30 grudnia 2015

Grudnia podsumowanie...

Grudzień był szalony, ale nie dlatego, że dopadła mnie świąteczna gorączka. Właściwie świąt prawie nie poczułam i nastąpiło to dopiero w drugi dzień... Na czytanie dużo czasu nie było, ale moje marne trzy książeczki to efekt podczytywania pewnego opasłego tomiszcza, którego nie miałam szansy skończyć w tym miesiącu, ale które i tak mnie porwało, przez co nie sięgałam po inne książki. Miało być wielkie kończenie serii i... nie skończyłam ani jednej, podjechałam tylko tom dalej z Careyem. A zatem, dzień przed końcem miesiąca prezentuję "listę" przeczytanych książek:

1. Krew nie woda (Mike Carey)
2. Misery (Stephen King)
3. Gwiazdkowy złodziej (Mary i Carol Higgins)

Misery przeczytałam w ramach tradycji sięgającej korzeniami rok wstecz, kiedy to przepadłam podczas lektury Christine i podejrzewam, że za rok na blogu również pojawi się recenzja jakiejś książki Kinga. Najlepszą książką miesiąca była Krew nie woda, a najgorszą Gwiazdkowy złodziej się okazał, którego nawet nie było w stosie, bo pożyczony z biblioteki, a ja książki z biblioteki traktuję z pewnym przymrużeniem oka.

W grudniu wstawiłam 10 postów, w tym 4 recenzje, aczkolwiek jedną nie dotyczącą książki, a serialu.

Obserwatorów jest 217.

W przypadku wyzwań poległam z wzrostowym po raz kolejny, bo przeczytałam tylko 6,5 cm i osiągnęłam końcowy wynik 129,4 cm. Tra-ge-dia. Do wyzwania okładkowego nie przeczytałam nic.

Co jeszcze w grudniu?
Kryzys muzyczny, nie wiedziałam co słuchać, ale o tym już pisałam TU. Z okazji świąt udało mi się obejrzeć trzy filmy, to znaczy Kochaj i tańcz, które z niezrozumiałych powodów uwielbiam. Oprócz tego zobaczyłam jeszcze Nigdy w życiu oraz Nothing hill i załamywałam się poziomem inteligencji prezentowanym przez te produkcje. No cóż...

Pod choinkę książek nie dostałam, ale nie narzekam, bo w nowy rok wejdę z okrągłą trzydziestką do nadrobienia. Nie martwi mnie to jakoś specjalnie, wręcz cieszę się, że mam w czym wybierać kolejne lektury. W styczniu planuję zająć się trochę kryminałami i dalej podczytywać wymienianą już nie raz i na pewno nie po raz ostatni Drogę królów. Więcej planów na cały nowy rok pojawi się w podsumowaniu roku 2015, które mam zamiar napisać dopiero 1 stycznia, kiedy to wrócę do Wrocławia, bo koniec roku mam zamiar świętować w Poznaniu. Udanego sylwestra!

29 grudnia 2015

Misery


Szaleństwo i chaos. Tak w skrócie możnaby opisać Misery, ale mimo wszystko wypadałoby się jednak trochę rozwinąć. Napisać, co i jak. Uwzględnić moywy jakimi kierowali się bohaterowie zatopieni w tym szaleństwie i jak to wpłynęło na mój odbiór książki. 

Paul Sheldon jest pisarzem i stworzył serię książek o Misery Chastain, której wielką fanką i w zasadzie możnaby rzec, psychofanką została Annie Wilkes. Po nieszczęśliwym wypadku pisarza nadhcodzi jeszcze mniej szczęśliwy zbieg okoliczności, bo z odsieczą przybywa mu właśnie Annie. A kiedy w jej ręce wpada ostatni tom o Misery i dokańcza ona lekturę... dla Paula oznacza to nieciekawy obrót wydarzeń.

Bohaterami w tej książce są tylko Paul i Annie i to ich obserwujemy przez cały czas. Od samego początku widać, że Annie jest osobą bardzo specyficzną, łatwo się denerwującą i wręcz niezrównoważoną psychicznie. Autor wykreował ją wręcz świetnie, idealnie ukazując wymienione przez mnie cechy i doprowadzając do tego, że bohaterki tej momentami nie znosiłam, przy czym równocześnie w jakiś dziwny sposób łapałam się na tym, że Annie budzi we mnie współczucie. Sama nie wiem, skąd się to wzięło, ale oznaczało to jedno - nie do końca kibicowałam Paulowi w starciach z jego "opiekunką".

Poza tym nakreślenie postaci Sheldona jakoś do mnie nie przemówiło. Nie miałam powodów, żeby życzyć mu szczęścia w kolejnych rozdziałach. Wiedziałam, że jest autorem średnio ambitnego cyklu romansów i lubi pić przy tworzeniu swoich dzieł. Zabrakło mi jakichś przebłysków jego dawego życia, bo oprócz informacji o dwóch byłych żonach nic mi nie wiadomo o jego przeszłości. Z tego jak podejrzewam powodu książka wzbudziła we mnie dużo mniej emocji, niż się spodziewałam.

Do gustu nie przypadł mi również styl pisania, choć zrzucam to na karb wszechobecnego szaleństwa. Język uległ zmianie dopiero przy zakończeniu, kiedy to wydarzenia doprowadziły do ostatecznego finału i narrator mógł opowiadać nam tę historię z nieco innej perspektywy. Przyznam się szczerze, że to zakończenie podratowało trochę moją opinię o Misery. Bo jej poczatek mnie wciągnął, środek trochę wymęczył i zdezorientował, a zakończenie sprawiło, że poczuła, iż powróciłam na właściwy tor i się odnalazłam.

W Misery nie brak drastycznych, konkretnych scen, w wynki których krzywiłam się, przechodziły mnie ciarki, czy też miałam wrażenie, że pojawią się mdłości. Za to również należą się autorowi oklaski i uznanie. King potrafi przerazić takimi "pomysłami" na tortury i nie pierwszy raz się o tym przekonałam.

[...] jeżeli przez całe życie zakładasz, że musi się ci przytrafić tylko to co najgorsze, to przecież może się zdarzyć, że się czasem pomylisz.

Było trochę gorzej, niż się spodziewałam w przypadku lektury tej powieści Kinga. Nie mam zamiaru rezygnować z tego pisarza, ale na chwilę dam sobie spokój z jego książkami. Może chodzi o to, że ukazywanie ludzkiego szaleństwa do mnie nie przemawia i ten motyw po prostu mnie nie zachwycił. A może zabrakło mi powiązania tej historii z większą ilością bohaterów... Ani nie polecam, ani nie odradzam, trzeba samemu sprawić czy King w tym wydaniu jest akceptowalny. Dla mnie nie do końca.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 440
Rok wydania: 1987 (oryginał), 2009 (to wydanie w Polsce)

24 grudnia 2015

Wesołych...!

Oczywiście świąt ;) Nawet tym, którzy są już po kolacji wigilijnej życzę spokoju, zdrowia, rodzinnej atmosfery i wielu dobrych książek, które w wymienionym wyżej spokoju będzie można przeczytać.

Życzy DżejEr Carmen znana też jako Jagoda ;)

Widzicie choinkę? Mam nadzieję, że tak, bo jak nie, to radzę więcej czytać, żeby rozwinęła się wyobraźnia.

22 grudnia 2015

Grudniowy stos z dobrymi książkami

źródło

A nawet bardzo dobrymi. Ogólnie ostatnio nie pojawiają się recenzje, bo mój wielki plan związany z kończeniem serii padł i czytam praktycznie tylko Drogę królów. Oraz Misery, więc pewnie w okolicach końcówki świąt pojawi się recenzja. Planuję wrzucić jeszcze dwie w tym roku, a potem napisać podsumowanie, ale do tego czasu jeszcze trochę dni pozostało, więc trzeba się ratować zamiennikami. Oto i jest jeden z nich...

Od dołu:

1. Beowulf - Przekład i Translacja (J. R. R. Tolkien, red: Christopher Tolkien) - czyli jeden z moich dwóch upominków mikołajkowych. Niesamowicie jestem ciekawa tej książki, bo wiem, że Beowulfem się Tolkien inspirował, kiedy pisał Władcę pierścieni, a i prace ukazujące jego wkład w przekład poematu na pewno będą równie ciekawe, co przy lekturze Upadku Króla Artura. Namiastką badań nad twórczością Tolkiena jestem niemalże zafascynowana.

2. Czerwone gardło (Jo Nesbo) - czyli trzecia część, która będzie moim pierwszym potkaniem z Harrym Hole. Ogólnie, co widać na załączonym obrazku, zachciało mi się ostatnio kryminałów. A przynajmniej ich kupowania, a Kamil polecał na pierwszy ogień zabrać się za ten tytuł. Zobaczymy w styczniu, kiedy to planuję zabrać się za kryminały.

3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (Stieg Larsson) - wydanie kolekcjonerskie, które podoba mi się pod każdym względem bardziej, niż pierwsze. Cenowo, formatowo, graficznie... No i jestem ogromnie ciekawa kreacji głównej bohaterki.

4. Nazwanie bestii (Mike Carey) - najpewniej do dalszego wyczytywania serii i ich kończenia wrócę w lutym. Ale kiedy myślałam, że zajmę się tym jeszcze w grudniu, to jedynym planowanym zakupem było właśnie Nazwanie bestii, które zdobyłam za cenę niestety wyższą niż okładkowa. Ale czego to się dla Feliksa nie zrobi...

