31 sierpnia 2017

Mój sierpień


Tak strasznie szybko zleciał, że po prostu tego nie ogarniam. Dopiero zaczynałam przyzwyczajać się do lata, rozmyślać o tym, jak wykorzystać chwile dobrej pogody (nie udało się i nie mam na myśli rozmyślania), a już na horyzoncie pojawiają się pierwsze przebłyski jesieni.

Czytelniczo, dzięki przedłużonemu weekendowi mogłam poszaleć. Udało mi się zapoznać z aż sześcioma tytułami, co więcej, znów zajrzałam do biblioteki, w której walczyłam, żeby zminimalizować listę wypożyczanych książek do dwóch. Zrobiłam też spore zakupy.

Jako studentka mam jeszcze miesiąc wolnego (no, nie cały, bo oprócz magisterki czeka mnie ostatni semestr szkoły zaocznej) i w związku z tym wybywam. Na tydzień wylatuję w sobotę na grecką wyspę Kos, by wyluzować się trochę i odsapnąć przed intensywnym okresem nauki, po intensywnym okresie pracy.

Co zapewne wszyscy odnotowali w swej świadomości, zmieniłam nick, nie udało się to może we wszystkich absolutnie miejscach w sieci, w których się pojawiam, ale jest okej. Już jestem bardziej Blue niż DżejEr.

Wynik, czyli: cztery książki jednotomowe, w tym jeden klasyk. Dodatkowo dwie kontynuacje, w tym jedna będąca finałem serii. Niekwestionowanym mistrzem sierpnia jest Zielona mila, którą przerywałam, żeby nie czytać w pociągu stwierdziwszy, że wolę poprzeżywac sobie tę książkę w samotności.
Recenzja Mistrza i Małgorzaty gdy wrócę. Na razie nic nie zdradzę.

Wypożyczyłam Kullervo i Lodowego smoka, to ostatnie autorstwa Martina. Miałam nie dodawać żadnych zdjęć kotów, bo ogólnie kociarą nie jestem, ale zarys sylwetki pupila mojej sąsiadki mnie urzekł, więc wstawiam ze względu na efekt, nie ze względu na kota. Próbowałam oglądać ekranizację Miasteczka Salem. Próbowałam to słowo - klucz.
A w centrum Wrocławia pojawił się nowy street art.

Uchwycone w sierpniu kadry. Miałam możliwość napatrzenia się na dwa piękne zachody. Nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne... No, może poza widokiem na morze/ocean, ale to sobie nadrobię we wrześniu.
W sierpniu byłam w kinie trzy razy (ani razu nie płaciłam za bilet...) i w dodatku trafiłam na jeden pokaz z okazji festiwalu Nowe Horyzonty. Ogólnie NH w tym roku były średnie, trochę słabo zorganizowane, szczególnie gdy chciało się dostać na płatny pokaz. Widziałam jeden film, który szczególnie mnie nie porwał, bo mowa o Tonim Erdmannie. Specyficzny obraz. A jeżeli chodzi o komercyjne produkcje, zobaczyłam Valeriana i miasto tysiąca planet, które oglądane w technologii 3D było niesamowitym przeżyciem. Nurkować wraz z bohaterami wśród alejek Miasta tysiąca planet, oglądać te piękne widoki i poznawać obce cywilizacje... Magia! Byłam również na filmie Barry Seal - król przemytu, który zapewnił przyjemną rozrywkę w trochę innym klimacie.
I na sam koniec pokaz ostatniego odcinka 7 sezonu Gry o tron w kinie! Oj warto było zobaczyć GoT na dużym ekranie, szczególnie, że jest to serial z pięknymi widokami. Nie mówiąc już o wciągającej fabule. Mam wrażenie, że powtórka z tej kinowej rozrywki czeka mnie przy okazji finału ostatniego sezonu.
ZAKUPY ORAZ PLANY CZYTELNICZE NA WRZESIEŃ:


We wrześniu też chcę przeczytać minimum pięć książek, najlepiej sześć, bo mam jeszcze wolne. Ogólnie jeżeli chodzi o moje osobiste wyzwanie z klasyką, to sięgnę albo po Doriana Graya albo po Rok 1984. Na Kos zabieram ze sobą Palimpsest (Valente) i Zostań przy mnie (Coben). Bardzo chciałabym przeczytać Atlas chmur, ale nie wiem, czy znajdę na niego chęci. Ponadto oczywiści Wyzwolenie Iana Tregilisa, na które wyczekuję od początku sierpnia (jeśli nie od ukończenia lektury Powstania). Zakładam też oczywiście margines błędu, to, że jedna czy dwie książki mogą z tych planów wypaść za sprawą innych. Valente, Coben i Tregilis to pewniaki. Pewnie zajdę jeszcze do biblioteki i wypożyczę coś, więc reszta planów na bank ulegnie zmianie, bądź przesunięciu. To tylko wstępny zarys.

