27 grudnia 2014

Christine


Kiedy czytelnik sięga po książkę autora, którego nazwisko jest powszechnie znane i które jest marką samą w sobie ma pewne oczekiwania. Czasem jednak są one dość nieokreślone, szczególnie wtedy, gdy po dzieło tego autora sięgamy po raz pierwszy. Podobnie miałam w przypadku książki Stephena Kinga - wymagałam czegoś, ale nie byłam w stanie skonkretyzować czego.

Narratorem w pierwszej części książki jest Dennis - przyjaciel Arniego Cunnighama, który nie zalicza się do lubianych i popularnych w szkole osób. Jednak Arnie pewnego dnia wpada w sidła niebezpiecznej i opętańczej miłości - chłopak kupuje samochód, z którym po pewnym czasie łączy go relacja o charakterze obsesyjnym. Arnie się zmienia, co zauważają wszyscy w otoczeniu chłopaka. Leigh, jego ukochana, oddala się od niego, z Dennisem też Arnie nie spotyka się już tak często, jak za dawnych czasów. Rodzice chłopaka z dnia na dzień martwią się o niego coraz bardziej, a wśród wszystkich tych nietypowych zmian główną rolę odgrywa Christine - czerwono-biały plymouth z 1958 roku.

Lekturę Christine rozpoczęłam około dwóch lat temu i przerwałam na niespełna czterdziestej stronie. Postanowiłam sięgnąć ponownie po książkę i dać jej szansę, wiedząc, że powieści Kinga nie należą do książek, przy których marnuje się czas. Mając w perspektywie kilka wolnych dni przed świętami planowałam zapoznać się z jedną z książek króla literatury grozy.

Muszę przyznać, że autor całkiem nieźle dopracował Christine. Książka objętościowo liczy sobie prawie sześćset pięćdziesiąt stron, więc nie obawiałam się powierzchownej i schematycznej kreacji bohaterów. Każda z postaci występujących w powieści postaci odznacza się jakimiś charakterystycznymi przywarami. Jednych bohaterów da się z miejsca polubić, do niektórych ma się od razu antypatyczny stosunek, a na temat niektórych z kolei w trakcie lektury czytelnik zmienia zdanie. Przykładem dla ostatniego przypadku może być Dennis, który z początku nieco denerwował, bo będąc najlepszym przyjacielem Arniego nie do końca się tak zachowywał, a w dalszych częściach okazał się świetną osobowością. Nie do końca jestem w stanie wyrobić sobie zdanie na temat Leigh, bo z jednej strony została wykreowana na nietypową piękność, która stroniła od propozycji składanych jej przez uczniów z liceum, do którego chodziła, a z drugiej jednak nie zawsze zachowywała się jak na inteligentną dziewczynę przystało. Co do Arniego, teoretycznie głównego bohatera, niestety nie potrafię jednoznacznie określić się, czy go lubię. Niby niczym mi nie podpadł w czasie lektury, w dodatku na jego postaci King świetnie pokazał zgubny wpływ demonicznej Christine, a z drugiej jednak nie mam powodu dla którego mogłabym naprawdę polubić tę postać.

Sama historia związana z plymouthem do odkrywczych jednak nie należy i albo nie dość dokładnie doczytałam niektóre fragmenty albo autor wystarczająco nie uwydatnił dramatyzmu związanego z tajemnicą tego samochodu. Zagadka rozwiązuje się pomału w trakcie książki, ale moim zdaniem stanowi jedynie klimatyczny element grozy i czynnik wywołujący zmiany w Arniem. Jeżeli chodzi o to, czego możnaby oczekiwać od powieści z tego gatunku, czyli wywoływanie strachu - nie bałam się. Może nie przemawia do mnie motyw z samochodem widmo, który jeździ bez kierowcy i morduje ludzi, może fabuła była na tyle rozwleczona, że nie doszło do żadnej kumulacji uczuć, może po prostu takie powieści mnie nie ruszają? Nie wiem, ale się dowiem. Bo po Kinga na pewno jeszcze sięgnę.

