31 października 2014

Anno Dracula


Gdy padnie hasło "książka o wampirach" niestety pierwszym z nasuwających się skojarzeń jest świecący Edward i tęskniąca za chrzęstem żwiru pod stopami Bella. Na szczęście książki sprzed ery tetralogii pani Meyer traktują o prawdziwych wampirach - bezwzględnych, krwiożerczych i nie wychodzących na słońce w obawie przed spaleniem.

Pan Newman osadził akcję swojej książki w epoce wiktoriańskiej, co zachęcało lektury. Kolejnym aspektem przemawiającym za sięgnięcie po Anno Dracula był wątek Kuby Rozpruwacza grasującego w Whitchapel. Gdy zabrałam się za lekturę już po kilku pierwszych rozdziałach "wgryzania" (ale mi wyszła gra słów...) się w książkę dosłownie w niej przepadłam.

Oprócz dwóch wielce interesujących kwestii poruszonych wyżej należy jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że w Londynie do władzy doszły wampiry. Stało się tak za sprawą tego, że Wiktoria poślubiła hrabiego Draculę. Przez całą książkę wątek ten przewija się gdzieś we wzmiankach po to, żeby skupić się na nim w ostatnim rozdziale. Zanim nie dotarłam do tego ostatniego rozdziału sądziłam, że autor potraktował ten aspekt trochę zbyt oględnie, Jednak fragmenty z ostatnich stron wynagrodziły mi poprzednie braki. To, co zaserwował czytelnikowi Kim Newmann zwyczajnie szokuje.

Każda potęga opiera się na zdolności do zabijania; dlatego środki służąe temu celowi musza być dostępne, choćby tylko dla wybranych.

W Anno Dracula właściwie nie ma głównego bohatera. Obserwujemy wątki związane z kilkoma postaciami, które silniej, lub słabiej łączą się z działalnością Kuby Rozpruwacza. Obserwujemy też śledztwo prowadzone przez Scotland Yard, przy okazji czego przewija się nazwisko Lastrade. Znamy? Jak nie znamy to podpowiem, że z Sherlocka. Apropos nazwisk, w Anno Dracula pojawiają się wzmianki o takich sławach jak Hyde, Stoker czy Wilde. Holmes też jest, ale jednorazowo. Niby nic, a jednak pojawia się nieśmiały uśmiech pod nosem i myśl "Ja go znam!". 

Pojawiły się w powieści pewne mankamenty, a mianowicie ilość bohaterów. Biorąc pod uwagę fakt, że przeczytałam Grę o tron, należałoby się dziwić moim problemom. Niestety, z niektórymi postaciami miałam problemy natury "wampir to, czy człowiek... nie pamiętam", a nie zawsze można było wywnioskować z narracji o statusie danego jegomościa. Do tego jeszcze okładka. Ostatnio przestałam zwracać w swoich opiniach na grafikę, ale sytuacja tego wymaga. Przez długi czas nie chciałam sięgać po Anno Dracula właśnie ze względu na okładkę. Odstrasza, jest wręcz paskudna i aż wahałam się, czy w ogóle umieszczać ją w recenzji...

Styl pana Newmana jest bardzo dobry. Nie posługuje się on prostym językiem, używa różnorodnego słownictwa. Żartuje, bawi się językiem. Pisze obrazowo, czasem aż zanadto. Umieszcza w swojej powieści obrazy drastyczne, które mnie zszokowały, jak chociażby postać Draculi, czy scena picia krwi z niemowlęcia. Nie szczędzi nam licznych fragmentów z krwiopijcami w roli głównej. Po raz pierwszy chyba mogłam doświadczyć czytania opisu sceny przemiany w wampira i to z uwzględnieniem wszystkich aspektów, nawet tych mniej przyjemnych.

[...] życie jest monetą, której nie wydaje się lekko.

Kreacja wampirów w powieści Newmana to klasyczny obraz tych bestii. I pewnie dzięki temu właśnie, pomimo powszechnego przesycenia tematyką, czytałam książkę z ogromnym zainteresowaniem. Dodajmy do tego fragmenty dziennika Kuby Rozpruwacza i bardzo sugestywne opisy jego zbrodni, stojące u władzy wampiry i mamy przepis na bardzo dobry kryminał z elementami horroru. Dla fanów wątków miłosnych też coś się znajdzie, co więcej, to kobieta będzie w tym związku krwiopijcą, a nie facet.

Lekturę Anno Dracula uważam za bardzo udaną, Zatęskniłam za klasycznym obrazem wampira i powieściami z gatunku horroru, więc pewnie niebawem znów sięgnę po coś z tej kategorii. Zainteresowałam się bardziej Draculą. Zatęskniłam znów, już po zakończeniu książki za wiktoriańską Anglią. I dzięki tej książce nabrałam apetytu na inne tytuły, mniej lub bardziej powiązane tematycznie z Anno Dracula, Więc radzę nie zrażać się paskudną okładką i brać się za książkę!

Moja ocena: 8/10

Autor: Kim Newman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 306
Rok wydania: 1992 (oryginał), 1998 (w Polsce)

Przeczytane do wywań:
Z półki 2014
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2 cm).

Cytaty pochodzą z książki.

30 października 2014

Stosik październikowy

Jesień już nadeszła i nawet śmiem twierdzić, że osiągnęła zaawansowane stadium. Ale październik to miesiąc, w którym się urodziłam. Mam więc, pomimo nie do końca sprzyjającej aury powody do radości. W poniższym stosiku są dwa prezenty urodzinowe, które otrzymałam od bliskich.


