31 maja 2014

Ao No Exorcist Tom 4

Wreszcie dorwałam w łapki (wypożyczając od kumpeli) czwarty tom ukochanej mangi, jaką stało się nie tak dawno temu Ao No Exorcist. Wspaniali bohaterowie, dobra kreska, pomysłowa autorka... czego chcieć więcej (poza kolejnym tomem)?

Rin i jego ekipa przygotowujących się przyszłych egzorcystów wyruszają do lasu. Opiekę nad niesforną bandą sprawują brat bliźniak głównego bohatera i wysłanniczka z Watykanu tropiąca znaki obecności szatan - Shuro. Przed adeptami zadanie wymagające wykorzystania zdobytej wiedzy, ale również - co wydaje się trudniejsze - współpracy. Ci, którzy najlepiej wykonają misję będą mogli wziąć udział w prawdziwej. Czy Rinowi uda się po raz kolejny zamaskować swoje pochodzenie? Po co tak na prawdę zjawiła się wśród nich Shuro? I co knuje Amaimon?



Ten tom zaczyna się niemalże z miejsca - akcją. Bohaterowie nie mogą zaznać odrobiny wytchnienia, ale wspólnymi siłami jakoś udaje im się podołać mniejszym i większym zagrożeniom. Różnorodność charakterów daje się we znaki, ale cała grupa po raz kolejny pokazuje, jak barwnym i pochłaniającym uwagę jest zrzeszeniem. Moim faworytem w tej części był Suguro, który bardzo poważnie podchodzi do nauki w Akademii Prawdziwego krzyża. Bardzo dużo sympatii zyskała też Shuro - skąpo ubrana wizytatorka z Watykanu, która kiedyś przyjaźniła się z Yukim (bratem Rina). W tej części pojawia się również Arthur, który mocno komplikuje niektóre kwestie i niemalże doprowadza do wyrzucenia Rina z Akademii.

Jak zwykle nie zawiodłam się na gruncie humorystycznym. Ale przecież gdy głównym bohaterem jest ktoś taki jak Rin, nudzić się nie można, na powagę też nie ma co liczyć (co przyznaje sam główny bohater). Szkoda trochę, że mało było w tej części demonów, ale jestem w stanie to przeżyć. Wystarczająca ilość zwrotów akcji zadowoliła jakże wymagającego pod kątem mang, czytelnika (czyli mnie). Naprawdę dobrze bawiłam się w czasie lektury, a i nie raz poczułam wzruszenie, czy niepewność w kwestii dalszych losów bohaterów. Niebawem czas na tom piąty (dobrze, że mam go na półce)!

Moja ocena: 8,5/10
Autor: Kazue Kat
Ilość stron: Około 200
Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrosu (+1,2 cm)

26 maja 2014

Złodziej dusz


Urban fantasy to gatunek, który cieszy się ogromną sympatią z mojej strony i śmiem twierdzić, że to taka moja ukochana perełka. Przecież fanów fantasy, kryminałów i dystopii jest o wiele więcej, więc dzięki UF wyróżniam się nieco jako mol książkowy. Gdy pojawiła się seria o Dorze Wilk długo nosiłam się z zamiarem zakupu, aż w końcu przyszedł Pyrkon. Przypomniało mi się, jak to z każdą kolejną recenzją książki pani Jadowskiej ślinka mi ciekła na myśl o przeczytaniu pierwszego tomu. I kupiłam. I co? I szału nie ma. A jest nawet gorzej.

Dorę Wilk zastajemy na miejscu nieco tajemniczej zbrodni w domu emerytki. Emerytka już oczywiście nieco chłodnawa, ale bohaterka podgrzewa atmosferę. Musi też odkryć kto zabił panią Kozanek. Pierwsze rozdziały fundują Dorze zestaw powitalny obowiązkowy dla każdej szanującej się bohaterki urban fantasy. Problemy w pracy (panna Wilk pracuje w policji), kryminał do rozwiązania i co ważniejsze, kłopoty w świecie istot nadnaturalnych, czyli porwanie przyjaciółki i zlecenie od Starszyzny. Mocny początek wzięłam za dobrą wróżbę i nawet polubiłam Dorę. Im dalej brnęłam w książkę, tym mniej różowo było...

