27 grudnia 2014

Christine


Kiedy czytelnik sięga po książkę autora, którego nazwisko jest powszechnie znane i które jest marką samą w sobie ma pewne oczekiwania. Czasem jednak są one dość nieokreślone, szczególnie wtedy, gdy po dzieło tego autora sięgamy po raz pierwszy. Podobnie miałam w przypadku książki Stephena Kinga - wymagałam czegoś, ale nie byłam w stanie skonkretyzować czego.

Narratorem w pierwszej części książki jest Dennis - przyjaciel Arniego Cunnighama, który nie zalicza się do lubianych i popularnych w szkole osób. Jednak Arnie pewnego dnia wpada w sidła niebezpiecznej i opętańczej miłości - chłopak kupuje samochód, z którym po pewnym czasie łączy go relacja o charakterze obsesyjnym. Arnie się zmienia, co zauważają wszyscy w otoczeniu chłopaka. Leigh, jego ukochana, oddala się od niego, z Dennisem też Arnie nie spotyka się już tak często, jak za dawnych czasów. Rodzice chłopaka z dnia na dzień martwią się o niego coraz bardziej, a wśród wszystkich tych nietypowych zmian główną rolę odgrywa Christine - czerwono-biały plymouth z 1958 roku.

Lekturę Christine rozpoczęłam około dwóch lat temu i przerwałam na niespełna czterdziestej stronie. Postanowiłam sięgnąć ponownie po książkę i dać jej szansę, wiedząc, że powieści Kinga nie należą do książek, przy których marnuje się czas. Mając w perspektywie kilka wolnych dni przed świętami planowałam zapoznać się z jedną z książek króla literatury grozy.

Muszę przyznać, że autor całkiem nieźle dopracował Christine. Książka objętościowo liczy sobie prawie sześćset pięćdziesiąt stron, więc nie obawiałam się powierzchownej i schematycznej kreacji bohaterów. Każda z postaci występujących w powieści postaci odznacza się jakimiś charakterystycznymi przywarami. Jednych bohaterów da się z miejsca polubić, do niektórych ma się od razu antypatyczny stosunek, a na temat niektórych z kolei w trakcie lektury czytelnik zmienia zdanie. Przykładem dla ostatniego przypadku może być Dennis, który z początku nieco denerwował, bo będąc najlepszym przyjacielem Arniego nie do końca się tak zachowywał, a w dalszych częściach okazał się świetną osobowością. Nie do końca jestem w stanie wyrobić sobie zdanie na temat Leigh, bo z jednej strony została wykreowana na nietypową piękność, która stroniła od propozycji składanych jej przez uczniów z liceum, do którego chodziła, a z drugiej jednak nie zawsze zachowywała się jak na inteligentną dziewczynę przystało. Co do Arniego, teoretycznie głównego bohatera, niestety nie potrafię jednoznacznie określić się, czy go lubię. Niby niczym mi nie podpadł w czasie lektury, w dodatku na jego postaci King świetnie pokazał zgubny wpływ demonicznej Christine, a z drugiej jednak nie mam powodu dla którego mogłabym naprawdę polubić tę postać.

Sama historia związana z plymouthem do odkrywczych jednak nie należy i albo nie dość dokładnie doczytałam niektóre fragmenty albo autor wystarczająco nie uwydatnił dramatyzmu związanego z tajemnicą tego samochodu. Zagadka rozwiązuje się pomału w trakcie książki, ale moim zdaniem stanowi jedynie klimatyczny element grozy i czynnik wywołujący zmiany w Arniem. Jeżeli chodzi o to, czego możnaby oczekiwać od powieści z tego gatunku, czyli wywoływanie strachu - nie bałam się. Może nie przemawia do mnie motyw z samochodem widmo, który jeździ bez kierowcy i morduje ludzi, może fabuła była na tyle rozwleczona, że nie doszło do żadnej kumulacji uczuć, może po prostu takie powieści mnie nie ruszają? Nie wiem, ale się dowiem. Bo po Kinga na pewno jeszcze sięgnę.

To co mi się podobało, to jak już pisałam kreacja bohaterów. Oprócz tego należy się autorowi pochwała za lekkość stylu i fakt, że książka pochłania czytelnika. Nawet, jeżeli te czterysta stron to dopiero preludium do poważniejszych akcji Christine, to i tak mkniemy przez książkę w oszałamiającym tempie. Pierwszego dnia machnęłam prawie dwieście stron, a jak na moje możliwości to sporo. Bo leniwą jestem czytelniczką, to raz, a dwa, że szybko się nudzę i łatwo rozpraszam. A tutaj mamy przypadek, w którym potrafiłam się przez ponad godzinę nie odrywać od książki, kiedy to maksymalna ilość czasu, jaki mogę poświęcić książce bez przerywania to dwa, góra trzy kwadranse. Ale zwykle kończy się na dwóch.

Znowu to coś w jego oczach. Odwrócił się, szukając wzrokiem Christine - w taki sposób ludzie szukają swoich bliskich na zatłoczonym lotnisku albo na dworcu kolejowym. A narkoman tak szuka handlarza z prochami.

Jako, że narratorem jest Dennis, jak na dłoni pokazane mamy zmiany zachodzące w Arniem pod wpływem Christine. Ciekawi mnie, czy powieść byłaby ciekawsza, czy nudniejsza, gdyby narratorem był sam Cunningham. W każdym razie szaleństwo i obsesja bohatera na punkcie plymoutha jest bardzo dobrze uwidoczniona i chwilami czytelnik ma ochotę złapać chłoptasia za koszulę, dać mu w twarz i krzyknąć "Ogarnij się chłopie!".

Książka, choć nie pozbawiona wad, ogromnie mnie wciągnęła i zapewniła mi kilak dni przedniej rozrywki. Powieść jest dobrze dopracowana, choć nie wymaga silnego skupienia i ciągłego myślenia od czytelnika, dlatego sprawdza się jako znakomity odstersowywacz. Liczę na to, że inne książki Kinga wypadną nieco lepiej, przynajmniej jako reprezentantki gatunku grozy, który powinien poryć mi psychikę i sprawić, że będę się bała zostać sama w domu na noc.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 638
Rok wydania: 1983 (oryginał), 2008 (w Polsce)

W ramach wyzwań: Z półki 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4,1 cm)
Cytat pochodzi z książki.

26 grudnia 2014

Podsumowanie grudnia


Będzie krótko, zwięźle i na temat. Mam zamiar opublikować jeszcze w tym roku podsumowanie roku, najpewniej jutro, bo od niedzieli nie będzie mnie za bardzo w przestrzeni internetowej, z czego ogromnie się cieszę. Spokój. Lecę w odwiedziny do kumpeli, więc i od książek będę miała odpoczynek, na niego też się nawet cieszę, bo potem przyjemnie będzie po kilkudniowej wrócić i... Ale to już w styczniu. TYMCZASEM:

Książki przeczytane w grudniu:
1. W pierścieniu ognia (Suzanne Collins) < czytane po raz drugi
2. Atramentowe serce (Cornelia Funke) < baśniowo, lekko, intrygująco. W styczniu dobiorę się do drugiej części.
3. Toy Land (Robert J, Szmidt) < niewymagająca, choć ładnie dopracowana lektura, pożyczony od kumpeli "odstresowywacz".
4. Christine (Stephen King) < właściwie to się kończy, nie jest jeszcze przeczytana. Postaram się dodać recenzję jeszcze do jutra, jeżeli skończę czytać.

Najlepszą książką była pozycja autorstwa Suzanne Collins, czyli W pierścieniu ognia. Najwięcej emocji, najbardziej się wciągnęłam... Szczegóły w RECENZJI. Najsłabszej lektury nie wskażę, bo nie było przy czym zgrzytać zębami w tym miesiącu, co mnie bardzo cieszy.

Przybyło do biblioteczki: 2 książki, w tym jedna już kiedyś przeczytana. Jak skompletuję serię, to przeczytam ją jeszcze raz. Zdradzę tylko, że chodzi o urban fantasy,

Obserwatorzy: Doczłapała się Was czwórka, bo licznik z 187 podskoczył do 191. Witam serdecznie!
Posty i recenzje: Postów w grudniu jeżeli dobrze liczę, będzie w sumie 8, z czego są już trzy recenzje i czwarta pojawi się w przeciągu 24 godzin :)

Wyzwaniowo u mnie w grudniu było... średnio. Ale z drugiej strony stwierdziłam, że skoro to ostatni miesiąc, a nie doczytam tylu centymetrów, żeby zrównać się z moim metr sześćdziesiąt, to nie będę goniła i się szarpała. Bo po co...?

Dystopia 2014: 1
Grunt, to okładka: 0
Z półki 2014: 1
Fantastyczna Polska: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 125,9 + 12,7 = 138, 6 cm

A o planach na nadchodzacy rok, skromnych napiszę w podsumowaniu roku które też pojawi się jutro lub pojutrze z rana.

Pozdrawiam i życzę udanej reszty świąt. I poczynię honory, rzucając jakże "kochaną" przez wszystkich frazą:
ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH...

23 grudnia 2014

Wesołych...!


