30 grudnia 2015

Grudnia podsumowanie...

Grudzień był szalony, ale nie dlatego, że dopadła mnie świąteczna gorączka. Właściwie świąt prawie nie poczułam i nastąpiło to dopiero w drugi dzień... Na czytanie dużo czasu nie było, ale moje marne trzy książeczki to efekt podczytywania pewnego opasłego tomiszcza, którego nie miałam szansy skończyć w tym miesiącu, ale które i tak mnie porwało, przez co nie sięgałam po inne książki. Miało być wielkie kończenie serii i... nie skończyłam ani jednej, podjechałam tylko tom dalej z Careyem. A zatem, dzień przed końcem miesiąca prezentuję "listę" przeczytanych książek:

1. Krew nie woda (Mike Carey)
2. Misery (Stephen King)
3. Gwiazdkowy złodziej (Mary i Carol Higgins)

Misery przeczytałam w ramach tradycji sięgającej korzeniami rok wstecz, kiedy to przepadłam podczas lektury Christine i podejrzewam, że za rok na blogu również pojawi się recenzja jakiejś książki Kinga. Najlepszą książką miesiąca była Krew nie woda, a najgorszą Gwiazdkowy złodziej się okazał, którego nawet nie było w stosie, bo pożyczony z biblioteki, a ja książki z biblioteki traktuję z pewnym przymrużeniem oka.

W grudniu wstawiłam 10 postów, w tym 4 recenzje, aczkolwiek jedną nie dotyczącą książki, a serialu.

Obserwatorów jest 217.

W przypadku wyzwań poległam z wzrostowym po raz kolejny, bo przeczytałam tylko 6,5 cm i osiągnęłam końcowy wynik 129,4 cm. Tra-ge-dia. Do wyzwania okładkowego nie przeczytałam nic.

Co jeszcze w grudniu?
Kryzys muzyczny, nie wiedziałam co słuchać, ale o tym już pisałam TU. Z okazji świąt udało mi się obejrzeć trzy filmy, to znaczy Kochaj i tańcz, które z niezrozumiałych powodów uwielbiam. Oprócz tego zobaczyłam jeszcze Nigdy w życiu oraz Nothing hill i załamywałam się poziomem inteligencji prezentowanym przez te produkcje. No cóż...

Pod choinkę książek nie dostałam, ale nie narzekam, bo w nowy rok wejdę z okrągłą trzydziestką do nadrobienia. Nie martwi mnie to jakoś specjalnie, wręcz cieszę się, że mam w czym wybierać kolejne lektury. W styczniu planuję zająć się trochę kryminałami i dalej podczytywać wymienianą już nie raz i na pewno nie po raz ostatni Drogę królów. Więcej planów na cały nowy rok pojawi się w podsumowaniu roku 2015, które mam zamiar napisać dopiero 1 stycznia, kiedy to wrócę do Wrocławia, bo koniec roku mam zamiar świętować w Poznaniu. Udanego sylwestra!

29 grudnia 2015

Misery


Szaleństwo i chaos. Tak w skrócie możnaby opisać Misery, ale mimo wszystko wypadałoby się jednak trochę rozwinąć. Napisać, co i jak. Uwzględnić moywy jakimi kierowali się bohaterowie zatopieni w tym szaleństwie i jak to wpłynęło na mój odbiór książki. 

Paul Sheldon jest pisarzem i stworzył serię książek o Misery Chastain, której wielką fanką i w zasadzie możnaby rzec, psychofanką została Annie Wilkes. Po nieszczęśliwym wypadku pisarza nadhcodzi jeszcze mniej szczęśliwy zbieg okoliczności, bo z odsieczą przybywa mu właśnie Annie. A kiedy w jej ręce wpada ostatni tom o Misery i dokańcza ona lekturę... dla Paula oznacza to nieciekawy obrót wydarzeń.

Bohaterami w tej książce są tylko Paul i Annie i to ich obserwujemy przez cały czas. Od samego początku widać, że Annie jest osobą bardzo specyficzną, łatwo się denerwującą i wręcz niezrównoważoną psychicznie. Autor wykreował ją wręcz świetnie, idealnie ukazując wymienione przez mnie cechy i doprowadzając do tego, że bohaterki tej momentami nie znosiłam, przy czym równocześnie w jakiś dziwny sposób łapałam się na tym, że Annie budzi we mnie współczucie. Sama nie wiem, skąd się to wzięło, ale oznaczało to jedno - nie do końca kibicowałam Paulowi w starciach z jego "opiekunką".

