30 lipca 2015

Przeminęło z lipcem...


Lipiec był naprawdę niezłym czytelniczo miesiącem. Blogowałam też więcej, niż w ciągu semestru, pojawił się jeden luźniejszy post z TAGiem, co jest dosyć konkretnym odstępstwem od normy. Nie robię takich akcji w osobnych postach, zwykle na nominacje odpowiadam w komentarzu na blogu tego, kto mnie nominował. A wracając do lipca...

Przeczytałam:

  1. Nawałnica mieczy: krew i złoto (George R. R. Martin)
  2. Chłopcy 3: Zguba (Jakub Ćwiek)
  3. Klub siodła: Nowe życie (Bonnie Bryant)
  4. Wszystko co kocham (Jacek Borcuch)
  5. Wędrujący ogień (Guy Gavriel Kay)
  6. Dziewczyna i chłopak: Wszystko na opak (Wendelin Van Draanen)
  7. Dwie wieże (J. R. R. Tolkien)
  8. Szepty dzieci mgły i inne opowiadania (Trudi Canavan)
Pozycja numer 7 wpisana kursywą, bo posiadam jednotomowe wydanie Władcy pierścieni i Dwie wieże nie były osobną książką w sensie fizycznym. Dlatego też nie policzyłam jej do wzrostowego wyzwania. Lipiec był miesiącem dosyć nietypowym (pomijając, że przeczytana ilość książek jest równa moim dwumiesięcznym możliwościom), bo sięgnęłam po dwa wielkie nazwiska, nazwiska, których nie chciałam przeplatać. Chodzi oczywiście o Martina i Tolkiena. Jeżeli ktoś obstawiał Ćwieka i Canavan, to cóż... Nie obstawiać totka radzę. A wracając do wielkich - będą dwie najlepsze książki miesiąca.

Najlepsze książki miesiąca: Nawałnica mieczy: krew i złoto i Dwie wieże
Najsłabsza książka miesiąca: Wędrujący ogień

Postów było: 11
Recenzji było: 7 (jedna zaległa z czerwca)
Obserwatorów przybyło pięcioro i jest was już 213 (bo więcej blogowałam...)

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 4 (aż)
(nie)Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 56,6 cm + 14, 5 cm = 71, 1 cm

I tak oto przedstawiają się statystyki z lipca, pierwszego wakacyjnego miesiąca. Sierpień i wrzesień będą odrobinę mniej wakacyjne, ale i tak dużo będę czytać, a 25 sierpnia czeka mnie wyprawa do Rybnika i koncert Linkinów. Z szerokim uśmiechem na twarzy pomimo bólu zęba żegnam się wieczorową porą i idę opanować głupawkę. A może i nie będę jej opanowywać...?



28 lipca 2015

Szepty dzieci mgły i inne opowiadania

Z książkami Trudi Canavan tak jest, że zaskoczyć raczej już mnie nie zaskoczy, ale jednak wyjdzie na to, że z autorką się nie pożegnam. Szepty... były zupełnie przypadkową lekturą, ale luźniejszy okres wakacyjny sprzyja takowym książkom.

Autorka Trylogii Czarnego Maga w recenzowanej przeze mnie książce zawarła pięć opowiadań, które swoją tematyką w ogóle się ze sobą nie łączą. Krótka forma, to, patrząc na inne powieści pani Canavan, musiała być wyzwaniem. Przyznaje to w pewnym sensie też sama autorka pisząc w Przedmowie, że nie przepada za tworzeniem opowiadań, bo wolałaby ten czas spożytkować na inne swoje powieści. Dla mnie samej opowiadania są w jakiś sposób wyzwaniem - nie umiem jednego pomysłu okroić tak, żeby zmieścić się na kilkudziesięciu stronach. Zaraz mam w głowie milion pomysłów na komplikacje, poboczne wątki, zwroty akcji i innych bohaterów. Dlatego też twórców opowiadań podziwiam.

W przypadku Szeptów... pierwsze dwa opowiadania nie przypadły mi niestety do gustu i już chciałam skreślić autorkę. Ostatnio dość szybko tracę wiarę w ludzi. I nie tylko w ludzi. Na szczęście w przypadku tego zbioru i Canvan ją odzyskałam - Markietanka, Przestrzeń dla siebie i Biuro rzeczy znalezionych były opowiadaniami, które przypadły mi do gustu. Co prawda były dosyć banalne i oczywiście jednowątkowe (czego się spodziewałam po autorce), ale nie raz zdarzyło mi się uśmiechnąć w reakcji na to, co przytrafiło głównym bohaterom tych historii. Przestrzeń dla siebie została napisana w formie pamiętnika pewnej malarki i zaliczam to na plus - wszystkie pamiętniki zawsze zaliczam do zalet, taka dziewczyńska fiksacja z okresu gimnazjalno-licealnego. W postaci małe dygresji dodam, że sama staram się dalej pisać, ale nie mam do tego już tyle motywacji i chęci, co kiedyś.

Opowiadanie zatytułowane Szalony uczeń, którego akcja dzieje się w uniwersum Trylogii Czarnego Maga zdecydowanie mnie zanudziło i zirytowało. Co to w ogóle było, ja się grzecznie pytam? Bardzo mało wyjaśnień, nawet jak na opowiadanie, naiwni bohaterowie i bark choćby i zalążka logicznego myślenia. Żałuję, że musiałam się z tym opowiadaniem męczyć, bo było to jedno z dwóch dłuższych w Szeptach...

Typowa to książka dla Canavan, ale miło było przeczytać coś, co nie działo się w świecie Sonei (pomijając Ucznia). Spodobały mi się pomysły autorki, bo choć banalne to miały swój urok. Nie jest to co prawda książka, po której będę miała kaca i tytuł, który na długo pozostanie w mojej głowie, ale jako relaksujące czytadło mogę jak najbardziej polecić.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Trudi Canavan
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 198
Rok wydania: 2010 (oryginał i polskie wydanie)

W ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,5 cm) i Grunt, to okładka

25 lipca 2015

Na stos, na stos, na stos...!


W zasadzie lipiec był czytelniczo dość intensywnym miesiącem (zaczęły się wakacje), co nie oznacza, że darowałam sobie zdobywanie nowych książek. Ale i tak miało być mniej nabytków na półkę... Miało.