Oczywiście Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Życzę ja, DżejEr Carmen wszystkim znajomym i nieznajomym blogerom. Nie tylko książkowym i nie tylko tym z blogspota. Pysznych potraw, wielu wspaniałych prezentów pod choinką i rodzinnych i pełnych radości świąt oraz, molom książkowym: Nieskończenie pojemnych półek na książki. Znakomitych kontynuacji ukochanych serii, pomyślnych i interesujących współprac oraz autorów nie mających dla czytelników litości. Tak, właśnie tak. Bo wtedy są emocje i wtedy jest ciekawie. Oprócz tego wspaniałych zakładek i pełnych portfeli (a przynajmniej prawie tak pełnych, jak reklamówki po wyjściu z księgarni). No i standardowo, wszystkim - spełnienia marzeń.

21 grudnia 2014

Toy Land

Uproszczony zarys tego, co Robert J. Szmidt umieścił w swojej lekkiej i niewymagającej książce na pozór wydaje się dosyć typowe, choć dzięki niektórym zagrywkom autora możemy się zadowolić nie do końca banalną książką. Science fiction jest gatunkiem, którego do tej pory nie próbowałam zgłębiać co nie oznacza, że nie miałam tego w planach. Bo spróbować, trzeba wszystkiego, szczególnie jeżeli chce się potem mówić, że się czegoś nie lubi. Zasada ta nie tyczy się szpinaku, koniec dygresji. Natomiast przechodząc do meritum, czyli nakreślenia fabuły Toy Landu, rozpocznę odnotowaniem miejsca akcji. Jest to planeta w Układzie Słonecznym (ale żadna z nam znanych) mająca w przyszłości przysłużyć się ludzkości jako nowe miejsce do zamieszkania. Nowy Raj znajduje się w rękach korporacji, która pazernie położyła na nim swoje chciwe ręce i ma za zadanie sprawdzić jak przystepne do zamieszkania jest ludzkości to nowe miejsce. Przed zakończeniem kwarantanny żadna z firm chcących brać udział w kolonizacji Nowego raju nie może wylądować na powierzchni planety, czego ma dopilnować niesamowicie skuteczny system Cerberus. Tak się radośnie składa, że zawsze znajdą się jakieś czarne owce...

Naszymi Czarnymi Owcami są Dante i jego oddział najemników. Wraz z zespołem naukowców przedostają się na powierzchnię Nowego Raju i szybko zaczynają badać otoczenie. Po drodze dochodzi do wielu niespodzianek, pojawiają się inteligentne pozaziemskie formy życia i problemy we współistnieniu (żeby nie doszło do pomylenia pojęć nie napisałam współżyciu) na pokładzie jednego orbitera pięknej pani naukowiec Kat i garstki nietuzinkowych i nie owijających w bawełnę wojskowych.

Początki lektury do przyjemnych niestety nie należały. Zraził mnie fakt nadmiaru żartów o zabarwieniu erotycznym (żeby nie było, zdecydowanie do osób pruderyjnych nie należę), czy budowa książki - Toy Land jak dla mnie ma formę opowiadania, bo nie zaczyna się żadnym konkretnym zaznaczeniem rozdziału, czy wstępem... Po prostu tekst, Inną niespecjalnie zadowalającą mnie kwestią było to, że nie bardzo wiedziałam co się dzieje i o co chodzi - czym jest Nowy raj? O co chodzi ta grupa najemników i jaka korporacja? Dopiero po kilkudziesięciu stronach załapałam, o co chodzi, choć nadal to nie było to. Nawet miałam kryzys i naszła mnie chęć całkowitego porzucenia książki, bo niczym mnie autor nie zaciekawił, aż nagle... zaskoczyło. Sama nie wiem, czy to dlatego, że polubiłam bohaterów, gdy już trochę lepiej ich poznałam (i przestali się tak żreć między sobą), czy może dlatego, że do głosu doszły tajemnicze prosiaczki. W każdym razie akcja się poprawiła, pojawiło się kilka niewiadomych (na przykład kim są bliźniacy, a kiedy już się trochę wyjaśniło, to zapragnęłam okazji do poczytania o nich) no i finał książki zdecydowanie zasługuje na brawa i uznanie. Przyłapałam się na tym, ze zaczęłam kibicować bohaterom i nawet liczyłam na jakąś delikatną sympatię między pewną dwójką bohaterów.

Teraz może kilka słów o bohaterach. Są oryginalni, gdy już wyjdzie to na jaw. Moimi sympatykami stali się Dante, dowódca, który potrafił pogodzić skłóconych podwładnych, Andrzej vel Rewolwer i Ragnarok. No i oczywiście jedyna babka w tym zestawie, czyli Kat, okazała się równą laską, gdy już zakumplowała się z chłopakami. Co więcej, w odpowiedniej chwili wykazała się odpowiednią dozą okrucieństwa i z czasem stała się członkiem zgranej ekipy.

Szkoda zgrzytów z początku książki, bo jednak ten lekki niesmak psuje obraz fajnej, rozrywkowej powieści. Niemniej jednak zaliczam ją do grona udanych lektur punktujących akcją, humorem i nietuzinkowością. Do tego czyta się lekko i przyjemnie, a nawet dla osób nie przepadających za sf niektóre elementy powieści typowe dla tego gatunku powinny być zjadliwe. 

Moja ocena: 7/10

Autor: Robert j. Szmidt
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 262
Rok wydania: 2008

Przeczytana w ramach wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm)

15 grudnia 2014

Atramentowe serce


Nie ma chyba fajniejszego motywu w książce dla książkoholika, niż czytać o bohaterach, którzy też kochają wszelkiego rodzaju książki. I taki właśnie trick zastosowała Cornelia Funke w swojej powieści Atramentowe serce. Jest to książka o książce, o pisarzu, o córce i ojcu podzielających miłość do książek (ile ja bym za taki układ dała!) i postaciach stworzonych za sprawą pisarskiego kunsztu.

Pewnego wieczoru przez okno swojej sypialni dwunastoletnia Maggie widzi twarz tajemniczego jegomościa nie budzącego swoją osobą zaufania. Gdy osobnik ten okazuje się dawnym znajomym ojca dziewczynki i wpada z wizytą do ich domu, Maggie zaczyna panikować. Intuicja podpowiada jej, że nadejście Smolipalucha nie wróży nic dobrego, więc stara się za wszelką cenę namówić ojca do wyproszenia go za drzwi. Obaj mężczyźni zachowując się tajemniczo rozprawiają o specyficznej książce. Niebawem trójka bohaterów w towarzystwie należącej do Smolipalucha kuny wyrusza w podróż w celu bezpieczniejszego umiejscowienia dla książki, która stała się źródłem kłopotów nie do po zazdroszczenia. Właśnie tamtego, wspomnianego kilka zdań wcześniej wieczoru zaczęło się WSZYSTKO.

Cornelia Funke postanowiła przedstawić nam gamę bohaterów z jasno wyznaczonym podziałem na dobrych i złych. Tylko w jednym jedynym przypadku można mieć wątpliwości co do tego, po której ze stron opowiada się pewna postać. Ale jakże inaczej mogłoby być biorąc pod uwagę baśniowy klimat powieści? Niemniej jednak kreacja ciemnych charakterów zasługuje na uznanie. Trzeba jednak pamiętać, że jest to książka skierowana do młodzieży i to nieco młodszej, której nie należy zmuszać do czytania o aspektach psychologicznych powodujących takie a nie inne zachowanie bohaterów. Próżno też szukać skomplikowanych intryg i nietypowych, trudnych do zrozumienia zagrywek bohaterów. Dana postać w powieści Funke jest zła, bo chce zaszkodzić głównym bohaterom, układając się z inną złą postacią.

W powieści Funke ojciec Maggie ma dar ożywiania bohaterów książkowych. Co więcej, okazuje się, że niekoniecznie musi to wszystkim wyjść na zdrowie. Również pojawia się tu przestroga dla nas, moli książkowych, którzy marzą o urzeczywistnieniu świata powieści. Naprawdę chcielibyśmy, żeby Lord Voldemort wyszedł z tych opasłych tomiszczy o Harrym Potterze i siał chaos i zniszczenie na naszej już wystarczająco dotkniętej nieszczęściami planecie? Jak to się mówi, trzeba brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza... chociaż, może gdyby tak poradził coś na Putina...? Wróć, chyba prędzej by się z nim sprzymierzył...

Wierz mi, nie ma nic potężniejszego od liter - dla dobra i dla zła.

Książka pani Funke wciąga od pierwszych stron. Jak już pisałam, nie jest to powieść wymagająca. Zaliczyłabym ją do przyjemnych, lekkich odstresowywaczy i idealnych powieści do czytania w przerwach podczas "intensywnych" (zwróćcie uwagę na cudzysłów) powtórek przed kolokwium. Ale jest coś jeszcze....

W Atramentowym sercu niezłomnie przewija się wspaniały motyw szacunku i uwielbienia do książek. Wiąże się z tym postać ciotki Elinor i jej wspaniałej, godnej pozazdroszczenia biblioteki. Innych bohaterów związanych zawodowo lub z pasji z czytelnictwem cechuje niezachwiana miłość do książek. Dbanie o nie, oddawanie im czci, należyte przechowywanie, hołd składany powieściom i historiom w nich zawartym. I to jest po prostu piękne. W całości zrozumiałe i bliskie molom książkowym, którzy najlepiej czują się w bibliotekach, księgarniach i w domowych kącikach czytelniczych. 

