyczna Polska: 0
Grunt to okładka: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 78 cm + 17,8 cm = 95,8 cm (już prawie metr przeczytałam...)

Palny wrześniowe? Polcon, na który jadę w czwartek. Lektura Władcy pierścieni. Przeprowadzka gdzieś... Cieszenie się ostatnim miesiącem wakacji. A właśnie, jak tam pierwszy września, uczniaki? Studenci pozdrawiają :)