29 listopada 2015

Muzycznie w ostatnich tygodniach...

Jest tragicznie. Katuję zespoły, które znam od dawna i których utworów słuchałam już setki razy. I nawet, jeśli są w dalszym ciągu świetne i bezkonkurencyjne, to tak przerobione, że nawet ich nie włączam, po raz setny na telefonie w drodze na uczelnię. Szukam czegoś nowego, szukam czegoś, do czego nie byłam przekonana, ale mi się spodobało raz i zgrałam na telefon. Ale ogólnie, to jest słabo, więc zwracam się z prośbą o PODRZUCENIE MI FAJNYCH WYKONAWCÓW. Nie ma co zwracać uwagi na gatunek, serio. Tylko nie disco polo. I techno.

A czego słucham jak nie słucham tych do "porzygu" już przesłuchanych utworów z repertuaru ukochanych zespołów?

1. Electric Lives - Go go Berlin
Energiczne i motywujące. Wpadło mi w ucho, bo kilka razy poleciało w open.fm-ie i jakoś tak zakotwiczyło się mi w mózgu.


2. Polly - Nirvana
Powrót do korzeni. Początki słuchania muzyki trochę innej niż radiowa. Między innymi trafiłam wtedy na Nirvanę, ale nie zostałam z nią na długo. No i teraz się z nią przepraszam, a Polly jest już na moim telefonie.


3. Wrong side of heaven - Five Finger Death Punch
Zabawna sprawa z tym zespołem, bo od dawna przewija mi się gdzieś w tle, kojarzę wokal i ogólnie jestem w stanie rozpoznać, że wykonawcą jest ta właśnie ekipa... Ale nie słucham! Podoba mi się, ale nie poszukam więcej ich utworów, po co sobie życie ułatwiać? Wiedziałam jednak, że w końcu coś się zmieni, że niebawem się nim bardziej się zainteresuję. I jest.


4. November - Azure Ray
Takie smęty do posłuchania przy kawie i pod kocykiem. Rzadkie zjawisko z moim przypadku, ale czasem jestem w nastroju na takie kołysanki. A i tytuł utworu pasuje...


5. Cinnamon Girl - Type o Negative
Tytuł wszystko wyjaśnia. Na dłużej bym się znudziła tym zespołem, ale akurat ten utwór mi się podoba. Dosyć specyficzna muzyka, tekst trochę nie do końca logiczny, ale jest cynamon, jest dobrze. Sam link, bo na yt filmu nie chce mi znaleźć.

https://www.youtube.com/watch?v=BO9aD4mzSE8

26 listopada 2015

Błękitnokrwista wampirzyca

 Ten moment, chwila pożegnania z Sabiną i jej ekipą przyszła dużo szybciej, niż się spodziewałam. W zasadzie jest to zasługą pomysłu na pokończenie kilku serii przed końcem roku i zachęt ze strony przyjaciółki, która kazała mi czytać, bo nie miała z kim pogadać. No i co? Ostatni tom wampirzej Mody na sukces za mną.

Jak to bywa w finalnych częściach serii, stajemy wraz bohaterami w obliczu ostatecznego starcia z wielkim złym budzącym strach kimś. Nie napiszę dokładnie, kim jest ten wielki zły, bo nie chcę spoilerować, a ćwiczę sztukę pisania recenzji kolejnych tomów bez ujawniania ważnych szczegółów. Tak więc Pan X dalej zwany będzie Wielkim Złym.

Skoro zapowiada się na ostateczne starcie, oczekiwać należałoby sporej dawki momentów w których któraś ze stron znajdowałaby się na krawędzi upadku. Niestety, w Błękitnokrwistej wampirzycy taki fragmentów jest nie wiele. Śmiem twierdzić, że w porównaniu z częścią czwartą ta wypada nieco blado. W Złotoustej diablicy problemy mnożyły się jak... co się tak mnoży? Króliki? Chomiki? Szczury? W każdym razie tarapatów z każdym rozdziałem było coraz więcej i czytało się z większym zaciekawieniem. A w przypadku części piątej bohaterowie przenoszą się do Rzymu i tam zbierają siły przed walką rozstrzygającą z Wielkim Złym. Ale sam Wielki Zły za często się nie pojawia i uważam, że postać ta została zdecydowanie za słabo wyeksponowana.