Upominki te znajdują się na szczycie i u podstawy. Mowa o Przewodniku po świecie Narnii oraz pierwszej części trzeciego tomu Pieśni lodu i ognia. Pierwszą książkę otrzymałam od przyjaciółki, a drugą od dziadków. Z obu ogromnie się cieszę, ale jakże mogło być inaczej, skoro sama "zamawiałam"? Pozostałe dwie książki to zakup własny. Mam tu na myśli Starcie królów, które nabyłam jeszcze we wrześniu (za pół ceny rynkowej, egzemplarz używany), ale zapomniałam umieścić w stosie z poprzedniego miesiąca. Martin czeka jednak w kolejce, bo aktualnie czytam Dwie wieże Tolkiena i to one pochłaniają moją uwagę. Ostatni nabytek to drugi tom Błękitnego księżyca autorstwa Simona R. Greena zdobyty za bodajże dychę... Pierwsza część była  fajną, rozrywkową lekturą i z chęcią zapoznam się z dalszymi losami Ruperta. W końcu nie można przez cały czas czytać opasłych tomiszczy ambitnej fantastyki. Przesycenie epickością po pewnym czasie zaczyna męczyć...

27 października 2014

30 day song challenge - Dni 16 - 20

Muzyka towarzyszy mi na codzień, słucham bardzo różnych gatunków i zawsze interesuję się ścieżkami dźwiękowymi do filmów i seriali. W związku z tym mój mózg przesiąknięty jest różnego rodzaju melodiami, tekstami i fragmentami utworów, a co za tym idzie, z kolejną partią 30 day song challange nie miałam najmniejszych kłopotów.

Dzień 16
Piosenka, którą kochałam, a teraz nienawidzę.
Wcześniej wspomniane Kwiaty - Farben Lehre. Trochę marne skojarzenia mam z tą piosenką niestety i jeszcze długo pozostanie mi do niej uraz.

Dzień 17
Piosenka, którą często słyszę w radio
Szczerze powiedziwszy rzadko słucham radia, bo nie odczuwam takiej potrzeby, ale pierwszym co mi się na myśl nasuwa i co by pasowało do tematyki z dnia 17 jest Sia - Chandelier.

oczywiście z internetów...
Dzień 18
Piosenka, o której usłyszeniu w radio marzysz
I tu się pojawia problem ideologiczny. Bo punk to muzyka niekomercyjna i zazwyczaj nie grana na popularnych stacjach radiowych. Dlatego, gdybym usłyszała z odbiornika Ratuj swoją duszę - Dezertera, miałabym mieszane uczucia.

Dzień 19
Piosenka z twojego ulubionego albumu
Tu się przyznam, że jednym z moich ulubionych albumów, jaki przyszedł mi na myśl w pierwsze chwili był krążek System of a down - Toxcity. Darzę wielką sympatią utwór pod tytułem ATWA tegoż zespołu...

Dzień 20
Piosenka, której słuchasz, kiedy jesteś zły.
Och, jakże uroczo, mogę sobie w pamięci przejrzeć listę utworów "Na wkurw" i coś wybrać... Powracamy w punkowe klimaty. Idealne wręcz na bardzo zły nastrój jest Bomba - Rewizji, chociaż ostatnio zorientowałam się, że coraz częściej uciekam od rzeczywistości wracając do początków mojego zamiłowania do twórczości Linkin Park.

25 października 2014

Naznaczeni błękitem - Księga 1


Polscy pisarze fantastyki nie raz mnie już zaskoczyli. Lubię sięgać po książki z naszego podwórka nie oszpecone przez tłumaczenia, nawet jeśli tłumaczem była osoba kompetentna i znająca się dobrze, na swoim fachu. Zachęcona pozytywnymi doświadczeniami sięgam często w ciemno po powieści naszych pisarzy i do tej pory zaliczyłam nie wiele wtop. Zapoznanie się z Naznaczonymi błękitem zaliczam do bardziej, czy mnie udanych przygód?

Chyba właśnie dostałam odpowiedź na postawione sobie wyżej pytanie. Może nie całkowitą, ale mimo to... Nie wiem, od czego zacząć recenzję. Nie wiem, na co zwrócić uwagę, nie wiem też, czy bohaterowie pozostaną w mojej pamięci na dłużej, niż miesiąc. Bohaterowie, czyli...

Biały Róg i Koziołek, o których czytamy w pierwszym rozdziale. Autorka przedstawia go jako syna gospodarza, który obdarzony wielkim talentem ma szansę na karierę w Kręgu, ale woli paść kozy. Akurat jego historia spodobała mi się i czytało się naprawdę ciekawie. Polubiłam Białego Roga i doceniłam jego troskę o młodszego brata. W tej części książki pojawia się poważne zagrożenie, które wprowadza element niepewności i jakiegoś takiego mroku do powieści.
Gdy natomiast autorka skupia naszą uwagę na losach Kamyka, niesłyszącego Tkacza Iluzji, tempo akcji i zainteresowanie czytelnika spada...

