31 marca 2015

A w marcu było tak...

Czyli jak? Świetnie! Fantastycznie! Wyśmienicie! Przynajmniej pod względem przeczytanych przeze mnie książek. Bo jakie to były książki... Oto lista prezentująca mój marcowy dorobek czytelniczy.

1. Siedlisko (Kazimierz Kyrcz Jr i Rober Cichowlas) < recenzja
2. Krew zombie (Nate Kenyon) < recenzja
3. Zieleń szmaragdu (Kerstin Gier) < recenzja
4. Starcie królów (Goerge R. R. Martin) < recenzja


Obrazek wykopany w necie

Poczytałam sobie trochę grozy, w dodatku dokończyłam Trylogię czasu i... tak, tak tak! Skusiłam się na lekturę Starcia królów plując sobie w brodę, że nie zabrałam się za to wcześniej. Ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem Pieśni lodu i ognia, dyskusji z koleżanką z uczelni, która też uwielbia Martina i jest z książkami dalej, niż ja, ale tylko o jeden tom. A nawet o połówkę. Wszystkich, których mogę i mają jakieś pojęcie o twórczości Martina i adaptacji tej twórczości zaczepiam, zagaduję i...
I przez to hańba mi, bo w tym roku nie obchodziłam Światowego dnia czytania Tolkiena, który wypadał 25 marca. Ale się poprawię, niestety na razie żyję w świecie Westeros.

Zamieściłam w marcu postów: 8
Recenzje pojawiły się: 4
Obserwatorzy: Pryzbyło ich troje, jest już 197 ;)

Wyzwania:
Grunt to okładka: 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 13, 6 cm + 13, 8 cm = 27, 4 cm

Wyszperane na kwejku jakimś najpewniej...


Plany na kwiecień?
Dalsza lektura PLiO, Pyrkon na którym kupię sobie kolejny tom PLiO i 5 sezon Gry o tron którym się jaram. Nie, nikomu nie obiecywałam, że przestanę o PLiO paplać, nawiązywać i robić dygresje. Ale może przeczytam sobie jakieś krótkie przerywniki, żeby się nie przesycić. Hiperwitaminoza wcale nie jest taka dobra... Może się skuszę na skończenie Kodeksu DeepGate? No i po powrocie z Pyrkonu na pewno opublikuję już w końcu stosik, bo... bo na pewno będę miała więcej niż trzy książki. Przez cały marzec nie kupiłam ani jednej... Brze jest, skracamy kolejkę, a nie wydłużamy!
Chciałam też w końcu zrobić miesiąc kolorystyczny, ale na razie się nie składa i być może, w maju zrobię sobie trochę oddechu od fantasy i zajmę się książkami obyczajowymi, kryminałami i poradnikami, które też posiadam w swojej biblioteczce. Amen.

27 marca 2015

Starcie królów



Jeśli bogowie istnieją, to stworzyli owce po to, aby wilki mogły jeść baraninę, a słabych po to, żeby silni mieli zabawki.

Jaka ja byłam głupia! Niemądra! Gdzie się podział mój rozum, kiedy zastanawiałam się nad tym, czy brać się tuż po zakupie za Starcie królów? Czego ja się bałam? Przecież... przecież to Martin! Jedna z niewielu rzeczy dotyczących jego twórczości, której bać się nie należy, to zmarnowanie czasu na słabą lekturę! O wszystko inne...

Łaska. [...] To cholerna pułapka. Jeżeli człowiek okazuje ją zbyt szczodrze, nazwą go słabym, a jeśli za rzadko, uznają go za potwora.

Zamęt. Tym określiłabym początek Starcia królów. Po wydarzeniach z części pierwszej Westeros ogarnął chaos i widmo wojen między rodami. Nie należy zapominać o tym, że dewiza Starków niebawem będzie miała przekład na rzeczywistość, bo jesień zbliża się ku końcowi i nadchodzi zima...
Królów jest w Westeros sporo, ale mieszczą się jeszcze podczas liczenia na palcach jednej dłoni. Na beztroskę nie może również liczyć Daenerys, która rości sobie prawa do Żelaznego tronu, ale to jakże pożądane i niewygodne zarazem krzesło samo do niej nie przyjdzie. W dodatku na północy za murem bezpieczeństwa też człowiek nie zazna, bo nie dość, że śnieg, lód i bardzo ujemne temperatury będą próbowały go wykończyć, to jeszcze dzicy będący wolnym ludem spróbują pokazać, skąd ich przydomek...