Jeżeli chodzi o zakupy, to w sumie poszałam z tą Valente i pomimo tego, że nie znam jej twórczości to stwierdziłam, że zakupię wszystkie jej wydane w UW powieści. Na zaś, bo niebawem we wrześniu premiera kolejnego jej tytułu. Kupiłam też chyba najbardziej znaną powieść Kossakowskiej, czyli Siewcę wiatru, tom z serii Zastępy anielskie. Wegner to w sumie coś niebywałego jak na mnie, bo ostatnim razem tak stopniowo dokupowałam tomy PLiO, w sensie tak na zapas. Najpewniej we wrześniu sprawię sobie Pamięć wszystkich słów. W sumie Pandorę pomału odpuszczałam, a potem zobaczyłam, że jest przeceniona, tak też postanowiłam, że warto jednak mieć wszystkie powieści spod pióra Careya na półce. No i dwa klasyki do podczytywania w najbliższych miesiącach.

A teraz idę pakować walizkę.

27 sierpnia 2017

Opowieść o Kullervo

O fascynacji jaką Tolkien żywił wobec mitologii wie chyba każdy, kto miał choć odrobinę styczności z opracowaniami dotyczącymi twórczości pisarza. Nie dziwi fakt, że twórca tak niesamowitego uniwersum jak to z Władcy pierścieni znane na całym świecie wcześniej musiał zagłębić się w teksty pochodzące z przeróżnych kultur oraz okresów rozwoju literatury. Z nich także czerpał inspirację i jednym z efektów jest Opowieść o Kullervo, której lekturę odkładałam już bardzo długo. Przyczyna jest prosta - czytałam bardzo różne opinie dotyczące akurat tego tolkienowskiego tworu, a może nie tyle o sam tekst mistrza fantasy chodzi, co o dodatki zawarte w tomie, w którym historię bohatera z fińskiej mitologii poznajemy na około czterdziestu stronach. Czy warto było przedzierać się przez pozostałe dwieście, żeby łatwiej odczytać sens i okoliczności powstania jednej z pierwszych legend stworzonych przez Tolkiena czy to sztuczne dodawanie objętości? 

Przyznam, że z tym tytułem mam problem z dwóch powodów. Po pierwsze, Opowieść o Kullervo, pierwsza tolkienowska legenda to, jak łatwo wywnioskować, początki twórczości literackiej człowieka, który stał się mistrzem za sprawą dużo późniejszych tekstów. Fabuła Opowieści, pomimo tego, że napisana przystępnym językiem i przyjemna w odbiorze na kolana nie rzuca. W związku z tym skłonna jestem twierdzić, że najlepiej potraktować ten tekst jako ciekawostkę dla fanów tolkienowskiej twórczości. Inspiracja fińską mitologią to na pewno coś wyróżniającego się na zdominowanym przez grecką i nordycką mitologię rynku. Podtrzymuję jednak to, że najlepiej po Opowieść o Kullervo sięgnąć będąc już nieco bardziej zaznajomionym z tym, jak Tolkien tworzy i, co więcej, będąc zaznajomionym z tym, jak bardzo mocno Tolkien z mitologii czerpał. 

Kullervo to bohater Kalevali, którego Tolkien sobie zapożyczył i bazując na motywach fińskiego eposu przerobił jego historię, opowiadając na nowo w formie legendy. Czyta się przyjemnie, w niektórych fragmentach da się z łatwością zauważyć dar Tolkiena do snucia historii, natomiast nie jest to wielce porywająca lektura. Gdy doda się do tego wykład o Kalevali, który w książce zawarto nieco bez sensu w dwóch wersjach, brudnopisu i maszynopisu oraz wstęp i przedmowę mamy trochę niepotrzebnych treści wnoszących nieco chaosu i też trochę nudy. To, co przy oryginalnym tekście Opowieści o Kullervo  jest najbardziej pomocnekoniecznych treści zostało do książki przemyconych. Dlatego też z końcową oceną mam problem i  to komentarze Verlyn Flieger oraz końcowy wywód uwypuklający konteksty i powiązania między Kalevalą, Opowieścią o Kullervo i Silmarillionem. Z tego prosty wniosek, że kilka mniej koniecznych treści zostało do książki przemyconych. Dlatego też z końcową oceną mam problem i traktuję tytuł jako ciekawostkę, coś, z czym i tak wcześniej czy później bym się zapoznała, aczkolwiek nie uważam, by należało akurat Opowieść o Kullervo wymieniać wśród czołowych dzieł Tolkiena. To też zależy od kontekstu, bo niewątpliwie dla niego samego styczność z Kalevalą i stworzenie swojej wersji historii Kullervo mocno rzutowało na to, jaki kształt przybierze jego dalsza twórczość.