Pomimo tego, że uważam, że nie była to najlepsza z cyklu o Sabinie, jestem w stanie wskazać pewne zalety Błękitnokrwistej wampirzycy. Pojawia się sporo bohaterów, których wcześniej nie znaliśmy i dowiadujemy się więcej o rodzinie głównej bohaterki. Co więcej, swoje pięć minut mają również postaci z poprzednich tomów, których wątki zostały wcześniej w zasadzie zamknięte. Sam finał jest wystarczająco dobrze napisany, żeby czytelnika zadowolić. Nie chcę konkretnie pisać, co się wydarzyło, ale kolejne etapy dochodzenia do celu przez Sabinę czyta się z sporym zaciekawieniem. To, do czego na początku się czepiałam, zostało wybaczone, bo na pozór błaha motywacja Wielkiego Złego okazuje się mieć poważniejsze niż mogłoby się wydawać konsekwencje. 

Pod kątem bohaterów - Sabina nadal pozostaje w moich łaskach. Widać przemianę, jaka w niej zaszła i nawet nie chodzi o to, co się konkretnie na sam koniec dzieje. Autorka powtarza informacje z tomów poprzednich i dla kogoś, kto ni cholery ich nie pamięta to świetne ułatwienie. Swoją drogą mam ochotę jeszcze raz sięgnąć po Rudowłosą i Maga w czerni, żeby przypomnieć sobie co wtedy z bohaterami się konkretnie działo. Adam nadal pozostaje najbardziej bezpłciowym rzekomo męskim bohaterem w całej serii. Nigdy nie przypadł mi specjalnie do gustu i tak samo jest tym razem. Nawet nie chodzi już o to, że przestałam zadurzać się w postaciach z książki - bo jak ktoś jest fajny, to na pewno to zauważę. Niestety. Adam nie jest fajny. Całą zajebistość natomiast zgarnął Gighul i nawet jeżeli finał jego wątku nie do końca mi się spodobał, to i tak uwielbiałam czytać fragmenty o demonie intrygi. Przy okazji Gighul zasługuje na nagrodę dla zdecydowanie najlepszego z najlepszych przyjaciół głównych bohaterów.

Co do wspominanego już nie raz przy okazji książek Jaye Wells języka - w tym tomie trochę się poprawił. Nie wiem czyja to zasługa, ale pochwała się należy. Za to samej autorce niestety muszę przyznać niechlubną statuetkę za najgorsze sceny erotyczne. Nie wychodzi jej to kompletnie i są to fragmenty w żadnym wypadku nie budzące sympatii. Nie jest tak, że człowiek jest się w stanie załamać przy czytaniu, ale kilka plasknięć dłonią w czoło miejsce jednak miało.

Wielkiego, spektakularnego końca nie było, ale książka nie wypada źle. Jako historia rozrywkowa, czasoumilacz nadaje się wręcz idealnie. Czyta się naprawdę szybko - niespełna pięciuset stron nawet nie poczułam. Poza tym jeżeli idzie o serie o wampirach, ta jak na powieść rozrywkową jest naprawdę należycie dopracowana i oryginalna.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Jaye Wells
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 496
Rok wydania: 2012 (oryginał), 2014 (w Polsce)

Cykl o Sabinie Kane:
1. Rudowłosa
2. Mag w czerni
3. Zielonooki demon < recenzja
4. Złotousta diablica < recenzja
5. Błękitnokrwista wampirzyca

Najlepsza część cyklu: Złotousta diablica
Najsłabsza część cyklu: Zielonooki demon
Najlepsza okładka: Mag w czerni
Najsłabdza okładka: Zielonooki demon

23 listopada 2015

Stos z listopada


Co prawda do końca miesiąca został jeszcze tydzień, ale specjalnie mnie to nie obchodzi. Być może wstawienie stosu teraz sprawi, że nie kupię nic już aż do grudnia, co byłoby jak najbardziej pożądanym zjawiskiem. Poza tym na razie nie mam głowy do innych postów, więc dla odmiany wrzucę zdobycze z mijającego miesiąca nie wraz z jego podsumowaniem...


