30 maja 2015

Błękitny księżyc Część II

 Ta recenzja będzie zapowiedzią. Zapowiedzią okresu czytania mało ambitnych i niewymagających powieści, które można machnąć w pół dnia. Czemuż to? Bo robi się gorąco na uczelni i trzeba większość wolnego czasu (śmiech na sali) poświęcić na pisanie różnego rodzaju konspektów, notatek, spisów bibliograficznych i innych tworów świadczących o tym, że studenci jednak czytają lektury zadane przez prowadzących. Szczególnie ci studenci, którzy milczą na zajęciach. Mniejsza z tym, przejdźmy do moich odczuć na temat drugiej części Błękitnego księżyca.

Fabryka słów podzieliła powieść jednotomową na części dwie, z racji czego książka zaczyna się rozdziałem szóstym. Muszę przyznać, że nie wiele pamiętałam z lektury poprzedniej połówki i trochę ciężko było mi się wkręcić na powrót w świat Leśnego królestwa. Niemniej jednak prosty styl powieści i łatwi do zapamiętania bohaterowie pozwoliły mi przegonić moją amnezję.

Nie będę zbyt szczegółowo przybliżała fabuły, bo jakby nie było, jest to połowa książki i mogłabym komuś niechcący zepsuć przyjemność z czytania pierwszej części. Rzeknę tylko ogólnikowo, że zrobiło się dość problematycznie, a główny bohater, walczący o zdobycie uznania jako drugi, młodszy syn króla znajduje się nie tam, gdzie jest potrzebny. Leśne królestwo staje w obliczu zagrożenia, jakim są dla niego hordy demonów, a wśród dworskiej świty niecne plany snuje nie jeden intrygant,

Na pozór książka wydaje się całkowicie sensowną powieścią, jednak z dopracowaniem pewnych elementów Simon R. Green trochę zawiódł. Styl pisania autora jest banalny, a niektóre motywacje bohaterów niestety mnie nie przekonywały. Spodziewałam się jednak takiego stanu rzeczy, pamiętając poziom, jaki prezentowała pierwsza część Błękitnego księżyca. Jest to książka z gatunku fantasy raczej podrzędnego, ale nie wywołującego nadmiernych ilości zgrzytania zębami.

Żeby nie było - lektura nie wywołała we mnie nadmiaru negatywnych uczuć. Określiłabym to jako efekt bez fajerwerków. Ale czy one zawsze muszą się pojawiać? Czasem warto sięgnąć po coś prostego i niewymagającego, żeby po prostu się odmóżdżyć. A odmóżdżanie prze czytanie jest chyba najlepszym wyjściem - nasza wyobraźnia nadal działa i pomimo pewnych mankamentów możeby choć na chwilę oderwać się od codzienności przy czymś, czego nie można zakwalifikować do górnolotnych lektur. Zresztą, czytam w chwili obecnej takie ilości literatury naukowej, że proste książki to przyjemna odmiana dla mojego mózgu. Nie byłabym w stanie sięgnąć po cegłę epickiego fantasy - nie poświęcałabym mu odpowiedniej ilości uwagi, nie potrafiłabym się wczytać, a jeżeli już, to nie chciałabym się odrywać od książki wtedy, gdy będę musiała. I książka by na tym cierpiała i ja. Dzięki lekturze Błękitnego księżyca dotarł do mnie sens kupowania "zapychaczy", którego wcześniej nie zauważałam, choć z powodzeniem takowe zapychacze kupowałam.

Poza tym mamy tu kilka elementów komizmu i bohaterkę, która nie daje sobie w kasze dmuchać. Mowa o Julii, która zdecydowanie nie ma zamiaru zostać kolejną damą dworu przerażoną na myśl o krwi tryskającej z przeoranych pazurami klatek piersiowych rycerzy walczących z demonami. 

- [...] Poza tym, czemu wszystkie suknie są białe?
- Bo ten kolor symbolizuje niewinności i czystość oblubienicy - wyjaśnił król chłodno.
- Aha - zamyśliła się Julia, wpatrując z uwagę w szatę. - To ja poproszę w innym kolorze.

Polubiłam też postać Arcymaga - nieokrzesanego przyjaciela króla Johna, którego przeszłość wiąże się z postacią władcy i jego żony. Postać ma też słabość do alkoholu i generalnie jest fajnym dopełnieniem tego na poły dziwnego na poły niezorganizowanego dworu w Leśnym królestwie. Za to sam król John był dla mnie postacią tak nieciekawą i niegodną swojego stanowiska, że zwyczajnie nie chciało mi się czytać fragmentów z jego udziałem. Aż dziwne, że wśród intrygantów tak długo utrzymał się przy władzy.