Książki kochają każdego, kto je otwiera, dając mu poczucie bezpieczeństwa i przyjaźń, niczego w zamian nie żądając.

Atramentowe serce jest też o odwadze, poświęceniu i walce. Może nie w jakimś epickim wydaniu, ale przekazane na tyle przystępnie i interesująco, że skupia uwagę czytelnika i podkreśla motywacje bohaterów. Szczególnie piękną i silną jest tu więź ojca z córką, na które zwróciłam uwagę, może też trochę z osobistych pobudek. Zdecydowanie nie żałuję lektury i polecam ją każdemu. Właśnie tak, każdemu, bo powieść ta niesie w sobie jakieś takie uniwersalne przesłanie będące wypadkową wcześniej wymienionych przeze mnie walorów powieści.

Ocena: 8/10

Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 500
Rok wydania: 2003 (za granicą), 2005 i 2006 (pierwsze i drugie wydanie w Polsce)

Seria Atramentowy świat:
1. Atramentowe serce
2. Atramentowa krew
3. Atramentowa śmierć

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu; + 4,1 cm
Cytaty pochodzą z książki.

13 grudnia 2014

Co mi ostatnio w głowie siedzi... Czyli ulubione kawałki z ostatnich tygodni

Pomimo, że wśród najczęściej odtwarzanych utworów na telefonie na pierwszym miejscu od dawna znajduje się opening z Gry o tron, to jakoś odeszłam ostatnimi czasy od soundtracku z tego serialu. Za to złapałam fazę na inne kawałki, które postanowiłam poniżej zaprezentować.

1. The Hanging tree - Jennifer Lawrence


Czyli piosenka z Kosogłosa w wykonaniu aktorki grającej dzielną Katniss Everdeen. Od pierwszego przesłuchania utwór ten nie mógł wypaść mi z głowy, a im bliżej wypadu do kina tym mocniej go katowałam. Teraz troszkę mi przeszło, ale nadal wracam kilka razy w tygodniu do tej cudownej piosenki.

2. It was blue - Angus Stone


Czyli perełek z soundtracków ciąg dalszy. Ten utwór został wykorzystany w piątym sezonie Pamiętników wampirów. Uwielbiam go słuchać, ma niesamowity klimat i ten wokal *.*

3. Lion - Hollywood Undead


Postanowiłam niedawno pościągać sobie więcej utworów tego zespołu, bo miałam ich tylko kilka i co ważniejsze, dość często przesłuchiwanych. A Lion to jeden z utworów, które najbardziej zakotwiczyły mi się w głowie.

4. 30 second to mars - Hurricane


Tekst utworu mocno zapadł mi w pamięci w związku z nawiązaniem przesłania w nim zawartego do Igrzysk śmierci. W dodatku przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam zespół, którego liderem jest Jared Leto i postanowiłam sobie powrócić do twórczości marsów.

5. Plakat - Dezerter



Czymże byłoby to zestawienie bez chociażby jednego utworu z repertuaru jakiegoś polskiego punkowego zespołu? Był koncert Dezertera i tego utworu mi na tym koncercie zabrakło, ale ogół występu oceniam na bardzo dobry. No i w dodatku mam na koncie obecność na koncercie legendy polskiego punk rocka. Co więcej, refren utworu włącza się w głowie za każdym razem, gdy czegoś szukam...


Jak na razie to chyba tyle. Niebawem recenzja, jak przypuszczam, nastąpi to pod koniec tygodnia, kiedy zacznie się świąteczna przerwa. I wolne do 6 stycznia, więc może w końcu ogarnę się trochę z moimi zaległościami czytelniczymi.

6 grudnia 2014

W pierścieniu ognia


Oglądałam nie raz film. Czytałam tą część jeszcze przed filmem. Dyskutowałam o obu wersjach W pierścieniu ognia czasem znajdując potwierdzenie dla mojego stanowiska a czasem negację mojego stosunku do tej części. Biorąc ponownie do ręki drugą część trylogii Suzanne Collins pamiętałam doskonale wydarzenia z tej części, a mimo to byłam pewna, że lektura nie wywrze na mnie takiego wrażenia, jak za pierwszym razem. Czy się myliłam?

Po niekonwencjonalnym zakończeniu siedemdzisiątych czwartych Głodowych Igrzysk Katniss i Peeta ruszają w trasę po pozostałych dystryktach, w których jako zwycięzcy są przyjmowani z umiarkowanym entuzjazmem. Przemawiają do tłumów, starając się spełnić oczekiwania Kapitolu. W szczególnych tarapatach znajduje się Katniss, która musi korzystnie i przekonująco wypaść jako oszalała z miłości ukochana Peety. Nadchodzi ćwierćwiecze poskromienia i scenariusz przewidziany na kolejną edycję krwawej rozrywki dla elit z Kapitolu ulega modyfikacji. Katniss i Peeta pomimo zwycięstwa w zeszłorocznych Igrzyskach nie mogą cieszyć się pobytem w azylu...

Suzanne Collins w drugiej części pokazała szczyt swoich możliwości. W pierścieniu ognia okazało się, przynajmniej w moim mniemaniu, najlepszą częścią serii. Autorka okrutnie poprowadziła fabułę, krzywdząc nie tylko bohaterów, ale i czytelników. Nie pamiętam dokładnie, ile razy zdarzyło mi się zapłakać w reakcji na wydarzenia rozgrywające się w Panem.

Sama Katniss nie traci nic ze swojego charakteru, Dzięki wspominanej już podczas recenzji pierwszej części nieidealności wydaje się jeszcze bardziej ludzka i godna zaufania. Bo paradoksalnie w Katniss wszyscy wierzą z siłą, której bohaterce brakuje. Za to energię pożytkuje na inne działania mające na celu nie dać spać spokojnie władzom Kapitolu.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi opracowywać żadnych planów, bo najwyraźniej nie potrafię odróżnić przyjaciela od wroga.

Symbole buntu i sprzeciwu, nie tylko głównej bohaterki możemy odnaleźć w całej książce. Pozornie zakamuflowane, żeby dobrze przemycić je pod nosem prezydenta Snowa pragnącego w zarodku zdusić nieposłuszeństwo podległych mu regionów kraju. Książki Collins pokazują niesamowity obraz niezłomności, wytrwałości i siły w obliczu okrutnego wyzysku i terroru. Ta część jest krwawa, nieprzewidywalna i bardzo wciągająca. O ile w przypadku pierwszego tomu Katniss szybko zostaje wyrwana z rodzinnych stron i pozbawiona bliskości kogokolwiek bliskiego, o tyle W pierścieniu ognia ukazuje poczynania drużyny. Możemy obserwować przez wiele rozdziałów akcję toczącą się w Dystrykcie Dwunastym, co okazało się ciekawym zabiegiem. W pierwszej części z tym rejonem Panem można było się zaznajomić jedynie na podstawie wspominek Katniss, no krótkiego okresu z początku książki.

Osobiście staram się zawsze przekuwać emocje na pracę, bo w ten sposób nie krzywdzę nikogo oprócz siebie.

Kolejną zaletą W pierścieniu ognia jest spora ilość scen z udziałem wieloletniego przyjaciela Katniss, Gale'a. Choć jest on nadal moim faworytem, to w tej części zyskałam trochę więcej sympatii do Peety. Podobało mi się kilka scen z jego udziałem, a jego postawa w związku z perspektywą zawirowań politycznych wymagała sprytu i dyplomacji. I tym Peeta potrafił się popisać. Wątek romantyczny wciąż ma swoją specyfikę, choć widać zmiany zachodzące w głównej bohaterce.

Nie zawodzi też pomysłowość autorki, która niesamowicie zaplanowała "atrakcje" dla bohaterów, którzy trafili na arenę. W tym miejscu, choć nie chcę, muszę pochwalić twórców filmu. W ekranizacji bardzo dobrze udało im się uchwycić motyw przewodni Siedemdziesiątych Piątych Głodowych Igrzysk. Byłam pod ogromnym wrażeniem w kinie, kiedy to niektóre efekty autentycznie wzbudziły we mnie nie mały lęk i nawet podczas powtórnego oglądania nie potrafiłam beznamiętnie patrzyć na chociażby zdradziecką mgłę.

Na koniec mojej recenzji opowiem pewną anegdotkę. Mianowicie siedzę sobie w domku i zaczytuję się w drugim tomie, mniej więcej jestem w połowie, na fragmencie, który wzbudził we mnie niesamowity żal i gniew na władze Kapitolu. Zanoszę się praktycznie rzecz biorąc płaczem i powraca z pracy moja współlokatorka, również uwielbiająca trylogię Collins. I przynosi do domu zupełnie bez okazji... Białą różę. Moja reakcja nie nadaje się do publikacji, bo musiałabym wstawić gwiazdki cenzurujące, a nie lubię bawić się w półśrodki. Ale bez obaw, moja współlokatorka żyje.

Piosenka, której tekst bardzo pasuje do tej części, może niekoniecznie w wymiarze globalnego problemu. Mam tu na myśli 30 Seconds to Mars - Hurricane:

 Tell me would you kill to save for a life?
Tell me would you kill to prove you're right?
Crash, crash, burn, let it all burn
This hurricane's chasing us all underground.