Poza tym nakreślenie postaci Sheldona jakoś do mnie nie przemówiło. Nie miałam powodów, żeby życzyć mu szczęścia w kolejnych rozdziałach. Wiedziałam, że jest autorem średnio ambitnego cyklu romansów i lubi pić przy tworzeniu swoich dzieł. Zabrakło mi jakichś przebłysków jego dawego życia, bo oprócz informacji o dwóch byłych żonach nic mi nie wiadomo o jego przeszłości. Z tego jak podejrzewam powodu książka wzbudziła we mnie dużo mniej emocji, niż się spodziewałam.

Do gustu nie przypadł mi również styl pisania, choć zrzucam to na karb wszechobecnego szaleństwa. Język uległ zmianie dopiero przy zakończeniu, kiedy to wydarzenia doprowadziły do ostatecznego finału i narrator mógł opowiadać nam tę historię z nieco innej perspektywy. Przyznam się szczerze, że to zakończenie podratowało trochę moją opinię o Misery. Bo jej poczatek mnie wciągnął, środek trochę wymęczył i zdezorientował, a zakończenie sprawiło, że poczuła, iż powróciłam na właściwy tor i się odnalazłam.

W Misery nie brak drastycznych, konkretnych scen, w wynki których krzywiłam się, przechodziły mnie ciarki, czy też miałam wrażenie, że pojawią się mdłości. Za to również należą się autorowi oklaski i uznanie. King potrafi przerazić takimi "pomysłami" na tortury i nie pierwszy raz się o tym przekonałam.

[...] jeżeli przez całe życie zakładasz, że musi się ci przytrafić tylko to co najgorsze, to przecież może się zdarzyć, że się czasem pomylisz.

Było trochę gorzej, niż się spodziewałam w przypadku lektury tej powieści Kinga. Nie mam zamiaru rezygnować z tego pisarza, ale na chwilę dam sobie spokój z jego książkami. Może chodzi o to, że ukazywanie ludzkiego szaleństwa do mnie nie przemawia i ten motyw po prostu mnie nie zachwycił. A może zabrakło mi powiązania tej historii z większą ilością bohaterów... Ani nie polecam, ani nie odradzam, trzeba samemu sprawić czy King w tym wydaniu jest akceptowalny. Dla mnie nie do końca.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 440
Rok wydania: 1987 (oryginał), 2009 (to wydanie w Polsce)

24 grudnia 2015

Wesołych...!

Oczywiście świąt ;) Nawet tym, którzy są już po kolacji wigilijnej życzę spokoju, zdrowia, rodzinnej atmosfery i wielu dobrych książek, które w wymienionym wyżej spokoju będzie można przeczytać.

Życzy DżejEr Carmen znana też jako Jagoda ;)

Widzicie choinkę? Mam nadzieję, że tak, bo jak nie, to radzę więcej czytać, żeby rozwinęła się wyobraźnia.

22 grudnia 2015

Grudniowy stos z dobrymi książkami

źródło

A nawet bardzo dobrymi. Ogólnie ostatnio nie pojawiają się recenzje, bo mój wielki plan związany z kończeniem serii padł i czytam praktycznie tylko Drogę królów. Oraz Misery, więc pewnie w okolicach końcówki świąt pojawi się recenzja. Planuję wrzucić jeszcze dwie w tym roku, a potem napisać podsumowanie, ale do tego czasu jeszcze trochę dni pozostało, więc trzeba się ratować zamiennikami. Oto i jest jeden z nich...

Od dołu:

1. Beowulf - Przekład i Translacja (J. R. R. Tolkien, red: Christopher Tolkien) - czyli jeden z moich dwóch upominków mikołajkowych. Niesamowicie jestem ciekawa tej książki, bo wiem, że Beowulfem się Tolkien inspirował, kiedy pisał Władcę pierścieni, a i prace ukazujące jego wkład w przekład poematu na pewno będą równie ciekawe, co przy lekturze Upadku Króla Artura. Namiastką badań nad twórczością Tolkiena jestem niemalże zafascynowana.

2. Czerwone gardło (Jo Nesbo) - czyli trzecia część, która będzie moim pierwszym potkaniem z Harrym Hole. Ogólnie, co widać na załączonym obrazku, zachciało mi się ostatnio kryminałów. A przynajmniej ich kupowania, a Kamil polecał na pierwszy ogień zabrać się za ten tytuł. Zobaczymy w styczniu, kiedy to planuję zabrać się za kryminały.

3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Stieg Larsson) - wydanie kolekcjonerskie, które podoba mi się pod każdym względem bardziej, niż pierwsze. Cenowo, formatowo, graficznie... No i jestem ogromnie ciekawa kreacji głównej bohaterki.

4. Nazwanie bestii (Mike Carey) - najpewniej do dalszego wyczytywania serii i ich kończenia wrócę w lutym. Ale kiedy myślałam, że zajmę się tym jeszcze w grudniu, to jedynym planowanym zakupem było właśnie Nazwanie bestii, które zdobyłam za cenę niestety wyższą niż okładkowa. Ale czego to się dla Feliksa nie zrobi...

