30 kwietnia 2015

W kwietniu było tak... Czyli podsumowanie miesiąca i kilka słów na temat Pyrkonu oraz łupy, które z niego przywiozłam

W kwietniu było tak, że najpierw nadeszły święta, a potem stało się "teraz". Nie wiem, kiedy minęły te trzy tygodnie jak również nie za bardzo ogarniam, co przez ten czas robiłam. Nie, nie trafiła mi się gruba impreza, po której straciła kontakt z rzeczywistością. Dni płynęły, na uczelnię się chodziło, a książki się czytało. Wielkich sukcesów pod tym kątem nie mam, w sensie, że przeczytałam standardowo trzy tytuły. Byłyby cztery, ale jakoś zabrakło mi tego jednego dnia. Dlatego nie lubię tych krótszych miesięcy w roku...

Przeczytałam w kwietniu:
1. Nawałnica mieczy: Stal i śnieg (George R. R. Martin) < recenzja
2. Dni krwi i światła gwiazd (Laini Tylor) < recenzja
3. Mniejszy cud (Magdalena Salik) < recenzja będzie :)

Pewnie domyślacie się, że najlepszą powieścią była ta spod numeru pierwszego? A to tylko połowa tomu... Pozostałe dwie książki nie zmusiły mnie do schylenia się i zbierania szczęki z podłogi, ale wywołały pewne emocje, niekoniecznie negatywne.

Blogowo:
Postów opublikowałam: aż 15
Recenzji pojawiło się w liczbie: 2 (smutne, no ale cóż!)
Obserwatorów dołączyło: 6, bo było 197, a jest 203. Dobra, nie chcę dobijać maturzystów poziomem umiejętności matematycznych!

Wyzwanka:
Grunt to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 27,4 + 8,6 = 36 cm < o tej porze w zeszłym roku było o 6 cm więcej... krzyżyk mi na drogę...

BYŁAM NA PYRKONIE I BYŁO...

Różnie, Dotarłam na miejsce w piątek późnym popołudniem, żeby nie rzec wieczorem i ciężko było mi się wciągnąć w konwentową atmosferę. W porównaniu z rokiem 2014-tym wydaje mi się, że poznański festiwal fantasy wypadł słabiej. Panele nie do końca mnie zaciekawiły i ciężko było mi wybrać coś, na co musowo chciałam się wybrać. Pomijając prelekcję o tym, jak Martin bawi się z konwencją, na której dowiedziałam się kilku interesujących rzeczy oraz wychwyciłam kilka spoilerów. Ale tym ostatnim już się coraz mniej zaczynam przejmować - przeczytać i tak przeczytam, a moja więź z bohaterami sprawia, że nawet jeżeli wiem, ze coś się stanie to i tak to przeżywam. 
Pojawiła się wystawa smoków, ale niektóre modele widziałam już kiedyś we Wrocławiu w galerii handlowej, kiedy to przez tydzień uatrakcyjniały pasaż.


Wejście na Pyrkon tym razem zrobiono z drugiej strony kompleksu. Pewnie, po co ułatwić podróżnym przybycie na konwent i wpuszczać ich jak rok temu od strony dworca. Niech z tymi kilkunastokilowymi plecakami śmigają na drugą stronę, sport to zdrowie... 


Z relacji naocznych świadków słyszałam, że kolejka osób, które zarezerwowały bilety wcześniej ciągnęła się w nieskończoność, a ci, którzy odłożyli kupno akredytacji do chwili przybycia na miejsce wchodzi bez zbędnego oczekiwania. Nie no, logiczne. Dajmy komuś przywilej, a potem każmy mu stać w kolejce po bilet. F... Logic.

Trochę psioczę, prawda? Ale co ja poradzę, że w tym roku mnie nie porwało. Starzeję się? Nie, aż tak bardzo nie, bo przecież nie odpuściłam sobie przejścia po hali wystawców, w której przepuściłam ponad dwie stówy... Czasem zaszaleć trzeba! A oto, co przywiozłam z Pyrkonu 2015:


W sumie widać wszystko całkiem nieźle. Książki to: W dziwnej sprawie skaczącego Jacka autorstwa Marka Hoddera i pierwszy tom Uczty dla wron. Zastanawiałam się nad trzecim tytułem, ale koniec końców nic nie wybrałam. O Ucztę dla wron, po prawej stronie oparty został naszyjnik z smokiem będącym godłem rodu Targaryenów, pewnie przy którymś tomie Gry o tron zaprezentuję go w całej okazałości. Widać wszystko jak na dłoni... Żałuję, że nie pojawiło się wydawnictwo, które wypuszcza na rynek magazyn Coś na progu - planowałam kupić sobie któryś z numerów. Może na Dniach fantastyki we Wrocławiu będę miała okazję.

Jeżeli chodzi o ciekawsze elementy tegorocznego Pyrkonu - elementy 3D wyświetlane w parującym suchym lodzie podczas Gali Pyrkonu i występy artystyczne między kolejnymi nominacjami oraz panel opowiadający o polskim rynku wydawniczym widzianym okiem wydawcy. I naturalnie wpsomniany wcześniej panel o konwencjach zachowanych i niezachowanych przez Martina w Grze o tron. Ogólem rzecz ujmując - standardowo i bez szału. No, pomijając kolesia przebrnego za Khala Drogo...


27 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange - Dni 25-30


Trochę się mój ogólny plan wykoleił. Ale tylko trochę. Utraciłam regularny rytm dodawania postów - przez kłopoty z dostępem do internetu, lekkie zabieganie i inne takie... Nie narzekam, bo wszystko da się nadrobić, a dzisiaj będę się mogła pochwalić, między innymi ulubioną śmiercią z serialu Gra o tron. Wybór dość oczywisty...

Dzień 25: Best warrior (Najlepszy wojownik)


Ciężki wybór! I pomimo faktu, że Gregor Clegane zwany Górą, która jeździ jest postacią nie wzbudzającą sympatii... należy mu się ten tytuł. Jest niepokonanym wojownikiem, czego dowodów dostarcza nam zarówno książka jak i serial.

Dzień 26: Best strategist (Najlepszy strateg)


Stannis? Chyba nie. Na tym miejscu postawiłabym Tywnia Lannistera. Co prawda może nie w pierwszej części, ale w drugiej już owszem. Człowiek bezkompromisowy i pewny swoich działań. Idealny kreator wojskowych ruchów.

Dzień 27: Favorite death! (Ulubiona śmierć)
TAK TAK TAK...

BĘDZIE SPOILER Z SEZONU 4, jak ktoś jeszcze nie oglądał, to niechaj sobie daruje.

Oczywiście Joffrey Baratheon miłościwie ówcześnie nam panujący... Po scenie w której ten jegomość traci życie wniosłyśmy z kumpelą toast. I byłyśmy szczęśliwe przez resztę dnia, tygodnia, miesiąca...

KONIEC SPOILERA

Dzień 28: Saddest Death (Najsmutniejsza śmierć)
Kategoria pokrywa się z tą, którą realizowałam w dniu 11, sceny, która powoduje u mnie płacz. Można tam zajrzeć, jak ktoś się nie boi kolejnego spoilera z 4 sezonu. KLIK do wpisu.