Moim zdaniem powieść pani Białołęckiej nie jest zła. Nie było wielkiego zgrzytania zębami, tylko... tylko nuda. Łapałam się na tym, że zdarzało mi się przeczytać całą stronę, nie wiedzieć, jakie informacje były na niej zawarte i... bez skrupułów czytać dalej. Liczyłam na to, że pojawienie się smoka, Pożeracza Chmur coś zmieni. Ale niestety, wariacja na temat smoków pani Białołęckiej do mnie nie przemówiła. Smoki kojarzą się z potęgą, siłą, mądrością, ogniem... A Pożeracz Chmur to taki wielki koto-pies. I ma skrzydła i wykluł się z jaja, więc to czyni go smokiem. Fakt faktem, chwilami jego niezdarność jest urocza, głupota też, ale do pewnego momentu.

Coś mi się jednak spodobało w tej książce. Kiedy Kamyk zaczyna pokaz swojego talentu. Jest to fajnie opisane i faktycznie wzbudza ciekawość czytelnika. Szkoda, że Kamyk nie używa zbyt często swoich nietypowych umiejętności. Stykamy się z nimi w czasie, gdy bohater... śpi. Jego sny stają się wtedy projekcją wyświetlającą się nad jego ciałem. Nie powiem, sama chciałabym mieć taki patent, wtedy pewnie nagrywałabym filmy z tego... jak sypiam.

Końcówka książki niestety mnie nie zachwyciła. Przez ostatni około trzydzieści stron miałam wrażenie, że akcja zmierza do... nikąd. I faktycznie tak było. Pierwszy tom Naznaczonych błękitem kończy się luźnymi zapiskami Kamyka z uzupełnieniem jakiś wstawek narratorskich. Gdyby nie końcówka, milej wspominałabym lekturę.

Autorka wplotła w swoją powieść motyw niepełnosprawności, bo Kamyk jest chłopcem niesłyszącym. Dzięki Pożeraczowi Chmur nasz bohater zyskuje dostęp do świata dźwięków, ale... Ale mimo to nie jest to czynnik budzący we mnie zachwyt, czy wzruszenie. Może, gdyby ta strona została lepiej wyeksponowana, wszystko wypadło by lepiej?

Mój powyższy wywód może jakoś specjalnie do lektury nie zachęca, ale jeżeli chcecie zrelaksować się przy czymś niewymagającym, to mogę w takim razie polecić Naznaczonych błękitem. Plusem jest, że nie poszukiwałam epickości w tej historii i może właśnie taka miała być. Historia Kamyka jest lekką powiastką, która jest skierowana do młodzieży. Nie powala na kolana, pomimo sugerującego wyjątkowych bohaterów tytułu. Sam motyw Naznaczonych błękitem ogranicza się do epizodycznych fragmentów z udziałem magów, których charakterystycznym elementem ubioru jest niebieska szarfa. Najpewniej dam szansę kontynuacji, ale w dalekiej przyszłości. Albo, gdy znajdę na promocji...?

Moja ocena: 6/10

Autor: Ewa Białołęcka
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 495
Rok wydania: 2012

Do wyzwań: Fantastyczna Polska, Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,1 cm)

18 października 2014

Wróżbiarze

Z Libbą Bray miałam już doczynienia i niestety mile tego faktu nie wspominam. Po lekturze Mrocznego sekretu byłam niemalże w stu procentach pewna, że po twórczość tej autorki już nie sięgnę. Nie planowałam lektury Wróżbiarzy, ale tak się złożyło, że nabyłam książkę na spółkę z kumpelą. Nadal nie przekonana i sceptycznie nastawiona przystąpiłam do czytania powieści o Evie. Dziewczyna prowadzi dość rozrywkowy styl życia i przysparza kłopotów swoim rodzicom, z którymi mieszka w Ohio. W wyniku kolejnego wyskoku z udziałem daru, jakim dysponuje Evie, dziewczyna zostaje wysłana do Nowego Jorku. A w wielkim mieście oprócz rewii, atrakcyjnych dla bohaterki barów z nielegalnym alkoholem i nowych znajomości czyha jeszcze pewien tajemniczy morderca.

Zacznijmy od tego, że nigdy wcześniej, z tego co sobie przypominam, nie czytałam książki, której akcja dzieje się w powojennej Ameryce. Lata dwudzieste to dla mnie obszar historii nigdy nie zwiedzony, przynajmniej nie z pomocą literatury beletrystycznej. Tak więc miłą odmianą były te nieznane czasy, po których nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać.

Sam początek książki wspominam średnio. Czytało się lekko, jak i całą powieść, ale niektóre fragmenty z prologu i pierwszych rozdziałów były... zgrzytliwe. Musiałam się przestawić na ówczesną mentalność, styl życia i ogólnie, na ówczesne czasy. Nastąpiło to dopiero po pewnym etapie i w tym upatruję przyczyny marnych początków lektury.

Evie. Sama nie wiem, czy ją lubię, czy nie. Bo chwilami zachowywała się jak zadziora z klasą, dziewczyna, której ciężko nie zauważyć i osóbka, o której trudno zapomnieć. A z drugiej strony zaliczyła kilka pokaźnych wtop i... I tak jakby jej zamiłowanie do procentów mnie nie urzekło. Ja wiem, jak to jest w okresie młodzieńczym (sama go jeszcze przeżywam), wiem, że są chwile, w których warto się zabawić i trochę rozerwać, ale... ale Evie piła w drodze pociągiem do Nowego Jorku. I tuż po przybyciu do nowego Jorku. I w czasie wypadów na miasto do Nowego Jorku. I ustaliła posiadanie dżinu jako atut dający pierwszeństwo dziennikarzowi do wywiadu z wyżej wymienioną na wyłączność. Nie za odważnie z tym piciem? Pomimo tego dość sporego mankamentu (sporego mimo tego, że jestem dość tolerancyjna w kwestiach imprezowych) chwilami Evie naprawdę mnie bawiła. Tak dla odmiany, w powieści młodzieżowej, mamy jako główna bohaterkę pewną siebie i swojej urody dziewczynę, która pragnie żyć, ale oprócz tego, że tego pragnie, jeszcze udaje jej się te pragnienia spełnić.

