30 kwietnia 2016

Podsumowanie kwietnia, stos z kwietnia, a w maju wykańczam!

Kwiecień, miesiąc, w którym od dwóch lat cieszę się, zima nadchodzi. Jeżeli ktoś w przyszłości zapyta mnie o najfajniejsze wspomnienia ze studiów, to również wymienię fakt, że każdej wiosny uśmiechałam się na myśl, że WINTER IS COMING. Ale to był dobry miesiąc nie tylko dlatego, że ropoczął się nowy sezon Gry o tron. Zapraszam na moje podsumowanie kwietnia.

Przeczytałam w kwietniu:
1. Dziewczyna, która igrała z ogniem, część 1 (Stieg Larsson)
2. Dziewczyna, która igrała z ogniem, część 2 (Stieg Larsson) < recenzja obu części
3. Władcy dinozaurów (Victor Milán) < recenzja
4. Zew krwi (Nancy A. Collins) < recenzja
5. Taniec ze smokami, część 1 (George R. R. Martin)

Najlepszymi książkami są oczywiście te autorstwa Larsson i Martina. Na tym grunice nic się nie zmieniło, choć niesamowicie cieszę się, że dla odmiany to szwedzki pisarz dostał ode mnie 10/10, a ja mogłam zachwycac się pozbawioną wad lekturą. Nasłabiej wypadła Nancy A. Collins, ale po jej lekturze nie czuję się jakoś wielce zdegustowana, śmiać mi się po prostu chce.

W kwietniu nie miałam wiele czasu na blogowanie i niestety pojawiło się tylko 5 postów. W tym 4 recenzje, a jedna to serialowa (The Last Kingdom). Nadal zalegam z recenzją Campbella, ale chyba po prostu po przeczytaniu powtórnym drugiego tomu Kodeksu Deepgate i późniejszej lekturze ostatniej części zrobię recenzję zbioraczą całej serii. Po raz pierwszy. Taniec ze smokami recenzować będę już w maju.

Obserwatorów przybyło troje i jest Was już 227, za co serdecznie dziękuję!

Na początku kwietnia odbył się koncert Huntera, na którym świetnie się bawiłam, jak zwykle ma to miejsce na koncertach lubianych przeze mnie wykonawców. Z innych kwestii niezwiązanych z książkami, a innymi moimi zainteresowaniami - wróciłam do jazdy konnej i nawet zdarzyło mi się zaliczyć glebę, ale po mału ogarniam się z tym, co trochę mi się z głowy ulotniło.

STOS Z KWIETNIA, czyli znów kupowałam więcej, niż byłam w stanie przeczytać. W maju szlaban, tylko dwie książki zamówione. A poniższe zdobycze to efekt kampanii mającej na celu uzupełnienie większości serii, które w stopniu zaawansowanym czytam. Oprócz książki na samym dole (Przedrzeźniacz Waltera Tevisa) mam dwie części do Burtone'a & Swinburnea (Hodder) dzięki czemu skompletowałam całość, finał Trylogii Kusziela (Wcielenie kusziela), drugi tom piatej części Pieśni Lodu i Ognia, która jak zwykle wymiata oraz ostatni tom trylogii Millennium Larssona.


PLAN NA MAJ - WYKAŃCZAM
Oczywiście ani siebie, ani nikogo, tylko serie książkowe, które rozpoczęłam dawno i nie dawno. Na więcej niż sto, dwieście i trzysta procent nie uda mi się dokońćzyć wszystkiego, co jest na zdjęciu poniżej, ale mam priorytety, które zostały oznaczone gwiazdkami.


Wiem, że są dwie trójki. Nie chodzi o to, że dalej niż do trzech liczyć nie potrafię, chodzi o to, że nie wiem, na co się zdecyduję. Larsson ma oczywiście pierwszeństwo, z racji tego, że postanowiłam nie rozciągać czytania trylogii na rok i więcej, jak ma to miejsce w przypadku innych tytułów z tego zdjęcia. Canavan zaraz potem, bo zawsze czytam ją na przełomie wiosny i lata, a nie będę czekała do czerwca, poza tym to lekka i szybka lektura będzie. Natomiast wybór między "Careyami" rozwiążę albo patrząc na moje zachcianki, jakie wtedy powodować mną będą, a jeżeli nie to, poproszę o pomoc Was. W każdym razie wątpię, że zdążę z Bogiem zegarów w maju, bo jak pisałam wyżej, chcę jeszcze sięgnąć po drugi tom po raz drugi i dopiero czytać finał. Oprócz książek ze zdjęcia w bibliotece czeka ostatni tom Trylogii Atramentowej, którą w całości "pożyczałam" i której do przeczytania też mi została jedynie trzecia część. Tym bardziej w maju nie zdążę. 