Nazwa gatunku, jaki pod swoje skrzydła wzięła Aneta Jadowska to urban fantasy. Fragment "urban" tyczy się tego, że akcja toczy się w realiach miejskich. Z kolei "fantasy", dla bardziej opornych - wprowadza elementy fantastyczne. Wiedźmy, klątwy, zaklęcia, wampiry, wilkołaki, czarownice... Czaimy klimat? Klimat na samym początku książki był nieźle zrobiony i wraz z kolejnymi rozdziałami wyparował. Dora jest wiedźmą, a elementów magicznych w całej książce jest naprawdę nie wiele. Smutne to i męczące, a i odniosłam wrażenie, że nasza bohaterka przez większość książki po prostu snuje się bez celu po Toruniu, przypadkowo odkrywając poszlaki dotyczące złoczyńcy ze świata paranormalnego. Ucz się Sherlocku Holmsie. Co gorsza, Dora ma do pomocy i swojego jakże wielce irytującego Watsona.

Watsonem tym jest Miron. Diabeł z odmiennego systemu religijnego, bo diabeł. Przyjaciel Dory, z którym rozmowy opierają się na ponad przeciętnej ilości podtekstów erotycznych. Co więcej, w czasie trwania akcji niejednokrotnie mamy sytuacje w których scena erotyczna była czymś oczywistym. I nic. Nie chodzi o to, że jakoś szczególnie kibicuję głównym bohaterom (nie, nie, najlepiej niech sczezną w piekle...), ale było to coś, o co dosłownie czytelnik się prosił. A wychodzi na to, że pani Jadowska postawiła na opcję "Dużo gadania, mało robienia". I to drażni, bo jakoś zdzierżyłabym przesycenie tych pikantnych rozmówek, gdyby miały przekład na akcję w sypialni. Najbardziej bawi fakt, że Dora cały czas afiszuje się, niemalże łazi po Toruniu z transparentem o jej niechęci do małżeństwa, a ciągle pogrywa sobie z płcią przeciwną. I to nie tylko z Mironem, bo pani Jadowska pokusiła się o jakże "oryginalny" i zaskakujący chwyt jakim jest trójkącik. Ja rozumiem, że debiut, ja wiem, że początki są ciężkie, ale już dawno przy żadnej książce tak się nie naklęłam na to, co bohaterowie wyrabiają, jak pryz lekturze Złodzieja dusz.

Nic mnie praktycznie w tej książce nie zachwyciło. Bohaterowie byli mega irytujący. Miron vel diabeł z piekła rodem (jak oryginalnie), Joshua vel "jestem prawiczkiem, ale koniecznie muszę zaliczyć", Dora vel "Zaraz wam wszystkim spuszczę manto, tylko krzywo na mnie spójrzcie". Kreacja bohaterów nie wyszła. Miron denerwował mnie swoimi tekstami i zwrotami "Słonko" do Dory (bo tak, to mówiła do mnie babcia, jak sobie coś zrobiłam na podwórku). Joshua, swoim stosunkiem do Dory, który diametralnie się zmienia pod wpływem chwili i "od ręki" zostają najlepszymi przyjaciółmi, choć od kilku lat trzymali się na dystans. Dora jest oczywiście najcudowniejsza na świecie i pomaga wszystkim w koło, jest najpiękniejsza i uwielbia się bić. Gdyby nie jej rzekome łóżkowe schadzki (rzekome, bo czytałam tylko o pogłoskach na ich temat), można by rzec, wzór cnót.

Język autorki. Prosty, momentami niepotrzebnie przekombinowany (np. zwrot "wiedziemko", nie jest w mojej ocenie ani uroczy, ani seksowny, za to powoduje odruch wymiotny, to samo tyczy się okresu "nastolęctwa" < rozkminiłam, że chodzi o to, że ktoś był nastolatkiem...). Są powtórzenia i zastanawiałam się nad szczepionką na wściekliznę dla głównej bohaterki, bo co rusz wspomniane było, że Dora warknęła. Szkoda początkowego świetnego klimatu, w który udało mi się wczuć u którego utratę boleśnie odczułam.

