30 czerwca 2016

Podsumowanie czerwca + tylko jeden nabytek...


Patrząc na czerwcowe statystyki i porównując je z zeszłorocznymi... szeroko i promiennie się uśmiecham. Ładne tempo...

Pół roku za nami! Nie wiem, czy cieszyć się, czy smucić, generalnie to jestem w trakcie przeprowadzki i nawet nie mam czasu marudzić, że ten czas w ogóle tak ucieka. Jestem na ostatniej prostej z pracą dyplomową i dałam sobie szlaban na nowe książki - ze względów czasowych i finansowych. W czerwcu nie kupiłam nic oprócz jednego... hm, prezentu z okazji zakończenia szóstego semestru studiów. Przecież trzeba się jakoś nagrodzić, prawda?

W czerwcu przeczytałam:
1. Zamek z piasku, który runął (część 1) - Stieg Larsson
2. Zamek z piasku, który runął (część 2) - Stieg Larsson < recenzja całości
3. Nazwanie bestii - Mike Carey < recenzja
4. M jak magia - Neil Gaiman < opinia z LC
5. Blues duchów - Jonathan Maberry

Najlepszą książką, patrząc na wszystkie przeczytane w tym miesiącu było Nazwanie bestii Mike'a Careya. Do słabszych lektur muszę zaliczyć M jak magia, trochę się rozczarowałam tym Gaimanem. Moje "wielkie" doczytywanie serii skończyło się na tym, że po przeczytaniu piątego tomu o Castorze dowiedziałam się, że ma wyjść jeszcze szósty. Tak więc dokończyłam tylko trylogię Millennium, pozostają jeszcze chyba trzy serie do doczytania.

Mało miałam czasu na blogowanie w czerwcu i w sumie... dalej tego czasu nie mam. Jak ktoś zgadnie słowo klucz dzisiejszego postu, to podeślę... buziaka w nagrodę! W każdym razie nie miałam kiedy zająć się blogosferą i efekty tego widać w miesięcznych statystykach. Do nadrobienia, być może w drugiej połowie lipca.

Obserwatorów: tak jak w poprzednim podsumowaniu, 229.
Recenzji: 3 (jedna zaległa z maja)
Postów: 6

Plany na lipiec? Hodder, przynajmniej jeden tom. Może w końcu wezmę się też za Draculę. Na razie odpuszczam sobie wszelkie kryminały, bo po prostu mi się przejadły. A, do tego może spróbuję sięgnąć po coś z naszego rodzimego podwórka, bo coś mi nie po drodze ostatnio z polskimi autorami, a więc wstyd i hańba mi.

Mogę mieć w nadchodzącym czasie ograniczony dostęp do neta, więc recenzja Bluesa duchów również się obsunie. Zabrałam się za 2 sezon The Following i już wiem, że ciężko będzie napisać jego recenzję tak, aby nie wyjawić nikomu wydarzeń z sezonu pierwszego, ale jak ktoś chce, to potrafi. W czerwcu żyłam oczywiście końcówką sezonu szóstego Gry o tron, który wywołał u mnie niesamowite emocje i po prostu mnie rozwalił. Najlepsza scena batalistyczna, jaką widziałam na ekranie, chociaż nadal jestem przed obejrzeniem i przeczytaniem finału Władcy pierścieni, więc może to ulec zmianie. 

A mój jedyny nabytek to niemalże to samo co trzy, cztery książki w skromnym stosiku. Mam Słowa Światłości! I są przepiękne, kocham połączenie szarości i srebra, nie tak bardzo jak czerń, ale i tak bardzo bardzo. Ta okładka jest piękna i nie mogę się już doczekać lektury, którą planuję też zacząć w lipcu i wyrobić się do jesieni...
Tę światłość to widać nawet na zdjęciu, jak się literki z grzbietu i okładki odbijają na półce. Magia!


Powodzenia w lipcu!