Choć ten fragment wręcz idealnie nadaje się jako nawiązanie do sytuacji Katniss na arenie.

Jak widać, jestem pod ogromnym wrażeniem W pierścieniu ognia. Potajemne intrygi między drugoplanowymi bohaterami, subtelne znaki i sygnały przewijające się w książce, brutalna fabuła i pomysłowość Collins w połączeniu z jej stylem dały książkę niesamowitą. Mocno zapadającą w pamięci i po raz kolejny zwracającą uwagę a masy wyzyskiwane przez totalitarną władzę. W tej części dzieje się ogromnie wiele, a wszystko wyjaśnia się w końcowych, trzymających w napięciu rozdziałach. A, i jeszcze jedna rada. Jeżeli chcecie, lub musicie z jakichś powodów przerwać czytanie tej części, nie radzę stosować systemu "Tylko skończę rozdział". Nie warto, bo końcówki rozdziałów u Collins wymuszają dalszą lekturę. Tak emocjonującej książki nie czytałam już dawno, a należy jeszcze zważyć na fakt, że było to moje kolejne już spotkanie z tą częścią.

Moja ocena: 9,5/10

Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 359
Rok wydania: 2009 (oryginał i w Polsce)

Trylogia Igrzyska śmierci:
1. Igrzyska śmierci (recenzja)
2. W pierścieniu ognia
3. Kosogłos

Przeczytane do wyzwań: Dystopia 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,4)
Cytaty zapisane kursywą naturalnie pochodzą z książki.

30 listopada 2014

Podsumowanie listopada (bardzo "igrzyskowe"...)


Listopad upłynął mi pod znakiem powracania do serii, które już mam za sobą. Owszem, przeczytałam też "bieżące lektury", ale zrobiłam to bez większego entuzjazmu. Na półce zagościło mnóstwo nowych tytułów, w kilku przypadkach kontynuacje serii, w niektórych po raz kolejny powieści niezwiązane z ulubionymi cyklami. Nadchodzi grudzień, a co za tym idzie, świąteczny czas, w którym mogę połakomić się na kupno jakiejś książki. Choć wolałabym nie... Ogromnym wyzwaniem będzie dla mnie ignorowanie przecenionych tytułów w Saturnie, do którego zapewne zajrzę w celu kupna jakiegoś prezentu. Ominięcie pokładów tanich książek w Dedalusie też łatwym zadaniem nie będzie, a mam zamiar udać się tam po prezent dla mamy. No cóż, a może jednak się opamiętam i nie poszerzę zasobów mojej biblioteki?



Książki przeczytane w listopadzie:
1. Pierwszy grób po prawej (Darynda Jones)
2. Igrzyska śmierci (Suzanne Collins) < czytane po raz drugi
3. Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa (C. S. Lewis) < też machnęłam po raz drugi
4. Córka laguny (Michelle Lovric) < leniem jestem, zrecenzować mi się jej nie chce. Ale spoko lektura...

Manga:
1. Judge 4 (Yoshiki Tonogai)



Najlepsze niezaprzeczalnie okazały się Igrzyska śmierci, które po raz kolejny dały mi do myślenia, wprowadziły w nastrój i klimat powieści Collins przed wypadem do kina na ekranizację Kosogłosa (a przynajmniej jego połowy...) i wzbudziły niesamowite emocje. Najsłabszej książki nie wzkażę, bo właściwie ani Pierwszy grób po prawej, ani Córka laguny na to miano nie zasługują, a Narnia jest poza konkursem. Bo Narnia...



Nie liczę już książek, które mi przybyły do biblioteki, bo w związku z wypożyczeniami od znajomych oraz przywożeniem sobie raz już czytanych książek z domu straciłam rachubę. Książek do przeczytania na chwilę obecną mam 36. A tak się cieszyłam kilka miesięcy temu, że zeszłam poniżej trzydziestki, Gdyby nie Targi w Katowicach, jakoś bym się pod tą liczbą utrzymała, A tak... Ale wypadu do Kato nie żałuję i z tego miejsca pozdrawiam Ivy, Akime, Naff i Martę :)

Obserwatorzy: Na koniec października było was 178, teraz jest 187, witam serdecznie nowo przybyłych!
Posty: łącznie z tym wyjdzie ich 9, ale wśród nich tylko 2 recenzje. A miało być tak pięknie...

Nastąpiły dość poważne zmiany na blogu - zmieniłam nazwę i adres i teraz muszę mocno się starać, żeby utrzymać ruch na blogu, ale... Nie narzekam! Co więcej, wreszcie udało mi się zainstalować Disqusa, którego uważam za bardzo wygodną formę komentowania.

Z wyzwań w listopadzie wywiązałam się następująco:
Grunt to okładka: 2
Z półki 2014: 1
Dystopia 2014: 1
Fantastyczna Polska: -
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 115,2 cm + 10,7 cm = 125, 9 cm (a więc marne szanse na dobicie do 160 cm...)


Jak już przeczytam "W pierścieniu ognia" biorę się poraz drugi za "Kosogłosa"

29 listopada 2014

Stos z listopada

Czyli chwalenie się tym, jak bardzo zaszalałam w listopadzie. Z jednej strony fajnie, że dorwałam tyle świetnych tytułów, a z drugiej... Kurde, lekko podłamana moim tempem czytania też jestem! Ale zmobilizować się bardziej rady nie dam a i z czasem jakoś cudownie też nie jest. Może przerwa grudniowa i nadchodzący tydzień trochę poprawią sytuację kolejki książek do przeczytania...


To może polecę od dołu...
1. Atramentowe serce (Cornelia Funke) - pożyczone od koleżanki z uczelni, z którą zrobiłam wymianę za inną książkę. Mam zamiar zabrać się za lekturę w przyszłym tygodniu.

2. Toy Land (Robert J, Szmidt) - również wypożyczone od współlokatorki, która bardzo polecała.

3. Miasto niebiańskiego ognia (Cassandra Clare) - zakup planowany. Nie podoba mi się tylko to, że premiera wydania pierwszego miała miejsce miesiąc po premierze wydania drugiego... Przez co nie wyrobię się z jednym z postanowień na mijający rok, że skończę serię Darów anioła. Szkoda. Ale cegła przepiękna!

4. Chłopcy 3: Zguba (Jakub Ćwiek) - nie od dziś wiadomo, że bardzo lubię tego autora. Historię zagubionych chłopców uwielbiam i pamiętam jakże emocjonującą końcówkę poprzedniej części. Musiałam dorwać te tom jak najszybciej. Również zakup planowany...

5. Obietnica mroku (Macime Chattam) - Ksiażka, która storpedowała moje plany powrotu z Katowickich Targów Książki z tylko dwoma nabytkami. Ale była jedynie za dychę, to raz, a dwa, że planowałam od jakiegoś czasu zabrać się za thrillery tego autora. Nie mogę doczekać się lektury!

6. Black Ice (Becca Fitzpatrick) - prezent urodzinowy od Ivy z Pokoju książkoholiczki (:*), której to samo kupiłam na zbliżające się urodzinki. Czytałam sagę Szeptem Fitzpatrick i bardzo lubię styl autorki. Zobaczymy, jak wypadnie moje spotkanie z książką młodzieżową zaliczaną do thrillerów młodzieżowych, ale też do YA, do którego to gatunku nie mam przekonania. 

7. Punk Rock Later (Mikołaj Lizut) - Jak pewnie dało się zauważyć podczas realizowanego przeze mnie wyzwania muzycznego, uwielbiam muzykę punkową. Gdy dostrzegłam tę książkę na stoisku bodajże antykwariatu (też na Targach w Katowicach) i usłyszałam cenę (całe 3 zł... mniej niż tanie wino... ekhem...) musiałam wziąć.

8. Pocałunek żelaza (Patricia Briggs) - też zakup planowany, bo bardzo ciężko było mi dorwać tą część przygód Mercedes. Siła wyższa.

9. Linia uskoku (Barry Eisler) - czyli nie ma to jak być fanką literatury fantasy i nie przywieźć z Targów książki ani jednego tytułu z tego gatunku. Linia uskoku to również thriller, który wybrałam na wymianę za książkę otrzymaną od Śląskich Blogerów Książkowych gdy przyszłam na spotkanie i panel zorganizowany przez to jakże szacowne grono. Cieszę się ogromnie, że wreszcie do moje biblioteczki zawitały jakieś książki z gatunku, który chciałam zacząć intensywniej podczytywać, ale odkładałam to postanowienie na później i później.

28 listopada 2014

30 day song challenge: Dni 26 - 30

Muzyczne wyzwanie dobiega końca. Dzisiaj zaprezentuję na blogu ostatnią partię piosenek do zabawy blogowej "30 day song challange". Ta wersja, z "robieniem" pięciu dni w jednym poście wypadła mi lepiej, niż książkowe wyzwanie, którego kolejne punkty publikowałam dzień po dniu :) Do dzieła!

Dzień 26: Piosenka, którą umiem grać na instrumencie
Umiałam*, Nie, to nie literówka, po prostu zapomniałam kolejności... Kiedyś nauczyłam się grać Wlazł kotek na płotek na gitarze. I miałam jeszcze krótką przygodę z pianinem i również tym 
kawałkiem. A wszystko za sprawą uzdolnionej muzycznie siostry.