W kwestii magicznych zwierząt mogę jedynie wspomnieć o jednorożcu, który był jednym z moich ulubieńców. Nie dlatego, że kocham konie, ale dlatego, że między Rupertem i właśnie nim zawiązała się piękna przyjaźń. Dwóch kompanów zdolnych do poświęceń i zawsze się wspierających. Sympatyczny obraz.

Błękitny księżyc nie był książką wybitną ani nawet specjalnie zachwycającą, ale przyjemną, prostą w odbiorze lekturą. Zabrakło mi trochę opisów miejsc, którymi mogłabym się zachwycać no i oczywiście lepszego dopracowania kreacji postaci. Gdyby autor lepiej popracował nad warsztatem, wyszłaby z tego niezła książka fantasy, przy której możnaby się świetnie bawić. Po inne powieści Simona R. Greena już raczej nie sięgnę, ale Błękitny księżyc będę wspominała bez fali irytacji i nienawiści względem niektórych pomysłów autora.

Moja ocena: 6/10

Cytat pochodzi z książki.

Autor: Simon R. Green
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1989 (oryginał), 2009 (W Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)

16 maja 2015

Cyrk


A zatem w moje ręce wpadła powieść szpiegowska. Pierwszym skojarzeniem okazał się naturalnie James Bond, którego nigdy nie oglądałam, co wydaje się równie oczywiste, bo mam sporo zaległości z takimi arcydziełami kinematografii. Ale nie ważne, kiedyś zapewne nadrobię, jednak nie śmiem nawet porywać się na jakiekolwiek spekulacje co do tego, kiedy to nastąpi. Sam temat kontrwywiadu i agencji z różnych krajów, które dzięki swoim posunięciom mogą kontrolować kwestie wagi państwowej jest dla mnie bardzo ciekawym wątkiem, który ma spory potencjał w książkach. 

Teraz zrobię coś, czego nie robię zazwyczaj - przedstawię bardzo krótko postać autora, żeby mieć punkt wyjścia do kolejnych rozważań. Alistair MacLean jest szwedzkim autorem książek historycznych, kryminałów i powieści sensacyjnych. O ile mój tok rozumowania jest poprawny, to Cyrk miał się zaliczać do tej ostatniej kategorii. Niestety, nie wszystko w książce wskazywało na właśnie tą kategorię. Co mi się podobało, a do czego jestem w stanie się przyczepić i nie odpuścić?

Głównym wątkiem książki jest podróż słynnego cyrku po Europie Wschodniej. Jest to jednak przykrywka dla działań amerykańskiego kontrwywiadu, który musi dostać się do niemieckiej miejscowości Krau i zdobyć notatki naukowca dotyczące niszczycielskiej antymaterii wraz z twórcą tej formuły. Brzmi całkiem ciekawie, prawda? Możnaby przypuszczać, że pojawi się kilka intryg, ciekawi bohaterowie i sceny mrożące krew w żyłach. Tak jest, ale w nielicznych i bardzo krótkich momentach...

Bohaterem, na którym skupia się akcja książki jest cyrkowy iluzjonista i mistrz akrobacji na trapezie Bruno. Bardzo żałuję, że ta postać nie zyskała mojego wystarczającego zainteresowania poza faktem, że to na niej musiałam się koncentrować, żeby śledzić dalszy tok wydarzeń. Bruno pomimo nietypowych profesji nie wyróżnia się charakterem i tylko sporadycznie zalicza jakieś ciekawsze "odzywki". Fakt faktem, jego wyczyny na trapezie z zawiązanymi oczyma są ciekawym elementem i wyzwalają u czytelnika nieco adrenaliny, a i również pobudzają wyobraźnię. Niestety kiedy przychodzi nam zmagać się z miernej jakości wątkiem miłosnym istniejącym "na pokaz" i jako mistyfikacja ujmuje punktów książce i postaci Bruna.