23 czerwca 2016

Nazwanie bestii


Mike Carey jest jednym z moich pierwszych poważniejszych twórców z gatunku fantastyki, po jakiego sięgnęłam. Dawno, dawno temu, kiedy stwierdziłam, że pora zacząć czytać coś innego, niż paranormal romance i przerzucić się na coś lepszej jakości, zdecydowałam się na zakup Mojego własnego diabła. Przez kolejne trzy lata przyzwyczaiłam się do stylu autora, błyskotliwego języka i zdążyłam zaprzyjaźnić się z bohaterami. Zakończenie cyklu o przygodach Feliksa Castora wciągnęło mnie od pierwszych stron i to dosłownie, wprawiając mnie w lekkie zdziwienie, bo Carey potrzebuje kilkudziesięciu stron, żeby nabrać rozpędu ze swoją fabułą.

O ile poprzednie części traktowały o szarej codzienności Castora, walczącego rozpaczliwie o okazje do jakiegokolwiek zarobku tyle tom piąty to ostateczne starcie naszego nie wzbudzającego swoją aparycją sympatii egzorcysty z potężnym Asmodeuszem. Owszem, nie jest to wątek kompletnie nam nie znany, bo przewijał się w historii już od pierwszego tomu, ale w każdej kolejnej części nie wysuwał się na pierwszy plan. Natomiast w Nazwaniu bestii jest inaczej i Felix wraz z bandą swoich przyjaciół oraz nieprzyjaciół musi zawalczyć po raz kolejny o duszę swojego przyjaciela, Rafaela Ditko i uwolnić go z kajdan założonych przez demona.

Wiesz czemu lew kuleje? By durne gazele uznały, że są bezpieczne i zeszły do wodopoju. Bo wtedy może przebierać wśród pechowych piździelców, ile tylko zechce.

Pomimo tego, że styl Mike'a Careya nie należy do najprostszych i wiele w jego książkach akapitów poświęconych opisom czy też przemyśleniom głównego bohatera, to lektura na pewno na tym nie cierpi. Wychodzę wręcz z podziwu, że książka napisana w ten sposób nie traci na dynamice. To jedna z tych pozycji, przy których szybko orientujemy się, ze przekupujemy samych siebie i próbujemy wyłudzić "jeszcze kilka stron, a potem spać...". Wydaje mi się, że to za sprawą błyskotliwości języka, barwnych, niekonwencjonalnych porównań (oj, bardzo niekonwencjonalnych...) i zdecydowanie nieoczekiwanych zwrotach akcji, Co więcej, Careyowi udaje się wpleść w akcję kilka niepozornych epizodów, które po kilku rozdziałach nabierają większego sensu i potrafią zaskoczyć pozostawiając fabułę wiarygodną i logiczną.

Jak pisałam, uwielbiam bohaterów stworzonych przez Careya. To postaci ze wspólną historią, mającą wpływ na wydarzenia teraźniejsze. Otoczenie Feliksa to trudne charaktery, ale też przyjaciele. Jest to przyjaźń trudna, ale mimo to wartościowa, niewątpliwie trwała. Autor nie pominął motywu dylematów moralnych zmuszających niekiedy postacie do sprzymierzenia się z wrogiem, lub zastanowienia nad ich własną naturą.

Jak zwykle przy lekturze przygód Castora możemy cieszyć się wędrówką po zakamarkach wyeksploatowanego już zarówno w literaturze jak i filmach Londynu. Nie są to specjalnie barwne obrazy, ale też i akcja dzieje się w raczej ponurym otoczeniu. Klimat da się wyczuć, choć w tym tomie jest to nie aż tak rzucające się w oczy.

Gratulacje dla autora należą się za niesamowite, wycieńczające również emocjonalnie czytelnika zakończenie. Właściwie to jeden ze stałych elementów książek Mike'a Careya - na wstępie dowiadujemy się, że jest źle i to tak, że gorzej być nie może, a kilka rozdziałów później okazuje się, że nie doceniliśmy głównego bohatera i początek lektury wydaje się sielanką. 