Jeszcze dwie kwestie. Czarny charakter. Kiepsko wykreowany, był chyba tylko po to "wystawiony", żeby Dora miała kolejne pole do popisu. Nie dowiadujemy się o nim wiele, dopiero pewien czas po schwytaniu,chyba tylko po to, żeby dodać powieści objętości. Drugą kwestią jest porwanie przyjaciółki. Myśli bohaterki i informacje o Katii w przeciągu całej powieści zajmują maksymalnie jedną kartkę. Dora najwidoczniej niespecjalnie przejęła się faktem, że jej bratnia dusza, z którą połączona jest krwią, jest w niebezpieczeństwie. Bardziej zajęta była flirciarskimi gierkami i wykrzykiwaniem "Nie chcę małżeństwa, ale w sumie z tobą, Miron, może być, ale jednak nie...". W dodatku to, co dzieje się w rozdziale dwudziestym całkowicie zniesmacza. Nie napisze co to dokładnie, ale wplatanie elementów kobiecego układu rozrodczego (chodzi konkretnie o "dyszące jajeczka pragnące zapłodnienia") w pikantne rozmówki w barze... Nie. Jestem tolerancyjna, ale wszystko ma swoje granice.

Dora każdego uratuje, każdy jej pragnie, każdy ją kocha, a jak nie to wpier... Właśnie tak odebrałam książkę. Kobieta bez słabości. Łączę to niestety z kreacją Georginy w serii spod pióra Richelle Mead i niestety, choć i z tamtą serią się rozstałam, to jednak po czterech tomach, a nie jednym. Jedyne, co zwróciło moją uwagę i mogę zaliczyć pani Jadowskiej na plus to różne systemy religijne, z których wywodzą się bohaterowie. Aczkolwiek pojawienie się greckiego boga wiatru w niebie wśród archaniołów mocno zastanawia i okazuje się, że i tutaj autorka zaliczyła wtopę.

Po kolejne tomy nie sięgnę, a i o Złodzieju dusz mam nadzieję szybko zapomnę. Dobrze, że chociaż końcówka była "spokojna", o tyle, o ile i nie dobiła mnie totalnie. Ale było blisko. Nie polecam i po raz kolejny ze smutkiem stwierdzam, że dałam się nabrać dobrze zorganizowanej kampanii promocyjnej.

Moja ocena: 4/10

Autor: Aneta Jadowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 447
Rok wydania: 2013 (wydanie II)

Przeczytane do wyzwań: Fantastyczna polska, Grunt to okładka (biżuteria), Przeczytam tyle, ile mam wzrosu (+ 2,9 cm)

18 maja 2014

Prochy

Choć rzadziej już w chwili obecnej sięgam po powieści młodzieżowe (o czym będzie kiedyś tam osobny post) to zdarza mi się jedna przeczytać coś przeznaczonego dla tej grupy wiekowej. Dla grupy wiekowej wymagającej, bądź co bądź, bo nastolatki (do których jeszcze tylko do października zaliczała się będę) czytać raczej nie lubią (odchyły w postaci mnie i innych moli książkowych muszą nadrabiać średnią krajową). Przepraszam za tak dużą ilość wtrąceń do poprzedniego zdania. A wracając do nastolatków - trzeba ich umieć zainteresować. Od czasu wybuchu popularności na dystopie (tudzież Igrzyska śmierci) rynek wydawniczy może nie został zdominowany przez powieści traktujące o wszelkich kataklizmach i szarych ludziach muszących sobie z nimi radzić, ale na pewno tego rodzaju książki zyskały rzesze wiernych fanów. Prochy były jedną z powieści sygnowanych sukcesem Igrzysk, a co za tym idzie, nie do końca byłam przekonana, czy sięgać po tą książkę. Zaryzykowałam i koniec końców spotkała mnie niespodzianka w postaci przewagi pozytywów nad negatywami.