Na chwilę obecną to tyle. Może coś jeszcze do mnie przybędzie w grudniu, ale jeżeli, to będzie to coś nieplanowanego. Na razie muszę ograniczyć zakupy, bo znów mam za duże zaległości, a nadchodzi sesja i nie będę miała, przynajmniej przed jedynym egzaminem za dużo czasu na czytanie. DLatego cała nadziej w kilku dniach wolnego podczas świąt.

21 grudnia 2015

Grudzień muzycznie, a więc i koncertowo

źródło

Żaliłam się w poprzednim poście, że nie mam czego słuchać, a to, czego słucham, czyli ponad tysiąc utworów znajdujących się na telefonie znam aż za dobrze. Zaczęłam poszukiwać nowych wykonawców, popytałam trochę i pojawiło się kilku nowych twórców muzyki bardzo różnej, którzy zasilili gwardię lubianych przeze mnie. Nie wrzucę tu wszystkiego, czego "spróbowałam" przez ostatni miesiąc, ale na pewno to, co zostało ze mną na dłużej.

1. Natural Born Sinner - In this Moment



Zespół podrzucony mi przez kumpelę z roku. Tak, moje komentarze będą zaczynały się od źródła, które mi podrzuciło jakiegoś wykonawcę. A zatem przyznam szczerze, po przesłuchaniu kilkunastu utworów ITM stwierdzam, że jest dobrze tylko wtedy, kiedy wokalistka krzyczy. Wyciąganie głosu w partiach śpiewanych jej nie wychodzi, ale scream jak najbardziej. Do tego ich utwory są zadowalająco ostre, zarówno muzycznie jak i tekstowo. I wystarczająco rytmiczne, na co wracam szczególnie uwagę.

2. Once - Pearl Jam



Czyli taka rockowa klasyka. Klasyka, którą powinnam mieć dawno przerobioną, a tymczasem dopiero ją odkrywam. Zespół mi podsunęła inna kumpela, która zaczęła mi wymieniać zespoły, których słucha, a o które jakimś dziwnym trafem ja się nie otarłam. A zasłuchiwanie się w PJ zaowocowało zakupem ich płyty ostatnimi czasy.

3. Drama - L7



Sama znalazłam! Kolejny grungeowo-punkowy niszowy zespół, którym mogę się zachwycać. Uwielbiam takie klimaty. I przeprosiłam się z żeńskim wokalem, choć nadal mniej więcej po godzinie sobie odpuszczam, to z L7 jestem bardzo zadowolona. Zaczynam twierdzić, że grunge to jeden z moich ulubionych podgatunków i zdecydowanie minie sporo czasu, zanim mi się znudzi.

4, Emerald sword - Rhapsody of fire


Podziękowania lecą do Łukasza, który mi podsunął ten zespół. Według muzycznej encyklopedii, za którą w moim mniemaniu uchodzi last.fm jest to epic power metal. Z dosyć specyficznym wokalem, który przypadł mi jednak do gustu. Jest jeden haczyk - dopóki grają bardziej epic niż power metal, jest okej, Ale trafiłam na kilka takich utworów, w których proporcje podgatunków muzycznych były zamienione, a dany utwór sugerował bardziej power niż epic metal i trochę zaczynało mnie to drażnić. Ale ogólnie świetny zespół. A Emerald sword jest po prostu piękne i idealne dla fanów fantasy i do czytania fantasy i działa na wyobraźnię...

5. Wye Oak - That i do
 Zdecydowanie spokojniejsze klimaty, których też potrzebowałam, a nie zadowalały mnie już tylko Florence i Great Northern. A Wye Oak znałam już wcześniej z bardzo klimatycznego utworu "Civilian". A nowo poznane przez mnie utwory też przypadły mi do gustu i miło słucha się Wye Oak lecącej w tle.




źródło
Teraz słów kilka o koncertowym weekendzie, który miał miejsce 5 i 6 grudnia. W sobotę miałam okazję w wrocławskim Starym Klasztorze być na koncercie Końca Świata i Akuratu. Oba zespoły to muzyka klimatycznie do siebie pasująca - utwory są skoczne, pozytywne, choć i z nutką refleksji o świecie. Lepiej pod kątem repertuaru znałam Koniec świata i o dziwo, wcale nie bawiłam się na nim tak dobrze, jak podczas występu Akurat. Szczególnie w przypadku Słoiczka Tiananmen i Do prostego człowieka. Szczególnie ten drugi utwór, którego tekst jest wierszem Juliana Tuwima i bardzo daje do myślenia. 


źródło
Natomiast 6 grudnia miały miejsce, przynajmniej w moim przypadku, najlepsze Mikołajki od zawsze i nie wiem czy nie na zawsze. Mogłam się bawić podczas występu dwóch naprawdę dobrych zespołów punkowych, nie wiem nawet, czy dla mnie nie najlepszych. Mowa oczywiście o Farben lehre i The Analogs. Drugi zespół w tym roku świętuje swoje dwudziestolecie, a ja już trzeci raz byłam na koncercie jubileuszowym. I po raz kolejny bawiłam się wyśmienicie, a podczas grania jakże dobrze znanych mi utworów ponownie stwierdziłam, że "koncert Analogsów" to osobny poziom zajebistości. Farbeni natomiast po raz kolejny zagrali bardzo pozytywnie, bardzo energicznie i tak, jak zawsze - czyli świetnie. Kiedyś stwierdziłam, że ich występ przydałby mi się mniej więcej tak raz na tydzień, żeby całkowicie się rozerwać, naładować pozytywną energią i bez jasnej przyczyny śmiać się nie przerwanie zarażając uśmiechem innych. Dzięki tym Mikołajkom wróciła ta moja powszechnie znana radocha koncertowa, uwielbienie dla muzyki na żywo i na pewno na długo ten dzień zapamiętam, pomimo tego, że występy obu zespołów widziałam już po kilka razy. A w przyszłym roku trzydziestolecie Farbenów...

14 grudnia 2015

Krew nie woda

Stworzenie bohatera, który w swoim własnym świecie nie cieszy się specjalną sympatią, a jednak potrafi ująć swoim zachowaniem czytelnika to nie lada sztuka. W końcu autor próbuje sprzedać nam historię nieciekawego kolesia, przeciwko któremu przemawiają otaczający go bohaterowie, a jednak w ostetcznym rozrachunku wychodzi na to, że ten szorstki, antypatyczny i momentami cyniczny osobnik staje na pozycji książkowego ulubieńca. I taką właśnie sztuczkę zrobił Mike Carey, posługując się postacią egzorcysty, Felixa Castora.

Krew nie woda to już tom czwarty przygód walczącego z demonami londyńczyka w rosyjskim szynelu stanowiącym jego znak rozpoznawczy. Muszę przyznać, że biorąc do ręki tę część spodziewałam się wrzucenia z miejsca w akcję, w której szybko okarze się, że Felix ma mnóstwo kłopotów znacznie przerastających jego możliwości. Tymczasem zaczęło się z przytupem, ale trochę mniejszym, niż przeze mnie oczekiwany.


Jeśli chodzi o rzekę życia, zazwyczaj opadam na samo dno i zaczynam maszerować. Pod prąd.


Koncepcja tej serii jest następująca - w tle przy każdym tomie, jako wątek poboczny, prowadzona jest historia opętanego przez Asmodeusza Rafiego, przyjaciela głónego bohatera, a na pierwszym planie pojawiają się epizody z udziałem różnego rodzaju demonów, duchów i stworzeń paranormalnych, z któymi musi sobie radzić Castor wykorzystując swoje umiejętności egzorcyzmowania. W każdej części nowa "sprawa" do rozwiązania. Na pewno podkreślić należy pomysłowość autora i zwinność, z jaką splata on wątki na pozór kompletnie nie mające ze sobą nic wspólnego. W tej części dużą rolę odgrywa przeszłość Feliksa, jego znajomości z dawnych lat jak i wątki związane z okolicznościami początku jego profesji. Pomimo tego, że akcja nie rozkręca się od razu i jedyną bombą jest wypisane na miejscu zbrodni nazwisko bohatera z wykorzystaniem krwi jako atramentu, to dalej czyta się już coraz lepiej.

Po raz kolejny Mike Carey prowadzi nas uliczkami Londynu nie szczędząc skrupulatnego opisu otoczenia, w jakim znajduje się będący narratorem Castor. W książkach o egzorcyście dominują opisy i niestety muszę przyznać, że momentami brakowało mi lżejszych fragmentów i dialogów, ale nie męczyłam się jakoś przesadnie. Wydaje mi się, że to taki element charakterystyczny tego pisarza, do którego już zdążyłam się właściwie przyzwyczaić przy okazji czytania poprzednich części.

Słabo pamiętam część trzecią, jak w przypadku większości serii dopada mnie amnezja przy próbach przypomnienia sobie przeszłych wydarzeń. Doskonale jednak wiem, w jak ciężkiej sytuacji był Felix w Przebierańcach i wyłapuję też, jak spora zmiana zaszła na tym gruncie. W tej części moją ulubienicą stała się Juliet, z którą Feliksa łączy dość nietypowa relacja. Zasadniczo wątku miłosnego w książkach Careya nie ma i chwała mu za to, ale jakieś poboczne, mniej ważne epizody o charakterze romantycznym się pojawiają i bardzo intrygują.