To co mi się podobało, to jak już pisałam kreacja bohaterów. Oprócz tego należy się autorowi pochwała za lekkość stylu i fakt, że książka pochłania czytelnika. Nawet, jeżeli te czterysta stron to dopiero preludium do poważniejszych akcji Christine, to i tak mkniemy przez książkę w oszałamiającym tempie. Pierwszego dnia machnęłam prawie dwieście stron, a jak na moje możliwości to sporo. Bo leniwą jestem czytelniczką, to raz, a dwa, że szybko się nudzę i łatwo rozpraszam. A tutaj mamy przypadek, w którym potrafiłam się przez ponad godzinę nie odrywać od książki, kiedy to maksymalna ilość czasu, jaki mogę poświęcić książce bez przerywania to dwa, góra trzy kwadranse. Ale zwykle kończy się na dwóch.

Znowu to coś w jego oczach. Odwrócił się, szukając wzrokiem Christine - w taki sposób ludzie szukają swoich bliskich na zatłoczonym lotnisku albo na dworcu kolejowym. A narkoman tak szuka handlarza z prochami.

Jako, że narratorem jest Dennis, jak na dłoni pokazane mamy zmiany zachodzące w Arniem pod wpływem Christine. Ciekawi mnie, czy powieść byłaby ciekawsza, czy nudniejsza, gdyby narratorem był sam Cunningham. W każdym razie szaleństwo i obsesja bohatera na punkcie plymoutha jest bardzo dobrze uwidoczniona i chwilami czytelnik ma ochotę złapać chłoptasia za koszulę, dać mu w twarz i krzyknąć "Ogarnij się chłopie!".

Książka, choć nie pozbawiona wad, ogromnie mnie wciągnęła i zapewniła mi kilak dni przedniej rozrywki. Powieść jest dobrze dopracowana, choć nie wymaga silnego skupienia i ciągłego myślenia od czytelnika, dlatego sprawdza się jako znakomity odstersowywacz. Liczę na to, że inne książki Kinga wypadną nieco lepiej, przynajmniej jako reprezentantki gatunku grozy, który powinien poryć mi psychikę i sprawić, że będę się bała zostać sama w domu na noc.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 638
Rok wydania: 1983 (oryginał), 2008 (w Polsce)

W ramach wyzwań: Z półki 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4,1 cm)
Cytat pochodzi z książki.

26 grudnia 2014

Podsumowanie grudnia


Będzie krótko, zwięźle i na temat. Mam zamiar opublikować jeszcze w tym roku podsumowanie roku, najpewniej jutro, bo od niedzieli nie będzie mnie za bardzo w przestrzeni internetowej, z czego ogromnie się cieszę. Spokój. Lecę w odwiedziny do kumpeli, więc i od książek będę miała odpoczynek, na niego też się nawet cieszę, bo potem przyjemnie będzie po kilkudniowej wrócić i... Ale to już w styczniu. TYMCZASEM:

Książki przeczytane w grudniu:
1. W pierścieniu ognia (Suzanne Collins) < czytane po raz drugi
2. Atramentowe serce (Cornelia Funke) < baśniowo, lekko, intrygująco. W styczniu dobiorę się do drugiej części.
3. Toy Land (Robert J, Szmidt) < niewymagająca, choć ładnie dopracowana lektura, pożyczony od kumpeli "odstresowywacz".
4. Christine (Stephen King) < właściwie to się kończy, nie jest jeszcze przeczytana. Postaram się dodać recenzję jeszcze do jutra, jeżeli skończę czytać.

Najlepszą książką była pozycja autorstwa Suzanne Collins, czyli W pierścieniu ognia. Najwięcej emocji, najbardziej się wciągnęłam... Szczegóły w RECENZJI. Najsłabszej lektury nie wskażę, bo nie było przy czym zgrzytać zębami w tym miesiącu, co mnie bardzo cieszy.

Przybyło do biblioteczki: 2 książki, w tym jedna już kiedyś przeczytana. Jak skompletuję serię, to przeczytam ją jeszcze raz. Zdradzę tylko, że chodzi o urban fantasy,

Obserwatorzy: Doczłapała się Was czwórka, bo licznik z 187 podskoczył do 191. Witam serdecznie!
Posty i recenzje: Postów w grudniu jeżeli dobrze liczę, będzie w sumie 8, z czego są już trzy recenzje i czwarta pojawi się w przeciągu 24 godzin :)

Wyzwaniowo u mnie w grudniu było... średnio. Ale z drugiej strony stwierdziłam, że skoro to ostatni miesiąc, a nie doczytam tylu centymetrów, żeby zrównać się z moim metr sześćdziesiąt, to nie będę goniła i się szarpała. Bo po co...?