Jakoś słaba, bo mój telefon tak dla odmiany ześwirował. Ale widać nie najgorzej... Od dołu:

1. Chłopcy 4: Największa z przygód (Jakub Ćwiek) - od dawna już nie zdobyłam książki w dniu jej premiery i nie zaczęłam jej czytać również w tym samym dniu. Udało się to z ostatnim tomem przygód Zagubionych chłopców w wersji alternatywnej...

2. Posłaniec strachu (Michael Grant) - wiem, że to młodzieżówka. Ale jestem bardzo zadowolona z innych książek tego autora i bardzo dobrze go wspominam. Więc jakże mogłabym odpuścić sobie nową jego książkę? Szkoda tylko, że jej pojawienie przeszło bez żadnego echa. Zabrałam się już do czytania, ale na razie jeszcze ogarniam inne tytuły.

3. Plugawy spisek (Maxime Chattam) - A tutaj przechodzimy do części z nabytkami z Śląskich Targów Książki, na których pojawiłam się 7 listopada w Katowicach. Więcej szczegółów będzie przy okazji podsumowania miesiąca, bo osobnej relacji nie planuję, ale podobnie jak w zeszłym roku tak i w tym przywiozłam ze sobą powieść Chattama. Jeszcze kilka lat i mam szansę w ten sposób skompletować całość jego dorobku... A że intryga w Plugawym spisku swoimi korzeniami sięga kopalni w Wieliczce... Może być ciekawie, nie uważasz, Kamil?

4. Dopóki nie zgasną gwiazdy (Piotr Patykiweicz) - jedyny plan zakupowy, jaki miałam jadąc do Katowic. Bardzo chwalona pozycja, do tego polski autor. A, że zaczął się okres zimowy (od soboty widziałam śnieg już trzy razy i nawet zostałam nim przyprószona) nastała idealna atmosfera do lektury ;)

5. Santa Olivia (Jacqueline Carey) - prezent urodziny od Ivy z Bluszczowych recenzji :) Jedyna książka, jaką dostałam obchodząc kolejna jesień mojego życia. I do tego Carey! Kocham jej styl, tęsknię za serią o Kuszielu i na pocieszenie poczytam sobie Santa Olivię. I zapoluję na ostatniego Kusziela...

6. Koniec punku w Helsinkach (Jaroslav Rudiš) - coś z gatunku rzadko goszczącego na tym blogu. Ale z moim punkowym skrzywieniem muzycznym nie mogłam przejść obojętnie obok tego tytułu. Wypatrzyłam go na necie już sporo czasu temu, ale nigdzie w księgarniach książki tej nie widziałam. I oto jest, cudowna pamiątka-perełka z Targów.

To by było na tyle. Znów dużo książek. Znów się nie wyrobię z czytaniem. Znów trzeba będzie układać w poziomie, na stojących książkach, bo tu gdzie jestem, mam bardzo ograniczoną przestrzeń na swoje rzeczy. Znów trudne decyzje przy wyborze kolejnej lektury... Chociaż z tym ostatnim nei jest na razie źle, bo rozpoczęłam kampanię na rzecz ukończenie do Sylwka kilku serii. Daję radę!

16 listopada 2015

Złotousta diablica

Od krwiopijców się zaczęło i do nich pozostanie mi sentyment na zawsze. Nawet, jeśli przeplatany okresową niechęcią, to jednak zostanie. I nawet wtedy, gdy przez długi czas po nic o podobnej tematyce nie sięgnę. Trzeci tom o Sabinie Kane, pół wampirzycy, pół nekromantce trochę mnie rozczarował i nie miałam ochoty sięgać szybko po kolejną część. Chęć na skończenie serii była jednak silniejsza i po raz pierwszy w swojej karierze czytelniczej jestem w stanie przymknąć oko na słaby język książki i z wirtualnym kubełkiem popcornu śledzić dalsze losy bohaterów serii.