Co nie zmienia faktu, że pożegnanie z Millennium, serią o Castorze i Trylogią Kusziela będzie na pewno trudne i kumulowanie takich wrażeń w jednym miesiącu zapoczątkowanym lekturą ostatniej wydanej części Pieśni Lodu i Ognia zakrawa na masochizm.

25 kwietnia 2016

Zew krwi


Książka przeznaczona dla osób dorosłych. Recenzja w sumie też.

Wilkołaki to motyw obecny w literaturze już od dawna u wyjątków mi bliski. Kojarzy mi się z uosobieniem dzikości, wolności i w dodatku, zwykle owiany jest aurą tajemnicy i niepokoju. Widząc opis Zewu krwi i wzmianki o zespole metalowym stwierdziłam, że koniecznie muszę książkę przeczytać, bo autorka całkiem nieźle wstrzeliła się w mój gust. Nie spodziewałam się wybitnej lektury, ale nie spodziewałam się również tego, co zafundowała autorka.

Głównym bohaterem jest Skinner Cade, student z hrabstwa Choctaw, który z powodu śmierci matki dowiaduje się o tym, że został adoptowany. Chłopak postanawia zgłębić tajemnicę swojego pochodzenia i rusza w tym celu do Arkansas.

Nancy A. Collins postawiła na trochę dziwną koncepcję książki, bo, że się tak wyrażę, największe zamieszanie i krwawe jatki dostajemy na samym początku. Owszem, zagubiony bohater ma prawo do popełniania błędów przy próbach zapanowania nad chaosem, który na niego spada, ale nie jest to zabieg korzystny dla czytelnika, który oczekuje stopniowego dawkowania napięcia i niepewności wzmagającej się z każdym rozdziałem. W Zewie krwi może nie jest to główną wadą, ale trochę ciężko się w takim porządku odnaleźć. Nie oznacza to, że wszystkiego dowiadujemy się na wstępie, a potem nie ma już powodów, by wyczekiwać końca lektury, ale nie zmienia to faktu, że podczas lektury czułam się trochę nieswojo.

Zew krwi promowany jako horror oprócz intensywnego rozlewu krwi oferuje zdecydowanie przesycenie elementu, który mocno eksponuje brak wyczucia autorki w aranżacji scenerii horroru. O czym mowa? O wysuwającej się już na pierwszy plan sferze seksualnej i różnych jej aspektach. Nie uważam się za osobę przewrażliwioną, nie pierwszy raz trafiła mi się książka z ostrzej zarysowanym podłożem erotycznym, nigdy na mym licu w czasie lektury rumieniec nie zakwitł, ale cholera, łapałam się momentami za głowę i traciłam szacunek do swego gustu czytelniczego przewracając kolejne strony, a w głowie miałam "Kurwa, co ja czytam?". Na tym polu autorka stanowczo przesadziła, pakując wszędzie niepotrzebne wzmianki czy też fragmenty o gwałtach, samogwałtach i próbach spółkowania w granicach przyzwoitości. Zbyt często zwracała uwagę na to co, kto, komu i gdzie i gdzieś pod koniec pierwszej połowy tej cienkiej książeczki zaczynałam się nudzić. Kolejnym etapem był niesmak, bo ileż można o tym seksie (i jego pochodnych, szczególnie w takiej postaci) pisać. Co więcej, nielicznym jest w Zewie krwi grono bohaterów, którzy nie zostaliby kiedyś tam przez kogoś zgwałceni. Ja rozumiem, że to jest książka o wilkołakach, że jest to aspekt, w którym objawia się dzikość i pierwotność, ale, tutaj gorący apel, nie należy używać tylko tego rodzaju do eksponowania tego zezwierzęcenia.

Gdyby nie wyżej opisana wada byłabym skłonna przyznać, że to całkiem zadowalająca książka. A jednak nie mam zamiaru wystawiać jej najniższej oceny, bo pojawiły się dwa wątki, które jakoś zrównoważyły te przykre doświadczenia związane z nieokiełznanym popędem... wszystkich. Mowa o kilku scenach w więzieniu, które bardzo dobrze ukazywały specyfikę i bezwzględność atmosfery tam panującej. Kolejną zaletą jest przewijający się od początku do końca motyw Indian, który jest w literaturze raczej rzadkim, a jakże przeze mnie cenionym. W dodatku często łączony jest z samymi postaciami wilkołaków i wprowadza aurę takiej nietypowej tajemniczości. Ogniska, totemy, wierzenia... To mi do gustu przypadło i żałuję, że nie zostało jeszcze bardziej uwydatnione. Ale lepsze to, niż nic.