Od góry:
1. Wszystko co kocham (Jacek Borcuch) - moja pierwsza styczność z opowiadaniem filmowym, w którym zawarto jedną z moich ulubionych historii. Uwielbiam film, więc i książki nie mogłam odpuść, a polowałam na nią od dłuższego czasu. Już zrecenzowane TUTAJ.

2. Miasteczko Nonstead (Marcin Mortka) - od jakiegoś czasu bardziej mnie ciągnie w stronę horrorów i literatury grozy, a i nie pogardzę książkami polskich autorów, więc za około dychę nie można było nie wziąć.

3. Szepty dzieci mgły (Trudi Canavan) - nabytek z biblioteki, jak widać po stanie książki. Bo wdepnęłam do pobliskiej MBP, żeby się zapisać, a tu się okazuje, że karta założona wraz z rozpoczęciem pierwszej klasy gimnazjum nadal aktualna. Czyli od około siedmiu lat jestem w bibliotece i o tym nie wiem. W gimnazjum co prawda korzystałam, ale potem jakoś się rozwiało...

4. Harry Potter i Zakon Feniksa (J. K. Rowling) - też pożyczone! Od kumpeli, u której byłam na noc i stwierdziłam, że warto byłoby do Harry'ego wrócić, choć część tę czytałam już raz kilka lat temu. Ale zmierzam do tego, żeby móc przeczytać Insygnia śmierci po raz pierwszy w odpowiedniej kolejności, czyli na końcu, po wszystkich innych tomach od Rowling.

5. Panowie Salem (Rob Zombie & B. K. Evenson) - Horror. Przecena w Matrasie. Salem w serialu, w który się wkręciłam. Trzy powody, żeby porwać książkę ze sobą!

To wszystkie zdobycze z tego miesiąca. Tak, wiem, że wszyscy polecają Harry'ego, i ja go polecam tym, którzy jeszcze nie polecają. Kiedyś zacznę kupować swoje egzemplarze, to będzie okazja, żeby przeczytać to jeszcze raz. Najbardziej ciekawią mnie chyba Panowie Salem, choć w kolejce pierwsze są Szepty dzieci mgły, które mam z biblioteki i wolę jak najszybciej oddać. A poza tym - zaległości, bo poprzedni stos pozostał nienaruszony. I są jeszcze ksiązki sprzed dwóch i więcej lat. I wiecie co jest jeszcze? Poprawka we wrześniu, więc pod koniec lipca trzeba będzie przyhamować z czytaniem rozrywkowym. Ale to jeszcze miesiąc...

23 lipca 2015

Wydania bardziej i mniej przystępne


Na prawdziwe dzieło składa się zarówno treść, jak i forma. Nie raz już padały słowa o przeroście tej ostatniej, nad tym pierwszym. Sytuacja nieciekawa, bo faktycznie w przypadku książek najważniejsza jest historia, którą chce nam przekazać autor. Ale w oderwaniu od niej chciałam rozpatrzyć w jaki sposób jest nam owa historia podawana. 

Nie ma co się oszukiwać - na nasze zainteresowanie książką mocno wpływa to, w jakiej formie jest nam ona podawana. Nawet, jeżeli czytelnik należy do grona osób, które bardziej sugerują się opisem fabuły przy wyborze lektury, w czasie czytania samo wydanie wpływa na nasz komfort. Można by rzec, że jest to temat rzeka, bo gdy zastanowić się głębiej, na wspomniane przeze mnie wydanie i jego przystępność wpływa całkiem sporo czynników. Postaram się je po krótce przedstawić poniżej również nie pozbawiając opisów wstawek o moich własnych preferencjach.

1. Okładka (twarda, miękka, skrzydełka)

Właściwie nierzadko ma decydujące znaczenie przy wyborze książki, ale, pomijając umiejętności grafika, ważna jest też jej wytrzymałość. Grube książki według mnie lepiej prezentują się w twardej oprawie. Powieść taką zazwyczaj czytamy dłużej, niż przez dwa wieczory i nieraz zabieramy książkę z domu. Wiadomo jak bywa lekturą w podróży - w torebce się krzywo ułoży i może przygiąć, albo zarysować o klucze... Samo ocieranie się okładki o inne przedmioty sprawia, że się ona niszczy - wiem, bo czytałam kiedyś GONE w terenie i książka wróciła do domu jako lektura po przejściach.
W przypadku miękkich okładek - są idealne do wydań kieszonkowych i przy cienkich książkach, chociażby dlatego, że mała objętościowo powieść zyskuje dodatkową wagę w przypadku grubej oprawy. A po co?
Okładki ze skrzydełkami też są trwalsze, niż zwykłe, ale jakoś nigdy za nimi nie przepadałam - czasem przeszkadza mi to w czytaniu, a jako zakładki też ciężko tego używać. A drzew coraz mniej...

2. Czcionka i marginesy

Tutaj w zasadzie jestem wielką zwolenniczką klasycyzmu - Times New Roman i słynna "dwunastka". Nie przeszkadza mi zbyt udziwniona czcionka, aczkolwiek nie znoszę tej stosowanej przez Fabrykę słów. Tekst jest raczej drażniący dla moich oczu, a marginesy, co tu dużo mówić, są za szerokie. Książki Fabryki są dość grube objętościowo, ale z gęstością tekstu na stronie jest kiepsko. W większości przypadków w ich książkach na każdej stronie zmieściłyby się jeszcze przynajmniej ze trzy linijki tekstu.
Z drugiej strony w niektórych przypadkach, gdy marginesy są za wąskie (seria o Feliksie Castorze pozdrawia) ciężko książkę się trzyma, bo cały czas trzeba naginać grzbiet, żeby zobaczyć początek linijki.

3. Papier

Zdecydowanie wolę ten żółty - da się czytać na słońcu, a kontrast nie drażni. Im cieńsze kartki, tym lepiej - bardzo podobają mi się książki wydawane przez wydawnictwo MAG. Papier jest dosyć miękki i ich książki czyta się nad wyraz przyjemnie (no, w oderwaniu od samej treści książki oczywiście, bo z tym bywa różnie).

4. Grzbiet

Nie jestem wielką antyfanką "łamania" grzbietu książki. Jak trzeba to trzeba - moje i ja płaciłam, więc jak muszę, to złamię. Kiedyś robiłam to nagminnie, ostatnio mi się już nie zdarza, ale lubię, gdy grzbiet książki jest elastyczny i książkę w połowie otwartą można na spokojnie położyć na blacie, a ona się nie zamyka. Wtedy lektura jest naprawdę przyjemna i nawet większe nagięcie nie niszczy grzbietu. O wypukłych grzbietach w przypadku szytych, a nie klejonych książek nie wspominając...