Serię o Feliksie jak najbardziej polecam, bo to kawał porządnej literatury dopracowanej w prawie wszystkich aspektach. Postacie nie są podzielone na dobre i złe, każdy z bohaterów ma swoją mroczną stronę, dylematy i demony do okiełznania. Czytelnik zaś, przewracając kolejne strony nie zauważa, kiedy dał się wciągnąć w powieść Mike'a Carey i orientuje się, że główny bohater na przekór wszelkim przesłankom płynącym z lektury wzbudził jego sympatię.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: The naming of the Beast
Autor: Mike Carey
Wydanictwo: MAG
Ilość stron: 404
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2011 (w Polsce)

Subiektywnie:
Najlepsza część serii: Przebierańcy
Najsłabsza część serii: Błędny krąg
Najlepsza okładka: Przebierańcy
Najsłabsza okładka: -

Seria o Feliksie Castorze:
1. Mój własny diabeł (recenzja)
2. Błędny krąg (recenzja)
3. Przebierańcy (recenzja)
4. Krew nie woda (recenzja)
5. Nazwanie bestii

Cytat zapisany kursywą oczywiście pochodzi z książki.

17 czerwca 2016

Zamek z piasku, który runął


Po do granic wytrzymałości wykańczającym emocjonalnie drugim tomie trylogii Millennium przyszła pora na smutne pożegnanie z serią. Sięgając po Zamek z piasku, który runął miałam spore oczekiwania, a z drugiej strony spodziewałam się tego, co dostałam. Większość tajemnic została odkryta pod koniec Dziewczyny, która igrała z ogniem i przy lekturze trzeciego tomu pozostawało czytelnikowi jedynie obserwować, jak stojąco naprzeciwko siebie drużyny rozegrają swoje karty...

Zakończywszy czytanie Zamku... uśmiechnęłam się. Jasne, było mi smutno, że to już koniec tej niesamowitej historii, ale moja radocha wynikała raczej z faktu, że dostałam w końcu, nawet nie wiem, czy nie pierwszy raz od początku mojej kariery czytelniczej, zakończenie które mnie w pełni satysfakcjonowało.

Fabuła Zamku... nie jest specjalnie porywająca, w sensie takim, że nie należy spodziewać się na każdej stronie pościgów i strzelanin. Wiemy już, kto nabroił i jedyne, co pozostaje do zgłębienia, to tajemnice współpracowników największych państwowych tajniaków oraz tego, w jaki sposób nieczyste zagrywki pozostające w sprzeczności z konstytucyjnymi postanowieniami zostaną wyciągnięte na światło dzienne. Nie bez znaczenia pozostają oczywiście również prywatne rozterki bohaterów. Larsson świetnie poradził sobie w przeplataniu głównego nurtu związanego przeszłości Salander pobocznymi wątkami bohaterów nawet rzekłabym drugoplanowych.

Lektura niewątpliwie wymaga skupienia - w każdym rozdziale jesteśmy zasypywani nazwiskami, niektórymi ważniejszymi, niektórymi mniej. Jedyne, co nieco mnie irytowało, po raz pierwszy od początku mojej przygody z Millennium, to bezustanne powtarzanie właśnie nazwisk bohaterów już dobrze nam znanych. Co więcej, ma to miejsce w chwili, gdy trzecioosobowy wszechwiedzący narrator zarysowuje nam tok myślenia postaci, o której właśnie czytamy. Mówiąc o znanej bliżej mi osobie raczej nie snuję opowieści o niej raz po raz powtarzając jej nazwisko. Co ciekawe, nie jest to nowość w trylogii, bo w poprzednich częściach zabieg ten miał już miejsce i o dziwo... najwidoczniej był przyćmiewany przez ponadprzeciętną wspaniałość tamtych tomów.

Zamek z piasku, który runął był świetną lekturą. Larsson dokładnie wyjaśnił wszelkie nieścisłości z części poprzedniej. Śmiem twierdzić, że cała trylogia jest dosyć nierówna - pierwsza część to wstęp, natomiast druga i trzeci stanowią sprzężone ze sobą człony jednej historii. I o ile przedmiotem tych tomów jest wielka, zagmatwana historia skupiająca się wokół postaci Salander, o tyle pierwsza część jest elementem niezbędnym, krzyżującym drogi Blomkvista i Lisbeth.

Na gruncie kreacji bohaterów nie zmieniło się za wiele, bo nadal uwielbiam Lisbeth i Mikaela. Są świetnymi, chociaż bardzo różnymi charakterami i mogę nawet stwierdzić, że odkryłam w nich pewne szczegóły, których wcześniej nie dostrzegałam. Natomiast obojętna mi wcześniej Erica okropnie mnie w tej części denerwowała i po prostu życzyłam jej jak najgorzej. W sumie w tej części trochę zabrakło mi tych, których pokochałam w poprzednim tomie, czyli Bublanskiego, Mimi i Paolo Roberto. Co prawda autor próbował chyba lekko podratować sytuację postacią nieco specyficznej Moniki Figueroli, ale nie do końca się to udało.