Ułaskawiłem ich. Wybaczyłem im. Ale nie zapomniałem. 

Przez ostatnie dwa tygodnie żyłam światem Westeros. Tego potrzebowałam! Świetnej, wciągającej, dobrze dopracowanej lektury. Książki, którą czyta się z zacięciem pomimo faktu, że widziało się już serial. Śledzenia losów bohaterów tak dobrze mi znanych, oczekiwania na momenty, w których pojawią się ulubione osobistości... zaśmiewania się z docinków i ripost, wstrzymywania oddechu podczas czytania niesamowitych scen walk i bitew. Martin opisał wszystko równie świetnie, co w części pierwszej, a nawet i lepiej. Jestem pod ogromnym wrażeniem, tym bardziej, że Starcie królów jest tomem grubszym niż pierwszy. Lepszym, bardziej wciągającym i nie wymagającym przekonywania się do stylu autora - bo jak ktoś przeczytał Grę o tron nie będzie już musiał się na nowo z Martinem oswajać.

Dobry uczynek nie unieważnia złych, ani zły dobrych. za każdy należy się oddzielna odpłata.

Mój odbiór tej części był nieco inny. Nie traktowałam kolejnych losów bohaterów tak osobiście. Tym razem łez nie było, co nie znaczy, że się nudziłam, czy w ogóle nie emocjonowałam. Nie próbuję tu wciskać kitu, że całe 860 stron jest tak samo ciekawe - wiadomo, że w książce tej objętości zdarzać się mogą fragmenty z bardziej stonowaną akcją, statycznymi scenami, czy monologami wewnętrznymi bohaterów. Nie umniejsza to jednak w żadnym wypadku świetności dzieła Georga R. R. Martina. Jakby nie było, przez większość powieści mamy jednak doczynienia z dynamiką akcji. Są zwroty, są chwile, w których przeżywamy szok nawet znając losy bohaterów z serialu i z zaciekawieniem przemykamy przez kolejne rozdziały.

Sen jest dobry. Ale książki są lepsze.

Autor zastosował wiele ciekawych zabiegów dzięki którym czytelnik nie ma prawa narzekać na monotonię - oprócz walk rycerskich i szczególnych wydarzeń w najważniejszych dworach mamy intrygi, innowierców którzy ruszają na wojnę, skłócone rodzeństwo próbujące bardziej lub mniej skutecznie dość do ładu, prorocze sny i historie pobocznych bohaterów równie interesujące co przeszłość postaci z pierwszego planu. Na końcu książki znajduje się spis ważniejszych dynastii i rodów co jest niesamowitym ułatwieniem dla czytelnika zalewanego nazwiskami i imionami z bliższego i dalszego otoczenia królów i lordów. Pokłon dla Martina za to, że sam się w tym połapał. I kilka słów otuchy dla czytelnika - nie trzeba pamiętać wszystkich osobistości występujących w książce, bo co ważniejsi zostają we właściwy sposób oznaczeni etykietkami bądź innymi charakterystycznymi cechami. Reszta jest spisana na końcu i po entej wzmiance już orientujemy, że Kettelblack było od Lannisterów, a Umber to z otoczenia Robba Starka.

Lepiej wzbudzać strach, niż śmiech. 

W dodatku, co można zauważyć w dodanych przeze mnie cytatach, autor zawarł pewne prawdy życiowe, które można uniwersalnie zastosować nawet do współczesnych realiów, choć na pozór dotyczą one tylko wątku, który akurat czytamy. W Pieśni lodu i ognia brak morałów, a bohaterowie raczej nie zbyt często mają okazję uczyć się na błędach, ale pewne ponadczasowe treści udaje się czytelnikowi wydobyć z lektury, dzięki czemu nie jest ona pozbawiona przekazu i zdecydowanie nie kwalifikuje się do kategorii historii z przeagą regularnych ustawek w średniowiecznych realiach.