W kwestii bohaterów śmiem twierdzić, że nie są do końca bezbarwni, bo wzbudzali we mnie pewne emocje. Sam Skinner okazał się zagubionym młodzieńcem, który jednak potrafił od czasu do czasu zdobyć się na odrobinę refleksji i nie podążać ślepo za tymi, którzy próbowali dyktować mu, co ma robić. Spośród członków wcześniej wspominanej kapeli metalowej nie wyłapałam żadnej ciekawej postaci, bo zespół składał się z czterech wilkołaków i jednej samicy tego gatunku, w dodatku nimfomanki. W miarę interesującą bohaterką okazała się natomiast Znachorka, kobieta, która pomogła matce Skinnera go urodzić i która skrywała swoje sekrety.

Z perspektywy kilku dni, które minęły od zakończenia Zewu krwi jestem w stanie śmiać się z tej książki, ale jej nie polecam. Co prawda da się znaleźć przeciwwagę do zbyt gorliwie zarysowanego życia erotycznego wszystkich bohaterów, ale nie są to wystarczająco mocne punkty, żeby uznać powieść za chociażby poprawną. Jak ktoś ma ochotę na zdecydowanie nie naukową lekturę zwyczajów godowych wilkołaków to nie bronię czytać, ale naprawdę, można czas przeznaczony na Zew krwi spożytkować dużo lepiej.

Moja ocena: 5,5/10 

Tytuł oryginału: Wild blood
Autor: Nancy A. Collins
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 259
Rok wydania: 1994 (oryginał), 2004 (w Polsce)

18 kwietnia 2016

Władcy dinozaurów

W czasach dzieciństwa interesowałam się różnymi dziwnymi rzeczami. Chciałam zostać strażakiem, fascynowały mnie skoki narciarskie, a przy tym jazda konna wydaje się jednym z najmniej dziwnych odpałów. Oprócz tego wyżej wymienionego niesamowicie ciekawiły mnie dinozaury i prehistoria. Dostawałam na różne okazje na przemian zabawki związane z końmi albo z dinozaurami właśnie. To dziwne hobby pozostało, przynajmniej szczątkowo do dziś i gdy tylko zobaczyłam wśród zapowiedzi informację o tym, że ukażą się u nas Władcy dinozaurów stwierdziłam, że zamówię ją jak tylko będzie dostępna. Równie szybko zabrałam się do czytania.

Rozpoczynając lekturę nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Autor co prawda, jak głosi notka na skrzydełku, nie jest debiutantem, ale nie oznacza to oczywiście, że z marszu zafunduje mi doskonałą lekturę. Widniejące na górze okładki martinowskie słowa uznania dla Milána ani mnie nie zraziły ani też nie zachęciły, również nie one przyczyniły się do sięgnięcia po książkę. Autor postanowił zaprosić nas do świata, w którym dworzanie snują swoje intrygi, damy dworskie plotkują, a możnowładcy korzystają ze swojej potęgi, by buntować się przeciwko cesarzowi. Victor Milán decyduje się na stworzenie kontynentu kształtem przypominającym głowę Tyranozaurusa Rexa, natomiast przy nadawaniu nazw poszczególnym krajom posłużył się tymi rzeczywistymi, znajdującymi się w Europie i tym sposobem akcja zostaje zakotwiczona w Spanii. Już na samym początku jesteśmy świadkami krwawej bitwy, w której buntownicy stają przeciwko siłom cesarskim. Pomimo tego, że zapoznawanie się z nowym światem jest na niezbyt zaawansowanym etapie w przypadku tego fragmentu książki, to od razu uwagę zwraca fakt, że autor postarał się o naprawdę porywające opisy bitew. Przyznam, że pierwsze kilkadziesiąt stron było dla mnie ciężkich do przebrnięcia, ale przyjemność z lektury tak świetnych fragemntów batalistycznych napawała mnie optymizmem co do dalszego przebijania się przez książkę.

Nauczyłeś mnie, że prawda zawsze jest piękna, bez względu na to, jak brzmi.

Victor Milán posługuje się bardzo nietypowym językiem, momentami wymagającym naprawdę dużego skupienia, a nawet pomocy wyszukiwarki internetowej. Nie wiem, czy jest to kwestia tłumaczenia (swoją drogą, tłumaczem jest Michał Jakuszewski, który przełożył Pieśń Lodu i Ognia), ale nie sądzę, bo to tekst autora musiał wymagać użycia słów typu "treliaż", czy też "mantylka". I tak, po nieco trudnej lekturze wymagającej przyzwyczajenia się do stylu autora jestem mądrzejsza o słowa takie ja "arbalet", "morion" czy też wspomniany "treliaż". Co nie zmienia faktu, że początki były trudne i momentami bałam się, że za bardzo mnie książka wymęczy.