23 sierpnia 2017

Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

Od zeszłego roku podtrzymuję postanowienie o próbie przeczytania w całości przynajmniej jednej serii rocznie. Nie ważne, niech to będzie i trylogia (w sumie trylogia w szczególności), ale niech przeczytanie wszystkich tomów odbędzie się na przestrzeni tych dwunastu miesięcy. Zatem gdy mowa o roku 2017, to się udało i pewnie nie zostanie pominięty ten wyczyn przy okazji podsumowania, ale to jeszcze hen, hen w przyszłości. Przechodząc do kwestii zasadniczej, sięgając po finał Trylogii Zombie miałam wobec autora pewne oczekiwania, jak sądzę adekwatne do tego, co prezentował jakością swych powieści w przypadku poprzednich tomów, czyli Początku końca i Mrocznych dni. Bardzo chciałam, żeby przynajmniej utrzymał poziom, bo po zakończeniu lektury drugiej części podtrzymywałam stanowisko o tym, że Loureiro stworzył bardzo przyzwoitą historię. Czy wyszedł obronną ręką?

Powieści Lourerio są nastawione przede wszystkim na akcję. Widać to już na pierwszych stronach Gniewu sprawiedliwych, bo trójka głównych bohaterów żeglując po oceanie wpada w sztorm. Ratunkiem okazuje się tankowiec, na którego pokładzie prawnik, jego ukochana i były wojskowy zostają powitani przez załogę płynącą z Ameryki. Nasi bohaterowie szybko dowiadują się, że na "Itace" nie wszystko wygląda jak raj dla ocalałych, a za działaniami kapitana i jego ludzi stoją pobudki o charakterze religijnym. Akcja przenosi się go Gulfport, w którym stworzono ostoję bezpieczeństwa, ostatni bastion dawnego świata, który jeszcze nie padł. U władzy znajduje się fanatyczny duchowny Greene.

W ostatnim tomie widocznie mniejszą rolę odgrywają Nieumarli. Owszem, nadal są obecni, w końcu to apokalipsa zombie, ale jednak w finale autor koncentruje się najbardziej na samym wirusie TSJ, który jest przyczyną zarazy niż na hordach żywych trupów. Niemniej jednak jak wspominałam, akcja jest dynamiczna, Loureiro nie szczędzi czytelnikowi opisów walk oraz wszelkich innych działań mających za zadanie zapewnić bohaterom przetrwanie. Funduje również kilka bardzo ciekawych obrotów sytuacji, w dodatku wplatając do książki wątki społeczne. Mam tu na myśli motyw tworzenia się nowej społeczności, pojawienie się nowej władzy, której działań nie sankcjonuje żadna instytucja, a i do głosu dochodzi też utrzymywanie podziałów rasowych i manipulacja masami okryta płaszczykiem przejawów głębokiej religijności. Nadaje to wszystko pewnej głębi całej fabule, natomiast elementy te nie mają potencjału do wprowadzania czytelnika w stan poważniejszych refleksji.

Co do kreacji bohaterów i ich relacji, w tym przypadku było tak pół na pół. Prawnika i Pritczenkę darzyłam sympatią, która swoje źródło ma w wydarzeniach z poprzednich dwóch tomów, ale Lucii tak jak nie polubiłam od początku tak i teraz nie uległo to zmianie. Zarówno charakterystyka tej postaci jak i więź łącząca ją i głównego bohatera to bardzo pobieżnie potraktowane przez autora elementy. Z powodu nastolatki książka trochę zgrzyta i irytuje. Lucia jest nad wyraz impulsywna, a jej związek z głównym bohaterem nie ma praktycznie żadnych podstaw w wydarzeniach, jakich świadkiem jesteśmy na przestrzeni tych trzech tomów. Bohaterowie deklarują sobie dozgonną, głęboką miłość, co zupełnie nie odzwierciedla powierzchownej, pustej relacji zrodzonej z powodu spotkania tych dwojga w trudnych czasach. W dodatku Lucia jest najzwyczajniej w świecie głupia i jej działania mające na celu ochronę ukochanego nie mają w sobie ani krztyny heroizmu, nie wzbudzają też żadnych pozytywnych uczuć u czytelnika.

Na szczęście kiepsko wykreowaną Lucię równoważą dwie ciekawsze postacie które z łatwością się toleruje - Pritczenko i Mendoza w duecie są po prostu mistrzowscy. W dodatku Ukrainiec nie po raz pierwszy daje popis prawdziwej przyjaźni, która w połączeniu z brawurowością charakterystyczną dla bohatera daje wręcz wymarzonego podczas apokalipsy kompana. Mendoza, który z tomie trzecim zalicza debiut w moich oczach rysuje się jako jeden z bohaterów o mocniejszych, bezkompromisowych charakterach.