5. Wielkość

Czyli wydania kieszonkowe kontra "standardowy" format. Kiedyś byłam wielką zwolenniczką kieszonkowych wersji, które przyjemnie się trzymało w czasie czytania. Tak przeczytałam Christine Kinga, ale śmiem twierdzić, że resztę jego książek wolę zdobyć w standardowym formacie. Natomiast Cobena wolę czytać w wersji wygodniejszej przy częstym podróżowaniu z książką. Podoba mi się format pierwszego wydania Gry o tron - wielkość jest idealna. Ani to za małe, ani za duże, a nawet jeżeli książka jest gruba, to łatwo ją ze sobą transportować. Tak, często się przemieszczam, dużo czytam w pociągach.
Jeżeli chodzi o te takie największe książki - podoba mi się ten format, choć jest nieporęczny i z taką wielką Drogą królów (której jesze nie posiadam, ale będę!) nigdzie bym nie pojechała. Innymi słowy - na tym obszarze rozmiar ma zanczenie...

6. Grubość

Na grubość książki wpływa coś, o czym już pisałam, czyli papier. Nieraz spotkałam się z sytuacją, w której czterystustronicowa powieść w jednym wydawnictwie była grubsza niż pięćsetstronicowa wydana przez kogoś innego. Bez sensu! Im cieńszy papier, tym lepiej, książka lekka i wygodniejsza w czytaniu, a i strony lepiej się przewraca.

7. Dodatki (zakładka, mapa, ozdobniki...)

Bardzo lubię i sobie cenię takie elementy. Wydanie jest ciekawsze, bardziej dopieszczone - widać, że komuś na prezencji książki zależało. Na moja aprobatę zasługują też grafiki w książkach, ale tylko wtedy, kiedy są naprawdę dopracowane i nie wyglądają jak przypadkowe szkice zrobione na kolanie. Całkiem niezłe są te z Chłopców wydanych przez wydawnictwo SQN, natomiast grafiki z Hobbita wydanego przez Amber mi się nie spodobały, choć były bardziej dopracowane. Wydawały mi się zbyt mało wyraziste i nie pasowały mi do książki...
Zakładka jest zawsze dobrym pomysłem, bo wtedy nie mam dylematu, którą wybrać ze swojego zbioru. No chyba, że to Gra o tron. Do Gry o tron mam osobną, zakupioną na Pyrkonie, z symbolami wszystkich znaczących rodów...

A teraz dwa zestawienia - jedno dotyczące wydawnictw, których WYDANIA LUBIĘ:

1. MAG
Świetne, cudowne wydania. Ostatnio puścili niektóre wznowienia w twardej oprawie. Sporo dobrych okładek, choć da się zauważyć pewne schematy... Ale mniejsza, brawa dla wydawnictwa.

2. Zysk i S-ka
Coraz więcej książek przez nich wydanych do mnie trafia. Siłą tych książek jest ich prostota i klasycyzm wydania - standardowa czcionka, wąskie marginesy, gęsty, ale przejrzysty tekst.

3. Uroboros
Również przejrzyste i uświetnione grafikami. Nie raz już chwalono wydawnictwo za formę ich książek o faktycznie, jest za co!

...oraz te, których WYDAŃ NIE LUBIĘ:

1. Fabryka słów
Czyli to, o czym już wspominałam - dziwna czcionka, okładki miernej jakości (chodzi mi o to, że niby na tych okładkach dzieje się sporo, ale jakoś do mnie nie przemawiają - oczywiście z wyjątkami, jak na przykład w przypadku książek Patricii Briggs) i szerokie marginesy. Pojawiają się ozdobniki i grafiki, ale też nie w każdej książce...

2. Amber
Właściwie nie lubię ich książek przez wzgląd na słabe, tandetne okładki, to raz, a dwa, że tekst na stronie jest mało przystępny - marginesy dość szerokie, czasem mam wrażenie, że czytam listę zakupów. Na ich obronę mogę dopisać jedynie, że czasem decydują się na oryginalne okładki - co boleśnie (gry przy drugim tomie oryginału nie wykupili) dało się odczuć w przypadku trylogii Lainii Tylor.

3. Rebis

Czytałam od Rebisa nie wiele książek, ale biały, sztywny papier i trudny w obejściu codziennym grzbiet sprawiają, że odkładam w czasie lekturą książek Terry'ego Goodkinda. Wielotomowy cykl wyglądał w empiku bardzo smakowicie, na półce, ale jak pomyślałam o łamaniu grzbietów, do którego będę musiała przystąpić w czasie czytania... Trochę zęby zgrzytają.

A Wy, jakie wydania lubicie...?
(Jak zwykle miałam do napisania więcej na temat tego, co mi się nie podoba...)

20 lipca 2015

Dziewczyna i chłopak - Wszystko na opak

Oto i recenzja książki z gatunku, po który już od dawna nie sięgam. Coś mnie dwa lata temu tchnęło i kupiłam sobie powieść pani Van Draanen, o tak, żeby sobie poleżała na półce. Krótko będzie i na temat, bo nie ma się nad czym rozwodzić.
Juli i Bryce znają się od kilku lat. Siedmiolatek przeprowadza się z rodziną do domu przy ulicy, przy której mieszka również panna Baker. Od samego początku dziewczynka szuka kontaktu z nowym sąsiadem i dążenia te przeradzają się nieco niezgrabną relację między dwójką dorastających małolatów.

Książka pani Van Draanen swoje musiała odczekać i pewnie ten czas mocno wpłynął na mój odbiór powiastki. Nawet za bardzo nie wiem, co mam napisać, bo wydaje mi się, że to historia o wszystkim i niczym. Nie ma głównego wątku - wszystko w zasadzie kręci się wokół pseudo koleżeństwa Juli i Bryce'a. Bohaterów nie wykreowano w wybitnym stopniu, ale lepiej przedstawiono postać żeńską - Juli ma różnorodne zainteresowania, dużo motywacji do pracy, jest ambitna i lubi się uczyć, a tymczasem jej sąsiad... raczej nie zdobył mojej sympatii. Bryce wiecznie zastanawia się nad tym, co aktualnie się dzieje i w zasadzie nie podejmuje żadnych konkretnych kroków pomimo kolejnych wydarzeń. Wkurzało mnie to trochę i aż się dziwiłam, że Juli w kolejnych rozdziałach utrzymywała, że jest w nim zakochana.