Nie chodzi o to, co robimy, ale jakimi motywami się kierujemy.

Przez większą część lektury nie uświadczyłam rozdziału dotyczącego bohatera, który by mnie nudził. Catlyn była rozsądna i zatroskana o swoich synów, Tyrion kombinował jak się dało, a jego kłótnie z Cercei niejednokrotnie sprawiały, że wybuchałam śmiechem. Dzięki Davosowi rąbka tajemnicy uchyliło przede mną najbliższe otoczenie Stannisa Baratheona. Arya odegrała rolę stricte przygodową, a nawet rozdziały o Sansie nie wywoływały u mnie, jak to ma miejsce w powszechnym mniemaniu, białej gorączki. Moi faworyci, czyli Jon i Daenerys - na szóstkę z plusem! Dany wprowadzała egzotykę, tajemniczość i elementy fantasy, o których napiszę za chwilę. Dzięki Jonowi mogłam zasmakować niegościnnego i zdradzieckiego klimatu północy oraz atmosfery panującej wśród zaprzysiężonych braci z Nocnej straży. Ogromnie się cieszę, że autor umieścił i w tej części fragment, w którym zostają powtórzone słowa przysięgi - tekst ten wywołuje u mnie niesamowite uczucia i chwyta za serce.

Łaskawszy od Lannisterów znaczy tyle, co suchszy niż morze.

W Starciu królów mamy więcej fantastyki. Cieszy mnie to ogromnie, bo w części pierwszej była jej tylko namiastka, a tutaj pojawia się już więcej jej elementów. Wiążą się z tym nie tylko rozdziały poświęcone Daenerys, ale i Branowi. Przyznam, że nie chciałam w recenzji porównywać serialu i książki, ale muszę uczynić to jeden, jedyny raz. O ile wątek Brana nudził mnie podczas styczności z Pieśnią Lodu i Ognia to w wersji papierowej miałam okazję skosztować takiego mistycyzmu, niepewności, nieco zaniepokojenia i motywu walki z przeznaczeniem. Cudo!

Niektórzy ludzie są jak miecze, stworzeni do walki. Jeśli zawiesić je na ścianie, rdzewieją.

Znów nie mogę narzekać na stronę batalistyczną w powieści Martina. Finałowa bitwa wyszła mu mistrzowsko i delektowanie się tą sceną z odpowiednim podkładem muzycznym było istną ucztą literacką. Oczywiście wymagało to i skupienia, żeby można było się zorientować, kto aktualnie dostaje po czterech literach. Niemniej jednak fragmenty te okazały się fascynujące i na kolejny plus zaliczyć autorowi ukazanie bitwy z punktu widzenia obu stron.

Korony dziwnie wpływają na głowy, na które je włożono.

Jak widać, drugi tom Pieśni lodu i ognia okazał się godnym następcą części pierwszej i wywołał u mnie nie mały entuzjazm. Sam fakt, że tachałam ze sobą tę ponad dziewięćstestronicową a zarazem zaskakująco lekką cegłę codziennie na uczelnię musi świadczyć o tym, jak bardzo wkręciłam się w nieprzewidywalny, zaskakujący i okrutny świat Westeros. Z utęsknieniem czekam, aż w kolejnych tomach pojawią się mapki ukazujące topografię wolnych miast, w których akcja toczy się już teraz. Wiem, że w Uczcie dla Wron bodajże już jest taka mapka i bardzo mnie to cieszy. Fakt faktem, dzięki książce Świat lodu i ognia mogę sobie spojrzeć, jak wygląda wschodni kontynent, ale przecież nie zawsze mam pod ręką tamto tomiszcze. Idę za ciosem i najpewniej w przyszłym tygodniu zabieram się za Nawałnicę mieczy! A jako, że niebawem Pyrkon, pewnie znów zleci mi pod znakiem Gry o tron. Czekam też na piąty sezon serialu i liczę na to, że w tym roku przeczytam obie części Nawałnicy mieczy i obie części Uczty dla wron.
Pieśń lodu i ognia naturalnie i gorąco polecam tym, którzy mają ochotę na dobrą, ambitną lekturę, zachwycającą czytelnika kunsztem i detalami. Dopracowanie szczegółów przez Martina jest naprawdę godne najgłośniejszych ochów i gromkich oklasków. A to co stworzył... Uzależnienie murowane!