Chciałabym po raz kolejny nie pisać o kłopotach głównego bohatera przy okazji recenzji książki z gatunku urban fantasy, ale się nie da. To trochę jak taka wampirza Moda na sukces. Niby odmóżdża, niby nie wymaga, ale jednak człowieka pochłania. Zatem, żeby nie zdradzać za wiele z fabuły tomu czwartego napiszę tylko jakiego charakteru kłopoty znalazły Sabinę - a mianowicie charakteru kryminalnego, politycznego i rodzinnego. A wszystko po równi pochyłej zmierza w kierunku wielkiej katastrofy.

Nic nie pamiętałam z tomu trzeciego. Na prawdę. Czytałam go w wakacje zeszłego roku i praktycznie nic mi w głowie z tamtej części nie zostało. Może dlatego, że tak bardzo mi nie przypadła do gustu. Może pędziłam przez lekturę - nie pamiętam. Bohaterów pobocznych z Zielonookiego demona czy też konkretnych wyrwanych z kontekstu scen nie przypomnę sobie za cholerę. Na szczęście autorka za pomocą narratorki, Sabiny Kane przypomina co ważniejsze fragmenty nie tylko z części trzeciej, ale i z wcześniejszych tomów. Brawo. Dzięki temu wydarzenia, których jesteśmy świadkiem tworzą spójną całość i łączą się z początkami historii, których też nie pamiętam, bo czytałam to zanim założyłam tego bloga. Tak. Dawno.

Walcząc z dziką amnezją wypłynęłam na głęboką wodę i zabrałam się do czytania szybko przemykając przez kolejne rozdziały, Język irytował, ale nauczyłam się przymykać na niego oko. Swoją drogą marzy mi się dorwać gdzieś oryginały i sprawdzić, czy autorka faktycznie użyła tak dziwnych form niektórych słów ("uładzić"... albo "ostrzacko" - tego drugiego brak w internetowych słownikach!), czy to wymysł naszego tłumacza, który stwierdził, że mało znane wyrazy dodadzą oryginalności. Od czasu do czasu się krzywiłam, ale w drugiej połowie książki najpewniej przywykłam do dziwnych sformułowań i już nie raził mnie język tak, jak na początku.

[...] powiedziała mi, żebym zaufała przeznaczeniu. Ale jak miałam to uczynić? W moim pojęciu los był mordercą. Niszczycielem nadziei. Cholerną kosmiczną zabawą moim kosztem. 

Co do wydarzeń z tego tomu - momentami były zbyt przewidywalne, ale to taka typowa zagrywka w stylu urban fatasy, Wojny między rasami, poboczne wątki miłosne i tajemnice raz demony przeszłości. Lubię takie klimaty, nawet bardzo. Jako literatura niewymagająca, nawet momentami babska nadaje się świetnie dla kogoś, kto na myśl o lekturze obyczajówki zaczyna zawzięcie ziewać. Przyznam, że pomimo tych niewymagających treści czytało mi się bardzo dobrze, nie nudziłam się i szybko przelatywałam przez kolejne rozdziały. Wątki związane z mieszanym pochodzeniem czy podróże w inne wymiary to całkiem przyjemne wstawki do ogółu. Początek Złotoustej diablicy (Silver-Tongued Devil, brawa dla tego, kto przekładał tytuł) to kryminalna zagrywka, której wątek urywa się tworząc klasyczny błąd gatunku. Nie jest to kryminał, a więc śledztwo nie jest głównym torem, którym poprowadzono akcję, ale... działania bohaterów zmierzające do odkrycia tożsamości mordercy na spory czas zostają zawieszone. W zasadzie jest to w pewien sposób umotywowane, ale i tak trochę drażni.