Samego romansu w zasadzie w książce nie ma - są za to epizody opisujące interakcje bohaterów. Ot, sobie powiastka o lekkich perypetiach. Momentami nuży, ale niektóre rozdziały wywołały uśmiech na mojej twarzy. Szczególnie przyjemnie czytało mi się książkę na samym początku - gdy dopiero poznawałam bohaterów. Juli, jak już można się domyślić, od samego początku zyskała moje uznanie.

Oprócz Julii i Bryce'a pojawiają się, naturalnie ich rodziny, Wśród nich moimi ulubieńcami zostali Matt i Mike - bracia Baker oraz Chet, dziadek Bryce'a. Natomiast postaci, które pojawiły się w szkole, do której uczęszczali główni bohaterowie niesamowicie mnie denerwowały swoim infantylizmem i głupotą. Chociaż, biorąc pod uwagę, że to gimnazjum...

(...)całość to coś więcej niż suma poszczególnych części(...)

Powieść stworzona przez panią Van Draanen napisana jest prostym językiem, a rozdziały występują naprzemiennie z punktu widzenia Juli i Bryce'a, którzy przedstawiają swój ogląd na konkretne wydarzenia. Tak więc każdą sytuację mamy opisaną po dwa razy, oczywiście nie kropka w kropkę jak w pierwszej wersji. Pojawiły się pewne nieścisłości, ale może był to zabieg celowy - chodzi mi o to, że konkretny moment, w którym z punktu widzenia Bryce'a postacie zamieniają tylko dwa, trzy zdania, w wersji Juli jest bardziej rozbudowanym dialogiem. Nie wiem, czy taki był zamysł, czy też to błąd - w każdym razie nie wpływa to zasadniczo na lekturę.
O Dziewczynie i chłopaku pewnie szybko zapomnę, bo książka nie była w stanie wzbudzić w czytelniku jakichś głębszych uczuć, ot czasoumilacz, jak zwykłam mawiać o takich pozycjach. Nie ma przy czym zgrzytać zębami, ale i na spokojnie można sobie odpuścić.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Wendelin Van Draanen
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 222
Rok wydania: 2001 (oryginał), 2011 (w Polsce)

Do wyzwań: Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

17 lipca 2015

Wędrujący ogień

Klasyczne fantasy to coś, czym nigdy nie pogardzę. Wędrujący ogień zdobyłam dawno temu i już od dłuższego czasu czekał na mojej półce. W dodatku, jako druga część cyklu wymagała zdobycia Letniego drzewa, które recenzowałam kilka miesięcy temu. Książka nie porwała mnie zasadniczo, ale postanowiłam dać szansę kontynuacji. Czy druga część Fionavarskiego gobelinu przekonała mnie do twórczości Guya Gavriela Kaya?

Piątka bohaterów znana nam z poprzedniej części na dobre zagościła w Fionavarze – pierwszym świecie Tkacza. Tkacz to bóstwo, o którym dowiadujemy się stanowczo za mało od autora, aczkolwiek koncepcja trylogii zasadza się na tym, że całość stanowi „gobelin”, a losy poszczególnych bohaterów i bieg zdarzeń to kolejne „nici” tego gobelinu. Oprócz Tkacza, autor wprowadził do swojej powieści innych bogów, którym przypisano odpowiednie obszary do sprawowania opieki nad nimi. To, co mocno razi mnie w tym przypadku, to fakt, że pochodzenie tych bóstw, zalezności między nimi i relacja z Tkaczem są słabo zarysowane, co zresztą nie jest moim ostatnim zarzutem pod adresem autora.

Już od samego początku miałam problemy z płynnym przechodzeniem przez kolejne rozdziały. Styl autora jest strasznie toporny, nawet nie wiem na czym dokładnie polega błąd – po prostu czytając miałam wrażenie, że jadę asfaltową drogą i co chwilę jakaś wyrwa wybija mnie z rytmu, nakazuje wyhamować i utrudnia dalszą podróż. Nazwy geograficzne, imiona i nazwy istot ze świata fantastycznych zwierząt też rażą – są nieprzystępne i ciężko je przypisać konkretnym stworom. W tej części czytelnikowi poskąpiono już mapy Fionavaru, co spowodowało, że kompletnie zagubiłam się w tum świecie, a poleganie tylko na stwierdzeniach bohaterów, że jadą teraz na północ, tudzież na wschód lub w stronę jakiejś rzeki zdecydowanie mi nie wystarczały. Nie cierpię takich sytuacji – to jest fantasy! To jest świat wykreowany na nowo, całkowicie stworzony w umyśle innego człowieka i nieznany nikomu innemu oprócz tego człowieka, tak więc, grzecznie proszę o ułatwienie mi orientacji w terenie!

Nie wielkim, choć jednak jakimś ułatwieniem okazało się ponowne umieszczenie spisu bohaterów na ostatnich stronach książki. Ja sama z trudem przypominałam sobie kto kim był w poprzednim tomie – postacie są dość słabo zarysowane i wydaje mi się, że autor na siłę chciał podrasować styl na bardziej patetyczny, przez co momentami książka była naprawdę trudna do przebrnięcia. Zagrywka z umieszczeniem w akcji książki postaci Artura Pendragona wywołała u mnie jeden wielki mindfuck. Ale, że co...? Ale, że jak...? Za mało autor czytelnikowi wyjaśnia. Najwięcej rozumieją same postacie. Naprawdę. Ileż to razy natknęłam się w książce na stwierdzenia narratora: "I wtedy zrozumiał.", "I wtedy pojęła wszystko.", "I nagle już wiedziała". Stąd wnioskuję, że autor zawarł w swojej sadze wiele głębokich prawd i to w dodatku prawd tak trudnych do pojęcia, że nie pofatygował się z wyjaśnieniem ich czytelnikowi, bo po co się męczyć dla kogoś tak przeciętnego jak odbiorca powieści? Przez brak tych wskazówek dość często tylko ulotnie ogarniałam, co dzieje się właściwie w książce i jakie to będzie miało konsekwencje dla bohaterów.