Na wschodzie powiadają, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek, który żyje tak, jakby już był martwy.

Po Raju, świecie, w którym została osadzona historia poruszamy się dzięki czwórce głównych bohaterów. Są to Melodiá (cesarska córka), Jaume (kochanek oraz cesarski generał), Rob Korrigan (poskramiacz dinozaurów) i Karyl Bogomirsky (były wojewoda). W zasadzie ciężko mi było wybrać faworyta przez pierwsze rozdziały, bo żaden z bohaterów nie wyróżniał się szczególnie niczym, dzięki czemu mogłabym go polubić. Pod koniec lektury stwierdziłam, że moim faworytem jest Jaume, wyróżniający się z wymienionej czwórki rozwagą, dojrzałością i zdecydowaniem w działaniu. Natomiast cesarska księżniczka okazała się słabo wykreowaną żeńską postacią, co w sumie mnie nie dziwi, bo trafić na dobrze napisane bohaterki jest ciężko. Melodiá nie grzeszyła inteligencją, a poza tym przez reprezentowała cechy, których nienawidzę u kobiet. Strzelała fochy, obrażając na Jaume tylko o fakt, że musiał spełniać cesarskie rozkazy (MUSIAŁ. Rozkazy były CESARSKIE. To trochę ważniejsze od nadąsanej panienki, która nie wie czego chce). Na szczęście w przypływie odrobiny samokrytycyzmu Melodiá stwierdziła, że jest głupią nie powiem kim (bo raczej nie przeklinam w recenzjach), czemu z ochotą przyklasnęłam, choć stosunku do niej nie zmieniłam. Co więcej, jej niezliczona świta też mnie denerwowała, a jedynie młodsza siostra Montserrat wzbudzała jako takie pozytywne wrażenie.
Postacią, która jako tako do mnie przemówiła był najemnik i wspomniany wyżej poskramiacz dinozaurów - Rob Korrigan. Bohater lubiący zgrywać cwaniaka, ale równocześnie oddany opiekun jaszczurów i właściciel Małej Nell, przedstawicielki jednego z łagodniejszych gatunków dinozaurów. Natomiast jego kompan, Bogomirsky, okazał się postacią tak niezrozumiałą dla mnie, w sensie, że jego motywy zostały słabo zarysowane, że koniec końców ani mnie mierził, ani grzał, że się posłużę metaforą.

Wszystko to, co napisałam składa się na obraz przeciętnej, nie zbyt porywającej powieści, czas więc przejść do bardzo konkretnych plusów, jakie odnalazłam w Władcach dinozaurów. Po pierwsze, same dinozaury. Nie są one jedynie uzupełnieniem świata, w którym toczące się wydarzenia nie mają zbyt wiele związku z tymi stworzeniami. Victor Milán postarał się przy dopracowywaniu tego aspektu książki. Na początku każdego rozdziału została umieszczona notka dotycząca jednego gatunku dinozaura, wraz z jej nazwą łacińską i nazwą stosowaną w książce. Na chybił trafił sprawdziłam kilka z tych gatunków, wpisując je w wyszukiwarkę i wszystko się zgadzało, co świadczy o tym, że Victor Milán czerpał z zasobów współczesnej nauki. Co więcej, opisy tych stworzeń naprawdę mnie uwiodły. Jawiły się jako potężne, majestatyczne bestie, budzące grozę w bitwie i dodające całej powieści patosu. Co więcej, wpisywały się doskonale w kulturę choćby takiej Spanii, bo bohaterowie co rusz porównywali na przykład różne dźwięki do tonów wydawanych przez dinozaury, a na uczcie nosili maski upodabniające ich do konkretnych  gatunków. To było naprawdę świetne i podczas czytania odnosiłam wrażenie, że dinozaury są integralną częścią tego świata, że bez nich nie istniałby w żadnym wypadku.

Już dawno temu przekonałem się, że jeśli człowiek chce coś osiągnąć, musi zacząć od punktu, w którym się znajduje. Albo czekać całą wieczność na właściwy moment, który nigdy nie nadejdzie.