Dzień 27: Piosenka, o której zagraniu marzę
In the end - Linkin Park, oczywiście na pianinie. I ten początek...

Dzień 28: Piosenka, która sprawia, że czuję się winna
Nie wiem, czy jest taki utwór. Być może mogłabym zakwalifikować do tego "dnia" utwór Punkowa królowa, który kojarzy mi się z pewną osobą, do której coś powiedziałam i miało to swoje konsekwencje. Ale niekoniecznie myślę o tym kawałku w tych kategoriach.

Dzień 29: Piosenka z mojego dzieciństwa
Urszula - Konik na biegunach. Cudowny utwór dla dzieciaka zakochanego w koniach. 

Dzień 30: Ulubiona piosenka z tego okresu, ale z zeszłego roku
Naprawdę nie lubię takich sytuacji, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego słuchałam rok temu. Kompletnie. 

Koniec wyzwania muzycznego, a więc czas szukać jakiegoś kolejnego międzyrecenzyjnego zapychacza. Z czytaniem w listopadzie średnio. Po co czytać nowe książki które czekają na półce i błagalnie patrzą w twoim kierunku, skoro możesz sobie poczytać książki, które już raz zostały przeczytane? Więcej na ten temat w podsumowaniu listopada. Ach, no i będzie stosik, Stosik, mało powiedziane... Jak na moje standardy to to będzie prawdziwe szaleństwo.

To be continued...

21 listopada 2014

Igrzyska śmierci


Zbliża się premiera pierwszej części Kosogłosa, a co za tym idzie, znajdziemy się o krok bliżej ostatecznego zakończenia przygód Katniss Everdeen. Ja sama lekturę trylogii od Suzanne Collins mam dawno za sobą, ale ostatnio coś mnie tknęło, żeby przypomnieć sobie historię zwykłej dziewczyny, która trafiła w sam środek brutalnej gry toczonej przez prezydenta Snowa - naczelnego urzędnika w uciskającym i wyzyskującym dwanaście dystryktów Kapitolu. 

Muszę przyznać, że obawiałam się z lekka ponownego czytania Igrzysk śmierci. Od chwili, kiedy poznałam tę historię zmieniłam się i nie chciałam psuć sobie w głowie idealnego obrazu niezwykłej historii stworzonej przez panią Collins. Co więcej, po trzykrotnym obejrzeniu filmu doskonale pamiętałam kolejne wydarzenia i mogłam się w każdej chwili zastopować z lekturą odkładając ją ponownie na półkę. Czytać zaczęłam w miniony weekend, a dziś przybywam z recenzją, więc ostatni z moich małych koszmarków się nie ziścił...

Katniss Everdeen pochodzi z najbiedniejszego dystryktu państwa Panem. W "Dwunastce" nigdy się nie przelewało, a w dodatku jest to rejon górniczy, który większość ze zgromadzonych zapasów węgla musi oddawać panującemu i wyzyskującemu wszystkie dystrykty Kapitolowi. Coroczne dożynki są świętem upamiętniającym zdobycie władzy przez Kapitol. W związku z tym z każdego dystryktu do gry prowadzonej ku uciesze najbogatszych mieszkańców zostaje wybrana jedna dziewczyna i jeden chłopak w wieku od 12 do 18 lat. Zwycięzca może być tylko jeden, a co gorsza, żywy również może pozostać tylko jeden zawodnik. Lub zawodniczka.

Suzanne Collins postarała się o stworzenie niesamowicie brutalnego świata. Biedota uciskana przez bogaty i dobrze uzbrojony Kapitol nie ma innego wyjścia, jak tylko poddać się jego wyzyskowi. Mieszkańcy dystryktów nie mają ze sobą kontaktu, w każdym z tych rejonów porządku pilnują mniej lub bardziej rygorystyczni strażnicy. Dla totalnej manifestacji kapitolańskiej siły i podkreślenia bezsilności, na jaką skazani są mieszkańcy dystryktów odbywają się Głodowe Igrzyska.

Głównymi bohaterami są Katniss i Peeta, choć to dziewczyna jest narratorką powieści i zdecydowanie ona skupia najwięcej uwagi czytelnika. Mieszkanka najbiedniejszego rejonu Panem w nietypowych okolicznościach zostaje trybutką i trafia na arenę Głodowych igrzysk. Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale Katniss to jedna z moich ulubionych żeńskich postaci literackich i wakat ten utrzymuje od kilku lat. Jest żywicielką swojej rodziny składającej się pogrążonej po stracie męża matki i uzdolnionej medycznie siostry Prim. Polując ze swoim towarzyszem Galem ćwiczy umiejętności w chwytaniu zwierzyny i wycisza się na łonie natury. Gdy trafia do ośrodka przygotowującego trybutów do wyjścia na arenę zalicza masę potknięć i wtop, w czym możemy dostrzec jej nie idealność. I wiem, że już nie raz te frazesy padały w recenzjach wielu książek z gatunku dystopii, ale Katniss to naprawdę bohaterka inna niż wszystkie. Zdecydowana, nie zwracająca uwagi na to, co myśli o niej widownia, sprytna i odważna. Nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie znieść tyle, ile ona. 

Specyficzny styl pani Collins jest łatwy w odbiorze. Chciałabym kiedyś pisać tak, jak autorka Igrzysk śmierci. Narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, a nawet na chwilę lektura nie traci na płynności i lekkości. Zwróciłam uwagę na to, że w książce jest dość mało dialogów, a mimo to czyta się ją błyskawicznie. Katniss jako narratorka ukazuje nam realia Kapitolu i areny własnymi oczami, dzięki czemu możemy doświadczyć całej gamy różnorodnych uczuć. Radość pojawia się najrzadziej, a gdy już, to zawsze przyćmiona gniewem skierowanym na bezwzględne decyzje i zagrywki Kapitolu. Przy czytaniu Igrzysk śmierci byłam chwilami na granicy płaczu, a to już bardzo wiele, bo zwykle się nie wzruszam. Wyobraźnia Collins również zachwyca i przeraża. Nie szczędzi nam ona krwawych scen, wymyślnych utrudnień i przeszkód, jakie spotykają trybutów. Wątek miłosny ma nietypowy charakter, bo jest tak jakby... narzucony. Nie jest to kwestia nieumiejętności pisarskich pani Collins, po prostu naszych bohaterów zmusza do tego sytuacja. Jednak ja odbieram ten wątek jako zapoczątkowanie czegoś szczególnego. Dzieje się tak pewnie dlatego, że znam dalsze losy bohaterów i pomimo tego, że w Igrzyskach śmierci "zakochanych" łączy nietypowa relacja, to w dalszych częściach ulega ona ewolucji.

Już po raz drugi jestem pod ogromnym wrażeniem świata Panem. Autorka serwuje wiele nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Nie raz miałam ochotę wejść do książki i udusić gołymi rękami niektórych bohaterów, którzy tak bardzo wszystko komplikowali. Obserwowałam początki przemian Katniss, która stopniowo przemieniała się z przegranej na starcie trybutki w dziewczynę, która jednak ma szansę wygrać Głodowe igrzyska, coś tym udowodnić, ale ponieść za to niesamowitą cenę.

Igrzyska śmierci naturalnie polecam. Ta książka daje do myślenia, pokazuje jak okrutny może być ucisk totalitarnej, wyzyskującej władzy i że jednostka jednak może w jakiś sposób z tym systemem walczyć. Toż to Collins opisuje aż Siedemdziesiąte czwarte Głodowe igrzyska. Szmat czasu, a nadziei na zmiany nie widać, albo jest ona naprawdę nikła i nikt w nią nie wierzy. Przychodzi mi w tym miejscu do głowy tekst piosenki, do które tutaj znajdziecie LINK, a słowa brzmią tak:

System się nie zmienia, system jest ten sam
System nas dzieli, system budzi strach
System to władza, system dla niej trwa
System się nie zmienia, system jest ten sam

Masa uczuć, niesamowite zwroty akcji, cudowni bohaterowie, brutalne zagrywki i wciągająca fabuła nie pozwalają od tak odłożyć tej książki, nawet przy drugim jej czytaniu i kilkukrotnym obejrzeniu ekranizacji. A z doświadczenia wiem, że nawet w kwestii czytania jestem leniem i nie zawsze mam ochotę od tak machnąć sobie jakąś książkę, tym bardziej z dobrze znaną mi treścią...

Moja ocena: 9/10

Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 351
Rok wydania: 2008 (za granicą), 2009 (w Polsce)

Trylogia Igrzyska śmierci:
1. Igrzyska śmierci
2. W pierścieniu ognia
3. Kosogłos

Przeczytane do wyzwań: Dystopia 2014, Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)

19 listopada 2014

30 Day Song Challenge - Dni 21-25


Kolejny post zapychający - wcale mnie to nie bawi, ale co robić, skoro jestem w połowie trzech książek i zbyt szybko na recenzję szansy nie ma? No co? Tak, wiem... czytać... Ale zmuszać się do tego też nie lubię, a akurat mam wenę na blogowanie. I chwilę czasu.

Dzień 21 - Piosenka, której słuchasz, gdy jesteś wesoła
Myślę, że dobrym utworem pasującym do tego dnia jest Same Ol - The Heavy. Bardzo energiczna, pozytywna i taka... lekka. I motywuje, jak chce mi się spać, a akurat powinnam orientować, co się dzieje wokół, to też wybieram ten kawałek.