Dużo marudzę, bo książka naprawdę nie należy według mnie do arcydzieł literatury fantastycznej, ale... ale kilka rzeczy jednak mi się spodobało. Jedna, całkiem nieźle opisana bitwa. Kilka klasycznych scen fantasy, z mieczami, królami i czarami – to też wypadło całkiem w porządku. Chwilami udawało mi się tez zapałać sympatią do poszczególnych bohaterów, choć chaos panujący w powieści nie pozwalał mi na dłużej zapamiętać o kim właściwie czytam i jaki związek z ogółem sytuacji ma dany bohater.

Lektura Wędrującego ognia była ciężka i jeżeli momentami mi się podobała, to jednak były to momenty zbyt mało liczne. Pełne patosu momenty nie wywołały u mnie zachwytu, a znużenie bądź irytację. Może to wina tłumaczenia i niedokładnej redakcji książki, w której zbrakło miejsca na jasny podział na podrozdziały dotyczące konkretnych bohaterów. Nie zmienia to faktu, że sam autor mógł lepiej dopracować i wyostrzyć niektóre wątki, a i nie skupiać się tak bardzo na wspominaniu o mało istotnych kwestiach. Obrazuje to chociażby fakt, że opisanie śmierci postaci nie dało mi do zrozumienia, że postać ta umarła – dowiedziałam się o tym z rozmyślań innego bohatera kilkadziesiąt stron później.

Wiedział, że lepiej by serce i dusza poszły również, gdyż dzięki temu ofiara stanie sięgłębsza i będzie prawdziwa.

Autor Fionavarskiego gobelinu mnie nie przekonał – mogła z tego wyjść dobra trylogia fantasy, a wyszła dosyć męcząca batalia czytelnika z kolejnymi nietrafionymi pomysłami autora. Gdy momentami powieść wciągała i tak bez przeszkód dało się odłożyć książkę na bok i zająć czymś innym, tak więc zdecydowanie nie polecam.

Moja ocena: 4,5/10

Autor: Guy Gavriel Kay
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 349
Rok wydania: 1986(oryginał), 1995 (w Polsce)

Fionavarski gobelin:
1. Letnie drzewo (recenzja)
2. Wędrujący ogień
3. Najmroczniejsza droga

Przeczytane do wyzwań: Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

14 lipca 2015

TAG: 7 grzechów głównych książkoholika...

Jeżeli ktoś w miarę regularnie tu bywa, pewnie zauważył, że nie robię TAG-ów na swoim blogu. Jeżeli zdarza mi się zostać nominowaną, odpowiadam w komentarzu, a sama niczego nie próbuję zapoczątkowywać. Ale hej, są wakacje! Czemu nie odstąpić trochę od tej reguły i nie wstawić luźniejszego posta, z racji tego, że dostałam nominację od Upadły czy Anioł z bloga niebo - piekło - ziemia? Chyba pora na odrobinę zabawy :)


1. Pycha -  O jakiej książce mówisz najwięcej, jeśli chcesz zabrzmieć jak bardzo inteligentny czytelnik? 

Właściwie nie mam w zwyczaju się chwalić, ale dość często zaznaczam, że mam na koncie Drużynę pierścienia (reszta doczyta się niebawem, bo Tolkien to świętość...) i z łatwością wchodziły mi do tej pory tomiszcza Martina.

2. Chciwość - Jaka jest najtańsza i najdroższa książka na twojej półce?
Najtańszą będą najpewniej Wędrujący ogień (2 zł lub nawet złotówka) i Poczet skoczków świata (2 złote). Najdroższą książką jaką posiadam, choć jej nie kupiłam jest Świat Lodu i ognia :)


3. Nieczystość - Jakie cechy charakteru uważasz za najbardziej atrakcyjne u bohatera?

Zaradność, poczucie humoru, troskliwość i nade wszystko honor oraz lojalność.

4. Zazdrość - Jakie książki najbardziej chciałabyś dostać jako prezent?

O rany, najbardziej najbardziej? Ostatnio przyszło mi do głowy, że na pewno ucieszyłabym się niebotycznie ze Zgrozy w Dunwitch Lovecrafta no i na pewno z brakujących mi tomów Pieśni lodu i ognia (Druga połowa Uczty dla wron oraz obie części Tańca ze smokami). I jakby ktoś dla mnie zdobył Krew nie woda Mike'a Careya to też bym się jarała, bo nigdzie nie mogę dostać.

5. Obżarstwo - Jaką książkę możesz pożerać (czytać) cały czas?

Igrzyska śmierci! Całą trylogię naturalnie.

6. Gniew - Z jakim autorem masz relację love/hate, czyli jednocześnie go kochasz i nienawidzisz?

George'a R. R. Martina kocham i nienawidzę. Za zabijanie. Tyczy się obu...

7. Lenistwo Czytanie jakiej książki zaniedbałaś właśnie przez lenistwo?

Klucz do otchłani (Somoza) - książka jest dość trudna i kiedy zaczynałam ją w zeszłym roku nie sądziłam, że porzucę na kolejnych kilka miesięcy. I dalej czeka, może jeszcze w wakacje się zbiorę i skończę...

To już wszystkie grzechy. Za nominację dziękuję i nikomu nie będę kazała się spowiadać ze swoich siedmiu grzechów głównych. Życzę udanego popołudnia :)

13 lipca 2015

Wszystko, co kocham

W zasadzie nie przychodzę dzisiaj z recenzją, a krótkim komentarzem do tego tytułu. Z racji, że Wszystko, co kocham jest opowiadaniem filmowym naprawdę niewielkiej objętości, nie ma nad czym się rozpisywać, bo wystarczy jedynie nakreślić kilka przemyśleń o tym tomiku...

Opowiadanie Jacka Borcucha powstało na motywach filmu o tym samym tytule, w którym około osiemnastoletni Janek i jego koledzy, również zapatrzeni w muzykę punkową muszą się zmagać z młodzieńczymi troskami, co więcej, w czasach komunizmu. Okres historyczny oczywiście bez znaczenia nie jest, bo muzyka punkowa właśnie wtedy, w skrytości przed rządowymi działaczami przeżywała rozkwit niosąc młodzieży nadzieję na lepsze jutro i na wolność.