Finalnie powieść Loureiro w moich oczach najbardziej zyskuje dynamiką i brutalnością. Cieszę się, że koniec przygód prawnika z Pontevedry nie zawiódł mnie. Z samej końcówki i sposobu w jaki autor rozwiązuje historię wylewa się trochę kiczu i wygląda to tak, jakby autorowi odechciało się ten finał jakoś sensownie przedstawić, ale trochę było to do przewidzenia. Ogólnie Apokalipsę Z uznaję za bardzo przyzwoitą literaturę postapokaliptyczną zapewniającą przede wszystkim rozrywkę. Co zasługuje na pochwałę, w tomie trzecim Loureiro w końcu radzi sobie z narracją, dzięki czemu styl staje się bardzo przystępny i można na spokojnie cieszyć się lekturą mając na uwadze, że książka ma zapewnić przede wszystkim rozrywkę.

Moja ocena: 7/10

Za zachęcenie do serii bardzo dziękuję Dominice z Dosiakowego Królestwa, z którą również czytałam tom trzeci i którą namówiłam do zakończenia Trylogii razem ze mną. Polecam się na przyszłość!

Trylogia Zombie:
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

15 sierpnia 2017

Zielona mila


Już dawno nie trafił mi się tytuł, który tak ciężko byłoby mi wrzucić do konkretnej kategorii, zaszufladkować gatunkowo i mieć z głowy. Problem w tym, że nawet gdyby mi się to udało, nie miałabym Zielonej mili "z głowy". King stworzył bowiem powieść, która zagnieżdża się w świadomości czytelnika, sprawia, że przeżywa on emocjonalny Armagedon i nie potrafi się po lekturze do końca pozbierać. I tak też pisząc o sobie w trzeciej osobie uzewnętrzniłam się już w pierwszym akapicie, warto jednak napisać co dokładnie sprawiło, że historia przesiadującego w więzieniu Johna Coffeya (i nie tylko jego) skazanego na śmierć aż tak bardzo mnie poruszyła.

Na samym początku lęk wzbudzało we mnie samo miejsce akcji. Narratorem jest Paul Edgecombe, więzienny strażnik pracujący w Cold Mountain na bloku E. To tam przesiadują skazani na najwyższy wymiar kary. Śmierć na krześle elektrycznym. Podczas kolejnych rozdziałów zdołałam się oswoić nieco z przewodnim motywem okrutnych egzekucji, co nie zmienia faktu, że i tak odbierałam ten aspekt jako drastyczny element świata przedstawionego. W dodatku, śledząc wspomnienia Paula nie raz dostawałam na tacy podane szczegóły związane z przeprowadzaniem kary.

Zielona mila jest historią, którą wszyscy w moim otoczeniu już znali (szczególnie w wersji filmowej), ale na szczęście nikt nie zdradził mi istotnych faktów dotyczących fabuły. Mniej więcej w połowie książki zorientowałam się, w jakim kierunku podążają wydarzenia i... na szczęście nie wszystko przewidziałam.

Bardzo cenię sobie Kinga ze kreację niesamowitych postaci, które umieścił w Zielonej mili. Pierwszy plan wiadomo - Coffey, Edgecombe, Delacroix, ale na przykład jeżeli chodzi o bohaterów pojawiających się epizodycznie, to Janice skradła moje serce. Gratulacje dla autora - nakreślił tę bohaterkę za pomocą może kilku zdań i ukazania kilku reakcji na konkretne sytuacje. Nie wiele, a i tak doskonale wiedziałam, jakiego rodzaju charakter ma Janice i przepadałam za nią. Podobne uczucia wzbudzała we mnie przyjaciółka Paula, Elaine.

King dosyć mocno poznęcał się nad czytelnikiem za sprawą Zielonej mili. Umieścił w książce mnóstwo okrucieństwa, niesprawiedliwości i bezsilności, co przy lekturze wprowadza czytelnika w stan przygnębienia, mniejszego lub większego. Nie raz przy czytaniu mogą zaszklić się oczy, a piszę to ja, zazwyczaj nie wzruszona na nawet najbardziej tragiczne zwroty akcji. Na marginesie - o tym, że podczas lektury nie płaczę zazwyczaj wspominam przy okazji tych nielicznych wyjątków, tytułów, które jednak wycisnęły łzy z moich oczu.

Czy myśli pan, że jeśli człowiek szczerze żałuje tego, co zrobił, może wrócić do czasu, który był dla niego najszczęśliwszy, i żyć w nim całą wieczność? Czy tak wygląda niebo?