Klimat grozy, choć nie ciągle obecny, udał się autorce. Może sama sama zagadka kryminalno-mistyczna nie wywołała oklasków z racji swojej przewidywalności, ale sam nastrój mi się podobał. Bywało mrocznie, tajemniczo i ponuro, ale na taki specyficzny, nie męczący sposób. Postać Paskudnego Johna mogłaby być trochę lepiej dopracowana, ale mimo to autorka dostarcza nam wystarczająco dużo informacji, żeby wzbudzić zinteresowanie. Śledztwo, w którym udział bierze Evie jest równie ciekawe i nie nuży w żadnym razie.

Spośród innych postaci do ulubionych zaliczyłabym Thetę i Memphisa. Są to barwne, żywe osobowości, które swoją osobą skupiają uwagę i, że tak powiem, wypełniają cały kadr. Theta budzi sympatię swoją profesją tancerki w rewii Ziegfielda (nie wiem, czy nie przekręciłam tego nazwiska) jak i swoją budzącą żal przeszłością. A Memphis jest świetnym bratem dla Isaiaha i wspaniałym dopełnieniem kumpelskiego duetu z Gabrielem.

Sam motyw Wróżbiarzy został słabo zarysowany i zaakcentowany dopiero pod koniec książki. Zakładam zatem, że kwestia ta zostanie, lub zostaje rozwinięta w kontynuacji. Szkoda, że tak mało dowiadujemy się z pierwszego tomu, bo właściwie tytuł sugeruje, że będzie to wątek przewodni. Podobnie jak z Wróżbiarzami, tak i z wątkiem miłosnym jest dość skąpo, co akurat mnie cieszy. W tym miejscu wspomniałabym o trójkąciku miłosnym, który stworzyła autorka. Również nie wpycha się on na peirwszy plan i jest jedynie delikatnie zasygnalizowany. I dobrze, bo o ile dobry romans jestem w stanie docenić, to banalności trójelementowych układów już nie.

- Ten chłopak naprawdę się w tobie zabujał, Evil.
Evie przewróciła oczami.
- Nie żartuj. To nie ma nic wspólnego ze mną. Ten chłopak pragnie tylko tego, czego nie może mieć.
[...]
- To tak, jak my wszyscy, czyż nie?

Jeszcze jedna kwestia mnie zastanawia i uważam tą zagrywkę za wielce nielogiczną. Dziewczyna (Evie) jest krnąbrna. Nie słucha się rodziców i w dodatku przysparza im nie tylko zmartwień, ale i bruka dobre imię ich rodziny. Więc dlaczego zostaje wysłana do Nowego Jorku? Do siedliska rozpusty wymuszającego wielkomiejski styl życia. Pod opiekę do wuja, który jest podstarzałym kawalerem borykającym się z problemami finansowymi, który raczej nie zna się na wychowaniu nastolatków. Hę? Wyjaśni mi to ktoś? Bo mnie wydaje się to niedorzeczne. Córka sprawia nam problemy wychowawcze, więc pozbądźmy się jej. Niech się wyszaleje w Nowym Jorku...

Jak widać Wróżbiarze mają swoje zalety i wady. Książka jest fajnie napisana, choć początki są trochę oporne. Nie żałuję, że zapoznałam się z powieścią pani Bray, już drugą i trochę ratującą jej wizerunek jako autorki w moich oczach. Z chęcią sięgnęłabym po kontynuację. Podoba mi się ta odmienna sylwetka bohaterki powieści młodzieżowej, bo choć postanowiłam się odżegnać trochę od tej kategorii literatury, nie znaczy, że całkowicie z niej rezygnuję. Książkę polecam jako czasoumilacz, bo pomimo tych sześciuset stron czyta się nadzwyczaj szybko.

Moja ocena: 7/10

Autor: Libba Bray
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 604
Rok wydania: 2012 (oryginał i w Polsce)

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania: "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu": + 4.1 cm
Cytat pochodzi z książki.

10 października 2014

30-day song challange - Dni 11-15


Wiem, że posty na moim blogu pojawiają się nieregularnie, ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Zaglądać i komentować też nie zawsze mam czas i pozostaje mi tylko prosić jak i dziękować za wyrozumiałość. Drugi rok socjologii nie rozpieszcza... A teraz:


Dzień 11 - Piosenka twojego ulubionego zespołu
Mam kilka ulubionych zespołów, ale od dłuższego czasu miejsce na tronie należy do polskiego zespołu grającego punk/oi - The Analogs. I właśnie z repertuaru analogsów pochodzi piosenka na dzień 11: Pożegnanie - The Analogs.

Dzień 12 - Piosenka zespołu, którego nienawidzę
Nienawiść to chyba jednak za duże słowo, bo ma w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Więc może ograniczę się do żywienia niechęci względem One Direction. A kawałkiem wymienionego wcześniej bandu niech będzie One way or another...