Jak w ostatecznym rozrachunku wypadł trzeci tom Millennium? Po zastanowieniu się i skonfrontowaniu czających się pod skórą oczekiwań z rzeczywistym, bardzo prawdopodobnym scenariuszem autora mogę pochwalić finał. Wyszło dokładnie tak, jak powinno wyjść, wątki zostały rzetelnie domknięte, a postacie nie stały się nagle kukiełkami, których zadaniem jest całkowite sprostanie oczekiwaniom czytelników. Zamek z piasku, który runął na pewno wzbudza niesamowite emocje, pomimo tego, że z innych powodów niż tomy poprzednie. Zwieńczenie trylogii to porządna, wymagająca skupienia, ale i wynagradzająca cierpliwość lektura potwierdzająca klasę autora.


Moja ocena: 8,5/10

Tytuł oryginału: Luftslottet som sprängdes
Autor: Stieg Larsson
Wydawnistwo: Czara Owca
Ilość stron: 486 i 445
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2014 (to wydanie w Polsce)

Trylogia Millennium:
1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet < recenzja
2. Dziewczyna, która igrała z ogniem < recenzja
3. Zamek z piasku, który runął

Subiektywnie:
Najlepsza część serii: Dziewczyna, która igrała z ogniem
Najsłabsza część serii: Zamek z piasku, który runął
Najlepsza okładka serii: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Najsłabsza okładka serii: -

12 czerwca 2016

Dni Fantastyki we Wrocławiu

źródło
Leśnica, maj, po raz czwarty na Zamku...

Konwent, na którym gościłam w tym roku jedynie dwa dni. W piątek, 13 maja nie chciało mi się ruszyć na najciekawsze panele na temat Gry o tron, czego trochę żałuję. Zazwyczaj moja obecność na konwentach ogranicza się do łażenia na prelekcje i tym razem też tak było. Od dwóch lat czaję się na jakieś warsztaty i do tej pory mi się na żadne dostać nie udało. Przeglądając plan tegorocznych Dni Fantastyki zauważyłam, że organizowany jest konkurs wiedzy o Pieśni Lodu i Ognia i może nie tyle, że się na niego wybrałam, co stwierdziłam, że mam ambicje na ewentualne ekscesy w przyszłym roku, Trzeba tylko ogarnąć Świat Lodu i Ognia czekający od ponad roku na półce i Rycerza siedmiu królestw. Do zakresu literatury należą też opowiadania z dwóch potężnych zbiorów, które napisał i zredagował Martin, ale ja aktualnie nie mam dostępu do tych książek.

Nie poszłam na ani jedno spotkanie autorskie, natomiast byłam na panelach w których uczestniczyli między innymi Aneta Jadowska czy Paweł Majka. To, co najbardziej mi się podobało w ciągu dwóch z trzech Dni Fantastyki i nie było związane z uniwersum Martina to na pewno "Historia i fantastyka, czy to się wyklucza?" w na którym to panelu dostałam między innymi potwierdzenie własnych przypuszczeń, że absolutnie się to nie wyklucza, a na pewno nie na gruncie funkcji, jaką pełnią oba gatunki "przenosząc nas w inne realia".

Panel, w którym uczestniczyła Jadowska był całkiem ciekawy, bo mowa o różnych wierzeniach co do tego, gdzie idzie ludzka dusza po śmierci, chociaż dostałam za mało konkretów, a zbyt wiele anegdot dotyczących różnych nawiązań w twórczości Jadowskiej. Swoją drogą, systemy religijne, które wprowadziła ona w swoich książkach uważam za jedną z niewielu zalet tych powieści.

Prawdziwymi hitami konwentu były dwa panele, jedne o Grze o tron i degradacji mitu bohaterskiego w Pieśni Lodu i Ognia, na którym to spotkaniu udowodniono, że w Grze o tron bohaterów nie ma i bardzo dobrze, że takie były wnioski, bo całkowicie się z takim stanowiskiem zgadzam. Wskazywano też na panelu tym o motywach pikarejskich, czyli hiszpańskim gatunku literackim powszechniej znanym jako powieść łotrzykowska. Co prawda cała powieść Martina nie jest klasycznym "pikarem", a jedynie nosi jego znamiona.