Postać Coffeya jest niesamowita. To bohater wykreowany na zasadzie sprzeczności. W dodatku przy okazji jego postaci King przemycił do książki motyw nietolerancji wobec odmiennego koloru skóry, czym dołożył wisienkę na torcie niesprawiedliwości, którym ta powieść po prostu jest. Coffey to taki poczciwy olbrzym z nadnaturalnymi zdolnościami, który mimowolnie zostaje uwikłany w tragiczny ciąg wydarzeń. Jego wiecznie zapłakane oczy i fakt, że boi się ciemności dziwnie wyglądają w zestawieniu z oskarżeniem o podwójny gwałt i morderstwo.

Długo można by wyliczać najsilniejsze elementy chyba jednej z najsłynniejszych powieści Stephena Kinga. Niewątpliwie jednym z najczarniejszych charakterów, jakie w literaturze powstały jest szczycący się koneksjami zimny, kalkulujący drań Percy Wetmore. Jego relacja zarówno z więźniami jak i ze strażnikami to te fragmenty książki, przy których w kieszeni otwiera się scyzoryk, choćby i wirtualny. Również śmiem twierdzić, że Percy to takie uosobienie zła, a zarazem w bohaterem tym wiąże się jeden z niewielu pierwiastków sporadycznie dochodzącej do głosu sprawiedliwości.

Zielona mila niewątpliwie rozwaliła mnie psychicznie i uważam ją za najlepszą powieść Kinga, oczywiście spośród tytułów, które do tej pory miałam okazję czytać. To taka inna odsłona twórczości tego pisarza. Nieco bardziej realna, silniej oddziałująca przynajmniej na moją psychikę. Jasne, elementy nadnaturalne jak najbardziej się pojawiają i tutaj, ale nie wysuwają się na pierwszy plan, co nie umniejsza ich istotności. Całość jest świetnie skomponowana. Książka oprócz tego, że daje do myślenia i mocno podkopuje fundamenty emocjonalnego muru, za którym czytelnik próbuje się schować również niesamowicie wciąga. W zasadzie nie mam żadnych zarzutów co do warsztatu Stephena Kinga. Bardzo chcę jeszcze kiedyś na taką historię trafić, a równocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak trudne to będzie. To powieść jedyna w swoim rodzaju.

Moja ocena: 9/10

Cytat zapisany kursywą oczywiście pochodzi z książki.

14 sierpnia 2017

Jeźdźcy dinozaurów



Jako osoba siedząca w literaturze ogólnie pojętej i zakochana w fantastyce naturalnie zwracam uwagę na nowości, te tytuły, które wchodzą w szeroko pojęty mainstream. Są popularne, dopiero się ukazały, wszyscy o nich mówią, większość po nie sięga. Są i takie powieści, które mam wrażenie kupiłam tylko ja. Jasne, mogę sobie zerknąć na portal Lubimy czytać, zerknąć na to, czy ktoś oprócz mnie zwrócił uwagę na daną pozycję. Mimo wszystko w sympatii do niektórych tytułów jestem odosobniona i wielce boleję nad faktem, że dobrym powieściom trafiła się kiepska promocja lub jej brak, a gnioty są rozchwytywane i dosłownie wszyscy o nich mówią, piszą, niepotrzebne skreślić. Po zakończeniu lektury pierwszego tomu byłam nieco sceptycznie nastawiona do Jeźdźców dinozaurów, ale tradycyjnie dałam szansę sequelowi z kołaczącym się z tyłu głowy przeświadczeniem, że lepiej, by autor skorzystał z okazji i mnie zauroczył, bo ileż potknięć można "równoważyć" dinozaurami?

Jeźdźcy dinozaurów są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z tomu poprzedniego. Nadal obserwujemy tych samych bohaterów, którzy zostali uwikłani w intrygi, swary, wojny. Przede wszystkim śledzimy losy imperialnej księżniczki, Melodii, ale także wyjętego spod prawa Karyla Bogomiskiego i Roba Korrigana. Ten ostatni skradł moje serce swoimi perypetiami w Jeźdźcach dinozaurów i z chęcią sięgnę po kontynuację, choć nie tylko dla tego wesołego poskramiacza. Ach, no i jeszcze są dinozaury. Na urozmaicenie rozdziałów traktujących o losach ludzkich bohaterów mamy też kilka fragmentów poświęconych allozaurzycy o imieniu Shiraa, która konkurować może z Robem o ulubieńca tomu drugiego...