Dystopia 2014: 1
Grunt, to okładka: 0
Z półki 2014: 1
Fantastyczna Polska: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 125,9 + 12,7 = 138, 6 cm

A o planach na nadchodzacy rok, skromnych napiszę w podsumowaniu roku które też pojawi się jutro lub pojutrze z rana.

Pozdrawiam i życzę udanej reszty świąt. I poczynię honory, rzucając jakże "kochaną" przez wszystkich frazą:
ŚWIĘTA, ŚWIĘTA I PO ŚWIĘTACH...

23 grudnia 2014

Wesołych...!


Oczywiście Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Życzę ja, DżejEr Carmen wszystkim znajomym i nieznajomym blogerom. Nie tylko książkowym i nie tylko tym z blogspota. Pysznych potraw, wielu wspaniałych prezentów pod choinką i rodzinnych i pełnych radości świąt oraz, molom książkowym: Nieskończenie pojemnych półek na książki. Znakomitych kontynuacji ukochanych serii, pomyślnych i interesujących współprac oraz autorów nie mających dla czytelników litości. Tak, właśnie tak. Bo wtedy są emocje i wtedy jest ciekawie. Oprócz tego wspaniałych zakładek i pełnych portfeli (a przynajmniej prawie tak pełnych, jak reklamówki po wyjściu z księgarni). No i standardowo, wszystkim - spełnienia marzeń.

21 grudnia 2014

Toy Land

Uproszczony zarys tego, co Robert J. Szmidt umieścił w swojej lekkiej i niewymagającej książce na pozór wydaje się dosyć typowe, choć dzięki niektórym zagrywkom autora możemy się zadowolić nie do końca banalną książką. Science fiction jest gatunkiem, którego do tej pory nie próbowałam zgłębiać co nie oznacza, że nie miałam tego w planach. Bo spróbować, trzeba wszystkiego, szczególnie jeżeli chce się potem mówić, że się czegoś nie lubi. Zasada ta nie tyczy się szpinaku, koniec dygresji. Natomiast przechodząc do meritum, czyli nakreślenia fabuły Toy Landu, rozpocznę odnotowaniem miejsca akcji. Jest to planeta w Układzie Słonecznym (ale żadna z nam znanych) mająca w przyszłości przysłużyć się ludzkości jako nowe miejsce do zamieszkania. Nowy Raj znajduje się w rękach korporacji, która pazernie położyła na nim swoje chciwe ręce i ma za zadanie sprawdzić jak przystepne do zamieszkania jest ludzkości to nowe miejsce. Przed zakończeniem kwarantanny żadna z firm chcących brać udział w kolonizacji Nowego raju nie może wylądować na powierzchni planety, czego ma dopilnować niesamowicie skuteczny system Cerberus. Tak się radośnie składa, że zawsze znajdą się jakieś czarne owce...

Naszymi Czarnymi Owcami są Dante i jego oddział najemników. Wraz z zespołem naukowców przedostają się na powierzchnię Nowego Raju i szybko zaczynają badać otoczenie. Po drodze dochodzi do wielu niespodzianek, pojawiają się inteligentne pozaziemskie formy życia i problemy we współistnieniu (żeby nie doszło do pomylenia pojęć nie napisałam współżyciu) na pokładzie jednego orbitera pięknej pani naukowiec Kat i garstki nietuzinkowych i nie owijających w bawełnę wojskowych.