W części handlowej można było dostać całkiem sporo gadżetów związanych z różnymi produkcjami filmowymi czy też z uniwersami związanymi z książkami i grami. Swoje stoiska mieli też handlujący grami planszowymi, czy posiadający w ofercie biżuterię, której wyjątkowo nie tknęłam w tym roku. Jestem zawsze bardzo zainteresowana ciekawymi wzorami kolczyków, a unikatowe można znaleźć praktycznie tylko na konwentach. Zastanawiałam się nad jednym naszyjnikiem, ale tym razem wyjątkowo ograniczałam się z zakupami.

TOP 10 Czarnych charakterów
Faworytem konwentu zostanie chyba TOP 10 czarnych charakterów. Prowadzona przez Szymona Zackiewicza, który nie pierwszy raz porwał mnie swoją prezentacją. I na Polconie i na Pyrkonie i na poprzednich DFach w ciemno szłam na jego prelekcje, bo opowiada ciekawie, zawsze jest wesoło i nawet jeżeli to zestawienie, które prezentowała w niedzielę w Leśnicy było jedynie jego subiektywnym, to i tak bawiłam się świetnie. Przy okazji wspomniał o twórczości Kinga i narobił mi apetytu na Mroczną wieżę.

Nieźle bawiłam się też na panelu z tłumaczami fantasy, wśród których obecny był Michał Jakuszewski, który przełożył między innymi Władców dinozaurów (i powieść Martina, ale tak stwierdzam, że za często już o Grze o tron w tym poście wspominałam... cholera, znów wspomniałam...), a bardzo sympatyczną i wesołą osobą okazała się Paulina Braiter, która pozwoliła cieszyć się polskim czytelnikom Moim własnym diabłem Mike'a Careya w naszym ojczystym języku. Owszem, na spotkaniach z tłumaczami już bywałam i nie byłam aż tak zafascynowana jak na przykład na Pyrkonie przed dwoma laty, ale i tak nie mogę powiedzieć, żeby było na tej prelekcji nudno.
Panel z tłumaczami fantastyki
 Dni Fantastyki są bardzo fajną imprezą, już na stałe wpisaną w kalendarz wiosennych wrocławskich wydarzeń, a miejsce, w którym się odbywają nadaje im specyficznego uroku. Mam nadzieję, że jeżeli wybiorę się tam w przyszłym roku to w końcu skuszę się na jakiś konkurs albo warsztaty, bo nie samymi prelekcjami człowiek żyje.

3 czerwca 2016

Królowa zdrajców

Po literaturę młodzieżową nie sięgam zbyt często z racji tego, że książki skierowane do tej grupy wiekowej już mnie nie zadowalają. Są zbyt proste, przewidywalne i często zbyt idealizujące rzeczywistość, nawet, gdy mowa o fantastyce. Jedną z niewielu autorek młodzieżowych, które pozostały ze mną do wieku już nie młodzieńczego i której książki lubię czytywać na przełomie wiosny i lata jest Trudi Canavan. Pisarka zdecydowanie niezbyt ambitna, a jednak bardzo popularna.

W uniwersum Trylogii Zdrajcy Trudi Canavan w dużo bardziej zaawansowanym stopniu postanawia pokazać czytelnikowi świat poza Kyralią, który może i nie cechuje się specjalnie oryginalną kreacją, ale wprowadza jednak lekki powiew świeżości do książek, które w pewnym stopniu dość mocno powielają szablony z Trylogii Czarnego Maga. Przy okazji recenzji jednego z poprzednich tomów pisałam, że w zasadzie "druga" trylogia mogłaby spokojnie być przedłużeniem tej pierwotnej. Nadal przy tym stwierdzeniu obstaję, bo do grona dobrze znanych nam bohaterów autorka wprowadziła kilkoro nowych bohaterów i prowadziła dość przewidywalną, a jednak przyjemną w odbiorze historię podczas kolejnych trzech tomów.