Dzień 29: Best "Game of thrones" player (Najlepszy gracz "Gry o tron)
Dylamat, między Stannisem i Tyrionem. Ale Tyrion popełnił jeden konkretny błąd w mojej opinii i to go zgubiło. Dlatego Chyba wybiorę Baratheona.

Dzień 30: Who you want to win the game of thrones (Kogo chciałbyś na zwycięzcę w Grze o tron)?

Do 4 sezonu do ostatniego odcinka byłam niezłomnie przekonana, że to Daenerys Targaryen. Że to ona powinna zdobyć Żelazny tron i nawet robiłam wywiady dotyczące tego, kogo współfanatycy Gry o tron chcieliby zobaczyć na Żelaznym tronie - uzurpatorów, czy prawowitą królową. Tylko, że szanowna pani prawowita królowa mnie ostatnio wkurzyła i wskażę osobę, która najpewniej nie nadaje się do rządzenia siedmioma królestwami: JON SNOW!

A tak w ogóle, to przecież wiadomo, że VALAR MORGHULIS! (Chyba, bo ostatnio załapałam tak okrutnego spoilera, że...)

23 kwietnia 2015

Wywiad z Magdaleną Salik - autorką książki "MNIEJSZY CUD"

Witam wszystkich serdecznie. Dzisiaj publikuję wywiad z autorką książki, którą aktualnie pochłaniam - Panią Magdaleną Salik. Mniejszy cud nie jest debiutem Pani Magdaleny, bowiem ma ona już na koncie cykl fantasy rozpoczynający się książką "Gildia hordów". Miłośniczka gier RPG i redaktorka Focusa odpowiedziała na kilka pytań z mojej strony mniej lub bardziej nawiązujących do tematyki jej najnowszej książki.

1. Czy do napisania „Mniejszego cudu” zainspirowało Panią jakieś przypadkowe wydarzenie?

Magdalena Salik: W pewnym sensie. Zupełnie przypadkowo czytałam książkę popularnonaukową, w której autor wyjaśniał, że chaos stale rośnie – i że my też na to wpływamy, np. robiąc sobie rano kawę mlekiem. Łączymy te dwa płyny, których po zmieszaniu nie da się już rozłączyć... Pomyślałam wówczas: aha, czyli jeśli zrezygnuję z kawy na śniadanie, ograniczę choć trochę wzrost entropii. A później zastanowiłam się: a gdyby tak istniał świat, w którym wszyscy zjednoczyli się i starają się nie zwiększać chaosu? Tak właśnie wpadłam na pomysł książki. Dodam tylko, że od tej pierwszej myśli do chwili, gdy zaczęłam na poważnie pisać– czyli mając już wymyśloną fabułę i bohaterów – upłynęło dwa lata.

2. Czy uważa Pani, że ludzki żywot jest dziełem przypadku, czy może wierzy Pani, że losy człowieka zostały z góry przesądzone od dnia jego urodzin?

MS: Paradoksalnie, moim zdaniem prawdą jest i jedno i drugie. Z jednej strony sam fakt, że się rodzimy, jest całkowicie przypadkowy – bo zapłodnienie to kwestia biologicznego fartu – z drugiej strony, jak już się urodzimy, to w określonym miejscu, czasie i warunkach – i to nas mocno determinuje. Przychodzimy na świat w kraju biednym lub bogatym, w rodzinie dużej lub małej, i od tego bardzo wiele w naszym życiu zależy. Nasze losy nie są więc przesądzone w dniu narodzin w sensie magicznym, ale w sensie społecznym tak – jesteśmy ukierunkowani przez to, gdzie się rodzimy. Choć oczywiście jeśli jesteśmy wystarczająco zdecydowani i uparci, większość ograniczeń, jakie napotykamy, mamy szansę przezwyciężyć – i żyć, jak chcemy, gdzie chcemy i z kim chcemy. Jednak trzeba mocno chcieć i jeszcze wiedzieć, czego.

3. Co pani sądzi o tak zwanym „myśleniu życzeniowym”, czyli faktem, że coś dzieje się w życiu tylko dlatego, że człowiek bardzo intensywnie o tym myślał?

MS: Nie istnieje... Od intensywnego myślenia w świecie realnym nic się nie zmieni, tylko spalimy trochę kalorii ;). Wierzę jednak, i to mocno, że jeśli oprócz tego myślenia zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by osiągnąć coś– coś, co jest realne i w naszym zasięgu – to tzw. kosmos będzie nam sprzyjał. Inaczej mówiąc, los może się do nas uśmiechnąć, jeśli dzielnie walczymy i sensownie obieramy cel tej walki. Np. ja nie mam szans zostać śpiewaczką operową, bo zwyczajnie nie umiem śpiewać, i ani godziny ani lata prób tego nie zmienią. Sens ma tylko rozwijanie tych uzdolnień, które rzeczywiście posiadamy.

4. Bohaterami Pani książki są dwaj bracia*, którzy bardzo się od siebie różnią. Czy uważa Pani, że życie z osobą, która jest naszym całkowitym przeciwieństwem może przebiegać w harmonii i spokoju?

MS: Mark i Robert nie są braćmi :). Jeśli chodzi o drugą część pytania: wydaje mi się, że tak, jeśli to„. zdecydowane przeciwieństwo” dotyczy usposobienia, a nie sfery wartości. Aktywny może jakoś dogadać się z leniwym, jeśli obie strony zdają sobie sprawę z różnic, i gotowe są je niwelować, by wyjść naprzeciw tego drugiego. Może więc nie będzie harmonii, ale spokój wydaje mi się w takiej sytuacji osiągalny. Gorzej jeśli ktoś np. akceptuje kłamstwo dla osiągnięcia doraźnych korzyści ­ prawdomówny nie będzie umiał się z tym pogodzić. Wydaje mi się, że codzienność zawsze jest do opanowania, nie da się jednak ułożyć jakiegokolwiek związku ani życia z kimś, kto wyznaje inne niżmy wartości i ma inny stosunek to przysłowiowego bliźniego...

5. Czy marzy Pani o jakimś postępie w dziedzinie medycyny i jeśli tak, to jakim?

MS: Jak pisałam w „Mniejszym cudzie” ­ marzę nie tyle o konkretnym rozwiązaniu terapeutycznym, ile o tym, by korzystanie z postępu medycznego nie było zależne od możliwości finansowych. Innymi słowy: nie podoba mi się świat, w którym dostajesz takie lekarstwo, na jakie cię stać, a nie takie, jakie jest dla ciebie najlepsze. A co do lekarstw – w sumie przydałoby się, gdyby naukowcy znaleźli wreszcie lek na grypę(bo takowego, choć niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę, jeszcze nie ma...).