Początki lektury do przyjemnych niestety nie należały. Zraził mnie fakt nadmiaru żartów o zabarwieniu erotycznym (żeby nie było, zdecydowanie do osób pruderyjnych nie należę), czy budowa książki - Toy Land jak dla mnie ma formę opowiadania, bo nie zaczyna się żadnym konkretnym zaznaczeniem rozdziału, czy wstępem... Po prostu tekst, Inną niespecjalnie zadowalającą mnie kwestią było to, że nie bardzo wiedziałam co się dzieje i o co chodzi - czym jest Nowy raj? O co chodzi ta grupa najemników i jaka korporacja? Dopiero po kilkudziesięciu stronach załapałam, o co chodzi, choć nadal to nie było to. Nawet miałam kryzys i naszła mnie chęć całkowitego porzucenia książki, bo niczym mnie autor nie zaciekawił, aż nagle... zaskoczyło. Sama nie wiem, czy to dlatego, że polubiłam bohaterów, gdy już trochę lepiej ich poznałam (i przestali się tak żreć między sobą), czy może dlatego, że do głosu doszły tajemnicze prosiaczki. W każdym razie akcja się poprawiła, pojawiło się kilka niewiadomych (na przykład kim są bliźniacy, a kiedy już się trochę wyjaśniło, to zapragnęłam okazji do poczytania o nich) no i finał książki zdecydowanie zasługuje na brawa i uznanie. Przyłapałam się na tym, ze zaczęłam kibicować bohaterom i nawet liczyłam na jakąś delikatną sympatię między pewną dwójką bohaterów.

Teraz może kilka słów o bohaterach. Są oryginalni, gdy już wyjdzie to na jaw. Moimi sympatykami stali się Dante, dowódca, który potrafił pogodzić skłóconych podwładnych, Andrzej vel Rewolwer i Ragnarok. No i oczywiście jedyna babka w tym zestawie, czyli Kat, okazała się równą laską, gdy już zakumplowała się z chłopakami. Co więcej, w odpowiedniej chwili wykazała się odpowiednią dozą okrucieństwa i z czasem stała się członkiem zgranej ekipy.

Szkoda zgrzytów z początku książki, bo jednak ten lekki niesmak psuje obraz fajnej, rozrywkowej powieści. Niemniej jednak zaliczam ją do grona udanych lektur punktujących akcją, humorem i nietuzinkowością. Do tego czyta się lekko i przyjemnie, a nawet dla osób nie przepadających za sf niektóre elementy powieści typowe dla tego gatunku powinny być zjadliwe. 

Moja ocena: 7/10

Autor: Robert j. Szmidt
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 262
Rok wydania: 2008

Przeczytana w ramach wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm)

15 grudnia 2014

Atramentowe serce


Nie ma chyba fajniejszego motywu w książce dla książkoholika, niż czytać o bohaterach, którzy też kochają wszelkiego rodzaju książki. I taki właśnie trick zastosowała Cornelia Funke w swojej powieści Atramentowe serce. Jest to książka o książce, o pisarzu, o córce i ojcu podzielających miłość do książek (ile ja bym za taki układ dała!) i postaciach stworzonych za sprawą pisarskiego kunsztu.

Pewnego wieczoru przez okno swojej sypialni dwunastoletnia Maggie widzi twarz tajemniczego jegomościa nie budzącego swoją osobą zaufania. Gdy osobnik ten okazuje się dawnym znajomym ojca dziewczynki i wpada z wizytą do ich domu, Maggie zaczyna panikować. Intuicja podpowiada jej, że nadejście Smolipalucha nie wróży nic dobrego, więc stara się za wszelką cenę namówić ojca do wyproszenia go za drzwi. Obaj mężczyźni zachowując się tajemniczo rozprawiają o specyficznej książce. Niebawem trójka bohaterów w towarzystwie należącej do Smolipalucha kuny wyrusza w podróż w celu bezpieczniejszego umiejscowienia dla książki, która stała się źródłem kłopotów nie do po zazdroszczenia. Właśnie tamtego, wspomnianego kilka zdań wcześniej wieczoru zaczęło się WSZYSTKO.

Cornelia Funke postanowiła przedstawić nam gamę bohaterów z jasno wyznaczonym podziałem na dobrych i złych. Tylko w jednym jedynym przypadku można mieć wątpliwości co do tego, po której ze stron opowiada się pewna postać. Ale jakże inaczej mogłoby być biorąc pod uwagę baśniowy klimat powieści? Niemniej jednak kreacja ciemnych charakterów zasługuje na uznanie. Trzeba jednak pamiętać, że jest to książka skierowana do młodzieży i to nieco młodszej, której nie należy zmuszać do czytania o aspektach psychologicznych powodujących takie a nie inne zachowanie bohaterów. Próżno też szukać skomplikowanych intryg i nietypowych, trudnych do zrozumienia zagrywek bohaterów. Dana postać w powieści Funke jest zła, bo chce zaszkodzić głównym bohaterom, układając się z inną złą postacią.