(...) nadzieja jest wieczna, zwłaszcza jeśli akurat nie dysponuje się niczym innym.


Jak na Careya, długo trwała lektura tej części, ale jestem bardzo z niej zadowolona. Sprawiała pozory dosyć mdłej z początku, może dlatego, że przywykłam, że w pierwszych rozdziałach Felix zawsze angażuje się w kilka spraw i później musi jakoś dzielić swój czas i skrórę na to, żeby dostawać baty z różnych stron. Ale pomimo ograniczenia liczby wątków nie wypada ta część nudniej. Mamy możliwość lepszego poznania rodziny głównego bohatera i kilka kwestii związanych z wątkiem Rafiego też się komplikuje, bądź prostuje. Przy lekturze towarzyszyło mi wiele emocji, a i nie spodziewałam się ich braku. Pomimo słabszego startu mile będę tą część wspominała i nadal mam zamiar polecać tą serię, jako naprawdę dobre, ambitne książki, których największą siłą jest ich główny bohater.

Moja ocena: 8/10

Autor: Mike Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 415
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2010 (w Polsce)

1. Mój własny diabeł (recenzja)
2. Błędny krąg (recenzja)
3. Przebierańcy (recenzja)
4. Krew nie woda
5. Nazwanie bestii

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.
Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

9 grudnia 2015

Moja książka, a więc mogę sobie niszczyć?


Przystępuję do realizacji dosyć spontanicznego pomysłu na wpis. Spotkałam się z różnymi podejściami do kwestii dbania o książkę. Nie jemy przy czytaniu, nie pijemy przy czytaniu, myjemy ręce przed skalaniem okładek swoim dotykiem...

Stop, hej... Może i okaże się zaraz, że prawię herezje, ale... bez względu na to, jak świetną jest historia zawarta w książce, fizycznie jest to tylko przedmiot. Może trochę delikatniejszy, bo z kruchego i nie wytrzymałego materiału, jakim jest papier, ale nadal po prostu rzecz. Jasne, rozumiem podejścia utrzymujące, że może kiedyś zechce się książkę sprzedać, więc nie powinna być zbyt wymęczona. Ale czy jest to powód do wyznaczania rygorystycznych zasad obchodzenia się z wszystkimi tomiszczami, jakie posiadamy i gromienia wzrokiem każdego, kto zbyt mocno wygnie grzbiet?

Może to wszystko wyglądać na lekko przesadzony bulwers, ale miałam sytuację, w której chcąc pożyczyć książkę dostałam wytyczne na temat tego, jak mocno mogę ją otworzyć, żeby grzbiet przypadkiem się nie zmarszczył. Zrezygnowałam z chęci lektury, bo dopuszczalny kąt jaki mi wyznaczono był po prostu za mały. Cierpieć nie cierpiałam z tego powodu, ale takie akcje zakrawają na absurd. Tak samo jak obkładanie okładek dodatkowo folią czy papierem wydaje mi się pewną przesadą.

Starcie królów. Domyśla się ktoś, co to za cytat i kto to powiedział?

Zaginam rogi, choć nie wszędzie. Na pewno w Pieśni Lodu i Ognia i w książkach Mike'a Careya. Jest w tych seriach tak wiele fajnych cytatów, że aż szkoda ich nie zaznaczyć, a wystające z książek karteczki mnie denerwują. Czasu na przepisywanie cytatów też nie mam, bo dopiero przy pisaniu recenzji, a jakoś przecież te fragmenty odnaleźć trzeba. I w zasadzie zagięcie rogu z mojej strony to wyróżnienie dla książki. Bo wiem, że jeszcze po nią sięgnę, bo wiem, że już ze mną zostanie, bo znaczy to, że jest dla mnie ważna i jeżeli kiedyś przyjdzie wiekopomna chwila w której zacznę sprzedawać książki, tej z zagiętymi rogami nikomu nie oddam.

Nowe, pachnące drukiem tomy w księgarniach na pewno zaspokajają nasze doznania estetyki, ale książki z zagiętymi grzbietami czy przetartymi okładkami mają swój charakter. Moimi ulubionymi w tym miejscu przykładami są Starcie królów i W pierścieniu ognia. Oprócz mnie po te książki sięgnęły jeszcze trzy albo i cztery osoby, a jedną z nich kupiłam używaną. Wyglądają tak, jak wyglądają i nie narzekam na ich prezencję. A w przypadku Starcia królów, które tachałam ze sobą w torbie przez dwa tygodnie nie ma co się dziwić. 


Grzbiet czasem trzeba złamać dla wygody. Kartki gdy są cienkie, też mogą się pogiąć, chociażby na wietrze, gdy człowiek czyta na przystanku. A boki książki też bywają porysowane, jak książka podróżuje wśród innych, często "niebezpiecznych" przedmiotów, jak chociażby klucze. Dbanie o książki jest uzasadnione, ale lekko pomarszczone od wilgoci strony to nie tragedia. Owszem, własność swoją szanować należy, a lepiej obchodzić się tylko z cudzą, ale wszystko do pewnego stopnia. Lekko "zużyte" powieści mają więcej charakteru, nie uważacie?

5 grudnia 2015

Salem, sezon 2

źródło

Święto lasu, DżejEr dała radę dotrwać do końca nie tylko sezonu pierwszego, ale i jeszcze drugiego. A więc może podzielić się opinią o kolejnej partii przygód czarownic z Massachusets. Wielki rytuał doszedł do skutku, czego wszyscy zapewne się spodziewali i teraz pora na... no właśnie, na co?

John Alden buja się Indianami, więc pewnie nic dobrego z tego nie wyjdzie, a Mary, Tituba i inne czarownice knują nowe intrygi. Nie mogę napisać za wiele, bo sporo bym zdradziła tym, którzy nie widzieli jeszcze pierwszego sezonu. Ale w kontynuacji pojawia się kilka nowych postaci, który zdobywają ciekawość, a czasem i sympatię widza.

W zasadzie zastanawiam się nad koncepcją tego serialu, bo jest on bardzo... niejednoznaczny. Bo jak inaczej wyjaśnić, że w jednym odcinku wyzywam Mary Sibley od najgorszych, a w następnym jej kibicuję i gorąco liczę na to, że uda się jej zrealizować jej plan? I w zasadzie zmuszona jestem do tego, żeby kibicować złu, które jest nim chyba tylko na pierwszy rzut oka. Ale nie do końca nim jest.

Nowi bohaterowie wnoszą trochę świeżości i niepewności, szczególnie hrabina Marburg i doktor Wainwright. Przyznam, że ten sezon wypadł lepiej, niż poprzedni. Wydaje mi się, że na początku każdego serialu, trzeba jakoś zawiązać akcję i dlatego jest tak nudno i dlatego też ciężko mi przebrnąć przez początki każdej produkcji, Tym bardziej uznaję za wielki sukces, że dobrnęłam do drugiego sezonu. Choć jego początek też nie był najciekawszym. Początek był średniej jakości, natomiast środek i sama końcówka bardzo mnie wciągnęły i tylko jeden lub dwa odcinki po drodze trochę mnie znużyły.
Jednym z powodów, dla których oglądam Salem jest przepiękna kolekcja sukien z tamtego okresu. Gdy na ekranie pojawiała się Mary albo Anne Hale wręcz pożerałam wzrokiem te kreacje! I tutaj plus za obrazy dodające trochę estetyki serialowi, równoważące wszelkie obrzydlistwa, jakie producenci zdecydowali się sprezentować, jako choćby chorzy na czarną ospę mieszkańcy miasteczka.
Bardzo dużo dzieje się w tym sezonie i jestem pod wrażeniem, że aż tyle. Bohaterowie mają swoje wzloty i upadki. Pojawia się sporo elementów fantastycznych, a zatem czarownice nadal są w formie. Swój początek, choć trochę niegodny pochwały, ale zawsze, ma wątek romantyczny między dwójką moich faworytów. Niektóre postacie przechodzą całkiem konkretną przemianę.
Salem nie jest serialem, którego tematyką są tylko intryganckie czarownice. Dostrzec tam można wiele różnorodnych obrazów zepsucia, poświęcenia, pasji. Kilka poważnych wyborów, kilka misji na pozór samobójczych. Sezon drugi serialu wypada dużo lepiej niż pierwszy, nie tylko dlatego, że John Alden skrócił włosy. Tak więc polecam - to tylko 13 odcinków, zarówno w sezonie pierwszym jak i drugim, a zapewni kilka wieczorów (w moim przypadku kilkanaście i to z przerwami, ale to ja...) ciekawej rozrywki w znakomitym klimacie.

2 grudnia 2015

Black Ice

Książki kierowane do młodzieży już mnie nie zadowalają i staram się ich unikać, ale rok temu jeszcze w ten sposób nie myślałam a i nowa powieść Fitzpatrick była moim prezentem urodzinowym. Co prawda sięgnęłam po nią z rocznym poślizgiem, ale dlatego, że czekałam na zimę. Nadszedł listopad, śnieg też opad(ł) więc czym prędzej chwyciłam za historię z kategorii thrillera młodzieżowego. I wielce się przy lekturze zdziwiłam, a co było tego powodem?