Dzień 13 - Piosenka, której słuchanie jest przyjemnością
Ostatnio ogromnie oddziałuje na mnie utwór Amon Amarth - Guardians of Asgaard. Niesamowita energia i rytm. Uwielbiam takie kawałki, a słuchanie właśnie tego utworu rozbudza mnie w taki energiczny sposób.

Dzień 14 - Piosenka, o której lubienie nikt by cię nie podejrzewał
Hm, myślę, że idealnie nadaje się na tą posadę utwór Killa - Cherish. Stara jak świat piosenka z soundtracku do Step up 2. Uwielbiam klimat tego kawałka. Jest skoczny, ale z tempem i w jakiś taki dziwny sposób budzi niepokój.

Dzień 15 - Piosenka, która mnie opisuje
Teraz mam nie małą zagwozdkę i problem. Taka piosenka z pewnością istnieje, ale ciężko mi w tej chwili przywołać takową w pamięci... (kwadrans później) Jak tak poszperałam i się zastanowiłam to okazało się, że całkiem trafnie opisuje mnie Breaking the habit - Linkin Park.

Na dzisiaj to wszystko. Niebawem może pojawi się jakaś recenzja, a w planach nadal mam napisanie relacji z tygodniowego pobytu na Maderze. Co się odwlecze, to nie uciecze.

Obrazki zostały wyszperane w internecie ;)

8 października 2014

Nie z dumą, nie ze smutkiem, ale z nostalgią...

Taki poetycki tytuł notki to ewenement w moim przypadku. A całościowo nagłówek tej recenzji miał brzmieć: Nie z dumą, nie ze smutkiem, ale z nostalgią - niestety dorosłam. Upływ czasu to rzecz nieubłagana i nie ma co się w tej kwestii spierać. Choćby nie wiem jak cudowne, lata beztroski mijają. Można zachować wspomnienia, można pisać dzienniki, żeby łatwiej było przywołać w pamięci dawne chwile radości, można robić zdjęcia, żeby uwiecznić najwspanialsze momenty... Można też czytać, A potem cofnąć się pamięcią kilka wiosen wstecz i spróbować sobie przypomnieć, po jakie książki się sięgało.



Cztery lata to sporo. I przez cztery lata może się wiele zmienić, W tym gust czytelniczy. I oto okazuje się, że seria, z którą szło się przez życie, z zniecierpliwieniem oczekiwało kolejnego tomu kończy się, Seria, której bohaterowie zaprzątały myśli jeszcze długo po lekturze. Seria, której fabuła osadzona w wyimaginowanym miasteczku w Texasie zaskakiwała nawet w późniejszych tomach. Autorka, która stworzyła postaci wywołujące śmiech, irytację, radość, złość i smutek. Autorka, która przez jedenaście tomów potrafiła utrzymać godny poziom. A w opozycji, niestety, ja, czytelnik, który z ogromnym żalem w sercu zorientował się, że jego ubóstwiana seria nie wywołuje już takich emocji. A w szczególności ostatni jej tom, który bądź co bądź, winien być wspaniałym zwieńczeniem przygód czwórki bohaterów. Dla niewtajemniczonych dopiszę, że rozchodzi się o książkę pod tytułem:

Wampiry z Morganville - Tom 11 i ostatni: Światło dnia


Po czterech latach wyczekiwania na kolejne części stało się - jestem p  lekturze ostatniego tomu. Towarzyszą mi mieszane uczucia, choć świadoma jestem ich źródła. Żeby nieco powrócić na zwyczajowy teren recenzyjny napiszę coś o fabule ostatniego tomu. Fundacja Świt wkroczyła do Morganville i zaczęła porządki z wampirami. Claire wróciła już do Morganville po krótkiej i nieudanej próbie studiów w Bostonie. Niestety nowe zarządzenia i zwierzchnictwo nie podobają wampirom i części ludu zamieszkującego Morganville. Shane tradycyjnie wpada w kłopoty i to za sprawą Fundacji świt, a Claire i jej ekipa muszą się zmierzyć z nowym, całkowicie ludzkim wrogiem.

Może nie jestem taką maszyną totalnej destrukcji i rzezi jak Shane, ale potrafię siać spustoszenie i zamęt, jak chcę...

Nie wiem, czy to tylko z powodu tak licznych tomów tej serii, czy też z racji mojego gustu... ten tom okazał się słabszy. Czytanie go nie było torturą, męką czy udręczeniem, ale zdarzały się cięższe momenty. I wydaje mi się, że po części z obu wcześniej wymienionych powodów tak jest. Miałam pewne obawy względem Światła dnia, ale pocieszałam się faktem, że poprzednia część przecież mnie zachwyciła i co więcej, pozostawiła po sobie lepsze wrażenie niż Gorycz krwi. Niemniej jednak ostatnio jako czytelniczka celowałam w fantasy i to pełnokrwiste fantasy, a seria o Morganville to jednak młodzieżówka. A ja niestety z literatury młodzieżowej wyrastam...