Alex wybiera się w samotną wędrówkę po górach, w czasie której to dochodzi do pewnego nietypowego (nawet jak na dystopię dla młodzieży) zdarzenia które warunkuje dalsze życie ludzi na świecie. Nie napiszę co to dokładnie, żeby przyszłemu czytelnikowi który weźmie do ręki Prochy nie psuć zaskoczenia. Ale autorka odpuściła sobie jakieś tajemnicze wirusy, epidemie i spiski rządowe, za co należy jej się plus. A wracając do Alex - głównej bohaterki Prochów, muszę wspomnieć o jej wizerunku. Autorce udało się nie przedobrzyć z ilością utrapień, z jakimi musi zmagać się dziewczyna, a i zbyt różowo ona w życiu nie ma. Nie mamy okazji zaobserwować jej w jakimś typowym dla niej otoczeniu, ale z relacji Alex wynika, że nie była przesadnie zszarzałą myszką czekającą na księcia. Taka kreacja bohaterów jest dość powszechna w powieściach młodzieżowych i cieszę się, że tym razem udało mi się uniknąć spotkania z panną "jestem taka beznadziejna, potrzebuję faceta, który sprawi, że nie będę się czuła jak ostatnia niedojda". Alex jest rozsądna, umie sobie radzić, co nie zmienia faktu, że nie obce są jej uczucia w kategorii strachu, przerażenia, bezsilności.
 Inni bohaterowie o tyle o ile na uwagę zasługują - ośmioletnia Ellie jest krnąbrna, czym zdobywa serca czytelników. Tom nie wyróżnia się jednak niczym specjalnym, choć momentami przejmuje całkiem uwagę czytelnika. Nie irytuje, ale też nie wzbudza głębszych uczuć, może poza ciekawością w kwestii jego przeszłości.

Pochwalić muszę też Ilsę J. Bick za styl pisania. Przemyślany, obrazowy, ze złożonymi zdaniami. Język nie jest skomplikowany i brak tu niesamowicie poetyckich porównań, ale nie można się nudzić przy tej książce. Nawet przemyślenia głównej bohaterki nie stanowią zbyt ciężkiego wyzwania dla szybko nudzących się czytelników. Przynajmniej tak sądzę, bo jestem czytelnikiem z średnią tolerancją na rozwlekłe opisy rozterek postaci w powieściach. No chyba, że są to osobistości posługujące się sarkastycznym językiem i ironią. Jak zwał tak zwał, ale podkreślić chciałam, że książka wciąga i czyta się ją szybko, cięgiem i z zainteresowaniem.

Najciekawszym odcinkiem książki było na oko, środkowe 250 stron, Tak mi się wydaje, bo sam początek, pomijając "Zdarzenie" wielce porywający nie jest. Udało mi się przez niego przebrnąć i dalej już delektować się książką bez zbędnych przeszkód. Końcówka też jest całkiem interesująca, ale mimo to najwięcej dzieje się w środku.

Żeby do końca różowo nie było, to wspomnę o kilku mankamentach. Dwa, czy trzy razy autorce zdarzyły się dziwne przeskoki w akcji, tak jakby zostawiła w fabule dziurę, bo nie wiedziała co, lub jak opisać. Nie są to jakieś kulminacyjne punkty, ale mimo wszystko, nie udało się ich zamaskować i przez moment człowiek czytając zastanawia się "Ale, że jak...? A co się działo wtedy...". Do tego pani Bick, choć wątki romansowe z powodzeniem zepchnęła na dalszy plan, nie omieszkam wspomnieć o pseudo trójkąciku miłosnym, który niestety trochę mnie zdrażnił. Praktycznie nie wiele się o nim naczytałam, ale sam fakt zamysłu i obecności tejże zagrywki... nie, to mi się nie spodobało, choć wiem, czemu autorka go umieściła. Ale mimo wszystko... Są inne czynniki determinujące działania bohaterów niemalże równie mocno, jak miłość.