Bohaterowie? Sabina nadal z charakterkiem, który jednak staje w szranki z demonami przeszłości. Z mroczną historią Sabiny w roli zamachowczyni. Podoba mi się, że pomimo tego, że to bohaterka silna i lubiąca bójki, a nawet nazbyt często się do nich rwąca Sabina pozostaje "magopierzycą" ze słabościami. Troskami. Wątpliwościami. Nie jest ideałem, któremu nikt nie podskoczy, a jeśli spróbuje, to zostanie zgaszony ciętą odzywką. Tym też, ale nie bez udziału pięści i kłów.

Gighul towarzyszy bohaterce z humorem (jedna z najlepszych komicznych postaci, jakie znam), a Adam... No właśnie. Nie umiem się do maga ustosunkować, ale na pewno wiele mu brakuje do ideału. Natomiast bohaterowie poboczni, czyli Mac, Pussy Willow i Maisie wypadają naprawdę nieźle. Po raz kolejny Slade skradł moje serce, chociaż nie wiem czy nie łączę go z jego imiennikiem z Arrowa. W każdym razie i tak jego losy nie pozostawały mi obojętne w tej części. Samo zakończenie Złotoustej diablicy mnie zszokowało i przez jakiś czas po zamknięciu książki pozostawałam i chyba nadal pozostaję w szoku. Poleciały łzy, pojawiła się pośmiertna sympatia do jednego z bohaterów... Nawet nie wiem, czy już od razu chcę brać się za tom ostatni, czy sobie odłożę go na grudzień, w którym to mam zamiar zabrać się za kończenie serii.

Choć zdecydowanie nie idealna, przedostatnia część serii o Sabinie Kane mnie porwała. To chyba jest sposób na zastój czytelniczy - sięgnąć po dobrze znaną serię. Przywitać się znów z bohaterami sprzed lat. Spróbować sobie przypomnieć, co było  kiedyś pożądanymi literackimi zagrywkami. A może chodzi o moją słabość do urban fantasy?

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Jaye Wells
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 440
Rok wydania: 2012 (oryginał i w Polsce)

Seria o Sabinie Kane:
1. Rudowłosa
2. Mag w czerni
3. Zielonooki demon < recenzja
4. Złotousta diablica
5. Błękitnokrwista wampirzyca

11 listopada 2015

Chłopcy 4: Największa z przygód


Dorastamy wszyscy, bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy zatrzymać czas i każde kolejne popołudnie spędzać na trzepaku czy też w piaskownicy. Przynajmniej tak było za czasów mojego dzieciństwa, kiedy to ganiałam po podwórku i radziłam sobie doskonale bez komputera i telefonu komórkowego. Z tym beztroskim okresem może i nie było się ciężko pożegnać, gdy stawałam się coraz większa i bardziej samodzielna oraz niezależna, ale... Ale teraz powtarzam to samo, co słyszałam kiedyś od rodziców, że dobrze byłoby wrócić do czasów dzieciństwa. Temat dorastania stał się głównym motywem w serii Jakuba Ćwieka, która traktuje o przygodach co prawda wiekowo dojrzałych, ale nadal... Chłopców.

Zagubieni Chłopcy, naprawdę zagubieni. Dzwoneczek, która jako jedyna babka musi ogarnąć cały bałagan, jakiego narobił Cień. I Piotruś Pan mierzący się ze swoimi lękami przywdziewając maskę beztroskiego wiecznie młodego chłopca. 

Jesteś niewinny, dopóki nie poznasz poczucia winy.


Jakub Ćwiek stworzył serię zbiorów opowiadań zapożyczając bohaterów z książki Barriego. Zagubieni Chłopcy radzić sobie muszą w realnym świecie i z pomocą Dzwoneczka, której jako jedynej zależy na ich dobru. Dawny kompan do wygłupów, Piotruś Pan dąży do odzyskania swoich kompanów do zabawy, ale niekoniecznie musi to dla Milczka, Kędziora, Kruszyny i Stalówki oznaczać beztroskiej przyszłości spędzonej na wszelkiego rodzaju wybrykach.