Tajemnice. Trochę teraz uogólniam, ale generalnie to jakie dokładnie motywy skrywali bohaterowie książki mnie zachęcało do dalszej lektury. Sama fabuła jest całkiem ciekawa, bo sprowadza się do wyprawy w góry i utknięcia w śnieżycy dwóch przyjaciółek. Dziewczyny decydują się porzucić samochód i poszukać jakiegoś schronienia przed zimnem, a gdy trafiają do górskiej chatki i zostają przygarnięte przez dwóch młodych mężczyzn nie spodziewają się, że zostaną ich zakładniczkami. Mason i Shaun potrzebują pomocy przy wydostaniu się z gór i przymuszają do tego Britt (która jest tez narratorką) oraz Korbie.

Znam styl pisania Beccy Fitzpatrick i wiem, że potrafi lekko posługiwać się piórem. Przez jej serię Szeptem przemknęłam bardzo szybko i wiedziałam, że tak samo będzie tym razem. I nawet jeśli nie czytuję już młodzieżówek, to udało mi się zdystansować do pewnych cech charakterystycznych tej książki. Owszem, momentami trochę się krzywiłam, ale po paru stronach udawało mi się machnąć na to ręką i czytać niewzruszenie dalej. 

Jak to z młodzieżówkami bywa, romanse muszą być i tak jest w tym przypadku. A teraz proszę o skupienie. Britt i Korbie zmierzały do Ildewild gdzie miały spotkać się z Bearem (chłopakiem Korbie) i byłym Britt - Calvinem, który równocześnie był byłym Britt i jechał tam w roli przyzwoitki, bo Korbie wzięła chłopaka. Nie takie to trudne po chwili przemyślenia. W każdym razie te wątki miłosne gdzieś tam się pojawiają, a Britt robi w swej narracji wstawki na temat Calvina, na temat ich związku i momentami jej głupota mnie załamywała, ale koniec końców te fragmenty nie odgrywały w Black Ice głównej roli.

Dziwny tytuł, co? Nie rozumiem go. Nie chodzi o moje umiejętności językowe - po prostu jest banalny. Fakt faktem, akcja dzieje się w górach zasypanych śniegiem, a w mroźnym lesie Britt musi sobie radzić z wszechobecnym chłodem, ale w gruncie rzeczy na pewno dałoby się wymyślić ciekawszy tytuł, więc w tym miejscu autorka się jednak nie popisała. Szkoda, że nie tylko w tym jednym. Kolejną wadą może być fakt, że pewne fragmenty mogły wydawać się trochę naiwne, lub zbyt uproszczone, ale zrzucam to na karb grupy docelowej dla tej książki. A żeby trochę poprawić sytuację, mogę rzec, że w kilku miejscach naprawdę byłam zaskoczona rozwojem akcji, a opisy wypadły naprawdę realistycznie. Warto było czekać na chłodniejszą porę roku, żeby zabrać się do czytania.

Zatem zaskoczenie. W kilku konkretnych miejscach, o czym już pisałam. To było coś czego się nie spodziewałam, choć może gdzieś pod skórą czaiło się takie uczucie, że wszystko zmierza w stronę w zasadzie najmniej spodziewaną. A dopisek na okładce z przekazem o uważaniu o tym, komu powinno się ufać jak najbardziej trafny.

Jak na powieść młodzieżową Black Ice wypadała naprawdę nieźle, nawet biorąc pod uwagę przy tym stwierdzeniu kilka mankamentów. Podoba mi się też kreacja głównej bohaterki, która w odpowiedniej chwili przejęła kontrolę nad sytuacją i potrafiła myśleć rozważnie i przewidująco, w odróżnieniu od jej tępej i nierozgarniętej przyjaciółki, której w zasadzie ani trochę nie polubiłam. Korbie była okropna i coś bym jeszcze dopisała, ale nie chcę zdradzać pewnych istotnych niuansów. Ale jako nastolatka Britt okazała się być, nawet jak na córeczkę tatusia osobą z głową na karku.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Becca Fitzpatric
Wydawnictwo: Moon Drive
Ilość stron: 446
Rok wydania 2014 (oryginał i w Polsce)

1 grudnia 2015

Podsumowanie listopada

Trzydzieści jeden dni. Tyle zostało, bo listopad już mija. I na przekór panującej aurze oceniam go jako jeden z najlepszych miesiąców roku. Nie tylko czytelniczo. A na koniec poprzedniego miesiąca marudziłam, że w październiku ogarnął mnie leń. Zatem z radością zawiadamiam, że w listopadzie chciało mi się bardziej. I ogólnie, listopad to fajny miesiąc.

Mniej więcej w pierwszej połowie miesiąca pojawiła się koncepcja na kończenie serii. A więc dawaj, wszystkie końcówki, jakie mamy! Udało mi się dopiąć swego w przypadku dwóch serii, ale szczegóły znajdą się poniżej:

Książki przeczytane w listopadzie:
1. Planeta małp (Pierre Boulle)
2. Chłopcy 4: Największa z przygód (Jakub Ćwiek)
3. Złotousta diablica (Jaye Wells)
4. Błękitnokrwista wampirzyca (Jaye Wells)
5. Black Ice (Becca Fitzpatrick)

Najlepsza książka miesiąca: 1, 3, 5 - duże zaskoczenie
Najsłabsza książka miesiąca: 4

Jak widać sięgałam raczej po lekkie, szybkie lektury i może stąd taki ładny wynik. Oby taki sam pojawił się po sprawdzianie z marketingu...

W listopadzie pojawiło się 8 postów i 4 recenzje. Obserwatorzy to grupa licząca 222 osóbki. Więc ktoś się doczłapał ;) Może w grudniu będę miała więcej czasu, żeby bardziej ruszyć z blogiem.

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 110,6 cm + 12, 3 cm = 122,9 cm. Błagam. Doczytać niecałe 40 cm w miesiąc? Musiałabym... nawet nie wiem co. Ale warto było powalczyć ;)

Co poza czytaniem?

1. Śląskie Targi Książki w Katowicach.
Na których pojawiłam się w sobotę, 7 listopada. Do Katowic wyjechałam o barbarzyńskiej godzinie, jaką była 6:35 bodajże. Ale warto było, bo na miejscu wśród stoisk wypełnionych książkami towarzyszyli mi Ola z Bluszczowych recenzji i Kamil ze Świata Bibliofila ;) Wybaczcie, że Was nie podlinkuję, jestem leniwa. W każdym razie dziękuję za spotkanie i sympatyczne popołudnie wśród książek! I za rozmowy o autorach, wydawnictwach i kontynuacjach ;) I za upominek urodzinowy oraz motywację do czytania, której nie zawsze mi starcza. Miło wspominam ten dzień i liczę na powtórkę za rok.
Co do wystawców - pojawiło się kilka ciekawych wydawnictw, w tym SQN i Sonia Draga, od których skusiłam się na Dopóki nie zgasną gwiazdy i Plugawy spisek. Resztę zdobyczy znajdziecie w listopadowym stosie którego też nie podlinkuję z powodów wspomnianych przy wzmiance o Oli i Kamilu. Przy okazji wspomnę o miejscu w którym odbywały się Targi, czyli o Międzynarodowym Centrum Kongresowym znajdującym się nieopodal katowickiego Spodka. Jakiż to jest świetny budynek! Brawa dla architekta bądź architektów za pomysł. Już dawno żadną budowlą tak się na zachwyciłam i oto są dowody mojej fascynacji:




Wróciłam z przeciążonym plecakiem i pustym żołądkiem, bo śniadanie szamałam dopiero gdzieś przed godziną 16-tą, ale nawet nie zauważyłam uczucia głodu.

2. Premiera Kosogłosa 2
Z której to okazji wybrałam się na całonocny maraton Igrzysk śmierci. W ogóle myślałam, że cały listopad będzie mi upływał pod znakiem historii stworzonej przez Collins, bo planowałam nawet ponowną lekturę trzeciego tomu. Tymczasem sam maraton był jakże ekscytujący (pomimo tego, że pierwszą część widziałam po raz trzeci na dużym ekranie), ale nie dałam się porwać mojej fascynacji przygodami Katniss i nie żyłam w listopadzie tą historią. Sama ekranizacji mi się podobała i uważam, że filmy na podstawie książek jako jedne z najwierniejszych pierwowzorom ogółem, wśród tytułów przeniesionych na wielki ekran. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, w przypadku całej trzeciej części, to fakt, że muzyka była dużo gorsza, niż przy poprzednich filmach. Wyłączając oczywiście cudowne The Hanging Tree. Ale ciekawsze ścieżki są przy Igrzyskach i Pierścieniu ognia. W ogóle drugi tom niezaprzeczalnie rządzi.

Tak więc listopad wspominam bardzo dobrze i nawet mi się znów udało zejść poniżej trzydziestu książek do przeczytania, więc pozostaję w sytuacji standardowej. Zdobyłam 6 książek, przeczytałam pięć, a więc gonię. Może w święta będzie więcej czasu, żeby poczytać...
Plany na grudzień? Dalej kończymy serie! Czyli wyprawa do biblioteki po Atramentową śmierć, dwa tomy Castora albo wyzwanie w postaci lektury pozostałych dwóch części Zmierzchu świata żywych. Na co się zdecyduję, jeszcze nie wiem. Może jakieś sugestie?

29 listopada 2015

Muzycznie w ostatnich tygodniach...