Uwielbiam film, dlatego nie mogłam odpuścić sobie przeczytania tego krótkiego opowiadania. W książce na co drugiej kartce znajdują się fotografie z filmu, co dodało jej niewątpliwie atrakcyjności. Styl pisania jest charakterystycznym dla krótkiej, niewymagającej formy jaką jest opowiadanie filmowe, jak wnioskuję. Pierwszy raz mam styczność z tym gatunkiem. Opisy są konkretne i właściwie nakreślają nam tylko miejsce akcji oraz wskazują na czynności bohaterów, niejednokrotnie w przeciągu kilkunastu stron powielając pewne frazy (nieład na głowie Janka...). Nawet, jeżeli brak w książce nastrojowych fragmentów i wprowadzających w niepowtarzalny klimat opisów, przez większość lektury się uśmiechałam. Szczególnie w tych symbolicznych momentach małych-wielkich zwycięstw.

Już idziemy spać
Będziemy o wolności śnić...

Wszystko, co kocham to historia o młodości, buncie, miłości i po prostu życiu. Wszystko w realiach nieprzyjaznej i bardzo specyficznej rzeczywistości komunistycznej, bez wszechobecnej technologii, smartfonów... Wszystko było inne, czasem ciężko stwierdzić, czy gorsze, czy jednak lepsze. Osobom, którym w tych czasach żyć nie przyszło, pozostaje się tylko domyślać, na podstawie przesłanek od tych, którzy tego doświadczyli.

Moja ocena: 8/10

Autor: Jacek Borcuch
Wydawnictwo: Czuły barbarzyńca press [przedsiębiorstwo wysyłkowe]
Ilość stron: 145
Rok wydania: 2010

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrotu.
Cytat to fragment utworu zespołu WC "Dobranoc dla wybranych".

10 lipca 2015

Chłopcy 3: Zguba

Jakub Ćwiek postanowił w swej serii umieścić bohaterów Barrie'go w świecie współczesnym, brutalnym, pełnym niesprawiedliwości. W tomie trzecim dzieje się dosyć dużo, choć odnoszę wrażenie, że mniej niż poprzednie części opowieści nam przekazywały.

Pomimo tego, że autor w swoich zbiorach opowiadań umieścił postacie rodem z bajki dla dzieci, jego wizja zdecydowanie odbiega od niewinnej historii stworzonej przez Barrie'go. Dzwoneczek występuje w roli szefowej motocyklowego gangu, w skład którego wchodzą zagubieni chłopcy. Muszę przyznać, że to ciekawa przeróbka wersji oryginalnej. Przeniesienie bajkowych postaci do nieobliczalnej współczesnej rzeczywistości mogłoby być bardzo ineteresującym zabiegiem w przypadku innych bohaterów bajek dla dzieci, ale na chwilę obecną śmiem twierdzić, że za daleko wybiegam myślami i oddalam się od przedmiotu recenzji.

Trzeci tom Chłopców nosi zdecydowanie odpowiedni do charakteru wydarzeń tytuł Zguba. Dzwoneczek i jej Chłopcy zostają rozdzieleni. Z początku przyszła mi do głowy myśl, że skoro jest sześć opowiadań, to każde będzie dotyczyło jednego z bohaterów, ewentualnie tam bliźniaki razem i jedno opowiadanie z punku widzenia Pana Propera. Przy rozpoczęciu tekstu pod tytułem Trzy okazało się, że moje podejrzenia były błędnymi. Autor zawarł w Zgubie opowiadania skupione na tym, co dzieje się z Piotrusiem oraz samum gangiem bez udziału Dzwoneczka. Ta opcja przypadła mi do gustu, bo jakby nie było, Ćwiek umie czytelnika zaciekawić już samym stylem pisania.

Możesz być okrutny, zawistny, egoistyczny, ale dopóki nie wiesz, co to zło, tak szczerze, głęboko w sercu nie wiesz, nadal jesteś niewinny.

W części tej pojawiają się dobrze znani nam bohaterowie z przeszłości i w zasadzie nie wiele nowych postaci. Żałuję, że nie pojawił się nikt na miarę inteligentnego i jednego z niewielu lubianych przeze mnie książkowych dzieci Kubusia. Ośmiolatek jednak wystarczająco często występował na kartach trzeciego tomu Chłopców, żebym była usatysfakcjonowana...

Prawdziwy zwycięzca to ten, który wie, czym różni się "już" od "prawie".

Język jakim napisano ten zbiór opowiadań nie różni się specjalnie od stylu znanego mi z innych książek Jakuba Ćwieka. Jest humorystycznie, błyskotliwie i wulgarnie. Osoby co mniej odporne na wszelkie przekleństwa i mniej liryczne aluzje i epitety określające stosunki seksualne mogą poczuć niesmak, szczególnie we wspomnianym już przeze mnie opowiadaniu Trzy. Mnie to jakoś zasadniczo nie razi, co tu dużo mówić, ludzie w życiu klną. Nie twierdzę, że wszyscy, nie twierdzę, że ostro, ale bohaterowie spod pióra Ćwieka nie należą do grona osób, którzy reagują na mniej i bardziej przystępne im sytuacje zwrotem "O ja piórkam".

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to do tego, że akcja w nierównomiernym tempie posuwa się do przodu. Chodzi mi konkretnie o zmianę sytuacji bohaterów z początku i końca książki. Pomimo tego, że w czasie lektury nie możemy narzekać na nudę, to w zasadzie położenie Dzwoneczka nie ulega diametralnej zmianie w pierwszym i w ostatnim opowiadaniu. Myślałam, że wydarzy się coś bardziej... kluczowego. Co więcej, w pewnych momentach autor nie dość wyraźnie nakreślił w jakim celu bohaterowie coś robią i jakie będzie to miało konsekwencje dla wszystkich zainteresowanych. Szkoda, że nie w każdym calu mogłam połapać się w wydarzeniach, być może będę musiała odświeżyć sobie jeszcze raz całą serię.

Zguba została określona z tyłu okładki jako najlepsza część serii. Śmiem się z tym nie zgodzić, nie jest najlepsza, choć przez pierwszą połowę lektury byłam o tym przekonana. W sumie może czekałam na jakieś mocniejsze emocje, których też nie dostałam, poza radochą z czytania pełnej humoru i nietuzinkowości książki. Jak najbardziej polecam Chłopców jako rozrywkę i odskocznię od sztampowych powieści fantasy. Pomimo tego, że bez zbierania szczęki z podłogi się obyło to i tak mile zaskoczyłam się jakością kolejnego tomu serii.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ilość stron: 346
Rok wydania: 2014

Przeczytane do wyzwań: Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm)
Cytaty pochodzą z książki.

8 lipca 2015

Nawałnica mieczy 2: Krew i złoto



Próbowałem zdobyć tron, żeby uratować królestwo, a powinienem uratować królestwo, by zdobyć tron.