Czytając kontynuację zdziwiła mnie na samym już początku (co prawda kilkudziesięciostronicowym, ale po prostu musiałam się upewnić) przystępność języka. O ile we Władcach dinozaurów z topornością stylu się męczyłam, tak w tej części widać poprawę. Nie jestem co prawda pewna na sto procent, czy jest to kwestia poprawy umiejętności autora, sprawniejszy przekład czy też moje "otrzaskanie" już z pierwszym tomem, ale wydaje mi się, że wkradła się w tej kwestii jakaś pozytywna zmiana. Jak najbardziej nadal pochwalać będę przecudowne sceny batalistyczne z udziałem zarówno koni jak i dinozaurów, szczegółowe opisy starć, wszechobecną brutalność. Milán jest jednym z tych autorów, których zawsze wymienię jako pretendujących do miana mistrza bitewnych opisów. Palce lizać.

Jest i na co pomarudzić, a w zasadzie na kogo. Oczywiście, tak jak na początku całej przygody z Władcami dinozaurów tak i teraz Melodia mnie wkurzała. Może nieco mniej niż w poprzednim tomie, bo zachodzi w niej, pod wpływem traumatycznych wydarzeń pewna zmiana, ale chwilami nadal odzywa się w bohaterce rasowa, rozpieszczona i irytująca księżniczka imperialna. W dodatku w przypadku jej postaci mamy do czynienia z niebywale szybkim nabyciem pewnych zdecydowanie męskich umiejętności. Szczegółów nie zdradzam, na wypadek, gdyby ktoś oprócz mnie jednak chciał sięgnąć po książki Milána.

Autor kreując świat przedstawiony i umieszczając w nim siły sprawcze postawił na ciekawą mieszankę. Bo z jednej strony mamy dinozaury używane jako zwierzęta bojowe i wierzchowe, widocznie przenikające do kultury mieszkańców Raju, a z drugiej w tym udającym Jurajski Park świecie pojawiają się anioły jako motyw zaczerpnięty z wierzeń występujących w naszej rzeczywistości oraz słabo scharakteryzowane demony. W połączeniu z prehistorycznymi jaszczurami to mieszanka co najmniej dziwna, ale i... oryginalna. Milánowi bowiem udało się zachować równowagę między tymi elementami, wpleść do fabuły dosyć już wymęczony na różne sposoby motyw fanatyzmu religijnego i stworzyć świat brutalny, nieco ponury, stojący u progu zagłady. Przy okazji Milán wykazał się odrobiną odwagi i oryginalności również w kwestii relacji między ludzkich dodając fragment o trójkącie w sypialni. Swoją drogą, co do erotyzmu w książce, jest on tym razem dużo mniej żenujący niż w tomie poprzednim, za co również należy się pochwała.

Finalnie jestem w stanie uznać, że kontynuacja Władców dinozaurów jak najbardziej wychodzi ze starcia obronną ręką (albo szponem). Pewne aspekty książki uległy poprawie, niektóre zyskały wiarygodność w moich oczach (motyw z aniołami całkiem nieźle się wkomponował w całokształt) no i niektóre co głupsze zachowania bohaterów (bohaterki) przyćmione zostały tym, co zachwyciło już w części pierwszej - bitwami, krwawymi starciami i walką o władzę. Tak na marginesie, u Milána ciężko szukać powiewu świeżości, bo oba tomy jego serii przypominają dość mocno lekko przekombinowaną wersję Pieśni Lodu i Ognia. Może nie kropka w kropkę, ale klimatycznie i w kwestii niektórych rozwiązań fabularnych nieco się to pokrywa. Da się zauważyć pewną inspirację. Co za tym idzie, mi jako fance tego rodzaju literatury fantastycznej, jak najbardziej się podobało. Wnioskiem końcowym niechaj będzie stwierdzenie, że Jeźdźcy dinozaurów to przyzwoita, nie powodująca rozczarowania kontynuacja, po którą warto sięgnąć szczególnie, jeżeli pierwszy tom nie wypadł do końca przekonująco.

Seria Władcy dinozaurów:
1. Władcy dinozaurów < recenzja
2. Jeźdźcy dinozaurów
3. Dinosaur princess
4. ?

5 sierpnia 2017

Ogłoszenie parafialne


W dodatku bardzo nietypowe. Zmieniam tożsamość...

Sporadycznie widywałam w blogosferze sytuacje, w których autorzy blogów zmieniali nicki albo po prostu tego nie zauważałam odpowiednio często, by uznać zjawisko za powszechne. Sama jakiegoś wielkiego szaleństwa nie przewiduję, natomiast pierwsza część tego, czym podpisuję się przy recenzjach i komentarzach jest już nieco przestarzała. DżejEr wzięło się od angielskiej fonetyki liter "JR" i w zasadzie jest to skrót od mojego dawnego pseudonimu. Toteż postanowiłam wymyślić coś innego, co nawiązywać będzie do mego imienia, które, swoją drogą, daje pewne pole manewru przy wymyślaniu nicka. Także tego, teraz tytułuję się Blue. Blue Carmen. Tak, Carmen zostaje. A żeby i nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu jeszcze przez około dwa, trzy miesiące podpisywać będę się w takiej mało zgrabnej, acz wiele wyjaśniającej formie: Blue (DżejEr) Carmen. Tyle. Pamiętać należy, że to nadal ja.