6. Co jest Pani bliższe, ład czy chaos i dlaczego?

MS: Ład, zdecydowanie. Mój spokój ducha zależy od tego, czy wszystko wokół mnie jest uporządkowane i zaplanowane najlepiej na tydzień do przodu. Wówczas mam wolną głowę, czyli przestrzeń, w której lęgną się różne pomysły, także literackie... Dodatkowo jestem typem pracusia, który silnie wierzy w to, że wiele można osiągnąć własnym wysiłkiem, wkładanym jednak w uporządkowany, zaplanowany sposób. Z innej strony – walka z chaosem jest moim codziennym zajęciem, bo zawodowo zajmuję się przygotowywaniem do druku „Focusa”: czyli m. in. czytaniem tekstów, wprowadzaniem korekty, pilnowaniem, żeby wszystko, co trzeba, było zrobione najlepiej jak to możliwe i przede wszystkim na czas. Czyli w redakcji pełnię funkcję strażniczki ładu, ostoi porządku i skarbnicy wiedzy o tym, na jakim etapie prac jesteśmy... Dodam tylko, że na jakieś cztery dni przed wysłaniem magazynu do drukarni szala zwycięstwa zwykle przechyla się na stronę chaosu, a wtedy przed paniką chroni mnie tylko spokój starszym i mądrzejszych ode mnie kolegów i koleżanek, którzy powtarzają– Nie denerwuj się, jeszcze się nie zdarzyło, żeby gazeta nie wyszła...

7. Czy tematyka „Mniejszego cudu” w jakiś sposób wiąże się z Pani prywatnymi zainteresowaniami?

MS: Tak, interesuję się, w najogólniejszym sensie, jak zmienia się świat, i jak w związku z tym zmieniamy się my w tym świecie. To brzmi enigmatycznie, niestety nie odkryję Ameryki, kiedy stwierdzę, że żyjemy w czasie gigantycznej i tak naprawdę nieogarniętej jeszcze przez nas samych zmiany, która określa, co robimy, co jemy, jak spędzamy czas, jak się komunikujemy... Interesuję się futurologią, czyli niczym innym, jak odnajdywaniem w teraźniejszości trendów, które staną się dominujące w przyszłości. W „Mniejszym cudzie” chciałam stworzyć przyszłość alternatywną, więc próbowałam sobie wyobrazić po pierwsze, co by się zmieniło, gdyby naukowcy naprawdę znaleźli zasadę rządzącą zdarzeniami losowymi, ale także co się zmieni po prostu z powodu upływu czasu... Z innym zainteresowań– literatura, naturalnie, i to również pozwoliłam sobie delikatnie zaznaczyć w „Mniejszym cudzie” ­ są tam odniesienia do pewnych tytułów, utworów, które lubię, i nie mogłam się oprzeć, żeby nie wprowadzić do książki takiego małego „tribute to”.

8. Czy uważa Pani, że życie, w którym nie ma żadnych przypadkowych zdarzeń byłoby lepsze od tego, w którym wiele dzieje się za sprawą przypadku?

MS: Nie byłoby, bo wówczas umarlibyśmy z nudów, naturalnie... Z innej strony jednak – istniały całe grupy społeczne, które żyły w warunkach właściwie wyjętych spod władzy przypadku - np. arystokracja francuska przed rewolucją albo angielska upper class w czasach wiktoriańskich. Urodzenie decydowało wówczas o wszystkim, życiem codziennym rządziły ściśle określone zasady, przestrzeganie hierarchii rodzinnych i społecznych było sprawą nadrzędną, przypadek w codzienności takich ludzi był jedynie błędem w matriksie. Z mojego punktu widzenia życie było wówczas trochę pozbawione swej istoty, bo życie bez przypadku to jak siadanie do gry, w której wszystkie karty zostały już rozdane. Albo inaczej – jest jak danie bez przypraw, i to tych najmocniejszych. Przypadek działa trochę jak pieprz ­ jest zdrowy, smaczny i nadający jedzeniu sens, choć tylko wtedy, gdy zastosujemy go w niewielkich ilościach.

Za odpowiedzi autorce serdecznie dziękuję ;) Starałam się wymyślić niestandardowe pytania i podobają mi się odpowiedzi, jakie dostałam. Recenzja książki ukarze w drugiej połowie przyszłego tygodnia, choć książka ogromnie mnie wciągnęła, nadchodzi spore kolokwium i wyjazd na Pyrkon w najbliższy weekend. Ale już teraz ciężko mi oderwać się od "Mniejszego cudu", zobaczymy, czy będzie równie dobrze do końca.

Z tym sympatycznym postem zostawiam Was na weekend. Zamelduję się w przyszłym tygodniu najpewniej we wtorek. A na marginesie... Kto jedzie na Pyrkon?

*karygodne faux pas popełnione przeze mnie z racji niezignorowania jakiejś dzikiej myśli o rodzeństwie w czasie czytania opisu książki. Innymi słowy, coś mi się ubzdurało i przed otrzymaniem książki byłam święcie przekonana, że główni bohaterowie są rodzeństwem. Na szczęście nie zostałam za tę wtopę spalona na stosie...

20 kwietnia 2015

Stos wiosenny... w końcu!

Na upartego mogłabym się dalej wstrzymywać z publikacją fotki nowych nabytków, bo w najbliższy weekend śmigam na Pyrkon, ale ostatnim razem pokazywałam zakupy w... styczniu? Tak, w styczniu. Trzy miechy i tylko siedem nowych książek. Cieszę się niezmiernie, bo to znaczy, że mogę bezpiecznie wchodzić do księgarni i nie zostawiać w niej majątku. Do tego kolejka książek oczekujących teoretycznie się pomniejsza. Nie przedłużając...


1. Łotr (Trudi Canavan) - to jest chyba mój prezent dla mnie z okazji zdania zimowej sesji. Kiedy to było...? W każdym razie drugi tom Trylogii Zdrajcy jeszcze poczeka na lekturę, choć swoje już odleżał. Dwa miechy? Amnezja zaczyna ustępować...

2. Zew krwi (Nancy A. Collins) - w zeszłym miesiącu zasmakowałam w powieściach grozy i pewnie dlatego będąc w Dedalusie bardziej zaciekawiła mnie półka z horrorami, niż ta na której spoczywały tytuły z gatunku fantasy. W dodatku wilkołaki? Biorę!

3. Nawałnica mieczy 2: Krew i złoto (George R. R. Martin) - Czyżby wydawało się zacnym odwiedzającym mojego bloga, że jak pojawił się jeden post nie związany z Grą o tron, to znaczy, że mi przeszło? Oczywiście, że nie! A atakujące z każdej strony spoilery mobilizują do lektury kolejnych części. Nie, żeby trzeba mnie było jakoś mocno zachęcać... toż to Martin!

4. Bóg zegarów (Alan Campbell) - tom trzeci Trylogii DeepGate, bardzo dobrej według mnie serii z gatunku dark fantasy. Ale do czytania takiej książki też trzeba trochę chęci, bo klimat ciężki i pewnie znów przyjdzie mi chwycić za nią podczas letnich miesięcy. Bardzo adekwatnie...

5. Mniejszy cud (Magdalena Salik) - otrzymałam do recenzji od Pani Patrycji z Business & Culture. Książka zaciekawiła mnie fabułą, w której ludzie odkryli prawa rządzące przypadkiem. Przeprowadziłam również wywiad z autorką, który mam nadzieję opublikuję w najbliższych dniach. A czytać zaczynam niebawem.