W powieści Funke ojciec Maggie ma dar ożywiania bohaterów książkowych. Co więcej, okazuje się, że niekoniecznie musi to wszystkim wyjść na zdrowie. Również pojawia się tu przestroga dla nas, moli książkowych, którzy marzą o urzeczywistnieniu świata powieści. Naprawdę chcielibyśmy, żeby Lord Voldemort wyszedł z tych opasłych tomiszczy o Harrym Potterze i siał chaos i zniszczenie na naszej już wystarczająco dotkniętej nieszczęściami planecie? Jak to się mówi, trzeba brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza... chociaż, może gdyby tak poradził coś na Putina...? Wróć, chyba prędzej by się z nim sprzymierzył...

Wierz mi, nie ma nic potężniejszego od liter - dla dobra i dla zła.

Książka pani Funke wciąga od pierwszych stron. Jak już pisałam, nie jest to powieść wymagająca. Zaliczyłabym ją do przyjemnych, lekkich odstresowywaczy i idealnych powieści do czytania w przerwach podczas "intensywnych" (zwróćcie uwagę na cudzysłów) powtórek przed kolokwium. Ale jest coś jeszcze....

W Atramentowym sercu niezłomnie przewija się wspaniały motyw szacunku i uwielbienia do książek. Wiąże się z tym postać ciotki Elinor i jej wspaniałej, godnej pozazdroszczenia biblioteki. Innych bohaterów związanych zawodowo lub z pasji z czytelnictwem cechuje niezachwiana miłość do książek. Dbanie o nie, oddawanie im czci, należyte przechowywanie, hołd składany powieściom i historiom w nich zawartym. I to jest po prostu piękne. W całości zrozumiałe i bliskie molom książkowym, którzy najlepiej czują się w bibliotekach, księgarniach i w domowych kącikach czytelniczych. 

Książki kochają każdego, kto je otwiera, dając mu poczucie bezpieczeństwa i przyjaźń, niczego w zamian nie żądając.

Atramentowe serce jest też o odwadze, poświęceniu i walce. Może nie w jakimś epickim wydaniu, ale przekazane na tyle przystępnie i interesująco, że skupia uwagę czytelnika i podkreśla motywacje bohaterów. Szczególnie piękną i silną jest tu więź ojca z córką, na które zwróciłam uwagę, może też trochę z osobistych pobudek. Zdecydowanie nie żałuję lektury i polecam ją każdemu. Właśnie tak, każdemu, bo powieść ta niesie w sobie jakieś takie uniwersalne przesłanie będące wypadkową wcześniej wymienionych przeze mnie walorów powieści.

Ocena: 8/10

Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 500
Rok wydania: 2003 (za granicą), 2005 i 2006 (pierwsze i drugie wydanie w Polsce)

Seria Atramentowy świat:
1. Atramentowe serce
2. Atramentowa krew
3. Atramentowa śmierć

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu; + 4,1 cm
Cytaty pochodzą z książki.

13 grudnia 2014

Co mi ostatnio w głowie siedzi... Czyli ulubione kawałki z ostatnich tygodni

Pomimo, że wśród najczęściej odtwarzanych utworów na telefonie na pierwszym miejscu od dawna znajduje się opening z Gry o tron, to jakoś odeszłam ostatnimi czasy od soundtracku z tego serialu. Za to złapałam fazę na inne kawałki, które postanowiłam poniżej zaprezentować.

1. The Hanging tree - Jennifer Lawrence


Czyli piosenka z Kosogłosa w wykonaniu aktorki grającej dzielną Katniss Everdeen. Od pierwszego przesłuchania utwór ten nie mógł wypaść mi z głowy, a im bliżej wypadu do kina tym mocniej go katowałam. Teraz troszkę mi przeszło, ale nadal wracam kilka razy w tygodniu do tej cudownej piosenki.

2. It was blue - Angus Stone


Czyli perełek z soundtracków ciąg dalszy. Ten utwór został wykorzystany w piątym sezonie Pamiętników wampirów. Uwielbiam go słuchać, ma niesamowity klimat i ten wokal *.*

3. Lion - Hollywood Undead


Postanowiłam niedawno pościągać sobie więcej utworów tego zespołu, bo miałam ich tylko kilka i co ważniejsze, dość często przesłuchiwanych. A Lion to jeden z utworów, które najbardziej zakotwiczyły mi się w głowie.