Dzień 22 - Piosenka, której słuchasz, gdy jesteś smutna
O ironio, zwykle gdy jestem w podłym nastroju, słucham muzyki jeszcze bardziej mnie dołującej. Ale co poradzić, dziwna ta moja natura. Chociaż nie tylko moja, znam kilka osób, które czynią podobnie. Do takiego stanu duszy pasuje utwór Eels - I need some sleep. Do tej piosenki można zawinąć się w kocyk, zamknąć oczy i spróbować odpłynąć. Albo się chociaż wyciszyć. Albo popłakać.

Dzień 23 - Piosenka, którą chciałabym, żeby zagrano na moim ślubie
Hm, no to mam lekką zagwostkę, ale już uruchamiam mózg... Mam pewien dylemat, bo nie za bardzo wiem, czego oczekiwałabym od utworu granego na moim ślubie. I w sumie ślubu nie planuję, ale... Ale niech będzie The Bill - Jutro.

Dzień 24 - Piosenka, którą chcę, żeby zagrano na moim pogrzebie
Pasuje mi do tego motywu kilka utworów. Ekstra, muzykę na własny pogrzeb mam zaplanowaną, na ślub niekoniecznie. I chyba będę musiała wymienić trzy utwory, w dodatku dwa utwory jednego zespołu.The Analogs - Pożegnanie, The Analogs - Strzelby z Brixton i do tego jeszcze The Bill - Odejdę. Zaraz powstanie ścieżka dźwiękowa -,-

Dzień 25 - Piosenka, która mnie bawi
Jest kilka takich utworów (znów ciężki wybór), ale idealnym wręcz okazuje się Bubbles - Chester Bennington (Linkin Park). Rozbraja mnie ta piosenka. I nie mam nic więcej do dodania, po prostu... raczę przesłuchać.

I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszy post. Nie mam pojęcia, którą książkę uda mi się skończyć pierwszą, choć na razi namiętnie zaczytuję się (po raz drugi) w Igrzyskach śmierci. Jakoś to będzie. W sobotę wypad na Targi Książki w Katowicach. Pewnie pojawi się jakaś relacyjka (kolejny post zapychający... ech!) i zdobycze. Ze stosikiem nie wiem jak będzie, najpewniej się pod koniec miesiąca skumuluje, na razie za mało mam nabytków, żeby się chwalić. Życzę miłej środy (która dla mnie oznacza początek weekendu. Nie, wcale mi na tych studiach nie jest za dobrze...)

16 listopada 2014

Liebster Blog, który to już raz nie liczę...


Nie liczę, ale dziękuję! Dziękuję za nominację Hersusowi z Co myślę o... i już spieszę odpowiadać :)

1. Jaką książkę zabierzesz na bezludną wyspę?
Grę o Tron oczywiście.

2. Co najbardziej denerwuje cie w zachowaniu innych blogerów?
Krótkie, mało treściwe komentarze "na odwal" i recenzje, które w 3/4 objętości są opisem fabuły.

3. Co cię skłoniło do blogowania?
Blogowanie dawnej kumpeli, która zachęciła mnie do tej formy uzwenętrzniania się i wyrażania opinii o różnych rzeczach.

4. Jak sobie radzisz z brakiem weny do pisania?
Staram się pozbierać myśli i skoncentrować na kluczowych kwestiach, o których chcę napisać, trzymając się konkretyzowania.

5. Jak bardzo ważna jest dla ciebie okładka książki? Czy interesująca oprawa bardziej zachęci cię do jej przeczytania?
Okładka jest dla mnie ważna, ale nie najważniejsza, choć ciekawe wydania (na przykład zdobienia na kartkach, grafiki w środku) sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po książkę nie zastanawiając się o czym jest. Ale zazwyczaj, aby sprawiedliwości stała się zadość i widzę książkę z nieciekawą okładką, to i tak czytam opis fabuły i zaglądam do środka, żeby nie dyskryminować żadnego tytułu ze względu na wygląd zewnętrzny.

6. Czy od zawsze byłeś/byłaś molem książkowym? Czy jakieś wydarzenie lub osoba zachęciły cię do czytania?
Na pewno ukłon należy się dziadkowi, który wprost uwielbia książki i zawsze zachęcał mnie do czytania. Ale nie, nie zawsze byłam molem książkowym. W gimnazjum czytałam dla rozrywki sporadycznie, podobnie w podstawówce. No chyba, że liczy się literatura fachowca, jeździecka. Na większość okazji dostawałam książki o koniach.

7. Z którym bohaterem lub bohaterką książki poszedłbyś/poszłabyś do kawiarni?
Z Jace'm z Darów Anioła, z Tyrionem, nie wiem, czy Ygritte się liczy, bo znam ją tylko z serialu. Z Katniss i Galem, z Gandalfem, z Legolasem, z Fedrą (Strzała kusziela), z Joscelinem (jak poprzednio), z Felixem Castorem (seria autorstwa Mike'a Careya) i jeszcze z Patchem i z Panem Tumnusem... Do kawiarni poszłaby ze mną cała wycieczka.

8. Czym twoim zdaniem jest spowodowany spadek czytelnictwa w Polsce?
Podejrzewam że dzisiejszym stylem życia "w biegu", wszechobecnym panowaniem internetu, który nas brutalnie uzależnił i zżera nam multum czasu. No i ceny książek też nie zachęcają do sięgania po książki, bo jak rzekł na spotkaniu autorskim Sapkowski, książka kosztuje tyle, co litr wódki, a to już jest poważny wybór...

9. Czy pamiętasz swoją pierwszą przeczytaną na poważnie książkę? Pomijając lektury szkolne.
Podejrzewam, że był to Mój kary Anny Sewell.

10. Najbardziej udana ekranizacja książki.
W pierścieniu ognia

11. Lubię czytać książki, bo...
pracuje moja wyobraźnia i z każdą kolejną stroną odkrywam kawałek tajemnicy, którą stworzył inny człowiek w swoim umyśle.


14 listopada 2014

Pierwszy grób po prawej

Z przyjemnością zabieram się do lektury książek, w których pojawia się motyw wcześniej nie wyeksploatowany. W gatunku urban fantasy nie często można uświadczyć świeżego tematu, więc tym bardziej zaintrygowana byłam Pierwszym grobem po prawej, w którym to główna bohaterka szczyci się profesją... kostuchy.

Od jakiegoś czasu jestem bardzo wymagającym czytelnikiem. Zwracam uwagę na błyskotliwość dialogów, niuanse w fabule, szczegóły kreacji bohaterów... Już po kilku pierwszych rozdziałach wiedziałam, że Pierwszy grób po prawej to nie będzie uczta literacka na najwyższym poziomie, ale kto powiedział, że każdy pisarz musi na wstępie zachwycać ambicją swojej książki? Niektóre książki czyta się dla rozrywki i relaksu, a i okazuje się, że i takie pozycje mogą jednak zaskoczyć.

Charley jest prywatnym detektywem. Pomaga swojemu wujkowi Bobowi przy śledztwach, w powszechnej opinii występuje w roli konsultantki na miejscach zbrodni. Naszej bohaterki nie polubiłam od samego początku, ale nie zapałałam też do niej nienawiścią. Charley nie zawsze zachowywała się, jak przystało na dorosłą, dojrzałą kobietę, ale też jej akcje spod znaku rozchwianej emocjonalnie bohaterki nie rozbrajały mnie doszczętnie. Pannie Davidson zdarzały się jednak też wpadki z kategorii, której określić niestety nie umiem i właśnie one nieco podniszczyły mój neutralny stosunek do kostuchy, przekształcając go jednak w nastawienie o charakterze negatywnym, Ja wiem, że humor jest ważny, sama bardzo go cenię sobie w powieściach, ale zdecydowanie wolę inteligentne i błyskotliwe żarty, bądź riposty. A niestety, mam wrażenie, że pani Darynda Jones przy wymyślaniu swoich "tekstów" napociła się jak maratończyk próbujący odzyskać formę po rekonwalescencji.

Nie obyło się bez męskich charakterów i w tym miejscu będzie pochwała. Tajemniczego "Wielkiego Złego" zostawię na deser, a teraz skupię się na plejadzie samców z otoczenia Charley. Są to bohaterowie zróżnicowani, co ciekawe, nie każdy marzy ma zamiar wskoczyć naszej bohaterce do łóżka (jak tak teraz o tym myślę, to w sumie Charley ma marne powodzenia u płci przeciwnej. Albo zwyczajnie nie wyeksponowane) czy też usunąć ją z racji tego, że mu Charley przeszkadza. Podoba mi się też zrównoważenie wśród bohaterów pod kątem płci. Są i dziewczyny i faceci, więc nie czytam cały czas o tym, jak to Charley musi się użerać ze stadami napalonych na nią samców.

Wspominałam o motywie kostuchy. Trochę jest on marnie dopracowany, może inaczej - okrojony. WIemy tylko, że Charley pomaga przejść umarlakom na "drugą stronę", widzi ich i może sobie z nimi konwersować (co nie raz przysparza jej problemów). Za mało, jak dla mnie, było głębszych opisów tego, co czuje Charley, kiedy ktoś "przez nią przechodzi".