Na chwilę obecną to tyle. Może coś jeszcze do mnie przybędzie w grudniu, ale jeżeli, to będzie to coś nieplanowanego. Na razie muszę ograniczyć zakupy, bo znów mam za duże zaległości, a nadchodzi sesja i nie będę miała, przynajmniej przed jedynym egzaminem za dużo czasu na czytanie. DLatego cała nadziej w kilku dniach wolnego podczas świąt.

21 grudnia 2015

Grudzień muzycznie, a więc i koncertowo

źródło

Żaliłam się w poprzednim poście, że nie mam czego słuchać, a to, czego słucham, czyli ponad tysiąc utworów znajdujących się na telefonie znam aż za dobrze. Zaczęłam poszukiwać nowych wykonawców, popytałam trochę i pojawiło się kilku nowych twórców muzyki bardzo różnej, którzy zasilili gwardię lubianych przeze mnie. Nie wrzucę tu wszystkiego, czego "spróbowałam" przez ostatni miesiąc, ale na pewno to, co zostało ze mną na dłużej.

1. Natural Born Sinner - In this Moment



Zespół podrzucony mi przez kumpelę z roku. Tak, moje komentarze będą zaczynały się od źródła, które mi podrzuciło jakiegoś wykonawcę. A zatem przyznam szczerze, po przesłuchaniu kilkunastu utworów ITM stwierdzam, że jest dobrze tylko wtedy, kiedy wokalistka krzyczy. Wyciąganie głosu w partiach śpiewanych jej nie wychodzi, ale scream jak najbardziej. Do tego ich utwory są zadowalająco ostre, zarówno muzycznie jak i tekstowo. I wystarczająco rytmiczne, na co wracam szczególnie uwagę.

2. Once - Pearl Jam



Czyli taka rockowa klasyka. Klasyka, którą powinnam mieć dawno przerobioną, a tymczasem dopiero ją odkrywam. Zespół mi podsunęła inna kumpela, która zaczęła mi wymieniać zespoły, których słucha, a o które jakimś dziwnym trafem ja się nie otarłam. A zasłuchiwanie się w PJ zaowocowało zakupem ich płyty ostatnimi czasy.

3. Drama - L7



Sama znalazłam! Kolejny grungeowo-punkowy niszowy zespół, którym mogę się zachwycać. Uwielbiam takie klimaty. I przeprosiłam się z żeńskim wokalem, choć nadal mniej więcej po godzinie sobie odpuszczam, to z L7 jestem bardzo zadowolona. Zaczynam twierdzić, że grunge to jeden z moich ulubionych podgatunków i zdecydowanie minie sporo czasu, zanim mi się znudzi.

4, Emerald sword - Rhapsody of fire


Podziękowania lecą do Łukasza, który mi podsunął ten zespół. Według muzycznej encyklopedii, za którą w moim mniemaniu uchodzi last.fm jest to epic power metal. Z dosyć specyficznym wokalem, który przypadł mi jednak do gustu. Jest jeden haczyk - dopóki grają bardziej epic niż power metal, jest okej, Ale trafiłam na kilka takich utworów, w których proporcje podgatunków muzycznych były zamienione, a dany utwór sugerował bardziej power niż epic metal i trochę zaczynało mnie to drażnić. Ale ogólnie świetny zespół. A Emerald sword jest po prostu piękne i idealne dla fanów fantasy i do czytania fantasy i działa na wyobraźnię...

5. Wye Oak - That i do
 Zdecydowanie spokojniejsze klimaty, których też potrzebowałam, a nie zadowalały mnie już tylko Florence i Great Northern. A Wye Oak znałam już wcześniej z bardzo klimatycznego utworu "Civilian". A nowo poznane przez mnie utwory też przypadły mi do gustu i miło słucha się Wye Oak lecącej w tle.




źródło
Teraz słów kilka o koncertowym weekendzie, który miał miejsce 5 i 6 grudnia. W sobotę miałam okazję w wrocławskim Starym Klasztorze być na koncercie Końca Świata i Akuratu. Oba zespoły to muzyka klimatycznie do siebie pasująca - utwory są skoczne, pozytywne, choć i z nutką refleksji o świecie. Lepiej pod kątem repertuaru znałam Koniec świata i o dziwo, wcale nie bawiłam się na nim tak dobrze, jak podczas występu Akurat. Szczególnie w przypadku Słoiczka Tiananmen i Do prostego człowieka. Szczególnie ten drugi utwór, którego tekst jest wierszem Juliana Tuwima i bardzo daje do myślenia. 