Jeszcze jedna sprawa. Nie umiem w żaden sposób powiązać tytułu książki z jej treścią. Mamy dystopię, niezłą dystopię, mamy ciężkie czasy, mamy zgrupowanie ocalałych i... i jak się do tego mają prochy? Ale wydaje mi się, że zagadka rozwiązałaby się w dalszych tomach, które na polskim rynku raczej się nie ukarzą.

Jeżeli zatem macie ochotę na dobrą powieść młodzieżową, która nie jest zupełnie niewymagająca, trzyma w napięciu i nie denerwuje zagrywkami bohaterów to polecam Prochy. Mnie wciągnęły i gdybym miała okazję z chęcią zapoznałabym się z kontynuacją. Jak rzecze okładka - jest to jedna z lepszych powieści w duchu Igrzysk śmierci. I w tym przypadku jestem skłonna poprzeć to stwierdzenie, a pamiętajmy, jestem zagorzałą antyfanką tego, co "jedzie" na popularności dzieła Collins i już nie raz zawiodłam się na tego rodzaju książkach.

Moja ocena: 8/10

Autor: Ilsa J. Bick
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 430
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Wyzwania: Dystopia 2014, Z półki, Przeczytam tyle ile mam wzrostu (+ 2, 8 cm)

10 maja 2014

Przystanek Woodstock...

... czyli historia najpiękniejszego festiwalu świata. Festiwalu, który jest inicjatywą Jurka Owsiaka i festiwalu, na którym byli chyba już wszyscy z moich znajomych, bliższych i dalszych. Wszyscy oprócz mnie. Ale w obecnym roku się to zmieni, a teraz już przejdźmy to książki.

Moją uwagę w tej pozycji, oprócz samego tytułu i ogólnego zainteresowania przedsięwzięciem owsiakowym zwróciło wnętrze książki. Mogłabym ją uznać za swego rodzaju album pamiątkowy zawierający dokumentację półtorej dekady Woodstocku. Wiele pięknych fotografii, grafik i pamiątkowych zdjęć zdobi wszystkie karty książki, którą czyta się bardzo lekko.

Właściwie jest to bardzo obszerny wywiad będący relacją etapów, z jakich składało się tworzenie Przystanku. Jest to jednak relacja nieco nietypowa, bo opowiedziana z punktu widzenia organizatora. Jurek Owsiak pytany przez Jana Skaradzińskiego przedstawia nam historię tworzenia się Woodstocku z propagowanymi przez festiwal hasłami "Stop przemocy, stop narkotykom" i "Miłość - przyjaźń - muzyka". Ze słów samego Jurka bije optymizm, tak mocny, niezachwiany i wiarygodny, że budzi niesamowity podziw dla tego człowieka. Wszak organizacja takiego wydarzenia, to nie dwa telefony i tuzin członków zespołu organizacyjnego. Oczywiście nie zawsze było różowo, a wręcz przeciwnie - początki były bardzo ciężkie. W wypowiedziach Owsiaka można wyczytać o bataliach toczonych przez niego z osobami mniej przychylnymi jego pomysłowi, ludźmi, którzy woodstokowiczów kojarzą jako, zupełnie mylnie, ludzi narkotyzujących się, wyznawców szatana i ogólnie reprezentujących najwyższy stopień demoralizacji. A wszystkie te sylwetki to zwyczajne kpiny.

Są i wypowiedzi artystów z szerokiego grona gości Woodstocku. Potwierdzają one tylko obraz namalowany przez Jurka. Wszyscy z zachwytem i niedowierzaniem opisują swoje wrażenia z występów i pobytu na Przystanku.