W książce w czasie pokazów cyrkowych da się wyczuć pełen napięcia i podniosłości klimat a także ten specyficzny rodzaj zabawy - takiej, jakiej dostaniemy tylko w cyrku. Jako dzieciak lubiłam chodzić w takie miejsca i wręcz fascynowałam się pokazami akrobatów (klowny mnie zawsze nudziły) i iluzjonistów. Podobały mi się też treserzy z dzikimi zwierzętami, ale wtedy nie docierało do mnie to, że tygrysom i słoniom lepiej byłoby na wolności wśród ich dzikich pobratymców. Jednak książka zafundowała mi powrót do przyjemnych wspomnień z dzieciństwa, o których myślałam, że całkowicie wyleciały mi z głowy. Szkoda, że fragmentów z występów jest tak niewiele.

Sam początek Cyrku wzbudził we mnie różne odczucia, bo z jednej strony autor zafundował nam dwie bardzo szokujące niespodzianki, a z drugiej jego język na samym początku specjalnie mnie nie wciągnął. Styl był na początku ciężki, dopiero po kilkudziesięciu stronach coś mi przeskoczyło w głowie i szłam jak burza przez kolejne rozdziały. Jeżeli chodzi o napięcie - pojawiało się punktowo i szybko opadało, a kilka "zagrywek" nie zostało wystarczająco dokładnie wyjaśnionych. Muszę się też trochę czepić do dialogów - czasem dwustronicowa rozmowa jest przeprowadzona bez żadnej narracji. W sensie, że po wypowiedzi bohatera nie ma myślnika i dopisu "- rzekł Bruno z konsternacją na twarzy". Po pierwsze - gubiłam się wśród słów padających ze strony bohaterów, a po drugie nie potrafiłam sobie w głowie "ożywić tego dialogu".

Wymieniłam w książce sporo wad i nie wiele zalet. Ale jednak dobrze mi się spędziło z nią te trzy dni i nawet momentami zdarzało mi się podśmiewać przy co błyskotliwyszych uwagach autora, lub robić tak zwanego "karpika", gdy okazywało się, że autor mocno mnie czymś zaskoczył. Myślę, że jeszcze kiedyś sięgnę po książki Alistaria MacLeana, zobaczymy, czy jeszcze mnie zaskoczy, lub do siebie zniechęci...

Moja ocena; 6/10

Przeczytane w ramach wyzwania Przeczytam tyle ile mam wzrostu: + 1,3 cm

Wrzucona wersja okładki różni się od tej, która zdobiła czytane przeze mnie wydanie, nie mogę nigdzie znaleźć swojej wersji, a telefon, w którym mam zdjęcie nie chce współpracować z kompem. Sorry, Winteou. Metryczki też nie będzie, bo w moim egzemplarzu brak jakichkolwiek informacji wydawniczych, jak coś, to można zerknąć na profil książki na LC, tutaj.

14 maja 2015

Muzycznie w ostatnich tygodniach...

Czyli kawałki, które wpadły mi w ucho, których nie jestem w stanie pozbyć się z głowy i które wywołały u mnie niesamowite emocje. Przyznam, że będzie dość różnorodnie, choć zauważyłam, że ostatnio stronię nieco od ciężkich klimatów. Ale też nie do końca... Zaczynamy;)

1. Three Days Grace - Give in to me
Utwór jest coverem piosenki Michaela Jacksona, ale w tej wersji bardziej mi się podoba i pochodzi z płyty Transit of Venus. Swoją drogą muszę zdobyć jakąś płytę tego zespołu. W dodatku coraz bardziej jaram się koncertem w czerwcu. I ten wokal i w ogóle... Polecam zespół. To dzięki między innymi "Grace'om" kilka lat temu przerzuciłam się na bardziej rockowe utwory.



2. Halestrom - Unapologetic
Kolejna świetna piosenka, której klimat bardzo mi spodobał. Głos wokalistki jest świetny. Już dawno nie trafiłam na zespół w stosunku do którego odczułabym taki zachwyt pomimo żeńskiego wokalu. Ja nie lubię żeńskich wokali. A jednak ten mnie uwiódł. I nawet nie wiedziałam, którą piosenkę dać z repertuaru tego zespołu, bo kilka ich ostatni przesłuchuję. Ale Unapologetic było pierwsze...


3. Battle of the night elves
Piękna ścieżka dźwiękowa, która niesamowicie działa na emocje, jak się tak wsłuchać. A w 1:23 zaczyna się poezja... Ale nie radzę przyspieszać i przewijać do tego momentu, bo wcześniejsze partie wprowadzają nas w odpowiedni klimat i budują napięcie. Cudo!