Zabierając się do lektury ostatniej części jakiegokolwiek cyklu lubię cofać się wspomnieniami do chwili, kiedy sięgnęłam po część pierwszą. Zwykle jest to odstęp dwóch, trzech lat, na przestrzeni których i ja się zmieniłam i po prostu wspominam co było wtedy - na początku historii i w tym konkretnym momencie mojego własnego życia. Co ciekawe, w przypadku Chłopców fala sentymentu mnie nie zalała. Gdzieś tam ukradkiem wspomniałam sobie zakończenie liceum, ale nic wielkiego. Może po prostu dlatego, że świat stworzony przez autora to nie uniwersum, w które można wsiąknąć i którym się żyje... To coś bardziej przyziemnego, z czym można się chwilę, że się tak wyrażę, po zabawiać, a później zatrzasnąć za sobą drzwi i pędzić w stronę innej historii.

Przywykłeś do przygód o ustalonych zasadach, bo takie są dziecięce reguły. Ale to już jest nie zabawa dla dzieci. Śmierć, największa z przygód, ma tabliczkę "Tylko dla dorosłych".


Okładka zapowiada epickie zakończenie. Błąd. Że wszystko zmierza do finału wiadomo, ale w kontekście całej serii nie powiedziałabym, że cokolwiek jest w niej epickiego. Mówię całkiem poważnie, a z drugiej strony podkreślając, że nie jest to wada. Może moja własna definicja "epickości" nie zakłada bandy wyrośniętych motocyklistów, którzy intensywnie przeklinają od czasu do czasu pojawiają się w Skrócie, żeby zdążyć tu i ówdzie. Może jedynym elementem epickim dla mnie były koszulki z rozbrajającymi napisami i niektóre dialogi, ale całokształt zdecydowanie taki się nie okazał.

Trochę błądzę w tej recenzji, bo w zasadzie ciężko mi się do tej części jak i całej serii ustosunkować. To taka bajka dla dorosłych, oj, zdecydowanie dla dorosłych, bo mnóstwo w niej wulgaryzmów, żartów o charakterze erotycznym i często niemoralnych zagrywek. Śmiem wysunąć teorię o tym, że może niepotrzebnie szukam w tej książce jakiegoś nad wyraz głębokiego przekazu, bo go nie ma. To po prostu przygody, trochę wspomnień z lepszych czasów i próba walki z tym, co jest teraz. Jest kilka momentów wywołujących wzruszenie, ale dużo więcej tych, w których wybuchałam śmiechem czytając nietuzinkowe dialogi i cięte riposty. Nie należę do osób delikatnych i wszelkiego rodzaju może nawet niesmaczne porównania nie sprawiły, że przestałam do książki pałać sympatią. Jeżeli do czegoś miałabym się przyczepić, a zawsze sobie coś znajdę to to, że trochę za rzadko zostają powtórzone informacje z poprzednich tomów. Biorąc pod uwagę to, że książki wychodziły w rocznych odstępach i niektórzy (Ja na przykład) czytali je prawie na bieżąco, mógłby się taki zabieg okazać korzystnym.

Zakończenie pozostawiło uczucie lekkiego rozczarowania, bo to wszystko kończy się trochę za szybko i trochę... w pewnym sensie dostajemy informacje z drugiej ręki. Co więcej odnoszę wrażenie, że te cztery tomy nie stanowią ciągłości i koncepcja na całą historię wykrystalizowała się dopiero w części drugiej. Ale może to być spowodowane faktem, że słabo część pierwszą pamiętam. W każdym razie całość oceniam jako dobrą serię od której nie można oczekiwać zbyt wiele, bo w końcu traktuje o dużych chłopcach, a więc na pierwszym planie będzie beztroska z przebijającymi się od czasu do czasu elementami powagi.