4. 30 second to mars - Hurricane


Tekst utworu mocno zapadł mi w pamięci w związku z nawiązaniem przesłania w nim zawartego do Igrzysk śmierci. W dodatku przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś lubiłam zespół, którego liderem jest Jared Leto i postanowiłam sobie powrócić do twórczości marsów.

5. Plakat - Dezerter



Czymże byłoby to zestawienie bez chociażby jednego utworu z repertuaru jakiegoś polskiego punkowego zespołu? Był koncert Dezertera i tego utworu mi na tym koncercie zabrakło, ale ogół występu oceniam na bardzo dobry. No i w dodatku mam na koncie obecność na koncercie legendy polskiego punk rocka. Co więcej, refren utworu włącza się w głowie za każdym razem, gdy czegoś szukam...


Jak na razie to chyba tyle. Niebawem recenzja, jak przypuszczam, nastąpi to pod koniec tygodnia, kiedy zacznie się świąteczna przerwa. I wolne do 6 stycznia, więc może w końcu ogarnę się trochę z moimi zaległościami czytelniczymi.

6 grudnia 2014

W pierścieniu ognia


Oglądałam nie raz film. Czytałam tą część jeszcze przed filmem. Dyskutowałam o obu wersjach W pierścieniu ognia czasem znajdując potwierdzenie dla mojego stanowiska a czasem negację mojego stosunku do tej części. Biorąc ponownie do ręki drugą część trylogii Suzanne Collins pamiętałam doskonale wydarzenia z tej części, a mimo to byłam pewna, że lektura nie wywrze na mnie takiego wrażenia, jak za pierwszym razem. Czy się myliłam?

Po niekonwencjonalnym zakończeniu siedemdzisiątych czwartych Głodowych Igrzysk Katniss i Peeta ruszają w trasę po pozostałych dystryktach, w których jako zwycięzcy są przyjmowani z umiarkowanym entuzjazmem. Przemawiają do tłumów, starając się spełnić oczekiwania Kapitolu. W szczególnych tarapatach znajduje się Katniss, która musi korzystnie i przekonująco wypaść jako oszalała z miłości ukochana Peety. Nadchodzi ćwierćwiecze poskromienia i scenariusz przewidziany na kolejną edycję krwawej rozrywki dla elit z Kapitolu ulega modyfikacji. Katniss i Peeta pomimo zwycięstwa w zeszłorocznych Igrzyskach nie mogą cieszyć się pobytem w azylu...

Suzanne Collins w drugiej części pokazała szczyt swoich możliwości. W pierścieniu ognia okazało się, przynajmniej w moim mniemaniu, najlepszą częścią serii. Autorka okrutnie poprowadziła fabułę, krzywdząc nie tylko bohaterów, ale i czytelników. Nie pamiętam dokładnie, ile razy zdarzyło mi się zapłakać w reakcji na wydarzenia rozgrywające się w Panem.

Sama Katniss nie traci nic ze swojego charakteru, Dzięki wspominanej już podczas recenzji pierwszej części nieidealności wydaje się jeszcze bardziej ludzka i godna zaufania. Bo paradoksalnie w Katniss wszyscy wierzą z siłą, której bohaterce brakuje. Za to energię pożytkuje na inne działania mające na celu nie dać spać spokojnie władzom Kapitolu.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi opracowywać żadnych planów, bo najwyraźniej nie potrafię odróżnić przyjaciela od wroga.

Symbole buntu i sprzeciwu, nie tylko głównej bohaterki możemy odnaleźć w całej książce. Pozornie zakamuflowane, żeby dobrze przemycić je pod nosem prezydenta Snowa pragnącego w zarodku zdusić nieposłuszeństwo podległych mu regionów kraju. Książki Collins pokazują niesamowity obraz niezłomności, wytrwałości i siły w obliczu okrutnego wyzysku i terroru. Ta część jest krwawa, nieprzewidywalna i bardzo wciągająca. O ile w przypadku pierwszego tomu Katniss szybko zostaje wyrwana z rodzinnych stron i pozbawiona bliskości kogokolwiek bliskiego, o tyle W pierścieniu ognia ukazuje poczynania drużyny. Możemy obserwować przez wiele rozdziałów akcję toczącą się w Dystrykcie Dwunastym, co okazało się ciekawym zabiegiem. W pierwszej części z tym rejonem Panem można było się zaznajomić jedynie na podstawie wspominek Katniss, no krótkiego okresu z początku książki.