W stylu Daryndy Jones nie dopatrzyłam się większych uchybień, choć jej język do wyszukanych, kunsztownych nie należy. Może przy urban fantasy jest to zaleta, bo w tym gatunku stawia się raczej na prosty przekaz, a nie lirykę i ukryte podteksty, ale wiem z wcześniejszych spotkań z literaturą tego typu, że można pisac ambitniejszym, barwniejszym językiem unikając efektu zmęczenia czytelnika. Również niektóre pomysły autorki zdecydowanie nie przypadły mi do gustu, bo nazywanie przez bohaterkę swoich piersi (Awaria i Uwaga) i podtrzymywanie tego w scenie erotycznej, która wymaga wyczucia smaku ("musną Awarię...") mnie podłamały. Tak samo jak nazywanie jajników.

Żeby zatrzeć te nieprzyjemne wspomnienia skoncentruję się teraz na postaci Reyesa vel Wielkiego Złego. Jest on bytem płci męskiej, który ukazuje się tylko Charley i co więcej, romansuje sobie z nią. Bohater ten z racji swojej tajemniczości i mroku, jaki go osnuwał... przypomniał mi dawne lata zaczytywania się w książkach dla samych męskich postaci. Już dawno nie czułam się wręcz uwiedziona przez fikcyjną postać z książki i za Reyesa pani Daryndzie Jones serdecznie dziękuję. Najbardziej zaczytywałam się we fragmentach właśnie z jego udziałem. To jego tajemnica najbardziej mnie intrygowała. To jego postać przychodziło mi najłatwiej sobie wyobrazić. To o nim powinna być ta książka...

Dobra, już schodzę na ziemię i nie chwalę się moim uwielbieniem do mrocznych, odzianych w peleryny osobników płci męskiej. Ale Reyes Farrow to zdecydowany atut powieści Jones! Powieści, która nieco wybija się na tle dzisiejszych powieści z gatunku paranormal romance i urban fantasy. Przynajmniej tych pisanych przez kobiety. Tak, Pierwszy grób po prawej to literatura kobieca o codzienności kostuchy. Nieco specyficzna, ale jednak literatura kobieca. Co do kwestii urban fantasy - są nawiązania do tego gatunku, ale to jednak chyba nie jest to. Słabo dopracowana strona kryminalna (na początku trzy trupy i na końcu odnalezienie persony, która je utrupiła, w między czas nic co by się wiązało z tym motywem), trochę humoru wątpliwej jakości, ale jednak... Wciągnęło. Zadowalająca literatura rozrywkowa dla osób poszukujących czegoś z sympatyczną bohaterką i nie wymagającą fabułą. I Reyesem.

Moja ocena: 7/10 (gdyby nie Reyes, było by 5,5... Dobra, nie ważne!)

Autor: Darynda Jones
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Ilość stron: 370
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Do wyzwań: Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)

9 listopada 2014

Foto-relacja z Madery

Atlantyk wzburzony na północy

Przerywniki między recenzjami na blogu są potrzebne. Nie zawsze jednak od ręki można wymyślić tematykę takiego posta. Ja jednak pod koniec września obiecałam, że zrelacjonuję tygodniowy pobyt na Maderze. I nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami...

Port w Funchal, widok z ogrodu wokół posiadłości podobno gubernatora...

Madera jest wyspą należącą do Portugalii, ale bliżej stamtąd do Afryki, niż do Europy. Lot trwał około 4,5 godziny, co było nieco męczące dla osóbki źle znoszącej przebywanie w jakichkolwiek środkach transportu. Ale ośli upór kazał usiąść przy oknie i mimo bólu głowy i chłodu (bo klima włączona i w dodatku od okna ciągnie, a za oknem -50 stopni!) patrzeć na przestworza. Przyznaję bez bicia, że startu samolotu nieco się bałam, ale potem już zapanowałam nad emocjami i przestałam się cykać. 


Z hotelu Gorghulo było mniej więcej 10 minut z buta do Atlantyku. Plaża kamienista, bo Madera to wyspa wulkaniczna i pasku na niej ze świecą szukać (i i tak się nie znajdzie...). Pogoda jest przyczyną nadania wyspie przydomka wiosennej, Praktycznie codziennie padał tam przelotny deszczyk, który doskonale ochładzał i pozwalał na chwilę wytchnienia od słońca.
Zmutowane palmy dane mi było widzieć, o!

Do Funchal, największego miasta na Maderze z hotelu szło się około 25 minut. W Funchal odwiedziłam ścisłe centrum, port i mogłam podziwiać całość z kolejki górskiej. W dzielnicy zamieszkanej przez artystów mogłam podziwiać wymalowane przez nich na różne sposoby drzwi. Mile wspominam ten wieczór - ostatni na Maderze - kiedy to spacerowałam z tatą po tej okolicy i skręcając w kolejne uliczki z ekscytacją wypatrywałam kolejnych kolorowych drzwi.

Hala targowa w Funchal - a przy stoiskach handlarze namawiający do spróbowania sprzedawanych owoców. Miałam okazję posmakować maracui - cudo!
Któregoś dnia pobytu zdecydowaliśmy się na wycieczkę na północ wyspy. Trwająca około 6 godzin eskapada w programie miała postoje w najlepszych punktach widokowych (między innymi jeden z największych na świecie klif Cabo Girao, 580 m!) i okolicznych wioskach. Dwie godziny w Porto Moniz zaowocowało mnóstwem zdjęć wzburzonego oceanu, spacerem przez całą długość miasteczka i kąpielą w oceanie, przynajmniej mojego tatusia ;)
Północna (po prawej) i południowa (po lewej) strona Oceanu Atlantyckiego podzielona przez najbardziej wysunięty cypel Madery. Krajobraz księżycowy, widoki niezapomniane!

Pobyt wspominam jako bardzo udany - nie obyło się bez wycieczki na wschód wyspy, gdzie znajdował się najdalej w ocean wysunięty półwysep. O ironio, półwyspy na wyspie ;) Chciałam dotrzeć na sam skraj Madery, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Po około dwugodzinnym marszu w jedną stronę przysiedliśmy na pół godzinny odpoczynek i postanowiliśmy wrócić. Pogoda na taką wyprawę była wymarzona - wiał lekki wiatr, słońce nie prażyło, a temperatura wahała się w okolicach 15 stopni (pi razy oko!).

Widok na północną część Atlantyku z wyprawy na wcześniej wspomniany cypel.




Naoczny dowód na to, że się na Maderę zawlokłam! Tutaj akurat w Porto Moniz, wiatrzysko nieźle szarpało!


Widok na Funchal z kolejki górskiej. Dobrze, że lęk wysokości jest mi obcy!

Wcześniej wspomniana dzielnica z malowanymi drzwiami.



A tutaj niespodzianka dla moli książkowych - półeczki do wymiany bookcrossingowej ;) Musiałam cyknąć fotkę!

Maderę polecam gorąco. Przywiozłam półtora tysiąca zdjęć (a jeszcze należy doliczyć do tego fotki od mojego taty w liczbie... podobnej...), zaliczyłam próbę kąpieli we wzburzonym oceanie (próbę, więcej wiedzieć nie musicie, cieszyć się należy, że wróciłam!) i spróbowałam tradycyjnego ciasta oraz wina. Z przyjemnością wybiorę się jeszcze kiedyś, jeśli będzie mi dane, na tą wyspę. Zaliczam ten tygodniowy pobyt do naprawdę udanych i jeżeli będziecie się kiedyś wahać, gdzie się wybrać na wakacje, polecam Maderę.

1 listopada 2014

Podsumowanie października

Ogłoszenie parafialne:
ZMIANA NAGŁÓWKA I ADRESU BLOGA. Koniec z Dzieckiem mroku, choć pewnie większość już do tej nazwy się przyzwyczaiła. Teraz, wbrew wszelkim przesłankom płynącym z otoczenia, jestem POCZYTAlna umysłowo. Mam nadzieję, że ta zmiana nie wpłynie na popularność mojego bloga, o co będę walczyć.

Żeby nie rozwodzić się za bardzo nad marną aurą i idealnymi warunkami do czytania od razu przejdę do statystyk z października. Oj, kusi, żeby zapisać nazwę miesiąca zamieniając pierwsze "a" na "i"...

W październiku przeczytałam:
1. Wampiry z Morganville 11: Światło dnia (Rachel Caine)
2. Wróżbiarze (Libba Bray)
3. Naznaczeni błękitem (Ewa Białołęcka)
4. Anno Dracula (Kim Newman)

Najlepszą książką była recenzowana w poście wcześniej Anno Dracula, za to najsłabszą lekturą okazali się Naznaczeni błękitem Ewy Białołęckiej.



Książek do biblioteki przybyło... trzy, ale "do przodu" nie jestem, tylko bilans wychodzi na zero, bo Wróżbiarze byli czytani "dodatkowo", nie jest to książka, która dołączyła do mojej biblioteki fizycznie.

Postów w październiku było aż 10. Recenzji pojawiło się 5, bo miałam tradycyjne spóźnienie z jedną opinią z miesiąca wcześniejszego. Obserwatorów przybyło ośmiu i jest Was już 178.