Nie twierdzę, że ta część była beznadziejna i nudna. Ale udało mi się chwilami wgryźć w tę lekturę tak, jak za dawnych czasów i nie zauważałam tego uroku i klimatu, który zawsze towarzyszył każdej części. Nadal były mordobicia, zagrożenie, komplikacje u zakochanych i można było zwrócić na coś uwagę, ale za chwilę spokojnie odłożyć książkę i wyjść z domu, nie zabierając jej ze sobą. Nie da się nie zauważyć, że Shane nie był już taki "shaneowaty" jak w poprzednich tomach. Nie da się nie zauważyć, że w pewnym momencie Claire pojechała z takim Macgyverem, że to się w głowie nie mieści. Nie da się zauważyć, że wampiry trochę złagodniały, a ich tropiciele to trochę marny zabieg z graniem na zwłokę...

Było kilka rzeczy bardziej przerazających niż nieleczony maniakalno-depresyjny wampir, ale szczerze mówiąc, nie tak znowu wiele.

Bywało i ciekawie. Wzmianka od dawnych czasach Myrnina, sam Myrnin no i wątki miłosne. Pewne rzeczy pozostają niezmienne i o ile nie lubię romantyzmu w powieściach, tak w serii od pani Caine chyba żaden "paring" mi nie przeszkadzał. Po raz kolejny spodobały mi się słowne potyczki i sarkastyczne dogryzanie, które tak cenię sobie w stylu autorki. Jest jeszcze jeden wątek, który mi się niesamowicie spodobał, albowiem mam tu na myśli kwestię Domu Glassów. To, co działo się w tym przypadku jakoś tak złapało mnie za serce i sprawiło, że wyrwało mi się takie zachwycone i nieco zauroczone "Oooooj".

Rachel Caine na końcu tego tomu znów prezentuje piosenki, które wspomagały jej wenę twórczą w czasie pisania. Zaczęłam sobie słuchać tych kawałków, a jak na razie moim faworytem jest Afetrlife Switchfoot i Can't play dead The Heavy. W dodatku, w posłowiu Rachel wymienia piosenki, z którymi mogłyby utożsamiać się główne postacie. Nie poznałam ich wszystkich, słucham dopiero, ale chciałam zwrócić uwagę na ten dodatek od autorki.

Z bardziej przyziemnych kwestii - tłumaczenie jest marne (chociażby w przypadku, w którym określono seksowne zachowanie jako "seksy") i to też mogło mi odebrać trochę radochy z lektury. Szkoda, że książka została skrzywdzona właśnie od tej strony. Liczę, że kiedyś będzie mi dane przeczytać choćby kilka części w oryginale.


Nie ukrywam lekkiego zawodu na tym tomie, ale wiem, że jest to też kwestia moich upodobań. Po martinowskiej twórczości dziwię się, gdy grono bohaterów nie zostaje drastycznie uszczuplone, a po zapoznaniu się z twórczością Tolkiena jestem wymagajćym pod kątem języka czytelnikiem. No i, koniec końców, za niecałe dwa tygodnie dwójka zastąpi jedynkę sprzodu mojego wieku. Poszukuję dojrzalszych powieści, a te, kierowane do młodzieży, nie spełniają wszystkich moich wymagań. Niemniej jednak pomimo obiecanek, że nie sięgnę już po książki dla nastolatków, na mojej półce czeka jeszcze kilka takich tytułów. Liczę, że uda mi się zdystansować do tych książek.

Lepiej zacznij liczyć swoich sojuszników. Doskonale wiem, że nie dojdziesz dalej, jak do środkowego palca.

Jest mi smutno z racji tego, że tak odebrałam tą książkę. Cztery lata spędziłam z tą serią i naprawdę ją kochałam. Ogromnie się cieszę, że wydawnictwo nie zrezygnowało w połowie z wydawania cyklu Wampiry z Morganville. Wydaje mi się, że ta seria to takie młodzieżowe zauroczenie, do którego zawsze będę miała sentyment. Z uśmiechem na twarzy żeganm Claire, Eve, Michaela, Shane'a, Myrnina, Oliviera, Amelie i Jesse. Seria spod pióra Rachel Caine jest serią godną polecenia, dobrą i niestendardową jak na historie o krwiopijcach powieść. Tutaj ludzkie pozostaje ludzkie, a wampiry od pierwszych stron Przeklętego domu po ostatnie strony Światła dnia sprawują władzę w Morganville. Autorka wykreowała grono bohaterów po przejściach i potrafiła zainteresować czytelnika. Ostatni tom nie do końca jej wyszedł, ale mój punkt widzenia mógł nieco spatrzyć wcześniej wspomniany gust czytelniczy. Dlatego biję zasłóżone pokłony dla Rachel Caine za to, że pokazała klasę i popisała się umiejętnościami pisarskimi.



Tak, teraz jest ten moment w którym wszyscy bohaterowie podnoszą ręce i machają na pożegnanie, a w tle leci jakaś nostalgiczna, nieco wzrószająca muzyczka. Szacun, że przeżyliście, ekipo z Domu Glassów!

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Rachel Caine
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 330
Rok wydania: 2013 (oryginał), 2014 (w Polsce)

Seria Wampiry z Morganville (w Polskim wydaniu):
1. Księga 1: Przeklęty dom, Bal umarłych dziewczyn
2. Księga 2: Nocna Aleja, Maskarada Szaleńców
3. Księga 3: Pan ciemności, Godzina łowów
4. Księga 4: Rozwiane cienie, Pocałunek śmierci
5. Księga 5: Miasto widmo
6. Księga 6: Pojedynek
7. Księga 7: Ostatni pocałunek
8. Księga 8: Czarny świt
9. Księga 9: Gorycz krwi
10. Księga 10: Wyjazd z Morganville
11. Księga 11 i ostatnia: Światło dnia

Ode mnie:
Najlepsza część serii: prawie każda
Najsłabsza część serii: Gorycz krwi, Światło dnia
Najlepsza okładka serii: 1 i 10 księga ;)

Książka przeczytana w ramach wyzwania Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: + 2,0 cm. Cytaty pochodzą z książki, a obrazki z internetu poza zdjęciem całej serii.