Jest tragicznie. Katuję zespoły, które znam od dawna i których utworów słuchałam już setki razy. I nawet, jeśli są w dalszym ciągu świetne i bezkonkurencyjne, to tak przerobione, że nawet ich nie włączam, po raz setny na telefonie w drodze na uczelnię. Szukam czegoś nowego, szukam czegoś, do czego nie byłam przekonana, ale mi się spodobało raz i zgrałam na telefon. Ale ogólnie, to jest słabo, więc zwracam się z prośbą o PODRZUCENIE MI FAJNYCH WYKONAWCÓW. Nie ma co zwracać uwagi na gatunek, serio. Tylko nie disco polo. I techno.

A czego słucham jak nie słucham tych do "porzygu" już przesłuchanych utworów z repertuaru ukochanych zespołów?

1. Electric Lives - Go go Berlin
Energiczne i motywujące. Wpadło mi w ucho, bo kilka razy poleciało w open.fm-ie i jakoś tak zakotwiczyło się mi w mózgu.


2. Polly - Nirvana
Powrót do korzeni. Początki słuchania muzyki trochę innej niż radiowa. Między innymi trafiłam wtedy na Nirvanę, ale nie zostałam z nią na długo. No i teraz się z nią przepraszam, a Polly jest już na moim telefonie.


3. Wrong side of heaven - Five Finger Death Punch
Zabawna sprawa z tym zespołem, bo od dawna przewija mi się gdzieś w tle, kojarzę wokal i ogólnie jestem w stanie rozpoznać, że wykonawcą jest ta właśnie ekipa... Ale nie słucham! Podoba mi się, ale nie poszukam więcej ich utworów, po co sobie życie ułatwiać? Wiedziałam jednak, że w końcu coś się zmieni, że niebawem się nim bardziej się zainteresuję. I jest.


4. November - Azure Ray
Takie smęty do posłuchania przy kawie i pod kocykiem. Rzadkie zjawisko z moim przypadku, ale czasem jestem w nastroju na takie kołysanki. A i tytuł utworu pasuje...


5. Cinnamon Girl - Type o Negative
Tytuł wszystko wyjaśnia. Na dłużej bym się znudziła tym zespołem, ale akurat ten utwór mi się podoba. Dosyć specyficzna muzyka, tekst trochę nie do końca logiczny, ale jest cynamon, jest dobrze. Sam link, bo na yt filmu nie chce mi znaleźć.

https://www.youtube.com/watch?v=BO9aD4mzSE8

26 listopada 2015

Błękitnokrwista wampirzyca

 Ten moment, chwila pożegnania z Sabiną i jej ekipą przyszła dużo szybciej, niż się spodziewałam. W zasadzie jest to zasługą pomysłu na pokończenie kilku serii przed końcem roku i zachęt ze strony przyjaciółki, która kazała mi czytać, bo nie miała z kim pogadać. No i co? Ostatni tom wampirzej Mody na sukces za mną.

Jak to bywa w finalnych częściach serii, stajemy wraz bohaterami w obliczu ostatecznego starcia z wielkim złym budzącym strach kimś. Nie napiszę dokładnie, kim jest ten wielki zły, bo nie chcę spoilerować, a ćwiczę sztukę pisania recenzji kolejnych tomów bez ujawniania ważnych szczegółów. Tak więc Pan X dalej zwany będzie Wielkim Złym.

Skoro zapowiada się na ostateczne starcie, oczekiwać należałoby sporej dawki momentów w których któraś ze stron znajdowałaby się na krawędzi upadku. Niestety, w Błękitnokrwistej wampirzycy taki fragmentów jest nie wiele. Śmiem twierdzić, że w porównaniu z częścią czwartą ta wypada nieco blado. W Złotoustej diablicy problemy mnożyły się jak... co się tak mnoży? Króliki? Chomiki? Szczury? W każdym razie tarapatów z każdym rozdziałem było coraz więcej i czytało się z większym zaciekawieniem. A w przypadku części piątej bohaterowie przenoszą się do Rzymu i tam zbierają siły przed walką rozstrzygającą z Wielkim Złym. Ale sam Wielki Zły za często się nie pojawia i uważam, że postać ta została zdecydowanie za słabo wyeksponowana.

Pomimo tego, że uważam, że nie była to najlepsza z cyklu o Sabinie, jestem w stanie wskazać pewne zalety Błękitnokrwistej wampirzycy. Pojawia się sporo bohaterów, których wcześniej nie znaliśmy i dowiadujemy się więcej o rodzinie głównej bohaterki. Co więcej, swoje pięć minut mają również postaci z poprzednich tomów, których wątki zostały wcześniej w zasadzie zamknięte. Sam finał jest wystarczająco dobrze napisany, żeby czytelnika zadowolić. Nie chcę konkretnie pisać, co się wydarzyło, ale kolejne etapy dochodzenia do celu przez Sabinę czyta się z sporym zaciekawieniem. To, do czego na początku się czepiałam, zostało wybaczone, bo na pozór błaha motywacja Wielkiego Złego okazuje się mieć poważniejsze niż mogłoby się wydawać konsekwencje. 

Pod kątem bohaterów - Sabina nadal pozostaje w moich łaskach. Widać przemianę, jaka w niej zaszła i nawet nie chodzi o to, co się konkretnie na sam koniec dzieje. Autorka powtarza informacje z tomów poprzednich i dla kogoś, kto ni cholery ich nie pamięta to świetne ułatwienie. Swoją drogą mam ochotę jeszcze raz sięgnąć po Rudowłosą i Maga w czerni, żeby przypomnieć sobie co wtedy z bohaterami się konkretnie działo. Adam nadal pozostaje najbardziej bezpłciowym rzekomo męskim bohaterem w całej serii. Nigdy nie przypadł mi specjalnie do gustu i tak samo jest tym razem. Nawet nie chodzi już o to, że przestałam zadurzać się w postaciach z książki - bo jak ktoś jest fajny, to na pewno to zauważę. Niestety. Adam nie jest fajny. Całą zajebistość natomiast zgarnął Gighul i nawet jeżeli finał jego wątku nie do końca mi się spodobał, to i tak uwielbiałam czytać fragmenty o demonie intrygi. Przy okazji Gighul zasługuje na nagrodę dla zdecydowanie najlepszego z najlepszych przyjaciół głównych bohaterów.

Co do wspominanego już nie raz przy okazji książek Jaye Wells języka - w tym tomie trochę się poprawił. Nie wiem czyja to zasługa, ale pochwała się należy. Za to samej autorce niestety muszę przyznać niechlubną statuetkę za najgorsze sceny erotyczne. Nie wychodzi jej to kompletnie i są to fragmenty w żadnym wypadku nie budzące sympatii. Nie jest tak, że człowiek jest się w stanie załamać przy czytaniu, ale kilka plasknięć dłonią w czoło miejsce jednak miało.

Wielkiego, spektakularnego końca nie było, ale książka nie wypada źle. Jako historia rozrywkowa, czasoumilacz nadaje się wręcz idealnie. Czyta się naprawdę szybko - niespełna pięciuset stron nawet nie poczułam. Poza tym jeżeli idzie o serie o wampirach, ta jak na powieść rozrywkową jest naprawdę należycie dopracowana i oryginalna.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Jaye Wells
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 496
Rok wydania: 2012 (oryginał), 2014 (w Polsce)

Cykl o Sabinie Kane:
1. Rudowłosa
2. Mag w czerni
3. Zielonooki demon < recenzja
4. Złotousta diablica < recenzja
5. Błękitnokrwista wampirzyca

Najlepsza część cyklu: Złotousta diablica
Najsłabsza część cyklu: Zielonooki demon
Najlepsza okładka: Mag w czerni
Najsłabdza okładka: Zielonooki demon

23 listopada 2015

Stos z listopada


Co prawda do końca miesiąca został jeszcze tydzień, ale specjalnie mnie to nie obchodzi. Być może wstawienie stosu teraz sprawi, że nie kupię nic już aż do grudnia, co byłoby jak najbardziej pożądanym zjawiskiem. Poza tym na razie nie mam głowy do innych postów, więc dla odmiany wrzucę zdobycze z mijającego miesiąca nie wraz z jego podsumowaniem...


Jakoś słaba, bo mój telefon tak dla odmiany ześwirował. Ale widać nie najgorzej... Od dołu:

1. Chłopcy 4: Największa z przygód (Jakub Ćwiek) - od dawna już nie zdobyłam książki w dniu jej premiery i nie zaczęłam jej czytać również w tym samym dniu. Udało się to z ostatnim tomem przygód Zagubionych chłopców w wersji alternatywnej...

2. Posłaniec strachu (Michael Grant) - wiem, że to młodzieżówka. Ale jestem bardzo zadowolona z innych książek tego autora i bardzo dobrze go wspominam. Więc jakże mogłabym odpuścić sobie nową jego książkę? Szkoda tylko, że jej pojawienie przeszło bez żadnego echa. Zabrałam się już do czytania, ale na razie jeszcze ogarniam inne tytuły.

3. Plugawy spisek (Maxime Chattam) - A tutaj przechodzimy do części z nabytkami z Śląskich Targów Książki, na których pojawiłam się 7 listopada w Katowicach. Więcej szczegółów będzie przy okazji podsumowania miesiąca, bo osobnej relacji nie planuję, ale podobnie jak w zeszłym roku tak i w tym przywiozłam ze sobą powieść Chattama. Jeszcze kilka lat i mam szansę w ten sposób skompletować całość jego dorobku... A że intryga w Plugawym spisku swoimi korzeniami sięga kopalni w Wieliczce... Może być ciekawie, nie uważasz, Kamil?