4. Linkin Park - Roads untraveled
Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś w poście muzycznym wrzucę utwór z repertuaru Linkinów. Co więcej, ostatnimi czasy nawet nie chciało mi się ich słuchać. Aż do wczoraj. Jakoś tak cała ta moja wielka miłość do zespołu wróciła. I pomimo faktu, że siedzę teraz w trochę innych klimatach, to wierzę, że moje uwielbienie i sentyment do zespołu Mike'a i Chestera nie minie. Będzie lepiej, lub gorzej, będę się wściekła o kolejne ich "skoki w bok" z Aokim, ale będę pamiętała jak wiele ich muzyka dla mnie w pewnych okresach życia zrobiła. No i oczywiście sierpień, stadion miejski w Rybniku, I will be there...!


5. Hypnotic - Zella Day
Utwór z Pamiętników wampirów, który bardzo wpadł mi w ucho. Pomimo tego, że jest to utwór dość mocno odbiegający od gatunków, które zwykle słucham, to nie pierwszy raz wśród muzyki z seriali trafiła się perełka, która mnie zauroczyła. Ten kawałek ma taki fajny "pazur" i w dodatku przypomina mi o postaci Caroline i tym. co się z nią aktualnie dzieje. Co więcej, taki trochę ciekawszy akcent na koniec tych poważniejszych i trochę dołujących kawałków, które były u góry.



10 maja 2015

Atramentowa krew

Gdy człowiek przerzuca się na literaturę ambitniejszą, pisaną bardziej skomplikowanym językiem i raz, dla odmiany sięga po coś łatwiejszego może odczuć mały szok. Co więcej, jest to dla niego test - czy potrafi być wszechstronny i odnaleźć się również w tytułach przeznaczonych dla młodszych amatorów literatury, które to tytuły jednak przekazują uniwersalne prawdy i piękne obrazy. Seria o Atramentowym świecie jest dla ,nie takim testem - na odnalezienie w sobie dziecka. Przeszłam go, czy lepiej, żebym pozostała w klimatach ambitnego fantasy i nie porywała się na proste powieści?

Historie nigdy nie mają końca, Meggie - powiedział kiedyś do niej - chociaż książki nam to sugerują. One nie kończą się na ostatniej stronie ani nie zaczynają na pierwszej.

Bohaterowie znani czytelnikowi z Atramentowego serca przenoszą się do świata z książki Fenoglia - stwórcy tego uniwersum. Od wydarzeń z pierwszego tomu minął rok. Mo bardzo się starał, żeby Maggie zapomniała o świecie Atramentowego serca i, no cóż, nie wyszło mu. Natomiast Smolipaluch pragnący powrotu do miejsca, z którego pochodzi musi się równocześnie zmagać z przeznaczeniem - bohater bowiem dowiedział się, w jaki sposób Fenoglio chce go uśmiercić.

Dość chaotycznie opisałam stan fabuły, z jakim spotykamy się na początku drugiego tomu Atramentowego Świata. Cornelia Funke od początku wprowadza nas w baśniowy świat przygód doprawionych odrobiną magii. Ale nadal przewodnim tematem powieści Funke są książki, ukłon w stronę całej otoczki związanej z pisarstwem - szacunek, podziw, respekt czy zamiłowanie do tychże właśnie papierowych cudów. Autorka stworzyła tutaj ciekawy obraz pisarza, którego historia i jej bohaterowie zaczęli żyć własnym życie, wyrywając się twórcy spod kontroli.

[...] człowiekowi o pięknej twarzy łatwiej przypisujemy szlachetne zamiary i dlatego słusznie uczynił sadzając na tronie anioła.

Tym razem czytanie szło mi trochę oporniej. Po pierwszej fali zauroczenia porzuciłam książkę na rzecz innych ciekawych tytułów i w połowie mijającego tygodnia do niej wróciłam. Zaskoczyło i ruszyłam dalej. Prosty język sprawił, że szybko przewracałam kartki. I o ile wcześniej nie mogłam się, że tak powiem, przegryźć, tak później już zleciało.

Jakby nie było, to o czym pisałam na początku się sprawdziło. Wyrastam z powieści dla młodszej młodzieży i nawet jeżeli zachwycam się fragmentami, w których książka przekazuje uniwersalne prawdy i złote myśli dotyczące literatury to sama fabuła nie jest wystarczająco, jak dla mnie wciągające. Oddaję jednak autorce honor za to, że nie raz wywołała u mnie szok morderstwem dokonanym na postaci. Samo zakończenie Atramentowej krwi niesamowicie mną wstrząsnęło i sprawiło, że w moich oczach pojawiły się dwa wielkie znaki zapytania. Ale że jak to? Czemu? Nie, nie jego! Więc jak widać, pomimo, że czytało mi się książkę raczej monotonnie, to bywały momenty, że skakało mi ciśnienie.