Traktowałabym też tę książkę jako zbiór opowiadań przygodowych z elementami fantasy, bo naprawdę tych fragmentów nie ma za wiele. Klasycznego fantasy też ciężko się dopatrzyć, dlatego głównie w książkach Ćwieka, jak mniemam, chodzi o dobrą zabawę i niezły rozpieprz ;)

Moja ocena: 7/10

Cykl Chłopcy:
1. Chłopcy < recenzja
2. Chłopcy 2: Bangarang! < recenzja
3. Chłopcy 3: Zguba < recenzja
4. Chłopcy 4: Największa z przygód

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2015

Najlepsza część serii: Chłopcy 2: Bangarang!
Najsłabsza część serii: Chłopcy 4: Największa z przygód
Najlepsza okładka serii: Chłopcy
Najsłabsza okładka serii: Chłopcy 2: Bangarang!

9 listopada 2015

Planeta małp

Gdy na myśl przychodzą nam podróże kosmiczne, odkrywanie nowych planet i spotykanie obcych ras zamieszkujących kosmos zazwyczaj spodziewamy się zetknięcia z czymś zupełnie nam nieznanym. Nawet w życiu codziennym, chcąc określić coś mianem niebywałego używamy czasem pojęcia "kosmiczny" albo "kosmos". A co się stanie, jeżeli po wyruszeniu w eskapadę po wszechświecie napotkani tam obcy okażą się... zupełnie dobrze znanymi "z ziemi" obcymi?

W takiej sytuacji znalazł się Ulisses Merou, który podczas swojej wyprawy kosmicznej, w towarzystwie asystenta i profesora trafia na planetę Soror. Ze zdziwieniem orientuje się, że w miejscu tym ludzie zachowują się jak zwierzęta, natomiast w roli gatunku, który osiągnął najwyższy szczebel rozwoju ewolucyjnego występują małpy. Nasz bohater szybko dostaje się do niewoli i zdany na łaskę naczelnych musi walczyć o przetrwanie.

Podobają mi się książki, w których na pozór prosty pomysł staje się niekonwencjonalnym rozwiązaniem. Taki zabieg zastosował francuski autor i bez kombinowania z wymyślaniem nowych, dziwnych pokracznych ras stworzył obraz bardzo przekonujący i niosący ze sobą przesłanie. Oczywiście nie ujmując nic dobrze rozbudowanym i szczegółowo opisanym światom podkreślić tutaj chciałam bardzo przekonującą fabułę zamykającą się w jednej części i to bardzo krótkiej.

Kreacja głównego bohatera na pewno zasługuje na uwagę z racji tego, że jest on człowiekiem uczonym. Obserwuje otocznie, odnotowuje ważne szczegóły, zauważa zależności i wyprowadza odpowiednie wnioski. Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie zachowanie Ulissesa zbudziło we mnie pewne wątpliwości natury moralnej, w kwestii niezachwianej lojalności wobec swoich... Nie było za wiele czasu w czasie lektury na to, aby szczegółowo rozpatrywać jego zachowanie, ale na szczęście udało mi się konkretnie do bohatera ustosunkować. Działania badacza były bardzo konkretne i poparte odpowiednim tokiem myślowym, dzięki czemu przez cały czas dało się odczuć, że czytelnik ma do czynienia z naukowcem.

Inni bohaterowie, tacy jak Zira, Cornelius i pozostali przedstawiciele małpiej cywilizacji mogliby zostać nieco lepiej wykreowani, ale zrzucam to na karb wspomnianej przed chwilą narracji pierwszoosobowej. Świat poznajemy z punktu widzenia Ulissesa i niestety nie nadarza się okazja na wgląd w psychikę naczelnych. Jedynie Zira, która od pewnego momentu wysuwa się na pierwszy plan w toczącej się akcji zostaje wystarczająco wyraziście wykreowana, ale nie pogardziłabym wglądem w jej rozważania.