4. Dopóki nie zgasną gwiazdy (Piotr Patykiweicz) - jedyny plan zakupowy, jaki miałam jadąc do Katowic. Bardzo chwalona pozycja, do tego polski autor. A, że zaczął się okres zimowy (od soboty widziałam śnieg już trzy razy i nawet zostałam nim przyprószona) nastała idealna atmosfera do lektury ;)

5. Santa Olivia (Jacqueline Carey) - prezent urodziny od Ivy z Bluszczowych recenzji :) Jedyna książka, jaką dostałam obchodząc kolejna jesień mojego życia. I do tego Carey! Kocham jej styl, tęsknię za serią o Kuszielu i na pocieszenie poczytam sobie Santa Olivię. I zapoluję na ostatniego Kusziela...

6. Koniec punku w Helsinkach (Jaroslav Rudiš) - coś z gatunku rzadko goszczącego na tym blogu. Ale z moim punkowym skrzywieniem muzycznym nie mogłam przejść obojętnie obok tego tytułu. Wypatrzyłam go na necie już sporo czasu temu, ale nigdzie w księgarniach książki tej nie widziałam. I oto jest, cudowna pamiątka-perełka z Targów.

To by było na tyle. Znów dużo książek. Znów się nie wyrobię z czytaniem. Znów trzeba będzie układać w poziomie, na stojących książkach, bo tu gdzie jestem, mam bardzo ograniczoną przestrzeń na swoje rzeczy. Znów trudne decyzje przy wyborze kolejnej lektury... Chociaż z tym ostatnim nei jest na razie źle, bo rozpoczęłam kampanię na rzecz ukończenie do Sylwka kilku serii. Daję radę!

16 listopada 2015

Złotousta diablica

Od krwiopijców się zaczęło i do nich pozostanie mi sentyment na zawsze. Nawet, jeśli przeplatany okresową niechęcią, to jednak zostanie. I nawet wtedy, gdy przez długi czas po nic o podobnej tematyce nie sięgnę. Trzeci tom o Sabinie Kane, pół wampirzycy, pół nekromantce trochę mnie rozczarował i nie miałam ochoty sięgać szybko po kolejną część. Chęć na skończenie serii była jednak silniejsza i po raz pierwszy w swojej karierze czytelniczej jestem w stanie przymknąć oko na słaby język książki i z wirtualnym kubełkiem popcornu śledzić dalsze losy bohaterów serii.

Chciałabym po raz kolejny nie pisać o kłopotach głównego bohatera przy okazji recenzji książki z gatunku urban fantasy, ale się nie da. To trochę jak taka wampirza Moda na sukces. Niby odmóżdża, niby nie wymaga, ale jednak człowieka pochłania. Zatem, żeby nie zdradzać za wiele z fabuły tomu czwartego napiszę tylko jakiego charakteru kłopoty znalazły Sabinę - a mianowicie charakteru kryminalnego, politycznego i rodzinnego. A wszystko po równi pochyłej zmierza w kierunku wielkiej katastrofy.

Nic nie pamiętałam z tomu trzeciego. Na prawdę. Czytałam go w wakacje zeszłego roku i praktycznie nic mi w głowie z tamtej części nie zostało. Może dlatego, że tak bardzo mi nie przypadła do gustu. Może pędziłam przez lekturę - nie pamiętam. Bohaterów pobocznych z Zielonookiego demona czy też konkretnych wyrwanych z kontekstu scen nie przypomnę sobie za cholerę. Na szczęście autorka za pomocą narratorki, Sabiny Kane przypomina co ważniejsze fragmenty nie tylko z części trzeciej, ale i z wcześniejszych tomów. Brawo. Dzięki temu wydarzenia, których jesteśmy świadkiem tworzą spójną całość i łączą się z początkami historii, których też nie pamiętam, bo czytałam to zanim założyłam tego bloga. Tak. Dawno.

Walcząc z dziką amnezją wypłynęłam na głęboką wodę i zabrałam się do czytania szybko przemykając przez kolejne rozdziały, Język irytował, ale nauczyłam się przymykać na niego oko. Swoją drogą marzy mi się dorwać gdzieś oryginały i sprawdzić, czy autorka faktycznie użyła tak dziwnych form niektórych słów ("uładzić"... albo "ostrzacko" - tego drugiego brak w internetowych słownikach!), czy to wymysł naszego tłumacza, który stwierdził, że mało znane wyrazy dodadzą oryginalności. Od czasu do czasu się krzywiłam, ale w drugiej połowie książki najpewniej przywykłam do dziwnych sformułowań i już nie raził mnie język tak, jak na początku.

[...] powiedziała mi, żebym zaufała przeznaczeniu. Ale jak miałam to uczynić? W moim pojęciu los był mordercą. Niszczycielem nadziei. Cholerną kosmiczną zabawą moim kosztem. 

Co do wydarzeń z tego tomu - momentami były zbyt przewidywalne, ale to taka typowa zagrywka w stylu urban fatasy, Wojny między rasami, poboczne wątki miłosne i tajemnice raz demony przeszłości. Lubię takie klimaty, nawet bardzo. Jako literatura niewymagająca, nawet momentami babska nadaje się świetnie dla kogoś, kto na myśl o lekturze obyczajówki zaczyna zawzięcie ziewać. Przyznam, że pomimo tych niewymagających treści czytało mi się bardzo dobrze, nie nudziłam się i szybko przelatywałam przez kolejne rozdziały. Wątki związane z mieszanym pochodzeniem czy podróże w inne wymiary to całkiem przyjemne wstawki do ogółu. Początek Złotoustej diablicy (Silver-Tongued Devil, brawa dla tego, kto przekładał tytuł) to kryminalna zagrywka, której wątek urywa się tworząc klasyczny błąd gatunku. Nie jest to kryminał, a więc śledztwo nie jest głównym torem, którym poprowadzono akcję, ale... działania bohaterów zmierzające do odkrycia tożsamości mordercy na spory czas zostają zawieszone. W zasadzie jest to w pewien sposób umotywowane, ale i tak trochę drażni.

Bohaterowie? Sabina nadal z charakterkiem, który jednak staje w szranki z demonami przeszłości. Z mroczną historią Sabiny w roli zamachowczyni. Podoba mi się, że pomimo tego, że to bohaterka silna i lubiąca bójki, a nawet nazbyt często się do nich rwąca Sabina pozostaje "magopierzycą" ze słabościami. Troskami. Wątpliwościami. Nie jest ideałem, któremu nikt nie podskoczy, a jeśli spróbuje, to zostanie zgaszony ciętą odzywką. Tym też, ale nie bez udziału pięści i kłów.

Gighul towarzyszy bohaterce z humorem (jedna z najlepszych komicznych postaci, jakie znam), a Adam... No właśnie. Nie umiem się do maga ustosunkować, ale na pewno wiele mu brakuje do ideału. Natomiast bohaterowie poboczni, czyli Mac, Pussy Willow i Maisie wypadają naprawdę nieźle. Po raz kolejny Slade skradł moje serce, chociaż nie wiem czy nie łączę go z jego imiennikiem z Arrowa. W każdym razie i tak jego losy nie pozostawały mi obojętne w tej części. Samo zakończenie Złotoustej diablicy mnie zszokowało i przez jakiś czas po zamknięciu książki pozostawałam i chyba nadal pozostaję w szoku. Poleciały łzy, pojawiła się pośmiertna sympatia do jednego z bohaterów... Nawet nie wiem, czy już od razu chcę brać się za tom ostatni, czy sobie odłożę go na grudzień, w którym to mam zamiar zabrać się za kończenie serii.

Choć zdecydowanie nie idealna, przedostatnia część serii o Sabinie Kane mnie porwała. To chyba jest sposób na zastój czytelniczy - sięgnąć po dobrze znaną serię. Przywitać się znów z bohaterami sprzed lat. Spróbować sobie przypomnieć, co było  kiedyś pożądanymi literackimi zagrywkami. A może chodzi o moją słabość do urban fantasy?

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Jaye Wells
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 440
Rok wydania: 2012 (oryginał i w Polsce)

Seria o Sabinie Kane:
1. Rudowłosa
2. Mag w czerni
3. Zielonooki demon < recenzja
4. Złotousta diablica
5. Błękitnokrwista wampirzyca

11 listopada 2015

Chłopcy 4: Największa z przygód


Dorastamy wszyscy, bez względu na to, jak bardzo chcielibyśmy zatrzymać czas i każde kolejne popołudnie spędzać na trzepaku czy też w piaskownicy. Przynajmniej tak było za czasów mojego dzieciństwa, kiedy to ganiałam po podwórku i radziłam sobie doskonale bez komputera i telefonu komórkowego. Z tym beztroskim okresem może i nie było się ciężko pożegnać, gdy stawałam się coraz większa i bardziej samodzielna oraz niezależna, ale... Ale teraz powtarzam to samo, co słyszałam kiedyś od rodziców, że dobrze byłoby wrócić do czasów dzieciństwa. Temat dorastania stał się głównym motywem w serii Jakuba Ćwieka, która traktuje o przygodach co prawda wiekowo dojrzałych, ale nadal... Chłopców.

Zagubieni Chłopcy, naprawdę zagubieni. Dzwoneczek, która jako jedyna babka musi ogarnąć cały bałagan, jakiego narobił Cień. I Piotruś Pan mierzący się ze swoimi lękami przywdziewając maskę beztroskiego wiecznie młodego chłopca. 