Kolejną bardzo ważną zaletą książki są wyżej już nadmienione sceny batalistyczne. Zostały opisane bardzo krwawo i brutalnie, w takim stopniu, że momentami aż się wzdrygałam. To jest to, za co bardzo sobie cenię fantasy, to czego oczekuję od tego gatunku. Ciekawe sceny bitew to podstawa, a gdy dostałam taki fragment już na samym początku książki wiedziałam, że autor przynajmniej na tym gruncie mnie nie zawiedzie. Poza tym bohaterowie, przynajmniej niektórzy są twardymi realistami. Ruszą do walki z przerażeniem, świadomością, że będą musieli zabijać i goryczą na myśl o tym, że ucierpią nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Podkreślają ten smutny i jakże nieodłączny aspekt wszystkich batalii, równocześnie pozostając dobrymi żołnierzami. A bitew jest wiele i żadna nie odstaje poziomem od ogółu.

W lekkie zdziwienie wprawiły mnie bardzo konkretne kopie nazw zastosowanych przez autora, a które spotkałam już w Pieśni Lodu i Ognia. Co prawda Zębaty tron można wybaczyć, bo w fantastyce wiele jest różnorodnych tronów (istnieją przecież Kroniki Nieciosanego Tronu, a i Szklany tron gdzieś tam się przewijał), ale na przykład trochę się skrzywiłam na wzmiankę o bitwie w Szepczącym lesie albo statku o nazwie "Melisandre". Co więcej gwiazda wśród intrygantów nosi nazwisko "Pająk" i o ile dwie nazwy mogły być dziełem przypadku, to trzy już niekoniecznie. Dlaczego nie krzyczę, że ktoś tu brzydko ściąga od Martina? Wymienione przeze mnie aspekty są epizodyczne (no dobra, bitwa w Szepczącym lesie nie), a w podziękowaniach Milán wymienia Martina. Natomiast Martin poleca Milána i trochę mało prawdopodobne wydaje mi się, żeby ktokolwiek polecał plagiat własnego dzieła. Owszem, nie do końca mi to leży, ale niech już będzie, większe zbrodnie w literaturze widziałam, a i wątki w powieści Milána nie sprawiają wrażenie wyjętych żywcem z Westeros.


Taka mała... scenografia do lektury.
Władcy dinozaurów to książka oddalona od ideału, ale posiadające bardzo mocne strony i oryginalny motyw wykorzystujący prehistoryczne stworzenia, które można uznać za bliższe rzeczywistości smoki. Styl autora wymaga przyzwyczajenia się do niego, ale tą niewygodę może wynagrodzić późniejsze ukazanie świetnie napisanych starć między armiami uzbrojonymi w dinozaury. Świat co prawda wymaga lekkiego dopracowania, przynajmniej na gruncie bohaterów, ale nie są to wady mocno uprzykrzające lekturę. Generalnie Władcy dinozaurów to dosyć dobra książka, przekazująca pewne prawdy i niepozbawiona głębszego znaczenia, której kontynuacji zamierzam wypatrywać.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: The Dinosaur Lords
Autor: Victor Milán
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 551
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Seria Władcy dinozaurów:
1. Władcy dinozaurów
2. The Dinosaur Knights
3. The Dinosaur Princess
4. ?
5. ?
6. ?

12 kwietnia 2016

Dziewczyna, która igrała z ogniem


Sięgając po osławioną trylogię Millennium wiedziałam, że nie będzie to byle jaka lektura. Pierwszy tom porwał mnie niesamowicie i dowiadując się, że Dziewczyna, która igrała z ogniem jest lepsza od Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet ostrzyłam sobie pazurki na kontynuację. Zęby, pazurki, jak zwał tak zwał. Czy po wysokim poziomie prezentowanym już na samym wstępie Larsson miał jeszcze szansę mnie zaskoczyć? A jakże.

Część druga jest związana z bardzo charakterystyczną postacią stworzoną przez Larssona. Chodzi o uwielbianą przeze mnie i w realiach powieści pozbawioną grona zagorzałych sympatyków Lisbeth Salander. Narrator już od samego początku skupia się właśnie na tajemniczej bohaterce i pozwala czytelnikowi towarzyszyć jej podczas urlopu na wyspie Grenadzie. Równocześnie nie porzucamy tych postaci, które pozostały w Sztokholmie i mamy okazję na przemian śledzić losy Lisbeth jak i to, co po aferze z Wennerstormem dzieje się wśród redaktorów Millennium. Mikael Blomkvist dzięki Dagowi Svenssonowi dociera do ludzi związanych z sekshandlem i postanawia temat ten uczynić głównym w nadchodzącym numerze jego gazety. Niestety okazuje się, że zamiast zdemaskowania kilkunastu ważniaków, których przyłapano na nielegalnych kontaktach z prostytutkami udaje mu się trafić na ślad dużo poważniejszej afery i na jego nieszczęście związanej z Lisbeth.