5 października 2014

10 książek mojego życia


Czyli jeden z mniej bzdurnych i nawet zmuszających do zastanowienia się łańcuszków internetowych. W dodatku jestem pewna, że większość moli książkowych nie odpuściła i czy to na facebooku, czy to na blogerze pochwaliła się swoim rankingiem. Ja robię taki myk, że dedykację z fejsa, otrzymaną od Abigail/Ivy przenoszę tutaj i tutaj robię swoje zestawienie. No, to jedziemy, Kolejność zamieszczonych tytułów znaczenia nie ma ;)


1. Igrzyska śmierci - popularna sfilmowana trylogia spod pióra Suzanne Collins. Seria, w której się zaczytywałam, której drugi i trzeci tom otrzymałam w odstępie roku na Mikołajki. Podziwiałam wytrwałość Katniss jak i wstrzymywałam oddech w kulminacyjnych momentach...


2. Wampiry z Morganville - seria długaśna, bo jedenastotomowa w wydaniu polskim, a oryginalnie posiadająca piętnaście części (u nas pierwsze osiem tomów wydawanych po dwa w jednej księdze). Zakochałam się w powieściach pani Caine i ze smutkiem żegnam się właśnie z bohaterami czytając ostatni tom. Każdą część pochłaniałam z zapamiętaniem, niejednokrotnie zaszkliły mi się oczy, czy uroniłam łzę. Nie raz się śmiałam i na pewno przeczytam całą serię raz jeszcze.


3. Pocałunek kier - książka, dzięki której przerzuciłam się na bardziej klasyczne fantasy. To był ten okres przejściowy, w którym czytając paranormale młodzieżowe jeszcze się zachwycałam, ale coś było nie tak. I dzięki Pocałunkowi Kier otworzyłam się na ambitniejszą literaturę.


4. Zaklinacz koni - Jak na koniarę przystało - zarówno powieść jaki i film znam dobrze. I zawsze przypominam sobie o tej historii, gdy jest mi ciężko i pod górę w życiu.


5. Gra o tron - Chyba nikt, kto przeczytał moją recenzję tego tomu nie ma wątpliwości, że jestem fanką PLiO. Czytając pierwszy tom momentami specjalnie się cofałam, żeby jeszcze raz coś przeżyć, żeby doświadczyć tych emocji. Gra o tron jest dla mnie arcydziełem jak też ma dla mnie ogromne znaczenie sentymentalne.


6. Władca pierścieni - Czyli powieść Tolkiena, głównego konkurenta Martina do tytułu ulubionego autora. Choć ojca Śródziemia nazywam Mistrzem, to konkurencja nie śpi. Ale fakt faktem, w zeszłym roku przeczytałam pierwszy tom Trylogii Pierścienia i przepadłam...


7. Opowieści z Narnii - Seria, która na zawsze będzie mi się kojarzyła z moimi dziadkami. Dostałam od nich pakiet na komunię i przeleżał on na półce dekadę. Nie ma to jak zabrać się za książki, które posiada się na półce od dziesięciu lat. Niemniej jednak pomimo dojrzalszego wieku, dałam się wciągnąć w świat C. S. Lewisa, zauroczyły mnie przygody rodzeństwa Pevensie i od samego początku pokochałam Aslana.


8. Szeptem - Jedno z pierwszych zauroczeń paranormalnych. Patch na zawsze zostanie jednym z moich ulubionych męskich bohaterów literackich, a na ostatnim tomie zawsze będę płakała.


9. Anima Vilis - Doskonale napisana książka polskiego autora Krzysztofa T. Dąbrowskiego, dzięki której zaczęłam przygodę z polską fantastyką. Gorąco polecam styl autora i jego pomysłowość.


10. Pamiętnik księżniczki - ukochana młodzieżówka, która towarzyszyła mi w gimnazjum. Może i nieco infantylna, ale bardzo śmieszna i nawet urzekająca historia. Gdy czytałam Pamiętnik księżniczki, byłam dojrzewającą nastolatką i w pewien sposób ta książka stała się częścią mojego życia z racji tego, że ja i Mia Thermopolis byłyśmy rówieśniczkami.

Powyżej opisane książki są w jakiś sposób cząstką mnie. Wiem, że jest ich logicznie rzecz biorąc dużo więcej niż dziesięć, bo przecież zwróciłam uwagę na całe serie, a nie na poszczególne tytuły, ale wydaje mi się że to niuans. Jak myślę o wymienionych tytułach i swoim charakterze myślę, że istnieje między tymi dwoma wiele powiązań. Są to historie, które ukształtowały mnie w jakiś sposób, wskazały kierunek, w którym podążał i nadal podąża mój czytelniczy gust i są to tomy, które na zawsze będą gościły na mojej półce. Powyższym zastępom książek i ich autorom biję głęboki ukłony i składam gorące podziękowania.