Jesteś niewinny, dopóki nie poznasz poczucia winy.


Jakub Ćwiek stworzył serię zbiorów opowiadań zapożyczając bohaterów z książki Barriego. Zagubieni Chłopcy radzić sobie muszą w realnym świecie i z pomocą Dzwoneczka, której jako jedynej zależy na ich dobru. Dawny kompan do wygłupów, Piotruś Pan dąży do odzyskania swoich kompanów do zabawy, ale niekoniecznie musi to dla Milczka, Kędziora, Kruszyny i Stalówki oznaczać beztroskiej przyszłości spędzonej na wszelkiego rodzaju wybrykach.



Zabierając się do lektury ostatniej części jakiegokolwiek cyklu lubię cofać się wspomnieniami do chwili, kiedy sięgnęłam po część pierwszą. Zwykle jest to odstęp dwóch, trzech lat, na przestrzeni których i ja się zmieniłam i po prostu wspominam co było wtedy - na początku historii i w tym konkretnym momencie mojego własnego życia. Co ciekawe, w przypadku Chłopców fala sentymentu mnie nie zalała. Gdzieś tam ukradkiem wspomniałam sobie zakończenie liceum, ale nic wielkiego. Może po prostu dlatego, że świat stworzony przez autora to nie uniwersum, w które można wsiąknąć i którym się żyje... To coś bardziej przyziemnego, z czym można się chwilę, że się tak wyrażę, po zabawiać, a później zatrzasnąć za sobą drzwi i pędzić w stronę innej historii.

Przywykłeś do przygód o ustalonych zasadach, bo takie są dziecięce reguły. Ale to już jest nie zabawa dla dzieci. Śmierć, największa z przygód, ma tabliczkę "Tylko dla dorosłych".


Okładka zapowiada epickie zakończenie. Błąd. Że wszystko zmierza do finału wiadomo, ale w kontekście całej serii nie powiedziałabym, że cokolwiek jest w niej epickiego. Mówię całkiem poważnie, a z drugiej strony podkreślając, że nie jest to wada. Może moja własna definicja "epickości" nie zakłada bandy wyrośniętych motocyklistów, którzy intensywnie przeklinają od czasu do czasu pojawiają się w Skrócie, żeby zdążyć tu i ówdzie. Może jedynym elementem epickim dla mnie były koszulki z rozbrajającymi napisami i niektóre dialogi, ale całokształt zdecydowanie taki się nie okazał.

Trochę błądzę w tej recenzji, bo w zasadzie ciężko mi się do tej części jak i całej serii ustosunkować. To taka bajka dla dorosłych, oj, zdecydowanie dla dorosłych, bo mnóstwo w niej wulgaryzmów, żartów o charakterze erotycznym i często niemoralnych zagrywek. Śmiem wysunąć teorię o tym, że może niepotrzebnie szukam w tej książce jakiegoś nad wyraz głębokiego przekazu, bo go nie ma. To po prostu przygody, trochę wspomnień z lepszych czasów i próba walki z tym, co jest teraz. Jest kilka momentów wywołujących wzruszenie, ale dużo więcej tych, w których wybuchałam śmiechem czytając nietuzinkowe dialogi i cięte riposty. Nie należę do osób delikatnych i wszelkiego rodzaju może nawet niesmaczne porównania nie sprawiły, że przestałam do książki pałać sympatią. Jeżeli do czegoś miałabym się przyczepić, a zawsze sobie coś znajdę to to, że trochę za rzadko zostają powtórzone informacje z poprzednich tomów. Biorąc pod uwagę to, że książki wychodziły w rocznych odstępach i niektórzy (Ja na przykład) czytali je prawie na bieżąco, mógłby się taki zabieg okazać korzystnym.

Zakończenie pozostawiło uczucie lekkiego rozczarowania, bo to wszystko kończy się trochę za szybko i trochę... w pewnym sensie dostajemy informacje z drugiej ręki. Co więcej odnoszę wrażenie, że te cztery tomy nie stanowią ciągłości i koncepcja na całą historię wykrystalizowała się dopiero w części drugiej. Ale może to być spowodowane faktem, że słabo część pierwszą pamiętam. W każdym razie całość oceniam jako dobrą serię od której nie można oczekiwać zbyt wiele, bo w końcu traktuje o dużych chłopcach, a więc na pierwszym planie będzie beztroska z przebijającymi się od czasu do czasu elementami powagi.

Traktowałabym też tę książkę jako zbiór opowiadań przygodowych z elementami fantasy, bo naprawdę tych fragmentów nie ma za wiele. Klasycznego fantasy też ciężko się dopatrzyć, dlatego głównie w książkach Ćwieka, jak mniemam, chodzi o dobrą zabawę i niezły rozpieprz ;)

Moja ocena: 7/10

Cykl Chłopcy:
1. Chłopcy < recenzja
2. Chłopcy 2: Bangarang! < recenzja
3. Chłopcy 3: Zguba < recenzja
4. Chłopcy 4: Największa z przygód

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2015

Najlepsza część serii: Chłopcy 2: Bangarang!
Najsłabsza część serii: Chłopcy 4: Największa z przygód
Najlepsza okładka serii: Chłopcy
Najsłabsza okładka serii: Chłopcy 2: Bangarang!

9 listopada 2015

Planeta małp

Gdy na myśl przychodzą nam podróże kosmiczne, odkrywanie nowych planet i spotykanie obcych ras zamieszkujących kosmos zazwyczaj spodziewamy się zetknięcia z czymś zupełnie nam nieznanym. Nawet w życiu codziennym, chcąc określić coś mianem niebywałego używamy czasem pojęcia "kosmiczny" albo "kosmos". A co się stanie, jeżeli po wyruszeniu w eskapadę po wszechświecie napotkani tam obcy okażą się... zupełnie dobrze znanymi "z ziemi" obcymi?

W takiej sytuacji znalazł się Ulisses Merou, który podczas swojej wyprawy kosmicznej, w towarzystwie asystenta i profesora trafia na planetę Soror. Ze zdziwieniem orientuje się, że w miejscu tym ludzie zachowują się jak zwierzęta, natomiast w roli gatunku, który osiągnął najwyższy szczebel rozwoju ewolucyjnego występują małpy. Nasz bohater szybko dostaje się do niewoli i zdany na łaskę naczelnych musi walczyć o przetrwanie.

Podobają mi się książki, w których na pozór prosty pomysł staje się niekonwencjonalnym rozwiązaniem. Taki zabieg zastosował francuski autor i bez kombinowania z wymyślaniem nowych, dziwnych pokracznych ras stworzył obraz bardzo przekonujący i niosący ze sobą przesłanie. Oczywiście nie ujmując nic dobrze rozbudowanym i szczegółowo opisanym światom podkreślić tutaj chciałam bardzo przekonującą fabułę zamykającą się w jednej części i to bardzo krótkiej.

Kreacja głównego bohatera na pewno zasługuje na uwagę z racji tego, że jest on człowiekiem uczonym. Obserwuje otocznie, odnotowuje ważne szczegóły, zauważa zależności i wyprowadza odpowiednie wnioski. Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie zachowanie Ulissesa zbudziło we mnie pewne wątpliwości natury moralnej, w kwestii niezachwianej lojalności wobec swoich... Nie było za wiele czasu w czasie lektury na to, aby szczegółowo rozpatrywać jego zachowanie, ale na szczęście udało mi się konkretnie do bohatera ustosunkować. Działania badacza były bardzo konkretne i poparte odpowiednim tokiem myślowym, dzięki czemu przez cały czas dało się odczuć, że czytelnik ma do czynienia z naukowcem.

Inni bohaterowie, tacy jak Zira, Cornelius i pozostali przedstawiciele małpiej cywilizacji mogliby zostać nieco lepiej wykreowani, ale zrzucam to na karb wspomnianej przed chwilą narracji pierwszoosobowej. Świat poznajemy z punktu widzenia Ulissesa i niestety nie nadarza się okazja na wgląd w psychikę naczelnych. Jedynie Zira, która od pewnego momentu wysuwa się na pierwszy plan w toczącej się akcji zostaje wystarczająco wyraziście wykreowana, ale nie pogardziłabym wglądem w jej rozważania.

Styl pisania autora nie budzi sprzeciwów, jest całkiem przystępny, choć nie należy do prostych i momentami wymaga odrobiny koncentracji. Zakończenie wywiera ogromne wrażenie, przynajmniej w moim przypadku tak się stało, bo... no, powiedzmy, że zostawia efekt szczęki w parterze. Jest to coś naprawdę zaskakującego i budzącego pytania o dalszy rozwój akcji, którego oczywiście nie będzie nikomu dane odkryć. Ale Planeta małp to książka, którą pewnie zapamiętam na dłuższy czas i może nawet do niej kiedyś wrócę.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Pierre Boulle
Wydawnictwo: Dingo
Ilość stron: 162
Rok wydania: 1963 (oryginał), 1992 (w Polsce)

PS: Czytałam wersję z inną okładką, ale nie ma jej nigdzie w dobrej jakości.

4 listopada 2015

Słynni pisarze, których twórczość nadal przede mną...


Dzisiaj przychodzę z postem zawierającym kilka nazwisk, które znane są chyba wszystkim, którzy mają się za pasjonatów literatury. Nawet, jeżeli twórczości tych osób jeszcze nie znam, to wiele się o nich nasłuchałam i nawet momentami mi wstyd, że jeszcze nic spod ich pióra nie przeczytałam.