6. Klub siodła - Oczarowane końmi i Nowe życie (Bonnie Bryant) - Śmiać mi się chce ze mnie samej, bo już jakiś czas temu wyrosłam z tego rodzaju książek. Ale to nie są takie zwykłe powieści młodzieżowe, bo na ich podstawie powstał ukochany przeze mnie lata temu emitowany na Polsacie serial Przygody w siodle. Nie mogłam nie wziąć ze sobą tych dwóch części. W Polsce chyba więcej ich nie wyszło, a szkoda, bo z chęcią bym przeczytała. Nie wiem, czy będzie mi się chciało napisać recenzję, ale może zrobię taką krótką notkę informacyjną.

To by było na tyle - jestem ogromnie zadowolona z nowych nabytków i nie pozostaje nic innego, jak brać się do czytania. I ze smutkiem stwierdzić, że stos książek "do dokończenia" rośnie. Obym się z tym w miarę uporała w czasie majówki, bo potem nadejdą mroczne czasy końcowosemestralne i sesja...

19 kwietnia 2015

Dni krwi i światła gwiazd

To będzie dla mnie trudna i dziwna recenzja. Głównie z racji tego, że pierwszy tom serii czytałam zakochana w młodzieżówkach, a język powieści wydawał mi się wręcz genialny. Minęły od tamtych czasów ponad dwa lata, więc sporo. Nie przeczę, że pewne elementy fabuły wyleciały mi z głowy i chętnie wróciłabym do pierwszej części. Inna sprawa, że gdybym teraz dorwała w swoje łapki Córkę dymu i kości, podejrzewam, że odpuściłabym sobie kontynuację...

Ciężko jest mi przybliżać fabułę nie ujawniając ważnych szczegółów części pierwszej, ale chociaż zarysuję charakter obecnego stanu rzeczy: wojna między światami wyniszcza obie strony, jak i wzbudza coraz większą zaciekłość i chęć do boju. A rozdzielona para kochanków, z których każde stoi po innej stronie barykady musi zmagać się z brakiem zaufania ze strony swojego ludu. Zarówno Karou jak i Akiva posądzeni o zdradę zmuszeni są teraz stanąć do walki, lecz z wahaniem w kwestii strony, po której się opowiedzą.

To co bardzo spodobało mi się w drugiej części serii od Laini Taylor to fakt, że cała fabuła jest totalnie oderwana od ludzkiej rzeczywistości. Nie ma telefonów komórkowych, ewentualnie pojawiają się bardzo epizodycznie. Tak samo ma się sprawa z przyziemnymi problemami typu troskliwi rodzice, nauczyciele w szkole, którzy zauważają nieobecność, czy pracodawcy... Tylko na początku pojawiają się jakieś drobne elementy świata znanego nam na co dzień, a później jesteśmy już zdani na to, co zaserwuje nam autorka - czyli chimery, serafini, miecze, walki, przejścia między światami i magia. Zarazem nie jest to klasyczny świat fantasy w którym na każdej stronie napotykamy elfy, magów i polityczne intrygi.

W kwestii bohaterów oprócz uwielbianej przez mnie Karou (wcale nie chodzi o niebieskie włosy, które też mi się marżą...) na uznanie zasługuje tutaj nieodzowna w młodzieżowych powieściach instytucja (tak, instytucja, bo to już tak dobrze znany element, że jak go nie ma, to coś nie gra) najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki. W tej roli Laini Taylor postawiła Zuzannę, która choć na początku nieco mnie irytowała, później okazała się świetna. Wspierała Karou, potrafiła zachować odrobinę racjonalnego myślenia i wprowadzała ten "ludzki" element do świata chimer i serafinów.
Bohaterem, który z początku mnie uwiódł i zahipnotyzował, a potem bardzo negatywnie zaskoczył, był Thiago, Biały Wilk. Może chodzi o moją słabość do wilków, ogólnie. Dałam się omotać, cóż, człowiek uczy się na błędach...

Bo w zasadzie co takiego zrobiła poza tym, że się zakochała i marzyła o pokoju?

Początek książki wprowadził mnie w niepokojący, magiczny nastrój, lecz później było trochę słabiej. Może jestem już zbyt wymagającym czytelnikiem i z racji tego będę w stanie przyczepić się do dosłownie każdej książki młodzieżowej, nawet tej, którą darzę sympatią. Chodzi mi o to, że w środkowych rozdziałach w mojej opinii klimat ulatuje, interesująca fabuła ulatuje i czytelnik dość łatwo może przestać śledzić losy bohaterów. Wiem sama po sobie, bo nie raz musiałam cofać się o akapit, czytać od nowa. Czasem była to nawet cała strona...
Za to w końcowych rozdziałach dzieje się naprawdę dużo naprawdę krwawych rzeczy. Na wypadek, gdyby tytuł tego nie sugerował. Poza sugestią że to hasło do reklamy podpasek na noc. Musiałam o tym wspomnieć, musiałam! A wracając do zakończenia powieści - jest naprawdę niezła i ciekawi mnie czy autorka zaskoczy nas czymś w tomie trzecim, który jak wiadomo, wyjdzie w Polsce, choć podzielony na dwie części. Pewnie, gdyby nie ten fakt, nie sięgnęłabym tak szybko po część drugą, w posiadaniu której jestem od ponad pół roku...

Z drugiej strony wiadomo, jak to jest z drugimi tomami. Jedyny przypadek, kiedy w trylogii najlepszą częścią była część druga, to Igrzyska śmierci. I może jeszcze Trylogia czarnego maga. To dwa przypadki, ale zawsze, a trochę trylogii się już naczytałam. Druga część Diabelskich maszyn? Zje... Druga część o Kuszielu? Zje... ale nie do końca. Druga część Władcy pierścieni? Nie mogę się przegryźć. Druga część Córki dymu i kości? Daje radę, ale czterech liter nie urywa. O ile teraz mam problem z sięgnięciem po ostatni tom jakiejś serii, to niebawem zacznę się bać drugich tomów. W ogóle po co ja po serie sięgam?

Koniec dygresji, wracamy do mojej opinii o Dniach krwi... Było całkiem sporo dynamicznych scen, które mnie zadowoliły, ale nie powaliły na kolana. Należy wziąć namiar na moją fiksację na punkcie twórczości Martina i fakt, że po jego książkach ciężko mnie zadowolić na gruncie literackim. Ale się da! I niczego nie przekreślam już na starcie, bo to nie Martin... Laini Taylor wrzuciła do tej książki bardzo dużo życiowych rozmyślań bohaterów. Te rozkminy są całkiem przyjemne. Język jest przystępny, lekki, nie męczy, często zostaje urozmaicony... Nie ponarzekam wiele na tę książkę, bo nie ma na co. Jak na powieść młodzieżową ma swoje za uszami, ale jest niezła. Lepsza niż przeciętniak kierowany do nastolatków, w którym bohaterowie łatwo się w sobie zakochują i później razem muszą walczyć z przeciwnościami losu/klątwy, niepotrzebne skreślić.