To co również u Funke mi się spodobało, to to, że przedstawiła kilka obrazów pięknej przyjaźni. Przyjaźni szczerej, oddanej i wartej poświęcenia. Właśnie tym zapunktowała u mnie autorka. Dzięki wspomnianym przez mnie elementom czytając książkę miało się wrażenie, że to taka papierowa przytulanka.

Myślę, że każda książka przechowuje między swoimi kartkami cząstkę swojego właściciela.

Co do bohaterów - nie ma nikogo niejednoznacznego. Od razu wiadomo, że ta postać jest dobra, a tamta zła. To typowa zagrywka w powieściach dla młodszej młodzieży, jak mi się wydaje, jak i również w baśniach. Jasny podział na dobrych i złych sprawia, że nie możemy się spodziewać nagłego zwrotu akcji, ale mimo to bohaterowie potrafią nas zaskakiwać na inne sposoby.

Co by się stało z historią, w której każdy w każdej chwili może powstać z martwych? Zrobiłby się kompletny chaos, a napięcie by zupełnie oslabło. 

Książka Cornelii Funke jest niewymagająca, ale też nie należy do banalnych. Jeśli komuś zależy na baśniowej powieści w której akcja toczy się w książce to zdecydowanie powinien zapoznać się z serią Atramentowy świat. Pomimo sporej objętości książki czyta się bardzo szybko, jak już zadamy sobie odrobinę trudu prześledzenia nudniejszych fragmentów. Kaca książkowego po niej raczej brak, ale powieść funduje nam kilka wieczorów w sympatycznym klimacie baśni.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 622
Rok wydania 2005 (oryginał), 2006 (w Polsce)

Seria Atramentowy świat:
1. Atramentowe serce (recenzja)
2. Atramentowa krew
3. Atramentowa śmierć

7 maja 2015

Moja bibliote(cz)ka - aktualizacja


Wieki temu po raz pierwszy chwaliłam się zasobami książek, jakie mam w domu. Od tamtej pory sporo tytułów dołączyło do mojej domowej biblioteki. I naturalnie oraz dramatycznie zmniejszyła się ilość wolnego miejsca na książki - niedługo zacznę je układać w poziomie, albo na biurku pod tylną ścianką. Oprócz tego, co jest na zdjęciach posiadam ponad trzydzieści tytułów przy sobie, które nie zostały jeszcze przeczytane. Można je znaleźć w ostatnich stosikach ;) A teraz zapraszam na wycieczkę...
1. Najstarsza, że się tak wyrażę półka - na niej od zarania dziejów czytelniczych stało GONE i stali Błękitnokrwiści. Mam do niej sentyment, choć wszystkie znajdujące się na niej serie już się skończyły, bądź nie mam zamiaru czytać kontynuacji.
2. Wampiry! Prawie 100% krwiopijców. Ze smutkiem stwierdzam, że na tej półce będzie przemeblowanie - gdy będę musiała na nią odstawić Złotoustą diablicę i Błękitnokrwistą wampirzycę autorstwa Jaye Wells.
3. Połowa półki, której praktycznie rzecz biorąc się boję. Z prostej przyczyny - stoją tu serie, których jeszcze nie skompletowałam. Ta Nawałnica mieczy osamotniona to tylko taki wybryk mój, żeby nie taszczyć książki spowortem do Wrocławia. Mały plecak, duża książka (przeczytana) = zostawiam! 

4. Druga część półeczki - może i się jej boję, ale z drugiej strony stoi na niej tyle świetnych książek... Ostatnio nabrałam ochoty na przeczytanie ostatniego tomu Kusziela, muszę go koniecznie upolować!