W wyzwaniach tradycyjnie powalczyłam i wygląda to następująco:

Fantastyczna Polska: 1
Z pół 2014: 1
Grunt, to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 104 cm + 11,2 cm = 115, 2 cm

W listopadzie mam zamiar zdobyć resztę książek, których zakup planuję, czyli miedzy innymi trzeci tom Chłopców, oraz ostatni tom Darów anioła. Może skuszę się na zakup Cobena i skończę Trylogię czasu. Plany na przedostatni miesiąc tego roku mam intensywne. Najgorsze jest to, że moja uczelnia względem studentów drugiego roku też...

31 października 2014

Anno Dracula


Gdy padnie hasło "książka o wampirach" niestety pierwszym z nasuwających się skojarzeń jest świecący Edward i tęskniąca za chrzęstem żwiru pod stopami Bella. Na szczęście książki sprzed ery tetralogii pani Meyer traktują o prawdziwych wampirach - bezwzględnych, krwiożerczych i nie wychodzących na słońce w obawie przed spaleniem.

Pan Newman osadził akcję swojej książki w epoce wiktoriańskiej, co zachęcało lektury. Kolejnym aspektem przemawiającym za sięgnięcie po Anno Dracula był wątek Kuby Rozpruwacza grasującego w Whitchapel. Gdy zabrałam się za lekturę już po kilku pierwszych rozdziałach "wgryzania" (ale mi wyszła gra słów...) się w książkę dosłownie w niej przepadłam.

Oprócz dwóch wielce interesujących kwestii poruszonych wyżej należy jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że w Londynie do władzy doszły wampiry. Stało się tak za sprawą tego, że Wiktoria poślubiła hrabiego Draculę. Przez całą książkę wątek ten przewija się gdzieś we wzmiankach po to, żeby skupić się na nim w ostatnim rozdziale. Zanim nie dotarłam do tego ostatniego rozdziału sądziłam, że autor potraktował ten aspekt trochę zbyt oględnie, Jednak fragmenty z ostatnich stron wynagrodziły mi poprzednie braki. To, co zaserwował czytelnikowi Kim Newmann zwyczajnie szokuje.

Każda potęga opiera się na zdolności do zabijania; dlatego środki służąe temu celowi musza być dostępne, choćby tylko dla wybranych.

W Anno Dracula właściwie nie ma głównego bohatera. Obserwujemy wątki związane z kilkoma postaciami, które silniej, lub słabiej łączą się z działalnością Kuby Rozpruwacza. Obserwujemy też śledztwo prowadzone przez Scotland Yard, przy okazji czego przewija się nazwisko Lastrade. Znamy? Jak nie znamy to podpowiem, że z Sherlocka. Apropos nazwisk, w Anno Dracula pojawiają się wzmianki o takich sławach jak Hyde, Stoker czy Wilde. Holmes też jest, ale jednorazowo. Niby nic, a jednak pojawia się nieśmiały uśmiech pod nosem i myśl "Ja go znam!". 

Pojawiły się w powieści pewne mankamenty, a mianowicie ilość bohaterów. Biorąc pod uwagę fakt, że przeczytałam Grę o tron, należałoby się dziwić moim problemom. Niestety, z niektórymi postaciami miałam problemy natury "wampir to, czy człowiek... nie pamiętam", a nie zawsze można było wywnioskować z narracji o statusie danego jegomościa. Do tego jeszcze okładka. Ostatnio przestałam zwracać w swoich opiniach na grafikę, ale sytuacja tego wymaga. Przez długi czas nie chciałam sięgać po Anno Dracula właśnie ze względu na okładkę. Odstrasza, jest wręcz paskudna i aż wahałam się, czy w ogóle umieszczać ją w recenzji...

Styl pana Newmana jest bardzo dobry. Nie posługuje się on prostym językiem, używa różnorodnego słownictwa. Żartuje, bawi się językiem. Pisze obrazowo, czasem aż zanadto. Umieszcza w swojej powieści obrazy drastyczne, które mnie zszokowały, jak chociażby postać Draculi, czy scena picia krwi z niemowlęcia. Nie szczędzi nam licznych fragmentów z krwiopijcami w roli głównej. Po raz pierwszy chyba mogłam doświadczyć czytania opisu sceny przemiany w wampira i to z uwzględnieniem wszystkich aspektów, nawet tych mniej przyjemnych.

[...] życie jest monetą, której nie wydaje się lekko.

Kreacja wampirów w powieści Newmana to klasyczny obraz tych bestii. I pewnie dzięki temu właśnie, pomimo powszechnego przesycenia tematyką, czytałam książkę z ogromnym zainteresowaniem. Dodajmy do tego fragmenty dziennika Kuby Rozpruwacza i bardzo sugestywne opisy jego zbrodni, stojące u władzy wampiry i mamy przepis na bardzo dobry kryminał z elementami horroru. Dla fanów wątków miłosnych też coś się znajdzie, co więcej, to kobieta będzie w tym związku krwiopijcą, a nie facet.

Lekturę Anno Dracula uważam za bardzo udaną, Zatęskniłam za klasycznym obrazem wampira i powieściami z gatunku horroru, więc pewnie niebawem znów sięgnę po coś z tej kategorii. Zainteresowałam się bardziej Draculą. Zatęskniłam znów, już po zakończeniu książki za wiktoriańską Anglią. I dzięki tej książce nabrałam apetytu na inne tytuły, mniej lub bardziej powiązane tematycznie z Anno Dracula, Więc radzę nie zrażać się paskudną okładką i brać się za książkę!

Moja ocena: 8/10

Autor: Kim Newman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 306
Rok wydania: 1992 (oryginał), 1998 (w Polsce)

Przeczytane do wywań:
Z półki 2014
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2 cm).

Cytaty pochodzą z książki.

30 października 2014

Stosik październikowy

Jesień już nadeszła i nawet śmiem twierdzić, że osiągnęła zaawansowane stadium. Ale październik to miesiąc, w którym się urodziłam. Mam więc, pomimo nie do końca sprzyjającej aury powody do radości. W poniższym stosiku są dwa prezenty urodzinowe, które otrzymałam od bliskich.


Upominki te znajdują się na szczycie i u podstawy. Mowa o Przewodniku po świecie Narnii oraz pierwszej części trzeciego tomu Pieśni lodu i ognia. Pierwszą książkę otrzymałam od przyjaciółki, a drugą od dziadków. Z obu ogromnie się cieszę, ale jakże mogło być inaczej, skoro sama "zamawiałam"? Pozostałe dwie książki to zakup własny. Mam tu na myśli Starcie królów, które nabyłam jeszcze we wrześniu (za pół ceny rynkowej, egzemplarz używany), ale zapomniałam umieścić w stosie z poprzedniego miesiąca. Martin czeka jednak w kolejce, bo aktualnie czytam Dwie wieże Tolkiena i to one pochłaniają moją uwagę. Ostatni nabytek to drugi tom Błękitnego księżyca autorstwa Simona R. Greena zdobyty za bodajże dychę... Pierwsza część była  fajną, rozrywkową lekturą i z chęcią zapoznam się z dalszymi losami Ruperta. W końcu nie można przez cały czas czytać opasłych tomiszczy ambitnej fantastyki. Przesycenie epickością po pewnym czasie zaczyna męczyć...

27 października 2014

30 day song challenge - Dni 16 - 20

Muzyka towarzyszy mi na codzień, słucham bardzo różnych gatunków i zawsze interesuję się ścieżkami dźwiękowymi do filmów i seriali. W związku z tym mój mózg przesiąknięty jest różnego rodzaju melodiami, tekstami i fragmentami utworów, a co za tym idzie, z kolejną partią 30 day song challange nie miałam najmniejszych kłopotów.

Dzień 16
Piosenka, którą kochałam, a teraz nienawidzę.
Wcześniej wspomniane Kwiaty - Farben Lehre. Trochę marne skojarzenia mam z tą piosenką niestety i jeszcze długo pozostanie mi do niej uraz.

Dzień 17
Piosenka, którą często słyszę w radio
Szczerze powiedziwszy rzadko słucham radia, bo nie odczuwam takiej potrzeby, ale pierwszym co mi się na myśl nasuwa i co by pasowało do tematyki z dnia 17 jest Sia - Chandelier.

oczywiście z internetów...
Dzień 18
Piosenka, o której usłyszeniu w radio marzysz
I tu się pojawia problem ideologiczny. Bo punk to muzyka niekomercyjna i zazwyczaj nie grana na popularnych stacjach radiowych. Dlatego, gdybym usłyszała z odbiornika Ratuj swoją duszę - Dezertera, miałabym mieszane uczucia.

Dzień 19
Piosenka z twojego ulubionego albumu
Tu się przyznam, że jednym z moich ulubionych albumów, jaki przyszedł mi na myśl w pierwsze chwili był krążek System of a down - Toxcity. Darzę wielką sympatią utwór pod tytułem ATWA tegoż zespołu...

Dzień 20
Piosenka, której słuchasz, kiedy jesteś zły.
Och, jakże uroczo, mogę sobie w pamięci przejrzeć listę utworów "Na wkurw" i coś wybrać... Powracamy w punkowe klimaty. Idealne wręcz na bardzo zły nastrój jest Bomba - Rewizji, chociaż ostatnio zorientowałam się, że coraz częściej uciekam od rzeczywistości wracając do początków mojego zamiłowania do twórczości Linkin Park.