Laini Taylor nie boi się mordować bohaterów jak też i nie wskrzesza nałogowo tych, którzy już polegli. Jest pewien myk, ale polecam dowiedzieć się więcej z książki. Zaskoczyłam się takimi ilościami krwi przelanej w powieści młodzieżowej, a i uśmiechnęłam się pod nosem na obrót spraw, jaki zgotowała autorka. Okazuje się, że bohaterowie planują coś grubego i potem im to o dziwo wychodzi, pomimo, że jest to seria młodzieżowa. Nice.

Koniec końców wielkiego zaskoczenia nie było, książkę spokojnie odkładałam na bok, jak nie chciało mi się dalej czytać, ale mimo to wspominam dobrze. Wiem już teraz jakiego pokroju autorem jest Laini Taylor - niby robi wszystko tak, jak wydaje nam się, że wiemy, ale jednak potrafi wystarczająco mocno nas zaskoczyć. Wystarczająco, a nie dziko. Głębię i humor w książkach o Karou również znajdziemy i to jest zestaw, który ja kupuję, również z powodu sentymentu, jaki odczuwam w stosunku do części pierwszej. I nie pozostaje nic innego, jak czekać na maj, w którym wyjdzie pierwsza część ostatniej części. Ale błagam, niech to dzielenie końcówek nie wejdzie w nawyk szerszemu gronu wydawnictw. Bo jak już ktoś czyta trylogię, to chciałby mieć na półce trylogię, a nie tetralogię...

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Laini Taylor
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 351
Rok wydania: 2012 (za granicą), 2013 (w Polsce)


Trylogia "Córka dymu i kości":
1. Córka dymu i kości (recenzja)

2. Dni krwi i światła gwiazd
3. Sny bogów i potworów: część 1
    Sny bogów i potworów: część 2

16 kwietnia 2015

Słucham namiętnie ostatnimi czasy...

Czyli pora na post muzyczny, bo nie mam głowy do wyzwania z Grą o tron, a do stosu, który będzie większy, niż planowałam nie mam jeszcze wszystkich tytułów, więc nice... Ogólnie różnie utwory ostatnio katuję. Nie wyswobodziłam się jeszcze z okowów piosenki Macklemore & Ryana Lewisa Make Money, ale nie umieszczę dziś tego kawałka. 

1. Apocalyptica - Cold Blood
Nowy utwór grupy Apocalyptica budził, jak czytałam w komentarzach i wiem z własnego doświadczenia różne emocje. Sama na początku byłam na nie, ale koniec końców przepadłam. Nawet ten nie do końca wyrazisty wokal mi przypadł do gustu. Wolę nieco bardziej konkretne "głosy" w utworach, więc pewnie stąd moje początkowe wątpliwości co do Cold Blood. Co więcej, nie oszukujmy się, nie jest to utwór typowy dla Apocalyptiki.



2. Avenged sevenfold - Hail to the king
Nie jest to świeży, niedawno wypuszczony utwór, ale pochodzi z najnowszej płyty A7X. Nie jestem wielką fanką zespołu, ale ten utwór usłyszałam przypadkiem w radio internetowym i padłam. Kocham, wielbię, nie przestanę słuchać! Wspaniały (no dobra, skłamałam, zajebisty!) wokal, solówki gitarowe i te wszystkie inne... Nawet pokusiłam się o zdobycie dzwonka który zaczyna się w chwili mojego ulubionego fragmentu utworu.


There's a taste of fear
When the henchman call
Iron fist to tame the land
Iron fist to claim it all

3. Bullet for my valentine - Crazy train
Jest to cover utworu Ozzy'ego Osbourne'a którego nie znałam i poznałam dopiero za sprawą Bulletów. Możecie nie wiedzieć albo w to nie wierzyć, bo wiem jak różne opinie o tym zespole się pojawiają - uwielbiam go! Z chęcią pojechałabym na koncert, mam bardzo dużo utworów na telefonie i od dawna jest to jeden z moich faworytów wśród ulubieńców.


Millions of people living as foes
Maybe it's not too late
To learn how to love
And forget how to hate

4. Tinie Tempah & Eric Turner - Written in the stars
Czyli nieco zmieniamy klimaty... Muzyka, którą można usłyszeć w radiu też potrafi mnie często porwać. Nie każdy utwór, raczej zdecydowana mniejszość takich utworów, ale jednak się zdarza. Written in the stars to i tak dość stary kawałek, ale niedawno sobie o nim przypomniałam i z radością wsłuchiwałam się ponownie w piosenkę. Tekst jest taki średni w mojej opinii, ale podkład muzyczny ma mnóstwo energii i świetne tempo.


No i co? Myślicie, że to koniec? Oczywiście, że nie... Jak mógłby być koniec, jak nie ma punkowego utworu, co? Punks not dead! A więc musi być, nie ma zmiłuj!

5. Bustergang - Jeansy
Taka typowa piosenka na poprawę humoru, pomimo faktu, że raczej traktuje o smutnym temacie (wiem jak to znaczy, jak ukochane spodnie się rozwalają...). A na piosenkę zwróciłam uwagę na koncercie, gdy Bustergang supportował Analogsów w Ostrowie Wielkopolskim. Rozwala mnie tekst tego utworu.. Skoczne, do pośmiania się i w ogóle... Przypomina mi o tym, co w punku kocham.



A gdy pały mnie goniły, to na dupie też je miałem...

15 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange - Dni 22-24

Witam w ten piękny, słoneczny dzień. Winter is gone. Odpukać. To co dzisiaj będę opisywała w ramach wyzwania? Znów same fajne rzeczy...

Dzień 22 - Character tht you'd kill (Postać, którą byś zabił)
Cudowny promienny uśmiech wstępuje na me wargi, gdy tylko wyobrażam sobie... Śmierć Cersei Lannister. To po prostu tak piękna wizja, że nie mogę... Dostałaby suka za swoje, Przepraszam za niekulturalne słownictwo, ale charakter postaci mnie do tego zmusza.

Dzień 23 - Dragons or wolves? (Smoki, czy wilki?)
No nie! Nie bawię się w tak trudne pytania! Do tej pory szło dość gładko... Obie rasy są majestatyczne, niebezpieczne, dumne... Będzie ciężko, więc trochę sobie pomogę, dokonując wyboru pod kątem rodu, z którym sympatyzuję. Nie fair? To Gra o tron, tutaj rzadko kiedy jest okazja do tego, by zachować się fair play... Huehuehue, Martin pokonany jego własną bronią. Dobra, koniec! A więc nie pozostaje mi nic innego, jak wskazać SMOKI! (mały spoiler, jak ktoś chce, to sobie może podświetlić) Fajni Starkowie już w sumie gryzą piach, a Jon jest przecież półStarkiem i niestety, ale jego pochodzenie osłabia pozycję wilków w tym przypadku.



Dzień 24 - Favorite place (Ulubione miejsce) > Troszkę tutaj odejdę od konwencji wyzwania - bo dotyczy ona jedynie serialu, a ja lokacje Westeroskie i nie tylko poznałam lepiej z książki, niż z serialu.