Nie rozumiem do końca tytułu tego tomu. Może to była jakaś dziwna metafora, której Martin użył, by zakomunikować jeszcze przed lekturą czytelnikowi, że w związku z Nawałnicą mieczy należy się spodziewać Nawałnicy trupów. I wszystko byłoby jak najbardziej na miejscu, gdyby nie to, że tak naprawdę w trzeciej części Pieśni Lodu i Ognia oprócz mieczy do uszczuplania grona znanych i (beztrosko) lubianych (choć nie zawsze) przez nas bohaterów nie używano również: łuków, kuszy, naszyjników, trucizn, sztyletów, pradawnych zwierząt, drzwi i (podobno) ludzkich rąk... Dlatego w pewnym sensie tytuł "Nawałnica mieczy" wydaje mi się nieco nieadekwatnym do treści książki, ale można i tak. Poza tym, nie można przecież nadać epickiej książce tytułu "Nawałnica wydarzeń". W tym jednak miejscu moje zarzuty pod adresem pana Martina się kończą.

 [...] im wyżej człowiek się wespnie, tym boleśniejszy jest upadek.

Nie zamierzam od początku pisać zarysu fabuły, bo jeśli ktoś czytał poprzednie tomy, to się orientuje, a jeżeli nie czytał, to co ja mu będę zdradzała treść książki. Nie mam również w planach pisania kolejnych fraz potwierdzających brutalność i niesamowitość martinowskiego dzieła. To o czym mam jednak zamiar prawić? Po raz kolejny wspomnę o emocjach, jakie towarzyszyły mi w czasie czytania. Dorzucę kilka cytatów od których zaznaczania przytępił mi się ołówek (tak, tak, wiem, teraz każdy szuka Melisandre, żeby zjarała mnie na stosie) i postaram się nie zasypać Was wszystkimi przeze mnie zaznaczonymi fragmentami.

Odważne czyny, o których milczy pieśń, nie tracą przez to na wartości.

To właśnie jest najważniejsze w dobrej książce - żeby nas pochłonęła i co więcej, pozwoliła nam uwierzyć w to, że wydarzenia w niej opisane są rzeczywiste. Nawałnica mieczy to w sobie ma. Druga część trzeciego tomu obfituje w wiele świetnie dopracowanych logicznie zdarzeń i wątków. Pojawiają się nawiązania do tomu pierwszego i wyjaśnienia niektórych zagadek z przeszłości. Nie raz z zaskoczeniem na twarzy połykałam kolejne zdania przyjmując do wiadomości rozwiązania niektórych niejasności.

Tylko ludzie pozbawieni honoru działają ukradkiem.

Nawałnica mieczy uchodzi podobno za jedną z najlepszych książek fantasy w ogólnym pojęciu. I tak rzeczywiście jest. Jeżeli Gra o tron i Starcie królów zachwycają, to Nawałnica mieczy zwala z nóg (na szczęście krew z czytelnika się nie leje...). Uwielbiam tę część również za to, że w kilku miejscach przewija się pieśń Deszcze Castamere - mój ulubiony motyw muzyczny Pieśni lodu i ognia. Mam dreszcze za każdym razem, kiedy ją słyszę, lub kiedy czytam jej słowa i po prostu... Ach!

Wygląda na to, że wesela stały się bardziej niebezpieczne od bitew.

Wydarzenia mkną do przodu przez cały czas i właściwie tylko wątek Brana zostaje zepchnięty w tło, co według mnie jest bardzo dobrym zabiegiem, bo to nudniejszy motyw w Pieśni Lodu i Ognia. Tak, jest w nim odrobinę takiego pradawnego mistycyzmu, ale w innych wątkach również da się go odnaleźć, a młody Stark po prostu nudzi. Za to cała reszta wątków z Nocną Strażą i Tyrionem na czele sprawia, że nie byłam w stanie oderwać się od lektury i momentami nie zauważałam, kiedy pod palcami przewinęło mi się pięćdziesiąt czy siedemdziesiąt stron. Nie obyło się również bez wyzwisk rzucanych na głos pod adresem tych, którzy na to naprawdę zasłużyli...

A kiedy odkryjesz, czego człowiek pragnie, będziesz wiedziała, kim jest i jak nim pokierować.

Nawałnica mieczy zgotowała mi emocji więcej niż Starcie królów i Gra o tron, aczkolwiek po opiniach krążących w internecie i z ust naocznego świadka boję się tego, jaka w odbiorze będzie Uczta dla wron. Ale myślami jestem wciąż w świecie stworzonym przez Martina i mimo iż świat ten przesiąknięty jest zdradami, krwią i morderstwami to da się żyć nim na co dzień, wracać do niego myślami i w nieskończoność powracać do tajemnic, które Martin dopiero przed wszystkimi odkryje. 

Jesteśmy marionetkami tańczącymi na sznurkach tych, którzy byli przed nami, a pewnego dnia nasz dzieci przejmą po nas sznurki i będą tańczyły zamiast nas.

Moja ocena (całego tomu): 10/10

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków
5. Taniec ze smokami część 1
    Taniec ze smokami część 2
6. The Winds of Winter
7. A dream of spring

Przeczytane do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3, 7 cm) i Grunt to okładka
Cytaty pochodzą z książki.

1 lipca 2015

Łotr

Tradycją już moją osobistą stanie się chyba, że wakacje będę rozpoczynała lekturą książki spod pióra Trudi Canavan. Dwa lata temu rozpoczynałam Trylogię Czarnego Maga, a rok temu czytałam jej finał. Teraz przyszła pora na powieści o Lorkinie, choć w moim mniemaniu fakt, że te trzy książki (czyli te dwie, które już przeczytałam i ta jedna, która jeszcze przede mną) są osobną trylogią wynika tylko z nazwy. Ale wszystko po kolei, najpierw może bez spoilerów nakreślmy sobie sytuację.

Sonea ma problemy w Gildii (bo Sonea nawet jak nie ma problemów, to ma problemy, ale spoko, lubię ją...), Lorkin za granicą na gigancie też ma problemy ze Zdrajcami (na wypadek, gdyby nazwa trylogii tego nie sugerowała, a Dannyl, też na emigracji w trochę lepszej sytuacji ogólnej zmaga się z problemami sercowymi i pragnie nowych źródeł wiedzy. Ale oprócz bohaterów dobrze znanych nam z poprzedniego tomu jak i z Trylogii Czarnego Maga pojawiają się dwie nowicjuszki i kombinują coś, czego nie powinni adepci kyraliańkiej gildii magów kombinować. Cały ten bałagan to tylko pozornie zagmatwana sprawa, bo Canavan nigdy przesadnie nie plątała w swoich książkach. No chyba, że w przypadku czegoś, co plątania nie wymagało.