źródło
Natomiast 6 grudnia miały miejsce, przynajmniej w moim przypadku, najlepsze Mikołajki od zawsze i nie wiem czy nie na zawsze. Mogłam się bawić podczas występu dwóch naprawdę dobrych zespołów punkowych, nie wiem nawet, czy dla mnie nie najlepszych. Mowa oczywiście o Farben lehre i The Analogs. Drugi zespół w tym roku świętuje swoje dwudziestolecie, a ja już trzeci raz byłam na koncercie jubileuszowym. I po raz kolejny bawiłam się wyśmienicie, a podczas grania jakże dobrze znanych mi utworów ponownie stwierdziłam, że "koncert Analogsów" to osobny poziom zajebistości. Farbeni natomiast po raz kolejny zagrali bardzo pozytywnie, bardzo energicznie i tak, jak zawsze - czyli świetnie. Kiedyś stwierdziłam, że ich występ przydałby mi się mniej więcej tak raz na tydzień, żeby całkowicie się rozerwać, naładować pozytywną energią i bez jasnej przyczyny śmiać się nie przerwanie zarażając uśmiechem innych. Dzięki tym Mikołajkom wróciła ta moja powszechnie znana radocha koncertowa, uwielbienie dla muzyki na żywo i na pewno na długo ten dzień zapamiętam, pomimo tego, że występy obu zespołów widziałam już po kilka razy. A w przyszłym roku trzydziestolecie Farbenów...

14 grudnia 2015

Krew nie woda

Stworzenie bohatera, który w swoim własnym świecie nie cieszy się specjalną sympatią, a jednak potrafi ująć swoim zachowaniem czytelnika to nie lada sztuka. W końcu autor próbuje sprzedać nam historię nieciekawego kolesia, przeciwko któremu przemawiają otaczający go bohaterowie, a jednak w ostetcznym rozrachunku wychodzi na to, że ten szorstki, antypatyczny i momentami cyniczny osobnik staje na pozycji książkowego ulubieńca. I taką właśnie sztuczkę zrobił Mike Carey, posługując się postacią egzorcysty, Felixa Castora.

Krew nie woda to już tom czwarty przygód walczącego z demonami londyńczyka w rosyjskim szynelu stanowiącym jego znak rozpoznawczy. Muszę przyznać, że biorąc do ręki tę część spodziewałam się wrzucenia z miejsca w akcję, w której szybko okarze się, że Felix ma mnóstwo kłopotów znacznie przerastających jego możliwości. Tymczasem zaczęło się z przytupem, ale trochę mniejszym, niż przeze mnie oczekiwany.


Jeśli chodzi o rzekę życia, zazwyczaj opadam na samo dno i zaczynam maszerować. Pod prąd.


Koncepcja tej serii jest następująca - w tle przy każdym tomie, jako wątek poboczny, prowadzona jest historia opętanego przez Asmodeusza Rafiego, przyjaciela głónego bohatera, a na pierwszym planie pojawiają się epizody z udziałem różnego rodzaju demonów, duchów i stworzeń paranormalnych, z któymi musi sobie radzić Castor wykorzystując swoje umiejętności egzorcyzmowania. W każdej części nowa "sprawa" do rozwiązania. Na pewno podkreślić należy pomysłowość autora i zwinność, z jaką splata on wątki na pozór kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego. W tej części dużą rolę odgrywa przeszłość Feliksa, jego znajomości z dawnych lat jak i wątki związane z okolicznościami początku jego profesji. Pomimo tego, że akcja nie rozkręca się od razu i jedyną bombą jest wypisane na miejscu zbrodni nazwisko bohatera z wykorzystaniem krwi jako atramentu, to dalej czyta się już coraz lepiej.

Po raz kolejny Mike Carey prowadzi nas uliczkami Londynu nie szczędząc skrupulatnego opisu otoczenia, w jakim znajduje się będący narratorem Castor. W książkach o egzorcyście dominują opisy i niestety muszę przyznać, że momentami brakowało mi lżejszych fragmentów i dialogów, ale nie męczyłam się jakoś przesadnie. Wydaje mi się, że to taki element charakterystyczny tego pisarza, do którego już zdążyłam się właściwie przyzwyczaić przy okazji czytania poprzednich części.

Słabo pamiętam część trzecią, jak w przypadku większości serii dopada mnie amnezja przy próbach przypomnienia sobie przeszłych wydarzeń. Doskonale jednak wiem, w jak ciężkiej sytuacji był Felix w Przebierańcach i wyłapuję też, jak spora zmiana zaszła na tym gruncie. W tej części moją ulubienicą stała się Juliet, z którą Feliksa łączy dość nietypowa relacja. Zasadniczo wątku miłosnego w książkach Careya nie ma i chwała mu za to, ale jakieś poboczne, mniej ważne epizody o charakterze romantycznym się pojawiają i bardzo intrygują.