Wiedziałam, że to będzie dobra książka i nie zdziwiłam się faktem, że już od samego początku wciągnęłam się w lekturę. Larsson potrafił zaciekawić czytelnika już na pierwszych stronach, nie ulega wątpliwości, że dzięki kreacji Salander. Uwielbiam ją! I będę to nie raz powtarzała, przypominała i wymieniała ją wśród ulubionych żeńskich postaci literackich. To bohaterka z tak niesamowitym charakterem, temperamentem i sposobem bycia, że nie można traktować jej obojętnie. Nie twierdzę, że wszyscy pokochają ją tak jak ja, ale to postać, która wzbudza emocje i niewątpliwie jest znakiem rozpoznawczym serii.

To, co mnie bardzo ucieszyło, to fakt, że Salander to nie jedyna interesująca i dobrze skonstruowana postać. Po zakończeniu lektury zaczęłam się zastanawiać ilu ciekawych bohaterów spotkałam na stronach Dziewczyny. która igrała z ogniem i wyszło... aż dziesięcioro! Jest to naprawdę przyzwoita ilość, szczególnie w gąszczu różnorodnych postaci, które przewijają się w kolejnych rozdziałach. Najlepsze jest to, że nie znając ich zbyt długo zaczęłam sympatyzować z nimi i im kibicować. Ekscytowałam się tym, co na przykład taki inspektor Bubblansky zrobi w obliczu nowych informacji o podejrzanej, śmiałam się z niego, gdy kolejne wieści zadawały kłam stworzonemu do chwili obecnej obrazu sytuacji i podziwiałam, gdy musiał postawić się wyżej postawionym od niego. Pojawiający się w ciekawych okolicznościach Paolo Roberto również bardzo szybko zdobył moje serce i sprawił, że martwiłam się o niego wielce, a równocześnie byłam pewna, że jakoś musi dać sobie radę. Taki bohater z pazurem, a znając już nieco zagrywki autora śmiem twierdzić, że wątek boksera nie zostanie porzucony w kolejnym tomie.

Bardzo podobają mi się pomysły autora na, że tak powiem, fundamenty tej historii. Wiadomo, że stworzenie wiarygodnych postaci wymaga dosadnego sportretowania nie tylko charakterów, ale i relacji z innymi bohaterami, czy przeszłości. Larsson nie poszedł na łatwiznę, stwarzając proste związki, klasyczne rodziny i nie zaopatrzył swoich bohaterów w powszechnie znane rozterki. Ilość powiązań między postaciami robi wrażenie, ale każda z nich deklaruje konkretny stosunek do otaczających ją osób. Nawet poboczni bohaterowie dostają swoje pięć minut. Larsson nie stroni od kontrowersji w postaci związków homoseksualnych, tworzenia bohaterów posiadających uprzedzenia, czy postaci lekko podchodzących do relacji intymnych. Równocześnie czytelnik nie jest zalewany nadmiarem informacji o tym, kto z kim i dlaczego oraz w jaki sposób, jednak to co ważne, zostaje odpowiednio zaakcentowane.

Właśnie. Między częścią pierwszą i drugą pojawia się bardzo wiele powiązań i Millennium jest trylogią, którą koniecznie trzeba czytać po kolei. Owszem, autor powtarza najważniejsze wydarzenia, nawiązuje do nich, nie rzuca czytelnika na aż tak głęboką wodę, ale dla samej przyjemności lektury warto sięgnąć najpierw po Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet.

Nie ma niewinnych. Chociaż można być w różnym stopniu odpowiedzialnym. 

Stieg Larsson stworzył książkę, która niesamowicie mnie pochłonęła, książkę... Bez wad. Przyznam, że naprawdę próbowałam być czepialska i znaleźć jakieś uchybienia, dokładnie śledziłam posunięcia bohaterów, a jako, że było ich wielu zwracałam uwagę na ciągłość i... Nie dopatrzyłam się niedociągnięć. Może za bardzo zafascynowałam się tomem drugim, może po prostu autor idealnie trafił w moje oczekiwania dzięki mrocznej, poważnej, dobrze skonstruowanej fabule, bohaterom, którzy na różne sposoby zaskarbiali sobie moją wierność i sympatię oraz klimatem. Nie raz zostałam zaskoczona przez autora, który w mojej ocenie jawi się jako geniusz. Pisze bardzo dobrym, przystępnym, ale i chwilami specyficznym językiem. Potrafi dawkować napięcie i usypiać czujność wtedy, kiedy jest to wymagane, ale utrzymywać też to lekkie uczucie niepewności. Czytając niektóre fragmenty ma się wrażenie "ciszy przed burzą", która jak już się rozpęta, najpewniej rzuci czytelnika na kolana.