W trzeciej części wszelkie wątki polityczne, społeczne i te związane ze ścieraniem się odrębnych kultur i umiejętności magicznych zmierzają do finału, który mogłoby się zdawać, nie powinien wypaść w mało patetycznym wydaniu. Sięgając jednak po Canavan wiedziałam, że ma co liczyć na pełne podniosłości fragmenty bitew, pojedynków i wzbudzające silne emocje decyzje bohaterów. Autorka po raz kolejny przedstawiła w swojej książce średnio porywającą mieszankę osobistych rozterek wplecionych w konflikty polityczne, choć nie twierdzę, że czuję się po lekturze zawiedziona.

Dlaczego zatem niezbyt wybitne powieści Canavan jakimś cudem znalazły się wśród serii, których nie chciałam przerwać? Są przyjemne. Język, choć momentami trochę sztywny, nie wymaga wielkiego skupienia, a bohaterowie, pomimo faktu, że pozbawieni są wielowymiarowości to dają się polubić lub znienawidzić, starając się w jakiś szczątkowy sposób wyróżniać. Wydaje mi się, że jedyną postacią, która nabrała odrobiny charakteru z racji tego, że miała bardzo konkretną motywację była Sonea. Poza tym moje sympatie i antypatie pozostały bez większych zmian, Kyralia nadal jest krajem konserwatywnym i właśnie to, co tak bardzo podoba mi się w Trylogii Zdrajcy, to fakt, że autorka starała się pokazać w tej trylogii spotkanie dwóch różnych światów, ludzi o różnych zwyczajach i nie zapomniała zaakcentować faktu, że obie kultury w jakiś sposób na siebie wpływają, co więcej, muszą pozwolić na pewne ustępstwa, żeby starać się utrzymać kruchy pokój.

W Imardinie, czyli mieście, w którym znajduje się Gildia tamtejsze władze i magowie muszą radzić sobie z nowym, niebezpiecznym złodziejem o nietypowych zdolnościach. Z wątkiem tym związana jest postać znana nam od sześciu tomów, czyli Cery. Od samego początku bardzo z tą postacią sympatyzowałam, a w tym tomie wzbudziła we mnie nawet współczucie. Wydaje mi się, że stałam się ostatnio dużo wrażliwszym czytelnikiem, bo Canavan, która nie potrafi bawić się z emocjami czytelnika przez dłuższy czas i nie potrafi wprowadzać napięcia w scenach, które tego wymagają (to chyba największa wada jej książek) jednak jakoś poruszyła mnie i doszło do tego, że gadałam do książki, pod nosem ciskając klątwami pod adresem autorki.

Obrót wydarzeń doprowadził do okoliczności, w których prosiła się wielka, zażarta bitwa, ale nauczona doświadczeniem i lekturą pięciu wcześniejszych książek spod pióra Canavan wiedziałam, że tego nie dostanę. Jej książki, to raczej mieszanka wątków obyczajowo-politycznych z elementami fantasy. Owszem, konkretnymi, bo jest magia, magiczne kamienie i wyimaginowany świat, w którym osadzono akcję, ale nie nazwałabym tej ani też poprzedniej trylogii bardzo magiczną. Na chwilę obecną nie przymierzam się nawet do lektury innych jej tworów, ale nie wiem, czy nie skuszę się jednak za rok, gdy znów nadejdzie odpowiednia pora roku.

Jako coś lekkiego, mogę spokojnie polecić. Książki Trudi Canavan nadają się jako przyjemne, nie irytujące przerywniki między bardziej rozbudowanymi powieściami. Jako literatura młodzieżowa ta trylogia miała spory potencjał i zdecydowanie go nie wykorzystała, a przynajmniej nie w pełni. Część wątków została zapożyczona z Trylogii Czarnego Maga, część znajduje swoje korzenie w tejże trylogii, ale całość wypada trochę ponad przeciętnie. Owszem, nudniejsze fragmenty mogą się zdarzyć, choć pozostają w mniejszości. To, co trylogię ratuje, to ukazanie popularnych, wciąż aktualnych kwestii nierówności społecznych, tolerancji na odmienne zwyczaje i orientacje, czy też konieczność naginania tradycji z racji zmieniających się czasów. Owszem, nie są to ciężkie, wymagające chwili zadumy dylematy moralne, ale rozmyślania bohaterów nie ograniczają się do tego, jakiego rodzaju intrygi zastosować, żeby zwalczyć przeciwnika. Zakończenie, jak i kulminacyjne momenty z lekka rozczarowują, ale autorka zadbała o domknięcie wszystkiego, co wymagało wyjaśnienia. Finalnie, całokształt wypada na przyzwoitym, choć nie wybijającym się ponad to, co do tej pory znane mi było poziomie. Relaksująca lektura na wiosnę jak znalazł!