(...) nadzieja jest wieczna, zwłaszcza jeśli akurat nie dysponuje się niczym innym.


Jak na Careya, długo trwała lektura tej części, ale jestem bardzo z niej zadowolona. Sprawiała pozory dosyć mdłej z początku, może dlatego, że przywykłam, że w pierwszych rozdziałach Felix zawsze angażuje się w kilka spraw i później musi jakoś dzielić swój czas i skrórę na to, żeby dostawać baty z różnych stron. Ale pomimo ograniczenia liczby wątków nie wypada ta część nudniej. Mamy możliwość lepszego poznania rodziny głównego bohatera i kilka kwestii związanych z wątkiem Rafiego też się komplikuje, bądź prostuje. Przy lekturze towarzyszyło mi wiele emocji, a i nie spodziewałam się ich braku. Pomimo słabszego startu mile będę tą część wspominała i nadal mam zamiar polecać tą serię, jako naprawdę dobre, ambitne książki, których największą siłą jest ich główny bohater.

Moja ocena: 8/10

Autor: Mike Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 415
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2010 (w Polsce)

1. Mój własny diabeł (recenzja)
2. Błędny krąg (recenzja)
3. Przebierańcy (recenzja)
4. Krew nie woda
5. Nazwanie bestii

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.
Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

9 grudnia 2015

Moja książka, a więc mogę sobie niszczyć?


Przystępuję do realizacji dosyć spontanicznego pomysłu na wpis. Spotkałam się z różnymi podejściami do kwestii dbania o książkę. Nie jemy przy czytaniu, nie pijemy przy czytaniu, myjemy ręce przed skalaniem okładek swoim dotykiem...

Stop, hej... Może i okaże się zaraz, że prawię herezje, ale... bez względu na to, jak świetną jest historia zawarta w książce, fizycznie jest to tylko przedmiot. Może trochę delikatniejszy, bo z kruchego i nie wytrzymałego materiału, jakim jest papier, ale nadal po prostu rzecz. Jasne, rozumiem podejścia utrzymujące, że może kiedyś zechce się książkę sprzedać, więc nie powinna być zbyt wymęczona. Ale czy jest to powód do wyznaczania rygorystycznych zasad obchodzenia się z wszystkimi tomiszczami, jakie posiadamy i gromienia wzrokiem każdego, kto zbyt mocno wygnie grzbiet?

Może to wszystko wyglądać na lekko przesadzony bulwers, ale miałam sytuację, w której chcąc pożyczyć książkę dostałam wytyczne na temat tego, jak mocno mogę ją otworzyć, żeby grzbiet przypadkiem się nie zmarszczył. Zrezygnowałam z chęci lektury, bo dopuszczalny kąt jaki mi wyznaczono był po prostu za mały. Cierpieć nie cierpiałam z tego powodu, ale takie akcje zakrawają na absurd. Tak samo jak obkładanie okładek dodatkowo folią czy papierem wydaje mi się pewną przesadą.

Starcie królów. Domyśla się ktoś, co to za cytat i kto to powiedział?

Zaginam rogi, choć nie wszędzie. Na pewno w Pieśni Lodu i Ognia i w książkach Mike'a Careya. Jest w tych seriach tak wiele fajnych cytatów, że aż szkoda ich nie zaznaczyć, a wystające z książek karteczki mnie denerwują. Czasu na przepisywanie cytatów też nie mam, bo dopiero przy pisaniu recenzji, a jakoś przecież te fragmenty odnaleźć trzeba. I w zasadzie zagięcie rogu z mojej strony to wyróżnienie dla książki. Bo wiem, że jeszcze po nią sięgnę, bo wiem, że już ze mną zostanie, bo znaczy to, że jest dla mnie ważna i jeżeli kiedyś przyjdzie wiekopomna chwila w której zacznę sprzedawać książki, tej z zagiętymi rogami nikomu nie oddam.

Nowe, pachnące drukiem tomy w księgarniach na pewno zaspokajają nasze doznania estetyki, ale książki z zagiętymi grzbietami czy przetartymi okładkami mają swój charakter. Moimi ulubionymi w tym miejscu przykładami są Starcie królów i W pierścieniu ognia. Oprócz mnie po te książki sięgnęły jeszcze trzy albo i cztery osoby, a jedną z nich kupiłam używaną. Wyglądają tak, jak wyglądają i nie narzekam na ich prezencję. A w przypadku Starcia królów, które tachałam ze sobą w torbie przez dwa tygodnie nie ma co się dziwić. 