Nigdy nie zadzieraj z Lisbeth Salander. Jej nastawienie do świata jest takie, że jeśli ktoś grozi jej pistoletem, ona załatwi sobie większy.

Sama po zakończeniu byłam w szoku. Odkrycie przeszłość Lisbeth i zrozumienie, dlaczego tak się zachowuje wprowadziło mnie w osłupienie. Sama końcówka była tak przepełniona napięciem, że po zakończeniu odetchnęłam z ulgą na myśl o tym, że skończyło się w taki, a nie inny sposób. Przez ostatnie sto dwadzieścia stron czytałam osłupiała, najpewniej z rozchylonymi ustami i raz po raz mrucząc coś pod nosem. Larssona uwielbiam za tą część. Ta książka porwała mnie jak żadna inna i to nie tylko samą zagadką kryminalną. Wielość historii, różne perspektywy, tajemnice sprzed kilkunastu i więcej lat, wspaniała postać, jaką jest Lisbeth Salander, lecz nie tylko ona... Larsson napisał jedną z najlepszych książek, jakie w życiu czytałam. Bardzo chciałabym cofnąć czas i przeczytać tę książkę po raz pierwszy raz jeszcze, żeby móc ponownie przeżyć zaskoczenie, radość i niepewność, jakie towarzyszyły mi wtedy, kiedy jeszcze o niczym nie wiedziałam i stopniowo dowiadywałam się, jakie Sieg Larsson trzyma karty.

Moja ocena: 10/10*

Tytuł oryginału: Flickan som lekte med elden
Autor: Stieg Larsson
Wydawnictwo: Czarna Owca
Ilość stron: 400 i 423
Rok wydania: 2006 (oryginał), 2014 (wydanie kolekcjonerskie w Polsce)

Trylogia Millennium:
1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet < recenzja
2. Dziewczyna, która igrała z ogniem
3. Zamek z piasku, który runął

* To nie jest fantasy. I dostało dyszkę. To musi o czymś świadczyć!

5 kwietnia 2016

The Last Kingdom, sezon 1

Wszyscy znają odwieczne prawo rządzące ekranizacjami i adaptacjami, prawda? Najpierw książka, potem dopiero oglądanie. A ja tu dzisiaj przychodzę prawić herezję i pisać o kolejnym serialu, którego bohater pochodzi z książki, której w dłoniach jeszcze nie miałam. Szczerze? Nie wydaje mi się, że okryłam się hańbą, a i większą mam teraz ochotę na lekturę. Zaraz zdradzę, dlaczego tak jest.

Akcja dzieje się w IX wieku w Anglii. Uhtred jest synem Uhtreda i następcą tronu, który przyjdzie mu objąć dopiero za kilkanaście lat. W wyniku ataku Wikingów zostaje on przez nich porwany i później wychowywany jako Duńczyk. Jako dorosły człowiek, stara się zdecydować, komu chce poprzysiąc wierność - pozostać Wikingiem czy walczyć w imieniu saskiego władcy króla Alfreda i tym samym powrócić do swoich korzeni.

źródło
Choć nie miałam jeszcze za bardzo styczności z klimatami nordyckimi, to ciągnęło mnie w ich kierunku od dawna. Zachęcona nowym serialem, który ukazał się w roku 2015 postanowiłam nie zważać na to, że powstał na podstawie książek Bernarda Cornwella i po prostu go obejrzeć. Pierwszy sezon liczy sobie zaledwie osiem odcinków, co jeszcze bardziej mnie zachęciło. Przyznam, że tak nie wielka ilość czasu poświęcona na opowiedzenie konkretnej historii musiała być dla twórców wyzwaniem, trzeba było przecież w miarę szybko zainteresować odbiorcę i przejść do sedna jednocześnie nie pomijając odpowiednio dokładnej kreacji bohaterów.

Uhtreda (Alexanda Dreymona) poznajemy jako małego chłopca i jesteśmy świadkami jego porwania przez Duńczyków, Ja dość szybko przestałam kibicować saskiej stronie i nawet nie zależało mi na tym, żeby Uhtred powrócił w rodzinne okolice. Już na koniec pierwszego odcinka robimy skok czasowy do momentu, w którym nasz bohater jest już dorosłym mężczyzną i musi się, kolokwialnie mówiąc, życiowo ogarnąć, a kolejne wydarzenia zmuszają go do wyruszenia na wędrówkę, prób zdobycia majątku i posiadłości oraz kolejnych dylematów dotyczących wierności.