Osobiście staram się zawsze przekuwać emocje na pracę, bo w ten sposób nie krzywdzę nikogo oprócz siebie.

Kolejną zaletą W pierścieniu ognia jest spora ilość scen z udziałem wieloletniego przyjaciela Katniss, Gale'a. Choć jest on nadal moim faworytem, to w tej części zyskałam trochę więcej sympatii do Peety. Podobało mi się kilka scen z jego udziałem, a jego postawa w związku z perspektywą zawirowań politycznych wymagała sprytu i dyplomacji. I tym Peeta potrafił się popisać. Wątek romantyczny wciąż ma swoją specyfikę, choć widać zmiany zachodzące w głównej bohaterce.

Nie zawodzi też pomysłowość autorki, która niesamowicie zaplanowała "atrakcje" dla bohaterów, którzy trafili na arenę. W tym miejscu, choć nie chcę, muszę pochwalić twórców filmu. W ekranizacji bardzo dobrze udało im się uchwycić motyw przewodni Siedemdziesiątych Piątych Głodowych Igrzysk. Byłam pod ogromnym wrażeniem w kinie, kiedy to niektóre efekty autentycznie wzbudziły we mnie nie mały lęk i nawet podczas powtórnego oglądania nie potrafiłam beznamiętnie patrzyć na chociażby zdradziecką mgłę.

Na koniec mojej recenzji opowiem pewną anegdotkę. Mianowicie siedzę sobie w domku i zaczytuję się w drugim tomie, mniej więcej jestem w połowie, na fragmencie, który wzbudził we mnie niesamowity żal i gniew na władze Kapitolu. Zanoszę się praktycznie rzecz biorąc płaczem i powraca z pracy moja współlokatorka, również uwielbiająca trylogię Collins. I przynosi do domu zupełnie bez okazji... Białą różę. Moja reakcja nie nadaje się do publikacji, bo musiałabym wstawić gwiazdki cenzurujące, a nie lubię bawić się w półśrodki. Ale bez obaw, moja współlokatorka żyje.

Piosenka, której tekst bardzo pasuje do tej części, może niekoniecznie w wymiarze globalnego problemu. Mam tu na myśli 30 Seconds to Mars - Hurricane:

 Tell me would you kill to save for a life?
Tell me would you kill to prove you're right?
Crash, crash, burn, let it all burn
This hurricane's chasing us all underground.

Choć ten fragment wręcz idealnie nadaje się jako nawiązanie do sytuacji Katniss na arenie.

Jak widać, jestem pod ogromnym wrażeniem W pierścieniu ognia. Potajemne intrygi między drugoplanowymi bohaterami, subtelne znaki i sygnały przewijające się w książce, brutalna fabuła i pomysłowość Collins w połączeniu z jej stylem dały książkę niesamowitą. Mocno zapadającą w pamięci i po raz kolejny zwracającą uwagę a masy wyzyskiwane przez totalitarną władzę. W tej części dzieje się ogromnie wiele, a wszystko wyjaśnia się w końcowych, trzymających w napięciu rozdziałach. A, i jeszcze jedna rada. Jeżeli chcecie, lub musicie z jakichś powodów przerwać czytanie tej części, nie radzę stosować systemu "Tylko skończę rozdział". Nie warto, bo końcówki rozdziałów u Collins wymuszają dalszą lekturę. Tak emocjonującej książki nie czytałam już dawno, a należy jeszcze zważyć na fakt, że było to moje kolejne już spotkanie z tą częścią.

Moja ocena: 9,5/10

Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 359
Rok wydania: 2009 (oryginał i w Polsce)

Trylogia Igrzyska śmierci:
1. Igrzyska śmierci (recenzja)
2. W pierścieniu ognia
3. Kosogłos

Przeczytane do wyzwań: Dystopia 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,4)
Cytaty zapisane kursywą naturalnie pochodzą z książki.