Grzbiet czasem trzeba złamać dla wygody. Kartki gdy są cienkie, też mogą się pogiąć, chociażby na wietrze, gdy człowiek czyta na przystanku. A boki książki też bywają porysowane, jak książka podróżuje wśród innych, często "niebezpiecznych" przedmiotów, jak chociażby klucze. Dbanie o książki jest uzasadnione, ale lekko pomarszczone od wilgoci strony to nie tragedia. Owszem, własność swoją szanować należy, a lepiej obchodzić się tylko z cudzą, ale wszystko do pewnego stopnia. Lekko "zużyte" powieści mają więcej charakteru, nie uważacie?

5 grudnia 2015

Salem, sezon 2

źródło

Święto lasu, DżejEr dała radę dotrwać do końca nie tylko sezonu pierwszego, ale i jeszcze drugiego. A więc może podzielić się opinią o kolejnej partii przygód czarownic z Massachusets. Wielki rytuał doszedł do skutku, czego wszyscy zapewne się spodziewali i teraz pora na... no właśnie, na co?

John Alden buja się Indianami, więc pewnie nic dobrego z tego nie wyjdzie, a Mary, Tituba i inne czarownice knują nowe intrygi. Nie mogę napisać za wiele, bo sporo bym zdradziła tym, którzy nie widzieli jeszcze pierwszego sezonu. Ale w kontynuacji pojawia się kilka nowych postaci, który zdobywają ciekawość, a czasem i sympatię widza.

W zasadzie zastanawiam się nad koncepcją tego serialu, bo jest on bardzo... niejednoznaczny. Bo jak inaczej wyjaśnić, że w jednym odcinku wyzywam Mary Sibley od najgorszych, a w następnym jej kibicuję i gorąco liczę na to, że uda się jej zrealizować jej plan? I w zasadzie zmuszona jestem do tego, żeby kibicować złu, które jest nim chyba tylko na pierwszy rzut oka. Ale nie do końca nim jest.

Nowi bohaterowie wnoszą trochę świeżości i niepewności, szczególnie hrabina Marburg i doktor Wainwright. Przyznam, że ten sezon wypadł lepiej, niż poprzedni. Wydaje mi się, że na początku każdego serialu, trzeba jakoś zawiązać akcję i dlatego jest tak nudno i dlatego też ciężko mi przebrnąć przez początki każdej produkcji, Tym bardziej uznaję za wielki sukces, że dobrnęłam do drugiego sezonu. Choć jego początek też nie był najciekawszym. Początek był średniej jakości, natomiast środek i sama końcówka bardzo mnie wciągnęły i tylko jeden lub dwa odcinki po drodze trochę mnie znużyły.
Jednym z powodów, dla których oglądam Salem jest przepiękna kolekcja sukien z tamtego okresu. Gdy na ekranie pojawiała się Mary albo Anne Hale wręcz pożerałam wzrokiem te kreacje! I tutaj plus za obrazy dodające trochę estetyki serialowi, równoważące wszelkie obrzydlistwa, jakie producenci zdecydowali się sprezentować, jako choćby chorzy na czarną ospę mieszkańcy miasteczka.
Bardzo dużo dzieje się w tym sezonie i jestem pod wrażeniem, że aż tyle. Bohaterowie mają swoje wzloty i upadki. Pojawia się sporo elementów fantastycznych, a zatem czarownice nadal są w formie. Swój początek, choć trochę niegodny pochwały, ale zawsze, ma wątek romantyczny między dwójką moich faworytów. Niektóre postacie przechodzą całkiem konkretną przemianę.
Salem nie jest serialem, którego tematyką są tylko intryganckie czarownice. Dostrzec tam można wiele różnorodnych obrazów zepsucia, poświęcenia, pasji. Kilka poważnych wyborów, kilka misji na pozór samobójczych. Sezon drugi serialu wypada dużo lepiej niż pierwszy, nie tylko dlatego, że John Alden skrócił włosy. Tak więc polecam - to tylko 13 odcinków, zarówno w sezonie pierwszym jak i drugim, a zapewni kilka wieczorów (w moim przypadku kilkanaście i to z przerwami, ale to ja...) ciekawej rozrywki w znakomitym klimacie.

2 grudnia 2015

Black Ice

Książki kierowane do młodzieży już mnie nie zadowalają i staram się ich unikać, ale rok temu jeszcze w ten sposób nie myślałam a i nowa powieść Fitzpatrick była moim prezentem urodzinowym. Co prawda sięgnęłam po nią z rocznym poślizgiem, ale dlatego, że czekałam na zimę. Nadszedł listopad, śnieg też opad(ł) więc czym prędzej chwyciłam za historię z kategorii thrillera młodzieżowego. I wielce się przy lekturze zdziwiłam, a co było tego powodem?