5. Bardzo dziwna półka z jednotomowymi książkami nie należącymi do jednego gatunku. Kilka przeczytałam, kilka nie i na razie się do tego nie palę... Ale może się szarpnę w tym roku na tego Medicusa jak nie zdecyduję się oddać książki. Zobaczymy. 
6. Dystopie i literatura polska - tego się trzymam w kwestii tej półki, ale zaraz będę musiała przeprowadzkę zafundować dystopii, bo ilość książek polskich autorów się zwiększa. Ale lubię tą półkę - Ćwiek, Anima Villis. BZRK, World War Z... 
 7. Kolejna "naciapana" półka z jednotomókami - całkiem dobrze prezentuje się wizualnie no i stoi na niej moje ukochane Demi-Monde. I Wilkołak Maberry'ego, którego będę musiała jeszcze raz przeczytać...
 8. Młodzieżowe książki z przede wszystkim Wydawnictwa Amber i kilka niezrzeszonych. Być może dojdzie tu kiedyś kontynuacja Córki burzy, ale na razie tego zakupu nie planuję. Książeczki, do których mam również sentyment - jak na przykład do Feral, Wizji w mroku i Blasku księżyca
9. Półka w pewnym sensie święta, bo stoi na niej Tolkien. King i Coben to też godne uwagi nazwiska, więc tym bardziej ją lubię. Będę musiała tutaj dołożyć jeszcze tak dużo książek, że Wędrujący ogień najpewniej zaliczy "wylotkę" i to i tak nie wystarczy... 
 10. Półka wielkiego sentymentu, jakim darzę serię Wampiry z Morganville. Najpewniej przeczytam ją kiedyś jeszcze raz, ale na razie brak mi na to czasu. Oprócz tego godnym wyróżnienia jest na pewno Pocałunek Kier - pierwsza książka, która zachęciła mnie bardziej do czytania fantasy. Tego prawdziwego fantasy, nie paranormali młodzieżowych...

11. Półka Cassandy Clare, na którą jak patrzę, to z jednej strony widzę napisany na beznadziejnym poziomie ostatni tom Darów anioła, ale na pocieszenie z lewej strony mam Diabelskie maszyny, które lepiej autorce wyszły.


12. Na koniec dwie półki z powieściami młodzieżowymi - również budzące sentyment z racji kolekcji Witch (to takie tęczowe na dole po prawej) i naturalnie Pamiętnik księżniczki którego ponowne czytanie też planuję. Może na wakacje. Ale na wakacje mam tyle planów czytelniczych w tym pewien projekt, że podejrzewam, że nie do końca mi to wyjdzie...



Pewnie zauważyliście zmiany na blogu - przeprosiłam się tłami proponowanymi przez samego Bloggera i nawet, jeżeli wydają mi się one powszechne i nie nadajęce wyjątkowości mojemu blogowi, to i tak na razie nic zmieniać nie będę. Zobaczymy, czy mi przejdzie - mam pewne podejrzenia co do tego, kiedy coś się zmieni. Ale na razie Ćśśś...

1 maja 2015

Mniejszy cud

Co jest Wam bliższe, ład czy chaos? A może wszystkiego po trochu, żeby dało się zapanować nad życiem i jednak od czasu do czasu doświadczyć jakiejś niespodzianki? A może ciekawszą opcją byłaby umiejętność zapanowania nad chaosem i niwelowania tego nieładu kiedy się da? Z taką wizją przyszłości postanowiła się zmierzyć Magdalena Salik. Na potrzeby tej recenzji zaznaczam, że będę od czasu do czasu posługiwała się pojęciem entropii, a więc po prostu bardziej naukowego odpowiednika słowa "chaos". 

Bohaterów w Mniejszym cudzie jest dwóch - przy czym na czoło bardziej wysuwa się postać Roberta Halena. Trzydziestoletniego lekarza, który zostaje uwikłany w pewien niefortunny, chciałoby się rzec, przypadek. Robert ma szansę ukończenia ważnego projektu naukowego, dzięki któremu świat będzie mógł cieszyć się dobrodziejstwem, jakim jest wydruk nerki w wersji dużo tańszej, niż to dotychczas było możliwe. Nasz bohater jest bardzo zaangażowany w ten projekt i gdy staje się sprawcą skoku entropicznego (zbija szklaną rzeźbę) zaczyna zabawę z policją, która za cel honoru stawia sobie ujęcie winowajcy powiększającego się chaosu.
Mark Dowson natomiast jest policjantem - mężczyzną żonatym, który poświęca się swojej pracy i który nie podejrzewa, że przestępca którego musi ująć już kiedyś kroczył ścieżką, która skrzyżowała się z tą obraną przez Marka.

[...] rodzimy się by produkować chaos i krzywdzić nim innych.