Moja ocena: 7,5/10

Subiektywnie o Trylogii:
Najlepsza część: Misja ambasadora
Najsłabsza część: Łotr

Trylogia Zdrajcy:
1. Misja ambasadora < recenzja
2. Łotr < recenzja
3. Królowa Zdrajców

Autor: Trudi Canavan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 586 + kilkanaście stron dodatków
Rok wydania: 2012 (oryginał i w Polsce)

2 czerwca 2016

Podumowanie maja i nowe nabytki


Ech, maj ciężkim był miesiącem, a dowody na to są niżej. Czerwiec, w zależności od stopnia zrealizowania planu, jaki mam, będzie albo równie ciężki albo trochę luźniejszy. Plan na minione cztery tygodnie zakładał kończenie serii i plan ten przechodzi na czerwiec, bo w lipcu udało się skończyć zaledwie jedną trylogię. Lepsze to, niż nic.

Przeczytałam w maju:
1. Taniec ze smokami, część 2 (George R. R. Martin) < recenzja
2. Hamlet (William Shakespeare)
3. Królowa zdrajców (Trudi Canavan)

Martin jak zwykle został królem, choć przyznam, że Taniec ze smokami nie "wchodził" mi tak lekko jak poprzednie tomy, co nie znaczy, że był zły. Nigdy, żadne takie! Może po prostu nawał innych obowiązków spowodował, że nie mogłam cieszyć się lekturą. Od Canavan dostałam, co chciałam i czego się spodziewałam. A zaskoczeniem miesiąca okazał się Hamlet czytany za sprawą odkrycia (już jakiś czas temu) portalu wolnelektury.pl, na których znajduje się bardzo wiele klasyków, zarówno polskich jak i zagranicznych. W każdym razie mam nowego ulubionego bohatera literackiego jak również ochotę na więcej Shakespeare'a. Z kolei recenzja Królowej zdrajców pojawi się jutro przy odrobinie zapału do pisania.

Znów pojawiło się tylko pięć postów, w tym dwie recenzje, jedna zaległa z kwietnia. Nie obejrzałam ani żadnej ekranizacji ani serialu (poza Grą o tron, której recenzować na razie nie zamierzam, a jak zamierzę, to powtórzę pierwszy sezon i polecę po kolei). Obserwatorów przybyło dwoje i jest Was już 229!

Stos z maja
Jest ubogi i nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo się cieszę. Nie mam czasu czytać, nie mam miejsca na książki i chwilowo ograniczam się za zakupami, a stan ten może potrwać jeszcze ze dwa miesiące (przy odpowiednio silnej woli).


Tej Odysei w ogóle miało nie być, ale zostałam zawleczona do Dedalusa i zobaczyłam ją w tym cudownym wydaniu z Zielonej sowy i to za 8,50 zł i nie mogłam nie wziąć. Zakup Dziecka Odyna i Królów Dary planowałam (nie bez polecanek z odpowiednich źródeł, w tym drugim przypadku), więc w sumie i tak jestem zadowolona z moich niewielkich zakupów w maju.

W czerwcu chcę spróbować dokończyć dwie serie - na pewno Millennium i nie wiem jeszcze co, bo kolejność wzięła w łeb. Chyba niebawem przestanę wyznaczać sobie jakiekolwiek wymagania, bo nawet najprostszym warunkom nie potrafię sprostać. W każdym razie zobaczymy, jak to wyjdzie. Oprócz zapowiadanej recenzji Królowej zdrajców wrzucę też krótki tekst o Dniach Fantastyki, bo miałam co prawda poświęcić przy podsumowaniu akapit temu wydarzeniu, ale koniec końców okazało się, że za bardzo się rozpisałam i lepiej zrobić z tego osobnego posta.
Powodzenia w czerwcu!