A Woodstock to nie tylko koncerty. To również ASP - Akademia Sztuk Przepięknych, w ramach której woodstockowicze mogli spotykać się ze sławami niemuzykalnymi, ale mimo to osobami publicznymi, znanymi, lubianymi, ciekawymi. Wśród zaproszonych na ASP znajdowali się między innymi Wałęsa, Durczok, Lis, Olejnik... Tak, wszystkie te nazwiska obiły się nam o uszy. Skoro już wspomniałam o ASP, to poruszę kwestię mitów na temat woodstockowiczów. Nie tylko sam organizator, ale i ci, który odpowiedzieli na jego zaproszenia mówią podobnie - młodzież przyjeżdżająca na Przystanek to życzliwi, młodzi ludzi którzy chcą rozmawiać, są kulturalni i potrafią bawić się okazując szacunek gwiazdom na scenie. Owszem, zdarzały się sporadyczne przypadki wyłamania się, ale patrzenie na ogół przez pryzmat kilku przypadków mocno odstających od normy to spory błąd, który tworzy stereotypy i fałszywe obrazy rzeczywistości.

Co do samego wydania - jest ono zrobione bardzo dobrze, może z jednym małym minusem a mianowicie chodzi o numerację stron, któa pojawia się sporadycznie, albo w ogóle jej nie ma. A szkoda, bo czasem chciałoby się zorientować, ile to już stron się "machnęło" (bo leci bardzo szybko) i co? Trzeba się orientować "na czuja". A jako fanka powieści beletrystycznych niestety, pod koniec już trochę się kolejnymi wypowiedziami Jurka Męczyłam. Lubię czytać wywiady i opinie różnych osób, ale w tym przypadku trochę zbyt dużo materiału "na raz" pochłonęłam. Nie mam nic przeciwko relacjom w formie książki, ale po prostu nie jest to moja działka.

Książkę zdecydowanie polecam. Warto poznać zamysł Owsiaka i przyjrzeć się jego poświęceniu i trudowi włożonemu w powstanie Przystanku Woodstock. Nawet tym, którzy nie planują udziału w festiwalu radzę zapoznać się z tą pozycją. Chciałoby się powiedzieć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ale tutaj diabła nie ma wcale...

Moja ocena: 7,5/10

Tytuł: Przystanek Woodstock
Autor: Jurek Owsiak, Jan SKaradziński
Ilość stron: 320
Rok wydania: 2010

Do wyzwań: 1. Z półki, 2. Grunt to okładka, 3. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,9 cm)

2 maja 2014

Podsumowanie kwietnia

Kwiecień może i jakoś spektakularnie nie przeminął, ale udało mi się skończyć czytać dwie cegły, więc generalnie źle nie było...

Przeczytało mi się: 3 książki i 3 mangi
A są to:
1. Harry Potter i Czara ognia
2. Tfu, pluje Chlu!
3. Strzała kusziela
Mangi: 3,4 i 5 Tom Pandora Hearts
Najlepsza książka: Strzała kusziela
Najgorsza książka: -
Do biblioteczki przybyło: 1 książka, a przeczytałam 3, więc mam dwie mniej do przeczytania, teraz wszyscy skaczemy z radości
Postów było: mało, bo 4, stosiku z jedną książką wstawiała nie będę na razie
Recenzji było: w sumie, to tylko dwie się pojawiły
A z wyzwań wywiązałam się tak:
1. Z półki: 2
2. Grunt to okładka: -
3. Fantastyczna polska: 1
4. Dystopia 2014: -
5. Przeczytam tyle ile mam wzrostu: 14 cm, więc mam już 42, 9 cm ze 160 cm, ale coś mi mówi, że nie podołam w tym roku temu wyzwaniu. Ale próbować będę, może akurat w wakacje podgonię ;)
Obserwatorzy: Przybyło mi 5, jest Was już 161, dziękuję!

Może i Tolkiena nie czytnęłam w tym miesiącu, ale ten obrazek mnie rozbraja ;)

Kwiecień książkowo przeminął w trybie dość... Postrzępionym. Tutaj coś podczytywałam, tutaj nie dokończyłam, kto wie, może w maju się to zmieni, ale niestety, zbliża się okres zaliczeń semestru, więc nie wiem, jak wszystko wyjdzie. Na razie życzę udanej majówki i powodzenia z czytaniem w nadchodzącym miesiącu!