Pozdrawiam
Blue (DżejEr) Carmen

2 sierpnia 2017

Rozgwieżdżone niebo

Twórcy wizji potencjalnej przyszłości prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej odjechanych, wykraczających poza wszelkie granice wyobraźni wersji zagłady ludzkości. Lars Wilderäng postanowił odpuścić sobie bieg, nie wziął udziału w tym wyścigu i postawił na bardzo prosty zabieg. Zabrał współczesnemu społeczeństwu prąd, a konkretnie, elektronikę. Cyk, podświetlany napis "CYWILIZACJA" nagle gaśnie, cywilizacji już nie ma. Krzyżyk na drogę.

Historię postępującego upadku codzienności, którą każdy z nas zna obserwujemy z kilku perspektyw. Autor postawił na zróżnicowane charaktery wywodzące się z różnych środowisk i o odmiennych osobowościach. Co prawda rysy konkretnych cech nieco się zamazują gdy mowa o żeńskich postaciach, bo każda z występujących w Rozgwieżdżonym niebie babek jest równie irytująca i już nawet nie chodzi o fakt, że rzadko przypadają mi do gustu bohaterki. Chodzi o to, że zarówno Anna jak i jej matka czy Lena zaliczająca się raczej do drugoplanowych postaci najzwyczajniej mnie denerwowały. Nieco lepiej ma się sprawa z kreacją męskich postaci, które uratowały wizerunek całości.

Realizm i brutalizm, niepotrzebne skreślić. Jasne, to postapokaliptyczna wizja, więc nie ma co liczyć w książce na akapity obrazujące jakikolwiek skrawek sielanki, ale akurat przy oddawaniu realiów świata pozbawionego elektroniki autorowi udało się dopracować klimat. Wilderäng dokładnie opisuje wszystkie aspekty związane z nadejściem ciężkich, surowych warunków dla szwedzkiej ludności. Co więcej, oprócz koszmarnych warunków, w jakich przychodzi żyć każdemu przyzwyczajonemu do stałego dopływu elektryczności mieszkańcowi autor nie zapomina o szwankującej ludzkiej psychice i mrocznych obliczach które prezentuje w chwili, kiedy przychodzi walczyć o przetrwanie. Te różnorodne charaktery postaci, o których wspominałam to źródło najciekawszych wydarzeń, jakie w książce mają miejsce. Kilkukrotne zwroty spowodowane faktem, że niektóre z postaci zwyczajnie nie wyrabiały sprawiły, że poprawiłam swój stosunek do wizji, którą zaprezentował Wilderäng.

Rozgwieżdżone niebo nie jest debiutem autora, więc w zasadzie nie do końca mogę usprawiedliwić pewne niedociągnięcia, które zauważyłam. Wyjaśnienia mam jednak na to dwa - po pierwsze, jest to tom pierwszy cyklu. Po drugie, przekład mógł spowodować, że nie mam możliwości sprawdzenia, w jakim stylu pisze autor miarodajnie. Wiadomo, tłumaczenie może być albo wierne albo piękne, niczym kobieta. Natomiast w warsztacie dostrzegam pewne nieścisłości, na przykład brak wglądu w pewne sytuacje, które mają później wpływ na dalszy bieg wydarzeń. Przeskoki powodują na przykład niezrozumiałą "akceptację" pewnych zajść bez wcześniejszego wglądu w proces przyswajania nowych informacji. Język, którym pisze autor pozostawia trochę do życzenia, szczególnie w pewnych momentach dialogi wydają się sztuczne do bólu, tak jakby autor nie potrafił sobie wyobrazić danej rozmowy i po prostu zapisał schematyczną wymianę informacji. Z racji formy mam z tą książkę problem - nie do końca dobra, ale rozczarowująca również mnie, bo nadrabia szczegółowymi opisami, nagłością i okrucieństwem niektórych scen. Przy lekturze nie można się nudzić. Są pewne dziury w fabule, ale przez cały czas coś się dzieje. Motyw rozgwieżdżonego nieba interpretuję jako słodko-gorzki bonus i nikły, mało pocieszający element niesamowitego niezmiennego piękna, które przetrwało pomimo upadku cywilizacji.