Leofric i Uhtred, ciekawa przyjaźń (źródło)
The Last Kingdom jest serialem historycznym, w którym oprócz losów głównego protagonisty śledzić możemy starcia między królem Alfredem (Davidem Dawsonem) i Duńczykami, którzy krok po kroku starają się podbić ziemie należące do Sasów. Co więcej, bardzo dobrze zarysowany jest też konflikt na gruncie religijnym - bogobojni Anglicy kontra niewierzący Wikingowie, dla których pokora nie ma racji bytu. Nawet sam Uhtred nosi przydomek "Bezbożny" i jego techniki "załatwiania" różnego rodzaju problemów różnią się od sposobów preferowanych przez Alfreda. Do tego, jako, że akcja dzieje się w Anglii sprzed ponad tysiąca lat, możemy obserwować dobrze zaaranżowane walki i pojedynki, a szczęk mieczy rozlega się w praktycznie każdym odcinku.

Uhtred jest bohaterem, którego ciężko nie polubić i to nie tylko dlatego, że nosi długie włosy. Jego momentami beztroski styl bycia, zdecydowanie w działaniu i lekki brak rozsądku sprawiają, że szybko się do niego przywiązujemy. O ile mnie pamięć nie myli, drugi odcinek pod kątem wydarzeń nie powalił mnie na kolana, ale postać Uhtreda wynagrodziła wszelkie niedogodności. Wśród innych ważnych bohaterów niewątpliwie umieścić należałoby Alfreda, który może nie prezentował swoją sylwetką królewskiego wzorca godnego naśladowania, ale nie był postacią pozbawioną głębi. Widać doskonale, że kierował się przede wszystkim wiarą, choć nie został wykreowany na władcę pozbawionego wad i posiadającego nieograniczoną cierpliwość. Oj tak, z tą cierpliwością bywało momentami naprawdę krucho. Kolejnym bohaterem, który zdecydowanie się wyróżniał i który zyskał u mnie ogromnie dużo sympatii był Leofric (Adrian Bower), wierny rycerz Alfreda, który jednak nawiązał przyjaźń z Uhtredem i stworzył z nim świetny, kumpelski duet. Z resztą, ta dwójka do samego końca stanowiła główny obiekt mojej sympatii a także powód do smutku, bo wierność wobec króla wygrać musiała z przyjaźnią.

Nigdy nie zadzieraj z Ubbą! (źródło)
Zaraz zaraz, przecież pisałam o Wikingach, a opowiadam o Anglikach! Chyba trzeba przedstawić kilku ciekawych postaci z wrogiego obozu, które zapadły mi w pamięci... Ubba! Wojowniczy, bezwzględny i groźny Ubba (Rune Temte). Prawdziwa kwintesencja Wikinga, postrach nawet swoich pobratymców i niezrównany w walce. Ten, przed którym Uhtreda ostrzegano: "Nigdy nie zadzieraj z Ubbą". Polubiłam też Ragnara (Tobiasa Sentelmana), którego Uhtred darzył przyjaźnią i z powodu którego musiał zmagać się z dylematami. Szkoda, że tej postaci poświęcono tak mało czasu, bo zdecydowanie był to jeden z bardziej wyrazistych i zdobywających sympatię bohaterów.

The Last Kingdom jawi się jako walka dwóch światów, z których każdy wierzy w co innego i każdy chce pokonać ten drugi. Naleciałości obu tych światów spotykają się w Uhtredzie, chcącym dowiedzieć się kim jest i szukającym swojego miejsca na ziemi. Jest to bohater porywczy, ale śledzimy dzięki niemu nie tylko losy jego, ale także całej Anglii. 

Wizualnie serial prezentuje się bardzo dobrze, jest dopracowany, może za wyjątkiem słabo odzianych królów, bo zarówno Uhtred, ojciec głównego bohatera jak i Alfred nie prezentują potęgi swoim wyglądem, co może nie tyle jest wielkim minusem, co trochę dziwi. Sceny bitewne dopracowano należycie, tak, jak najbardziej mi się podoba, z rozmachem i patosem, który bardzo sobie cenię. Oprócz stałych bohaterów pojawia się kilka postaci epizodycznych, jak na przykład nieco szalony i nieprzewidywalny Skorpa. Serial jak najbardziej polecam, a sama, w oczekiwaniu na kolejny sezon, zabieram się za czas jakiś za książki Bernarda Cornwella.

Król Alfred, ojciec Beocca, Leofric i Uthred przed bitwą (źródło)