Tajemnice. Trochę teraz uogólniam, ale generalnie to jakie dokładnie motywy skrywali bohaterowie książki mnie zachęcało do dalszej lektury. Sama fabuła jest całkiem ciekawa, bo sprowadza się do wyprawy w góry i utknięcia w śnieżycy dwóch przyjaciółek. Dziewczyny decydują się porzucić samochód i poszukać jakiegoś schronienia przed zimnem, a gdy trafiają do górskiej chatki i zostają przygarnięte przez dwóch młodych mężczyzn nie spodziewają się, że zostaną ich zakładniczkami. Mason i Shaun potrzebują pomocy przy wydostaniu się z gór i przymuszają do tego Britt (która jest tez narratorką) oraz Korbie.

Znam styl pisania Beccy Fitzpatrick i wiem, że potrafi lekko posługiwać się piórem. Przez jej serię Szeptem przemknęłam bardzo szybko i wiedziałam, że tak samo będzie tym razem. I nawet jeśli nie czytuję już młodzieżówek, to udało mi się zdystansować do pewnych cech charakterystycznych tej książki. Owszem, momentami trochę się krzywiłam, ale po paru stronach udawało mi się machnąć na to ręką i czytać niewzruszenie dalej. 

Jak to z młodzieżówkami bywa, romanse muszą być i tak jest w tym przypadku. A teraz proszę o skupienie. Britt i Korbie zmierzały do Ildewild gdzie miały spotkać się z Bearem (chłopakiem Korbie) i byłym Britt - Calvinem, który równocześnie był byłym Britt i jechał tam w roli przyzwoitki, bo Korbie wzięła chłopaka. Nie takie to trudne po chwili przemyślenia. W każdym razie te wątki miłosne gdzieś tam się pojawiają, a Britt robi w swej narracji wstawki na temat Calvina, na temat ich związku i momentami jej głupota mnie załamywała, ale koniec końców te fragmenty nie odgrywały w Black Ice głównej roli.

Dziwny tytuł, co? Nie rozumiem go. Nie chodzi o moje umiejętności językowe - po prostu jest banalny. Fakt faktem, akcja dzieje się w górach zasypanych śniegiem, a w mroźnym lesie Britt musi sobie radzić z wszechobecnym chłodem, ale w gruncie rzeczy na pewno dałoby się wymyślić ciekawszy tytuł, więc w tym miejscu autorka się jednak nie popisała. Szkoda, że nie tylko w tym jednym. Kolejną wadą może być fakt, że pewne fragmenty mogły wydawać się trochę naiwne, lub zbyt uproszczone, ale zrzucam to na karb grupy docelowej dla tej książki. A żeby trochę poprawić sytuację, mogę rzec, że w kilku miejscach naprawdę byłam zaskoczona rozwojem akcji, a opisy wypadły naprawdę realistycznie. Warto było czekać na chłodniejszą porę roku, żeby zabrać się do czytania.

Zatem zaskoczenie. W kilku konkretnych miejscach, o czym już pisałam. To było coś czego się nie spodziewałam, choć może gdzieś pod skórą czaiło się takie uczucie, że wszystko zmierza w stronę w zasadzie najmniej spodziewaną. A dopisek na okładce z przekazem o uważaniu o tym, komu powinno się ufać jak najbardziej trafny.

Jak na powieść młodzieżową Black Ice wypadała naprawdę nieźle, nawet biorąc pod uwagę przy tym stwierdzeniu kilka mankamentów. Podoba mi się też kreacja głównej bohaterki, która w odpowiedniej chwili przejęła kontrolę nad sytuacją i potrafiła myśleć rozważnie i przewidująco, w odróżnieniu od jej tępej i nierozgarniętej przyjaciółki, której w zasadzie ani trochę nie polubiłam. Korbie była okropna i coś bym jeszcze dopisała, ale nie chcę zdradzać pewnych istotnych niuansów. Ale jako nastolatka Britt okazała się być, nawet jak na córeczkę tatusia osobą z głową na karku.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Becca Fitzpatric
Wydawnictwo: Moon Drive
Ilość stron: 446
Rok wydania 2014 (oryginał i w Polsce)

1 grudnia 2015

Podsumowanie listopada

Trzydzieści jeden dni. Tyle zostało, bo listopad już mija. I na przekór panującej aurze oceniam go jako jeden z najlepszych miesiąców roku. Nie tylko czytelniczo. A na koniec poprzedniego miesiąca marudziłam, że w październiku ogarnął mnie leń. Zatem z radością zawiadamiam, że w listopadzie chciało mi się bardziej. I ogólnie, listopad to fajny miesiąc.