4 października 2014

Rzeczy niekształtne


Urban fantasy jest jednym z moich ulubionych gatunków. Gdy zainteresowałam się książką Marka del Franko i odkryłam podobieństwo do powieści z Feliksem Castorem w roli głównej stwierdziłam, że koniecznie muszę przeczytać Rzeczy niekształtne. Ale jak to bywa z moim apetytem na książki – zmienny jest, choć rodzaju męskiego. Niestety, książka musiała długo czekać w kolejce, aż w końcu się za nią zabrałam. I co z tego wynikło?

Connor Grey jest konsultantem do spraw zabójstw w bostońskiej dzielnicy Weird. Jego przyjaciel detektyw Murdock pracuje w policji i wraz z wcześniej wspomnianym dociera na miejsce zabójstwa wróżki. Morderca nie wpisał się w żaden znany schemat zbrodni, umieścił bowiem na ciele ofiary kamienie. Sprawca określony mianem „wtorkowego zabójcy” (na pewno nie domyślacie się, skąd ten przydomek...) nie próżnuje, a co za tym idzie, spędza sen z powiek Connorowi, Murdockowi i bostońskiej policji.

Główny bohater ma nieco dramatyczną przyszłość. Connor to były druid – były, bo w wyniku pewnych zdarzeń stracił swoją moc. Ma swoją mentorkę, która stara się pomóc mu odzyskać przynajmniej część esencji (bo tak zwą się magiczne umiejętności stworzeń z gatunku fata). W tym miejscu należałoby wspomnieć o gronie bohaterów, jakim poczęstował nas autor. Przyjaciele Conora – Murdoc, którego nie polubiłam i Briallen, mentorka byłego druida, której postać bardzo mi się spodobała. Właśnie za to kocham urban fantasy – autorzy nie ograniczają się do jednego gatunku i możemy być świadkami międzygatunkowych spotkań integracyjnych. A przynajmniej z zamierzeniem integracyjnego charakteru zbiegowiska...

Connor, nie po to doprowadzałam się do wycieńczenia, ratując go i lecząc ciebie, żebyś teraz zanudził mnie na śmierć.

Murdoc, jak na połowę niepokonalnego, jak twierdzi okładka, duetu był marnym kompanem. Może to ideologiczna antypatia do policji przeze mnie właśnie przemawia, ale... Po prostu nie. Murdoc niczym się specjalnym nie wyróżniał, poza możliwością pochwalenia się liczną, religijną rodziną. Był postacią papierową i w żadnym fragmencie nie potrafiłam odczuć, że faktycznie to najlepszy kumpel Connora. Gdy sam bohater o tym wspominał, byłam skłonna uwierzyć mu na słowo, ale nie przekładało się to na potwierdzenie w działaniach Murdocka.

Od strony kryminalnej Mark del Franco dał całkiem niezły popis, przynajmniej w kwestii wizualnej. Bo sprawcy morderstw poniekąd się domyślałam, później okazało się, że był to współudziałowiec, ale co tam. Autor do końca na łatwiznę nie poszedł, bo trochę Connor miał z kombinowaniem, żeby odkryć z kim tak naprawdę musi walczyć, ale nie była to skrzętnie dopracowana intryga, która spowodowałaby kontakt pierwszego stopnia szczęki z podłogą.

Do stylu autora nie można mieć zastrzeżeń. Pisze poprawnie, ale zwróciłabym uwagę na tłumaczenie. Na język polski bowiem przełożył Rzeczy niekształtne Jarosław Grzędowicz. Znamy nazwisko? No, coś się obiło o uszy chyba... Z pewnych około książkowych mądrości wiem, że praca tłumacza i jej waga jest porównywalna z pracą samego autora, bo przecież oddanie sensu wypowiedzi to jedno, a zachowanie klimatu powieści i stylu autora. Dlatego też bardzo lubię chodzić na spotkania z tłumaczami na konwentach, na których bywam. Podziwiam ich pracę i zdolności językowe.

To co zwróciło moją uwagę w powieści to wykorzystanie kamieni. Pod tym kątem autor wszystko dopracował, bardzo fajnie czytało mi się o zastosowaniu równego rodzaju kryształów. Ich udział w zbrodniach też budził ciekawość. Może po prostu nie miałam za bardzo do czynienia z takim wątkiem w książkach fantasy, ale z mojego punktu widzenia obecność tych elementów wypadła rewelacyjnie.

Świat fata, czyli chochlików, elfów, wróżek i druidów nie do końca mnie niestety wciągnął. Nie uważam, żeby były to stworzenia nudne, ale jednak nieprzemawiają do mnie tak, jak nie owijające w bawełnę wilkołaki, czy wampiry. W dodatku elfy wolę w wersji tolkienowskiej i chyba tylko ta jedna mnie zadowalała. Widocznie w mojej świadomości w świcie urban fantasy te baśniowe stworzonka figurują jednak na drugim planie...

Rzeczy niekształtne mają swoje mankamenty i lepsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku wypadają pozytywnie. Była to całkiem dobra książka, choć autorowi potknięcia się zdarzały. Nie mniej jednak lektura nie zobowiązywała i mogłam ją w każdym momencie odłożyć. Fajny czasoumilacz, ale nic co wbijałoby w fotel, zmuszało do głębokich przemyśleń i powodowało zarywanie nocek. Niemniej polecam jako coś lżejszego, ale nie banalną powieść napisaną na kolanie.

Moja ocena: 7/10

Autor: Marc del Franco
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 382
Rok wydania: oryginał: ?, 2011 rok w Polsce

Przeczytane w ramach wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wrostu (+3,1 cm)