Podchodziłam do tej książki z pewną rezerwą, bo nie mam doświadczenia z gatunkiem science fiction. W ogóle wydaje mi się, że wprowadzono trochę błędnych informacji, bo na okładce z przodu zostało napisane, że to połączenie fantastyki socjologicznej (zboczenie zawodowe) i kryminalnej. A w opisie na tyłach określono Mniejszy cud jako łączący elementy kryminału i science fiction. Dla mnie fantastyka i sf to dwa odrębne gatunki i w żadnym wypadku nie powinno się nazw tych gatunków używaż jako swoich synonimów. Owszem, sf jest zaliczane do fantasy, ale mimo wszystko... Może to błąd z mojej strony, bo wiadomo, definicje są różne, ale w mojej świadomości to wygląda tak: fantasy = miecze, magia, krasnoludy, klątwy, przeznaczenia. Natomiast w przypadku sf = przyszłość/uniwersum kosmiczne, astronomia, fantastyka naukowa, lasery, Gwiezdne wojny. Mam świadomość, że pewne pojęcia się na siebie nakładają, ale chciałam po prostu nakreślić moje wizje obu tych gatunków. I fakt, że traktuję je jako niepokrywające się określenia.

Tak więc po lekturze jestem w stanie określić Mniejszy cud jako powieść sensacyjno-przygodową z elementami fantastyki socjologicznej (jeżeli dobrze wychwyciłam elementy tego podgatunku) i wątkiem science fiction. Niemniej jednak tego sf było dla mnie stanowczo za mało, żeby zakwalifikować Mniejszy cud do tego gatunku. Pomimo tego, że o entropii jest kilka fragmentów, wypowiedzi naukowców i ogólnie ma ona swój udział w kreowaniu losów głównego bohatera, to jednak za mało się o tym zjawisku dowiedziałam. Co więcej, akcja książki toczy się w bliżej nie określonej przyszłości. Skoro przyszłość, to i postęp technologiczny i jakieś zmiany pod kątem właśnie odkrycia zasad rządzących zdarzeniami spontanicznymi. Tymczasem z nowinek dostajemy tylko geolokator o którym dowiadujemy się jedynie, że jest to narzędzie policyjne oraz samochody elektryczne. I wymiana kontaktów między smartfonami za pomocą zbliżenia do siebie urządzeń. Pojawia się też wzmianka o izolatorach, w których zostają umieszczeni ci, którzy zdecydowali się zakłócić porządek wywołując skok entropii. To, czego mi zabrakło, to na jakich zasadach działają wspomniane izolatory, jak można się od nich wybronić, za jakie przewinienia się do nich trafia... Na tym gruncie trochę się zawiodłam, bo wizja przyszłości w Mniejszym cudzie niczym nadzwyczajnym nie zaskakuje...

W książce jest dużo elementów akcji. Pojawiają się niespodziewane zwroty, które jednak nie ciągną za mocno szczęki w dół, ale skupiają uwagę czytelnika. Dlatego odebrałam Mniejszy cud bardziej jako powieść sensacyjną, a nie science fiction. Są ucieczki i pościgi policyjne, tajne kryjówki i kombinowanie, jak tu się wyrwać władzom. Początkowe fragmenty dotyczące odkrycia praw rządzących entropią odpowiednio zadziałały na mnie wywołujące we mnie zachwyt odkryciem naukowym. Mam dziadka zafascynowanego fizyką i astronomią, więc swego czasu dość często miałam styczność z jego uwielbieniem do nauki, którym częściowo się zaraziłam. Innymi słowy, poczułam doniosłość takiego odkrycia. Chciałam dowiedzieć się więcej o entropii, dostałam jednak nieco za mało. Na plus należy zaliczyć autorce fakt, że wszelkie naukowe kwestie przekazuje przystępnym dla laika językiem - na przykład tłumacząc, że powiększanie entropii dokonuje się poprzez wlanie mleka do kawy - tych dwóch substancji nie da się już "odmieszać". Sama jednak społeczna otoczka entropii, przemyślenia o niej, prawo entropiczne - tego jest stanowczo za mało.

Dlaczego jest wolny? [...] Jest wolny, ponieważ w jego przypadku nie może być mowy o strachu. 