Mniej więcej w pierwszej połowie miesiąca pojawiła się koncepcja na kończenie serii. A więc dawaj, wszystkie końcówki, jakie mamy! Udało mi się dopiąć swego w przypadku dwóch serii, ale szczegóły znajdą się poniżej:

Książki przeczytane w listopadzie:
1. Planeta małp (Pierre Boulle)
2. Chłopcy 4: Największa z przygód (Jakub Ćwiek)
3. Złotousta diablica (Jaye Wells)
4. Błękitnokrwista wampirzyca (Jaye Wells)
5. Black Ice (Becca Fitzpatrick)

Najlepsza książka miesiąca: 1, 3, 5 - duże zaskoczenie
Najsłabsza książka miesiąca: 4

Jak widać sięgałam raczej po lekkie, szybkie lektury i może stąd taki ładny wynik. Oby taki sam pojawił się po sprawdzianie z marketingu...

W listopadzie pojawiło się 8 postów i 4 recenzje. Obserwatorzy to grupa licząca 222 osóbki. Więc ktoś się doczłapał ;) Może w grudniu będę miała więcej czasu, żeby bardziej ruszyć z blogiem.

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 110,6 cm + 12, 3 cm = 122,9 cm. Błagam. Doczytać niecałe 40 cm w miesiąc? Musiałabym... nawet nie wiem co. Ale warto było powalczyć ;)

Co poza czytaniem?

1. Śląskie Targi Książki w Katowicach.
Na których pojawiłam się w sobotę, 7 listopada. Do Katowic wyjechałam o barbarzyńskiej godzinie, jaką była 6:35 bodajże. Ale warto było, bo na miejscu wśród stoisk wypełnionych książkami towarzyszyli mi Ola z Bluszczowych recenzji i Kamil ze Świata Bibliofila ;) Wybaczcie, że Was nie podlinkuję, jestem leniwa. W każdym razie dziękuję za spotkanie i sympatyczne popołudnie wśród książek! I za rozmowy o autorach, wydawnictwach i kontynuacjach ;) I za upominek urodzinowy oraz motywację do czytania, której nie zawsze mi starcza. Miło wspominam ten dzień i liczę na powtórkę za rok.
Co do wystawców - pojawiło się kilka ciekawych wydawnictw, w tym SQN i Sonia Draga, od których skusiłam się na Dopóki nie zgasną gwiazdy i Plugawy spisek. Resztę zdobyczy znajdziecie w listopadowym stosie którego też nie podlinkuję z powodów wspomnianych przy wzmiance o Oli i Kamilu. Przy okazji wspomnę o miejscu w którym odbywały się Targi, czyli o Międzynarodowym Centrum Kongresowym znajdującym się nieopodal katowickiego Spodka. Jakiż to jest świetny budynek! Brawa dla architekta bądź architektów za pomysł. Już dawno żadną budowlą tak się na zachwyciłam i oto są dowody mojej fascynacji:




Wróciłam z przeciążonym plecakiem i pustym żołądkiem, bo śniadanie szamałam dopiero gdzieś przed godziną 16-tą, ale nawet nie zauważyłam uczucia głodu.

2. Premiera Kosogłosa 2
Z której to okazji wybrałam się na całonocny maraton Igrzysk śmierci. W ogóle myślałam, że cały listopad będzie mi upływał pod znakiem historii stworzonej przez Collins, bo planowałam nawet ponowną lekturę trzeciego tomu. Tymczasem sam maraton był jakże ekscytujący (pomimo tego, że pierwszą część widziałam po raz trzeci na dużym ekranie), ale nie dałam się porwać mojej fascynacji przygodami Katniss i nie żyłam w listopadzie tą historią. Sama ekranizacji mi się podobała i uważam, że filmy na podstawie książek jako jedne z najwierniejszych pierwowzorom ogółem, wśród tytułów przeniesionych na wielki ekran. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, w przypadku całej trzeciej części, to fakt, że muzyka była dużo gorsza, niż przy poprzednich filmach. Wyłączając oczywiście cudowne The Hanging Tree. Ale ciekawsze ścieżki są przy Igrzyskach i Pierścieniu ognia. W ogóle drugi tom niezaprzeczalnie rządzi.

Tak więc listopad wspominam bardzo dobrze i nawet mi się znów udało zejść poniżej trzydziestu książek do przeczytania, więc pozostaję w sytuacji standardowej. Zdobyłam 6 książek, przeczytałam pięć, a więc gonię. Może w święta będzie więcej czasu, żeby poczytać...
Plany na grudzień? Dalej kończymy serie! Czyli wyprawa do biblioteki po Atramentową śmierć, dwa tomy Castora albo wyzwanie w postaci lektury pozostałych dwóch części Zmierzchu świata żywych. Na co się zdecyduję, jeszcze nie wiem. Może jakieś sugestie?