Jarosław Grzędowicz


Czyli jeden ze słynniejszych polskich twórców fantastyki. Co więcej, jeden z najbardziej chwalonych za swoja twórczość pisarz. Polecany mi nie raz jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy ten blog nie istniał. I co? I dalej nie sięgnęłam. Pan Lodowego ogrodu czeka, nie tyle na przeczytanie, co na zakup. Koniecznie w drugiej wersji...

Sir Terry Pratchett


Choć nie znałam jego książek, bardzo zasmuciła mnie informacja o jego śmierci w marcu. Twórca, którego niesamowicie wszyscy chwalą i polecają. Mam nieuzasadnione opory przed lekturą jego książek i równocześnie poczucie, że omija mnie coś fantastycznego i nie chodzi tylko o gatunek książek w tym przypadku.

Edgar Allan Poe


Czyli przechodzimy do grozy. Jedyną styczność, jaką z nim miałam, pośrednią, to przy czytaniu jednego tomu Nevermore. Ale Wybór opowiadań należący do mojej rodzicielki i kurzący się na półce kusi...

Howard Phillis Lovecraft


Na niego apetyt zrobiono mi już w czasie zeszłorocznego Polconu, na którym uczestniczyłam w panelu poświęconemu najpierw Lovecraftowi, potem mitologii Cthulu i ogólnie to... Marzy mi się cegła Zgroza w Dunwich i wszystkie inne książki pisarza. Ponoć bardzo mroczne i ciężkie klimaty i... wrócę do tego nazwiska przy planach na przyszły rok, które też mam zamiar ujawnić w osobnym poście.

Bram Stoker


A więc klasyka! Jest o tyle dobrze, że Draculę mam na półce, w bardzo pięknym wydaniu, którym niesamowicie się jaram. Więc wcześniej czy później po niego sięgnę i dołożę wszelkich starań, żeby miało to miejsce wcześniej.

Oscar Wilde


Pisarz kontrowersyjny, z racji swojej orientacji w czasach, kiedy kontakty homoseksualne w Wielkiej Brytanii były zakazane. Autor wszędzie chwalonego Portretu Doriana Graya, z którego fragmentem miałam styczność na angielskim. I mniej więcej wiem, na czym się opiera cała historia, ale przeczytać i tak mam zamiar.

Neil Gaiman


Twórca współczesny, polecany mi już dawno, tak samo jak Grzędowicz i chyba nawet przez tą samą osobę. Szczególnie kuszą mnie te zbiory opowiadań, które dopiero co wyszły, ale i Amerykańskich bogów bardzo chciałabym przeczytać. I chyba któraś jego książka miała być na serial przerabiana, ale na ten temat się szerzej nie wypowiem.

Nie wymieniłam na pewno wszystkich wielkich nazwisk i po dłuższym zastanowieniu się pewnie rozszerzyłabym tą listę jeszcze o przynajmniej dziesięć osobistości. Ale na razie nie chcę szaleć, bo przyjemności trzeba sobie dawkować. Co ja pocznę, jak przeczytam już wszystkich wielkich i wybitnych? Chyba sama będę musiałą zostać jedną z nich.

31 października 2015

Podsumowanie października + stos


Pierwszy miesiąc zmagań uniwersyteckich za mną. I co? I ogarnęła mnie totalna niemoc. Do wszystkiego. Nawet nie chodzi o to, że miałam od progu dużo roboty, bo nie więcej, niż spodziewałam się po czterech semestrach nauki. Tak więc nie chodzi o nawał obowiązków. Do czytania prze cały miesiąc praktycznie się zmuszałam i tylko w fragmentach wciągały mnie czytane tytuły. A co przeczytałam?

1. Ostatnie życzenie (Andrzej Sapkowski)
2. Panowie Salem (Rob Zombie & B. K. Evenson)
3. Cujo (Stephen King)
 Oraz dokończyłam męczonego od trzech miesięcy pdf Opowieści niesamowitych autorstwa Marcina Rusnaka. Na marginesie, bardzo przyjemny w lekturze zbiór, ja po prostu nie jestem przekonana do nie tradycyjnych formatów książki i dlatego tak ciężko mi się czytało.

Najlepszą książką okazała się ta spod numeru 2, a niestety, wielce zawiodłam się na Ostatnim życzeniu i nie wiem, kiedy zechcę kontynuować przygodę z Wiedźminem.

W październiku napisałam: 11 postów
Pojawiło się 7 recenzji, w tym jedna filmowa
W kwestii obserwatorów, wstyd przyznać, ale co tam... jeden uciekł. Jest Was 221. Dziękuję tym, którzy są tu nadal ;)

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 0 (jak na złość, wszystkie czytane przede mnie książki były z wizerunkiem twarzy na okładce...)
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 103,3 cm + 7,3 cm = 110,6 cm

Oprócz gapienia się bezproduktywnie w komputer, żłopania kawy z dodatkiem cynamonu i słuchania Linkinów w październiku miałam ochotę na coś jeszcze. I było to wydawanie pieniędzy na książki, a moje urodziny okazały się idealnym pretekstem do tego, żeby trochę zaszaleć. Bo to, że nie chce mi się czytać, nie znaczy, że mam nie kupować, prawda? I tak oto, moją biblioteczkę zasiliły:

Od dołu:
1. Błękitnokrwista wampirzyca (Jaye Wells) - Ostatni tom wampirzego urban fantasy o pół magu i pół wampirze w roli głównej, żeńskiej. Oby Gighul nadal rzetelnie wypełniał obowiązki należące do sekcji humorystycznej. Ale i tak, jeszcze czwarty tom mam do przeczytania...

2. Atlas chmur (David Mitchell) - czyli jedna, jedyna książka z filmową okładką, Jakoś przebolałam fakt, że musiałam kupić ją w takiej wersji, tym bardziej, że kosztowała tylko dychę, na empiku. To książka jeszcze z września,

3. Koszmar na miarę (Rober Cichowlas & Kazimierz Kyrcz Jr) - efekt wyprawy z przyjaciółką do Dedalusa. Była jeszcze jedna książka tego duetu, co więcej, bardziej mi przystępny ostatnimi czasy zbiór opowiadań, ale grubszy i droższy, więc zdecydowałam się na tytuł z fabułą toczącą się w Poznaniu. A już od jakiegoś czasu planowałam dorwać coś jeszcze spod pióra tej kolaboracji, bo Siedlisko bardzo mi się podobało!

4. Uczta dla wron tom 2: Sieć spisków (George R. R. Martin) - przedstawiać nie trzeba, prawda? Jako, że wszyscy wszędzie piszą, że Uczta dla wron jest nudna, po Nawałnicy mieczy zrobiłam sobie przerwę z PLiO, ale jeszcze w tym roku mam zamiar powrócić do sagi.

5. Misery (Stephen King) - teeeż nie trzeba przedstawiać. Była promocja na bonito, a jako okoliczność łagodzącą dla zakupu książek spod numerów 1, 4 i 5 mogę dodać, że były moje urodziny, a nikt mi książek nie chce kupować w prezencie. Nie, to nie, sama sobie załatwię! A na Misery apetytu narobiła mi Dosiak, pisząc o książce i filmie oraz Ciacho, którego kingowska propaganda (bez urazy za dość ostre określenie, użyte w pozytywnym znaczeniu! xD) i na mnie wpłynęła. Kieszonkowe, za niespełna dychę, biorę!

6. Planeta małp (Pierre Boule) - wypad do biblioteki z dwoma podstawowymi założeniami: Nie brać początku kolejne przerwy i Nie brać grubej, tudzież standardowej wymiarowo książki. A, że Hrosskar mnie zaciekawił recenzją i ktoś tam jeszcze kiedyś zachwycał się filmem, to skorzystałam z okazji. Ale trzymanie się tych dwóch postanowień przy przechadzaniu się po bibliotece łatwe nie jest.

7. Metro 2033 (Dimitry Glukhovsky) - też przy udziale Hrosskara zaopatrzyłam się w pdf. Nie należy się szybko spodziewać mojej opinii, bo nie cierpię czytać na komputerze, czy też telefonie. Więc zacznę niespiesznie i o ile mnie nie wciągnie jakoś niesamowicie, to pewnie ze trzy, cztery miesiące zejdą. Okładki nie wstawiam, bo jestem leniwa.

Nie wiem, co przyniesie listopad, poza tym, że premierę drugiej części Kosogłosa, którą niesamowicie się jaram i o której na sto procent napiszę. Myślę, że sprężę się z czytaniem i machnę raz jeszcze książkę przed premierą, żeby sobie odświeżyć końcówkę. Jedno wiem na pewno, nie ma co się malować do kina, bo będę ryczeć jak głupia. Oprócz tego mam pomysły na posty okołoksiążkowe, może pojawi się coś muzycznego (coś o tym, czego słucham, jak nie słucham ciężkiej muzyki... ^^). A 4 listopada premierę mieć będzie ostatni tom Chłopców Jakuba Ćwieka, więc trzeba sobie znaleźć nową, wychodzącą na bieżąco serię, na której tomy będę oczekiwała co kilka miesięcy. Bo cała reszta tego, co teraz czytam, to coś, co już się ukazało, no może poza Archiwum burzowego światła, które zaczyna mnie w okolicach 160 strony wciągać.
Udanego Halloween, albo spokojnego święta Wszystkich świętych, co kto lubi :)