Znów trudny wybór, ale myślałam o tym kilka dni temu i pierwszą miejscówką, która skradła me serce była Harrenhal. Siedem wież, mroczne lochy, dużo zakamarków... Idealna miejscówka dla psychopaty. Ale są jeszcze dwa miejsca, które mi się bardzo spodobały i muszę je umieścić. Tutaj są grafiki z Harrenhal, które nie są spoilerami, w sensie chodzi mi o tą ze smokiem.


To jest przeszłość, w serialu tego nie było!

Druga moja ulubiona miejscówka to Orle gniazdo, w którym siedzi sobie jedna z mniej lubianych bohaterek Gry o tron - Lysa Arryn, siostra Catelyn Stark. Ale moment, w którym żona Neda Starka wspina się do zamku Lysy jest cudownym opisem. Jakoś tak mam słabość to mrocznych, niebezpiecznych rejonów. No i Lysa fundnęła sobie księżycowe drzwi i takie fajne lochy... Design pierwsza klasa!

I weź tu człowieku zapomnij kupić cukru w spożywczym na dole...

Trzecia lokacja, która bardzo przypadła mi do gustu i tutaj już trzymam się ściśle wizji serialowej, to Vaes Dothrak. Ogólnie chodzi mi o bramy miasta, które... wyglądają tak:


I to powinno wszystko tłumaczyć...

11 kwietnia 2015

Nawałnica mieczy 1 - Stal i śnieg


Poszłam za ciosem zadanym w czasie Starcia królów i sięgnęłam po Nawałnicę mieczy. Nigdy tego nie robię - nie sięgam po kolejny tom serii tuż po skończeniu poprzedniego. George R. R. Martin jednak niesamowicie mnie zaciekawił częścią drugą Pieśni lodu i ognia i nie widziałam innej opcji, jak tylko powrócić i to natychmiast do Westeros. I wiecie co? To była bardzo dobra decyzja.

Wolność jest niebezpieczna, ale większość ludzi jest w stanie polubić jej smak.

Nie będę szczegółowo przybliżała fabuły tym bardziej, że nie piszę recenzji, a jedynie dotychczasowe przemyślenia o trzecim tomie. Bo Nawałnica mieczy składa się z dwóch części, tak jak każda kolejna cegła martinowskiej sagi. Początek książki wprowadził mnie w ponury, mroczny klimat towarzyszący odradzającym się z popiołów feniksom po wojnie. O ile sytuacja na początku Starcia królów nie sugerowała jeszcze totalnego bałaganu, tak początek Stali i śniegu - owszem. Wiele rzeczy ulega zmianie, a Martin przedstawia nam wizję królewskiej przystani szykującej się na wielką uroczystość - ślub króla. Dochodzi do wielu przetasowań pod kątem obejmowanych przez różne postaci stanowisk.

Niektórzy ludzie krzywdzą innych tylko dlatego, że mogą.

Nawałnica mieczy jest książką o ogromnej objętości, dlatego nie powinien dziwić fakt, że w przypadku pierwszej części trzeciego tomu akcja rozwija się dosyć powoli. Coś się działo, ale było to jedynie preludium do poważniejszych przedsięwzięć. Ani przez chwilę jednak nie zwątpiłam w umiejętności Martina czekając na to, żeby Nawałnica mieczy dorównała poziomem Starciu królów. Nie zawiodłam się, bo akcja stawała się coraz ciekawsza i dynamiczna.

Niesamowicie spodobało mi się to, że autor umieścił pewnych bohaterów bardzo blisko siebie, w sensie geograficznym,  mimo to nie pozwalał im na spotkanie. Momentami śmiałam się z tego lub pukałam dłonią w czoło myśląc "No przecież x byli tu przed chwilą, no jasne!". Zabieg, z którym jeszcze się nie spotkałam i który ogromnie działa na korzyść autora.

Czasami sobie myślę, że wszyscy tylko udają odważnych, a wcale naprawdę tacy nie są. Może to dzięki udawaniu stajemy się odważni.

Saga Martina jest jedyną serią, w której prologi po pierwsze, nie nudzą mnie, a po drugie, nie wypada mi z głowy ich treść. Tym razem na pierwszych kartach kolejnego tomu Martin umieścił nas wśród braci z Nocnej straży, wśród których pojawił się pewien rozłam, że tak to ujmę. Wspominałam już, że uwielbiam wątek związany z obrońcami na murze. Znów miałam powody do radości i opowiedzenia się za którymś z bohaterów. Tak, jak zwykle zima wydaje się mi nudna i nieciekawa, tak ta w martinowskim wydaniu sprawia, że ciekawią mnie kolejne przygody jakie spotkają braci.

Minstrele są bardzo dobrego zdania o królach, którzy giną dzielnie w bitwach, lecz twoje życie jest warte więcej, niż pieśń.

Dzięki lekturze Nawałnicy mieczy miałam też okazję szerzej poznać niektórych bohaterów, których uwielbiam z serialu. Pojawia się Brienne z Tarthu a i lepiej, co nie dziwi, oraz dokładniej zostaje nakreślona sylwetka Sandora Clegane'a. A dzięki rozdziałom z Jaimem (nie biorę odpowiedzialności za formę tego imienia, ciekawe czy sam Martin... a nie, oni tego nie odmieniają. Damn it!) mogłam się pośmiać. I nie tylko. Autor świetnie wyważył humor i elementy wzbudzające żal, współczucie czy troskę. Wyrazistość postaci i ich kolejne przygody sprawiają, że ciężko jest się oderwać od czytania. I to nie jeden, czy dwóch, trzech bohaterów jest dobrze wykreowanych. Wszyscy...

Jedynym aspektem, który mnie nieco nudził, to rozdziały z Aryą i te z Branem. O ile Bran jest jeszcze w miarę, do przetrwania, do rozdziałów z Aryą musiałam się prawie zmuszać. Pisze prawie, bo tak czy siak, lektura sprawiała mi mnóstwo roboty, a dzieciaki Starków nigdy nie wzbudzały mojej wielkiej sympatii.

Zadowoliła mnie ilość epizodów fantastycznych, które pisarz zawarł w tej części Nawałnicy mieczy. Co ciekawe, w przypadku Pieśni lodu i ognia nie łaknę scen, w których przed blokiem napierdzielają się magowie, Są smoki, cienie, kapłanki, różne bóstwa i to mi w zupełności wystarcza - zdecydowanie większą część zajmują w książkach Martina intrygi, przetasowania i zagrywki polityczne i przygodowe. To wystarczająco urzeka, a elementy fantastyczne są dodatkiem, który chyba jednak z części na część będzie coraz bardziej dochodził do głosu. W końcu z pomocą trzech smoków można zrobić nie mały roz...

Mnogość elementów, które w świecie Westeros i Essos mnie urzekły nie nadaje się do wymienienia w opinii, która ma podpadać pod kategorię recenzji i nie nudzić czytelnika. Tak więc pozostawiam tę ilość bez konkretnego jej wyróżnienia, jak też bez oceny, bo jest to tylko część Nawałnicy mieczy, która skończyła się w momencie pełnym napięcia. 