Bardziej jest to literatura postapokaliptyczna niż science fiction, choć i elementy tego drugiego u Wilderänga można znaleźć. Za wiele nie zdradzę, ale wiąże się to ze źródłem fiksującej elektroniki. Dlatego też skłaniałabym się do skategoryzowania tytułu jako traktującego o upadającej cywilizacji, opisującego walkę o przetrwanie w obliczu zagłady.

Cóż jeszcze mogę rzec? Warto sięgnąć, pomimo tego, że chwilami warsztat i kreacja bohaterów (bohaterek) zawodzi. To taka literatura stricte rozrywkowa, bez filozoficznych wywodów, egzystencjalnych wynurzeń, choć odrobina moralnych dylematów może być traktowana jako elementy głębszych rozważań. Rozgwieżdżone niebo jest pełne akcji i liczę na to, że kontynuacja nie zwiedzie, a także wyjaśni czytelnikowi kto stoi za unicestwieniem wszechobecnej w naszym życiu elektroniki.

Seria Stjärnklart:
1. Rozgwieżdżone niebo
2. Stjärnfall
3. Stjärndamm

1 sierpnia 2017

Mój lipiec

Oznaczać będzie już na zawsze tylko jedno i to samo. Owszem, działo się wiele różnych rzeczy, mniej i bardziej ciekawych. Były na przykład Dni fantastyki we Wrocławiu, na których stwierdziłam, że wyrosłam z konwentów. Był jeden dzień Castle Party w Bolkowie i było to jedno z tych miejsc, w których nigdy nie spodziewałabym się, że będę. Był początek siódmego sezonu Gry o tron, który pozostaje jedynym serialem, który oglądam na bieżąco, aczkolwiek nadrabiać wiele innych tytułów mam zamiar od września. 


Wszystkie te wydarzenia przyćmiło jedno, bolesne, niespodziewane, wywołujące we mnie niepisany smutek odejście Chestera Benningtona, o czym już wspominałam dwa posty temu. Zakończył się w ten sposób pewien cudowny, znaczący etap mojego życia i jedyna chwila, w której znalazłam w związku ze śmiercią Chetera odrobinę zrozumienia i ukojenia było spotkanie fanów 27 lipca by wspólnie oddać hołd liderowi Linkin Park. Spotkaliśmy się pod stadionem i naprawdę pocieszającym był fakt, że otaczali mnie ludzie czujący dokładnie to samo, co ja. Na kogo bym nie spojrzała, wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi...


When my time comes
Forget the wrong that I’ve done
Help me leave behind some reasons to be missed
Don’t resent me and when you’re feeling empty
Keep me in your memory
Leave out all the rest
Leave out all the rest
- Leave out all the rest (Minutes to midnight)

Pocieszenie znajdowałam również w książkach i niewątpliwie możliwość skoncentrowania się na fabule wciągających tytułów mi pomogła. W lipcu przeczytałam dwa klasyki, co napawa mnie dumą, doszłam też do kilku refleksji i postanowień związanych z moim czytelniczym życiem, którymi w zasadzie mogę się podzielić...


Utrzymanie tempa średnio pięciu książek na miesiąc to optymalny wynik. Owszem, zdarzy się, że w jednym miesiącu przeczytam mniej, ale wtedy będę nadganiała w następnym. Ponadto ruszyłam klasyki i chcę teraz pilnować się postanowienia, w którym czytać będę przynajmniej jeden tytuł z szeroko pojętego kanonu, czy to fantasy, czy innego gatunku. Jest jeszcze kwestia nowości, które zdarza mi się kupić w dosyć bliskich okolicach premiery. Jeżeli już tak robię, to dołożyć mam zamiar wszelkich starań, żeby daną książkę przeczytać jeszcze w tym samym roku, w którym pojawiła się ona na polskim rynku. Niby rok to sporo czasu, a tymczasem kupione w 2016 roku Dziecko Odyna nadal czeka, Mechanicznego i Królów Dary przeczytałam w lutym i kwietniu, choć też wydane były w 2016.
Kupowałam też w lipcu książki, kilka kolosów dołączyło do biblioteczki...


Wegnerowi i Liu ufam, to kontynuacje znakomitych tytułów z tego roku. Simmonsa nie znam, ale chwalony, toteż się nie lękam. Obawiam się Wilczej godziny, której czytuję różne recenzje, natomiast liczę, że opisy Wilna i steampunk nadrobią ewentualne niedociągnięcia. No i jest jeszcze Inglot - długo wahałam się, czy zamówić, a był na promocji. Natomiast skończyło się tak, że go dostałam. Czaiłam się już kiedyś na ten zbiór opowiadań no i koniec końców, są to właśnie opowiadania, więc czymże jest kolejny tomik krótkiej formy jeżeli nie próbką umiejętności nieznanego jeszcze pisarza z rodzimego podwórka?

Powodzenia w sierpniu.