Teraz przejdę do bohaterów. Roberta odebrałam jako wykształconego lekkoducha z ADHD. Jego słowotoki nieco irytowały, jego entuzjazm w związku z wydrukiem nerki natomiast zachwycał. Wszystko byłoby zupełnie do zniesienia, gdyby nie wzmianki o jego nieudanych związkach i ciągłe wspominki o schadzkach z kolejnymi kobietami. Ja rozumiem, że facet lubi randkować i tak dalej, że może mieć problem z ustatkowaniem się, ale ciężkie westchnienia wywoływały u mnie początku kolejnych fragmentów o jego nowych "zdobyczach". Nawet, jeżeli jest to istotna cecha charakteru Halena, to nie powinna być aż tak uwypuklana i usilnie wciskania czytelnikowi zamiast dodania fragmentów o entropii. Szkoda, bo właśnie te rozdziały w książce wywoływały u mnie irytację i fakt, że zmalała moja sympatia do Roberta.
W kwestii Marka - jest to postać, która podobno miała być całkowitym przeciwieństwem Roba. Nie odczułam tego, ale Bardziej polubiłam właśnie Dowsona. Dziwi ten fakt, bo zwykle jestem po stronie rasowych roztrzepańców wychylających się przed szereg. I na pewno nie sympatyzuję ze służbami porządkowymi. Nora, żona Marka jako postać drugoplanowa całkiem przypadła mi do gustu i wzbudziła szacunek cierpliwością do męża pochłoniętego pracą.

Na pochwałę zasługują elementy humorystyczne i relacja Halena z Klarą, która raz po raz stawiała go do pionu (tak, we wszystkich tego stwierdzenia znaczeniach) jak i dzielnie opierała się urokowi Roberta. Nie dziwię jej się, że facet wyprowadzał ją z równowagi, chwilami miałam ochotę czytając o jego wyczynach, załamać się.

Styl Pani Salik jest przystępny, jak już pisałam w kwestii fargmentów poświęconych rozważaniom naukowym. Na obszarze fabularnym też czyta się szybko, lekko i bez większego znudzenia. Wciągamy się i nie zauważamy, kiedy przeleci nam między palcami dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt stron. Trochę nietypowo określała autorka swoich bohaterów pisząc o nich "Syn Anny, Syn Pawła". Chwilami nie zwracałam uwagi na te zabiegi, ale jednak w toku narracji takie sformułowania wzbudzały drobne zgrzytanie zębami. 
To, co najbardziej mnie ukłuło, to fakt, że nie wiem, gdzie toczy się akcja. Wymieniona zostaje tylko jedna nazwa geograficzna, Plac Godiera i z tego co widzę po wynikach "Google maps", jest to miejscówka fikcyjna. Bohaterowie mówiąc o mieście, w którym żyją używają enigmatycznych określeń "metropolia", "miasto" i że "potem ktoś wraca za ocean". Z czego wnioskuję, że autorka akcję umieściła w mieście, którego nie ma, (choć jednak znajdujemy się, chyba, na kuli ziemskiej) i nie dołożyła starań po to, żeby wykreować jakieś konkretne miejsce akcji. Również imiona i nazwiska postaci występujących w książce nie wskazują jednoznacznie choćby i na kulturę, w jakiej żyją. Bo mamy Dowsonów, mamy z drugiej strony Annę i Klarę czy też Pawła, które to imię jednoznacznie wskazuje na pochodzenie choćby i słowiańskie. Jeżeli jednak nie wiem, gdzie się coś dzieje, mam problem z odbiorem książki i to chyba jest największa, najbardziej irytująca wada Mniejszego cudu.

Nie do końca wiem, jak określić tę powieść. Na początku było wyśmienicie, ucieszyłam się, że trafiłam na kolejną polską książkę, którą tak świetnie się czyta, a później wyszło szydło z worka. Widać, że Pani Salik potrzebuje jeszcze warsztatu, choć nie jest to jej debiut. Niemniej jednak przyjemnie czytało mi się Mniejszy cud i pomimo mankamentów i niewiedzy, gdzie znajdują się bohaterowie, nie miałam ochoty wyrzucić książki z pociągu korzystając z otwartego okna. Styl jest w porządku, fabuła do dopracowania i okrojenia z mniej ważnych elementów. Bo to, ile która kobieta wytrzymała z Halenem we wspólnym mieszkaniu naprawdę nie jest przedmiotem moich zainteresowań.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Magdalena Salik
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 494
Rok wydania: 2015

Link do wywiadu z autorką:TU

Cytaty pochodzą z książki, a przeczytałam ją do wyzwania wzrostowego: + 3,1 cm

Za książkę uprzejmie dziękuję Pani Patrycji z Business & Culture - strategie i komunikacja