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 608
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2002, 2007, 2012 (kolejne wydania w Polsce)

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków
5. Taniec ze smokami część 1
    Taniec ze smokami część 2
6. The Winds of Winter
7. A dream of spring

Cytaty pochodzą z książki.
Przeczytane do wyzwań; Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,4 cm)

10 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange - Dni 19-21

Trochę nie idzie to wyzwanie tak, jak sobie zaplanowałam, ale... ale nie przejmuję się tym wcale. Dzisiaj wchodzę już do ostatniej dziesiątki, Wyzwanie zmierza ku końcowi, a ja jestem już prawie na finiszu pierwszej połowy Nawałnicy mieczy i, co gorsza, nie mam w zasięgu ręki tomu drugiego. Ale to nic, bo właściwie planowałam mały przerywnik między kolejnymi częściami... A teraz pora na dzisiejsze "dzienne tematy"....

Dzień 19 - A character that you like but used to hate (Postać, którą lubisz, choć jest znienawidzona)
Nie mogę wyrwać się spod uroku, jaki rzucił na mnie Baelish. Nie oznacza to, że nie mam mu za złe tego, co zrobił w połowie pierwszego sezonu, ale... w jakiś sposób ta postać mnie hipnotyzuje. Przebiegły, całkiem wyględny i do tego intrygant... Fajna, znacząca postać, która na pewno nie wyleci mi z głowy zbyt szybko.



Dzień 20 - A character that you hate but used to like (Postać, którą nienawidzisz, choć jest lubiana)
Jedyne imię, jakie mi przychodzi do głowy, to Arya. Nie nazwałabym tego nienawiścią, ale jakoś nigdy nie potrafiłam się do końca cieszyć, gdy oglądałam fragmenty z nią. Nie przemawia do mnie najmłodsza córka Strków i jej motyw. Jest bo jest, coś tam robi, ale nie ma się czym podniecać.


Dzień 21 - Charakter that you'd bring back to life (Postać, którą przywróciłabym do życia)

!!!UWAGA, BĘDZIE SPOILER Z 4 SEZONU!!!
odważni, lub świadomi mogą podświetlić sobie tekst...

Oberyn Martell - wielce kibicowałam mu w pojedynku z Górą i do samego końca wierzyłam, że to Czerwona żmija zwycięży. Jedna z najbardziej dobijających widza scen śmierci, jakie widziałam...

KONIEC SPOILERA

I żegnam się tym mało optymistycznym akcentem...

8 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange - Dni 16-18


Byłam już niemal pewna, że ten post się nie ukarze z prostej przyczyny - jestem chora. Na szczęście nie rozłożyło mnie do końca i liczę na to, że szybko wydobrzeję. Towarzystwa dotrzymuje mi Nawałnica mieczy i euforia na myśl o kolejnym sezonie. Jedziemy z kolejną partią moich typów w wyzwaniu! Obrazków będzie dzisiaj mniej, bo mi się nie chce...

Dzień 16 - Favorite scene (Ulubiona scena)
Właściwie motyw podobny do tego, w którym wskazywałam ulubiony moment, ale potraktuję to jako dar od losu, bo mogę sobie po raz kolejny coś wybrać.

Złota korona dla Viserysa. Moment bardzo błyskotliwego posunięcia ze strony Khala Drogo. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi...

Dzień 17 - Most Annoying Charakter (Najbardziej irytująca postać)

Odpowiedź jest prosta i powszechnie znana,
że wielce nienawidzę, tego oto pana,
Co złote kłaki ma niczym lew,
Lecz niewinnych przelewa wciąż krew,
O należnej mu koronie sprzedaje blef...
A idealną miejscówką dla niego chlew.

[Autorka posta poszła zmierzyć gorączkę...]


Dzień 18 - Most naive charakter (Najbardziej naiwny bohater)

Ma zaskakiwać, czy niekoniecznie? Według mnie to Sansa. Młodziutka potomkini Neda i Catelyn Stark, która żyje marzeniami o cudownych rycerzach w złotych zbrojach i honorze każdego z nich. Pewną dozą naiwności wykazał się również Ned Stark. Może skonkretyzuję, wykazała się zabójczą dozą nawiwności... Po kimś córcia to ma ;)

6 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange Dni 13-15

Dobra, zaliczyłam jednodniową świąteczną obsuwkę, ale już wracam na bloga i na kolejną partię wyzwania z serialową adaptacją sagi Martina. Lecim, na Szczecin...



Dzień 13 - Favorite quote (Ulubiony cytat)
Znowu! Znowu muszę wrzucić coś z bękartem, bo to z nim wiąże się mój ulubiony cytat. Ale tak konkretnie to chodzi o rudą, z której ust padły te słowa...

YOU KNOW NOTHING, JON SNOW!


Dzień 14 - Favorit ship/pairing (Ulubiony związek/para)

UWAGA BĘDZIE SPOILER W PEWNYM SENSIE.

No niby na logikę, powinnam wrzucić Jona Snowa i Ygritte, ale się zlituję i wybiorę kogoś innego. Daenerys i Daario Naharis. Uwielbiam Dany, a Jorah nie ma szans na wyjście z friendzone, więc nie pozostaje nic innego, jak kibicować drugiej opcji ;)


KONIEC SPOILERA

Dzień 15 - Favorite friendship (Ulubiona przyjaźń)



Strasznie długo zastanawiałam się, kogo wytypować do tego motywu. Niech będzie Daenerys i Jorah Mormont. Uwielbiam tę dwójkę, nie obraziłabym się, gdyby im jednak wyszło coś więcej niż przyjaźń, ale moja sympatia do Jorah chyba nigdy nie przeminie. Nawet po TYM co zrobił. Nawet...

Udanego świątecznego poniedziałku życzę!

Obrazki oczywiście wykopałam w internecie.

4 kwietnia 2015

GAME OF THRONES 30 Days Challange - Dni 10-12

Dzisiaj będzie emocjonalnie dosyć, a zarazem i śmiesznie. Zapraszam na kolejną partię wyzwania z Grą o tron w moim wydaniu :)

Dzień 10 - Stark or Lannister? (Starkowie czy Lannisterowie)

Muszę przyznać, że choć sympatyzuję zdecydowanie bardziej z północą (Robert też sympatyzował i wiadomo, jak się to dla niego skończyło), to cenię też pewną cechę Lannisterów. Mianowicie dbałość o honor rodziny, nad czym pieczę stara się utrzymać Tywin Lannister. I chociaż moja odpowiedź na pytanie bezceremonialnie wskazuje rodzinę lorda z Winterfell to jednak nie jestem w stanie uznać lwią rodzinę za całkowicie złą i niegodną choćby odrobiny uznania.


Dzień 11 - A scene that made you cry (scena, która sprawia, że płaczesz)

!!!UWAGA, BĘDZIE SPOILER!!!

(w tym miejscu powinien pojawić się oczodajny neon, ale budżet mi nie pozwala na zakup takowego...)