W pierwszych dwóch akapitach, które napisałam da się wyczuć nutkę ironii i pocisku pod adresem autorki. Stworzyłam wizję nie do końca odpowiadającą moim odczuciom, choć paradoksalnie prawdziwą. Traktuję w tej chwili Canavan jak kumpelę, która robi coś, co jest możliwe do przewidzenia i to po całości. Od czasu Nowicjuszki nie spodziewałam się niespodziewanych zagrywek ze strony autorki i właściwie rzecz biorąc dobrze zrobiłam. Bo Canavan snuje swoje powieści dosyć wydeptanymi już ścieżkami, a jednak udaje jej się nie zanudzić mnie do reszty i jeszcze zachęcić do sięgnięcia po jej inne książki. Nawet jak wiem, że dostanę w nich nie wiele świeżości i sporo przerobionych już motywów.

W kwestii bohaterów - do Lorkina nie odczuwam niczego pozytywnego, ale negatywnych emocji również do niego nie żywię. Jego wątek dobrze obrazuje to, co dzieje się poza granicami do bólu konserwatywnej Kyralii. Jego współtowarzysze to również miła odmiana od zwracających się do siebie per "Mistrzu" i poginających w swoich kolorowych szatach magów z Gildii. Zdrajcy są niezłą ekipą i jeżeli w następnej części nadejdzie jakaś wielka bitwa (ale nie pięciu armii), to będę po stronie Zdrajców. Za kolejny plus uznałabym sympatię, jaką wzbudziła we mnie królowa Zdrajców. Zarala okazała się kobietą w podeszłym wieku, ale z wigorem i tajemnicami łączącymi ją z postacią Akkarina.
Co do dobrze znanych nam z poprzednich książek postaci - Dannyl "wyblakł", tak jak już o tym pisałam w recenzji poprzedniej części, ale jego pasja badawcza jest godna pozazdroszczenia. Jeżeli przy badaniach do pracy licencjackiej będę miała jakieś słabsze momenty, to pomyślę sobie: "Bądź jak Dannyl, zapragnij się tego dowiedzieć". Oby zadziałało!
Natomiast Sonea nadal jest tą samą bohaterką, którą znamy z przeszłości. W tym tomie pojawiają się nikłe naleciałości wątku miłosnego z jej udziałem, które dość szybko odchodzą w niebyt. W pewnym momencie miałam bodajże trzech kandydatów dla matki Lorkina, niestety dwóch już wypadło z gry. Nie mówię, że zmarło, to nie Gra o tron...
Wprowadzenie wątku Lilii i Naki wprowadziło do książki nieco świeżości i pomimo tego, że z początku Lilia mnie wkurzała, to potem, koniec końców jednak zmieniłam swoje nastawienie. A Naki zdobyła moje uznanie już na samym początku swoją krnąbrnością.

To o czym pisałam na początku - że jest to osobna Trylogia tylko z nazwy to efekt trzech wątków prowadzonych równomiernie. Żaden właściwie nie wysuwa się na pierwszy plan. Umniejsza to postać Lorkina (bo, jak mniemam, to on jest "zdrajcą". A przynajmniej jedynym kandydatem do tego stanowiska... to nie spoiler, to przypuszczenia) i właściwie rzecz biorąc czytając Łotra miałam wrażenie, że to po prostu piąty tom "Trylogii" Czarnego Maga. Gdyby Sonea odgrywała w tej serii mniej znaczącą rolę albo po prostu wydarzenia w powieści mocniej wiązały się z Lorkinem, byłoby lepiej. Poza tym, patrząc jednocześnie na trzy wątki ciężko stwierdzić, w jakim kierunku posunie się akcja w następnej części. Co prawda końcówka książki, jak na Canavan, jest mocna, ale to i tak nie pozwala wysuwać żadnych teorii. Nie jestem w stanie po prostu stwierdzić, kto okaże się czarnym koniem, a kto wielkim oszukanym. Jakie wielkie siły staną na przeciw siebie w Królowej Zdrajców też ciężko mi powiedzieć. I to w sumie dobrze, bo będzie ciekawie.

Wielkich emocji nie było, czym nie czułam się zaskoczona, a znane mi zagrywki ze strony Canavan potraktowałam jak powrót "do domu" na dobrze znane mi już obszary. Jest trochę uzależnienia, jest trochę trudnych tematów, a więc homoseksualizmu i rodzinnych problemów. Oprócz tego autorka rozwinęła motyw magicznych kamieni i zasada obowiązujących w wyższej magii, które bardzo mi przypadły do gustu. Podobały mi się te klasyczne, fantastyczne elementy i mogę powiedzieć jedno: więcej! Nawet w dwóch miejscach czułam się mocno zaskoczona, więc chętnie sięgnę po Królową Zdrajców.

Znajomość czarnej magii oznacza dla mnie więcej ograniczeń niż dla większości magów. Ale to zdecydowanie lepsze niż odosobnienie. Albo śmierć.

Jakby nie było, Trylogia Zdrajcy jest niezbyt ambitnym fantasy, które można przeczytać jak przerywnik między cięższymi powieściami. Miło spędziłam czas przy Łotrze i znając możliwości autorki śmiem twierdzić, że dobrze się spisała. Żałuję, że nie wykorzystała potencjału niektórych elementów, jak też nie nakreśliła bardziej różnorodnych i "żywych" postaci, ale mimo wszystko tym, co magiczne mnie zachwyciła. Podoba mi się klimat szkoły dla magów (motyw lubiany chyba przez większość książkoholików - szkoła) i egzotyki Sachaki. Nie narzekam na to, co dostałam, bo nie było zbyt dużo momentów, przy których trzebaby zgrzytać zębami. Canavan pisze mało ambitnie, ale przyjemnie, a jej książki szybko się czyta.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Trudi Canavan
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 570
Rok wydania: 2011 (oryginał i polskie wydanie)

Trylogia Zdrajcy:
1. Misja ambasadora < recenzja
2. Łotr
3. Królowa Zdrajców

Przeczytane w ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: + 3,5 cm