Styl pisania autora nie budzi sprzeciwów, jest całkiem przystępny, choć nie należy do prostych i momentami wymaga odrobiny koncentracji. Zakończenie wywiera ogromne wrażenie, przynajmniej w moim przypadku tak się stało, bo... no, powiedzmy, że zostawia efekt szczęki w parterze. Jest to coś naprawdę zaskakującego i budzącego pytania o dalszy rozwój akcji, którego oczywiście nie będzie nikomu dane odkryć. Ale Planeta małp to książka, którą pewnie zapamiętam na dłuższy czas i może nawet do niej kiedyś wrócę.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Pierre Boulle
Wydawnictwo: Dingo
Ilość stron: 162
Rok wydania: 1963 (oryginał), 1992 (w Polsce)

PS: Czytałam wersję z inną okładką, ale nie ma jej nigdzie w dobrej jakości.

4 listopada 2015

Słynni pisarze, których twórczość nadal przede mną...


Dzisiaj przychodzę z postem zawierającym kilka nazwisk, które znane są chyba wszystkim, którzy mają się za pasjonatów literatury. Nawet, jeżeli twórczości tych osób jeszcze nie znam, to wiele się o nich nasłuchałam i nawet momentami mi wstyd, że jeszcze nic spod ich pióra nie przeczytałam.

Jarosław Grzędowicz


Czyli jeden ze słynniejszych polskich twórców fantastyki. Co więcej, jeden z najbardziej chwalonych za swoja twórczość pisarz. Polecany mi nie raz jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy ten blog nie istniał. I co? I dalej nie sięgnęłam. Pan Lodowego ogrodu czeka, nie tyle na przeczytanie, co na zakup. Koniecznie w drugiej wersji...

Sir Terry Pratchett


Choć nie znałam jego książek, bardzo zasmuciła mnie informacja o jego śmierci w marcu. Twórca, którego niesamowicie wszyscy chwalą i polecają. Mam nieuzasadnione opory przed lekturą jego książek i równocześnie poczucie, że omija mnie coś fantastycznego i nie chodzi tylko o gatunek książek w tym przypadku.

Edgar Allan Poe


Czyli przechodzimy do grozy. Jedyną styczność, jaką z nim miałam, pośrednią, to przy czytaniu jednego tomu Nevermore. Ale Wybór opowiadań należący do mojej rodzicielki i kurzący się na półce kusi...

Howard Phillis Lovecraft


Na niego apetyt zrobiono mi już w czasie zeszłorocznego Polconu, na którym uczestniczyłam w panelu poświęconemu najpierw Lovecraftowi, potem mitologii Cthulu i ogólnie to... Marzy mi się cegła Zgroza w Dunwich i wszystkie inne książki pisarza. Ponoć bardzo mroczne i ciężkie klimaty i... wrócę do tego nazwiska przy planach na przyszły rok, które też mam zamiar ujawnić w osobnym poście.

Bram Stoker


A więc klasyka! Jest o tyle dobrze, że Draculę mam na półce, w bardzo pięknym wydaniu, którym niesamowicie się jaram. Więc wcześniej czy później po niego sięgnę i dołożę wszelkich starań, żeby miało to miejsce wcześniej.

Oscar Wilde


Pisarz kontrowersyjny, z racji swojej orientacji w czasach, kiedy kontakty homoseksualne w Wielkiej Brytanii były zakazane. Autor wszędzie chwalonego Portretu Doriana Graya, z którego fragmentem miałam styczność na angielskim. I mniej więcej wiem, na czym się opiera cała historia, ale przeczytać i tak mam zamiar.

Neil Gaiman


Twórca współczesny, polecany mi już dawno, tak samo jak Grzędowicz i chyba nawet przez tą samą osobę. Szczególnie kuszą mnie te zbiory opowiadań, które dopiero co wyszły, ale i Amerykańskich bogów bardzo chciałabym przeczytać. I chyba któraś jego książka miała być na serial przerabiana, ale na ten temat się szerzej nie wypowiem.

Nie wymieniłam na pewno wszystkich wielkich nazwisk i po dłuższym zastanowieniu się pewnie rozszerzyłabym tą listę jeszcze o przynajmniej dziesięć osobistości. Ale na razie nie chcę szaleć, bo przyjemności trzeba sobie dawkować. Co ja pocznę, jak przeczytam już wszystkich wielkich i wybitnych? Chyba sama będę musiałą zostać jedną z nich.