Oglądałam ten odcinek z kumpelą, jak z resztą wszystkie odcinki Gry o tron. I co? Obie ryczałyśmy jak głupie, gdy w walce Nocnej straży z Dzikimi zginęła Ygritte. Nie mogłyśmy tego przeboleć, a jeszcze fakt, że Jon był przy tym i w ogóle... Masakryczna scena, bardzo dobijająca kogoś, kto tak jak ja szalał za tym dwojgiem.

KONIEC SPOILERÓW

Dzień 12 - A scene that made you laugh (scena, która sprawia, że się śmiejesz)
Nie, nie wstawię tutaj motywu z dnia 27... A również by pasowało! W Grze o tron jest całkiem sporo humorystycznych momentów, ale dwa szczególnie zasługują na uwagę. Tak, dwa. Dałam drugi, bo też jest śmieszny no i nie mogę robić całego wyzwania pod kątem bękarta i dzikiej... Szkoda.

Pierwszy moment: Poda próby ujeżdżania konia :)
Sezon 4, odcinek 5, jadą sobie gdzieś, nie pamiętam gdzie, a okazuje się, że dzielny giermek który rozwala system nie potrafi jeździć konno.


Drugi moment to wędrówka Ygritte i Jona przez bezkresne zimne i nieprzyjazne tereny do Mance'a Rydera. A szczególnie chwile, w których kładli się oni do spania...


To by było wszystko na dzisiaj, wracam do czytania Nawałnicy mieczy i niemyślenia o jakże wiosennej pogodzie, która ekhem... rozpanoszyła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
Dream of spring...

3 kwietnia 2015

GAME OF THRONES - 30 Day Challange (Dni 7-9)


Jedziemy dalej z wyzwaniem. Dzisiaj o ulubionym odcinku i postaciach z których najmniej sympatyzowałam...

Dzień 7 - Favorite episode (ulubiony odcinek)
Sezon czwarty, odcinek 2. DLACZEGO? Więcej dowiecie się w dniu 27, a żeby nie spoilować, niczego więcej nie ujawnię. Nie, nie chodzi o entuzjastyczny okrzyk Margery "It's a pie!". Poniżej wrzucam zapowiedź tegoż odcinka. Jest w nim spoiler, więc ci z Was, którzy nie oglądali, raczej niech sobie odpuszczą.




Dzień 8 - Least favorite male charakter (najmniej ulubiony męski charakter
No to jest chyba oczywiste, że Joffrey? Ileż wymyślnych tortur i sposobów na morderstwo zrodziło się w moim umyśle, gdy tylko pojawiał się on na ekranie...



Dzień 9 - Least favorite female charkter (najmniej ulubiony żeński charakter)
Cercei! I nawet nie chodzi o to, że jest matką Joffreya. Podła... kobieta. Niech będzie, nie będę kląć. Nienawidzę tej żmii. Z utęsknieniem czekam na scenę jej śmierci. Będzie drugą ulubioną.

Wykopane na jednym z funpageów około gro-o-tronowych

Obrazki pochodzą z neta, w większości z stronek z fb związanych z Grą o tron :)

2 kwietnia 2015

GAME OF THRONES - 30 Day Challange (Dni 4-6)

Zabrałam się już za Nawałnicę mieczy a tymczasem nadchodzi pora na kolejną partię wyzwania związanego z produkcją opartą na dziele George'a R. R. Martina. Wio!

Dzień 4 - Favorite house motto (ulubione rodowe motto)
Ogromny mam z tym dylemat, bo praktycznie wszystkie są świetne i wszystkie genialnie pasują do rodów, które wybrały sobie konkretne hasła. Niech tym razem będzie po królewsku, chociaż nie do końca...

OUR IS THE FURY

w przekładzie brzmiące: Nasza jest furia


Hasło rodu Baratheonów.

Dzień 5 - Favourite moment (Ulubiony moment)
Oczywiście w serialu. I mam tutaj dwójkę kandydatów, przy czym jeden z nich nada mi się na inny dzień tego wyzwania, więc... 

Dracarys!

W trzecim sezonie i którymś z dziesięciu odcinków kiedy Daenerys zdobywa armię Nieskalanych ;) Dla mnie ta scena jest kwintesencją "daenerysowatości". Wielbię!


Dzień 6 - Favorite song
Oczywiście, bez zbędnego przedłużania i kombinowania a także dylematów - opening serialu. Skomponowana muzyka jest tak uzależniająca, że mogłabym tego utworu słuchać do porzygu. A po tym kulminacyjnym punkcie słuchałabym dalej...


To by było na tyle jeżeli idzie o dzienną zalecaną porcję Gry o tron :) Miłego popołudnia i nie zapominajcie, WINTER IS COMING! (nawet jeżeli to Wielkanoc...)

1 kwietnia 2015

GAME OF THRONES - 30 Day Challange (DNI 1-3)


Na wypadek gdyby ktoś się jeszcze nie zorientował po ostatnich dwóch wpisach - ostatnio znów wpadłam po uszy w twórczość Martina, w świat Westeros, innymi słowy - żyję uniwerum Gry o tron ;) A jak zobaczyłam na facebooku to trzydziestodniowe wyzwanie związane z PLiO oczy mi zabłysły i ślinka do ust napłynęła. Żeby nie rozciągać się za bardzo w czasie i plus minus zbiec się z premierą pierwszego odcinka piątego sezonu, od dzisiaj będę robiła po trzy dni jednego dnia... Postaram się jak będę mogła uniknąć spoilerów, ale nie zawsze będzie to możliwe, przed czym ostrzegę dzikim oczodajnym neonem. Inna sprawa, że niektóre motywy z Gry o tron tak mocno przesiąknęły internet, że bez oglądania serialu czy czytania książki można się pewnych rzeczy domyślić.

A zatem...

Dzień 1: Favorite male charakter (ulubiony męski charakter)
Zdecydowanie ten, który nic nie wie, czyli JON SNOW. Bękart Eddarda Starka zaprzysiężony w Nocnej straży posiadacz cudownego białego wilkora o imieniu Duch. WIele osób narzeka na tego bohatera, albo się z niego śmieje. Ja też lubię sobie z kumpelą po Janku Śniegu pocisnąć, ale czymże byłaby Gra o tron bez tego jegomościa?

Dzień 2: Favorite female charakter (ulubiony żeński charakter)
Tutaj już kandydatek jest więcej, bo mam kilka babeczek występujących w sadze Martina, które zasługują na tron... w tej kategorii... Taka tam gra słów. Niemniej jednak najwięcej mojej sympatii wzbudziła Daenerys Targaryen. Uwielbiam ją po prostu. Umie być zarówno surowa jak i  łagodna, troskliwa i odważna, ma klasę, dumę i... i... no wystarczy powiedzieć Daenerys i już wiadomo, o co kaman.


Dzień 3: Favurite House (ulubiony dom/ród)
Przyznam się szczerze, że ciężko mi wybrać tutaj faworyta. Na pewno nie będą nim Lannisterowie. W sumie to chyba największy mam dylemat między Baratheonami i Targaryenami. A jako, że ta druga ekipa ma po swojej stronie smoki... Lepiej grać w ich drużynie. W tej kategorii tron przypada Targaryenom!



A obrazki wyszperałam oczywiście w czeluściach internetu :)