Pieśń już zaśpiewana, wino rozlane, a dziewka w ciąży.

Moja ocena: 10/10

Autor: George R. R. Martin
Wydawnistwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 869 + ok 40 stron dodatku z opisami rodów
Rok wydania: 1998 (oryginał), 2000 i 2011 (w Polsce)

Pieśń lodu i ognia:

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sień spisków
5. Taniec ze smokami część 1
    Taniec ze smokami część 2
6. The Winds of Winter
7. A dream of spring

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.
Książka przeczytana w ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 5,3 cm)

20 marca 2015

Serie, na które poluję

Czyli autorzy zachwalani i pozytywnie opiniowani w wielu wypowiedziach i recenzjach. Nazwiska, które wypadałoby znać nie tylko z nazwiska, ale i z twórczości, jeżeli chce się uchodzić za fana konkretnego gatunku. Oprócz tego serie, które kuszą mnie swoją fabułą, czasem nawet objętością i, co tu dużo kryć, szatą graficzną. Ostatni czynnik naturalnie jest najmniej istotny, ale nie kompletnie bez znaczenia...

1. Niecni dżentelmeni (Scott Lynch)


Ta seria marzy mi się już od jakiegoś czasu. Mam dużo książek z wydawnictwa MAG i najczęściej na końcu umieszczone są reklamówki innych tytułów. Wśród nich bardzo często przewijały się Kłamstwa Locke'a Lamory. Koniecznie muszę przeczytać!

2. Skrytobójca (Robin Hobb)


Kolejne powieści z wydawnictwa wspomnianego powyżej. Ostatnio pojawiło się nowe wydanie przygód o Skrytobójcy, a jako, że uwielbiam cegły i uwielbiam fantasy koniecznie muszę zapoznać się z książkami Robin Hobb.

3. Miecz prawdy (Terry Goodkind)


Tym autorem zainteresowałam się kiedyś będąc w Empiku i widząc spory rządek książek o biało-czerwonych grzbietach. Co więcej, nazwisko autora jest też dość znane i ogromnie żałuję, że nie znam jeszcze jego twórczości. Jest jeden plus/minus tej serii. W chwili obecnej wyszło już ponad dziesięć tomów, więc zabierając się za lekturę będę miała sporo do nadrobienia. 

4. Pan lodowego ogrodu (Jarosław Grzędowicz)


Ogromnie zachwalany polski fantasta, po którego być może sięgnę jeszcze w tym roku. Wiem, że Pan lodowego ogrodu zbiera mnóstwo zachęcających opinii i wielce mnie ta seria intryguje.

5. Patrole (Siergiej Łukjanienko)


Ta seria intryguje mnie od niedawna i co tu dużo mówić, zainteresowałam się nią zobaczywszy nowe wydanie - to prezentowane u góry i gdy dowiedziałam się, że jest to powieść urban fantasy, dopisałam do listy pragnień książkowych...
.
6. Wiedźmin (Andrzej Sapkowski)


Nie przeczytałam jeszcze słynnej sagi o Wiedźminie i muszę przyznać, że słyszałam o niej różne opinie. Oczywiście w zatrważającej większości pochwalne, w dodatku wiadomo, że jak ktoś powie "Sapkowski" to wszyscy wiedzą o co chodzi. Niemniej jednak czuję się zobligowana do zapoznania się z tą serią...

7. Burton i Swinburne (Mark Hodder)


Steampunk - gatunek który mnie intryguje, a w przypadku którego nie miałam jeszcze okazji czytać czegoś, dzięki czemu wsiąkłabym w świat parowych maszyn. Na poprzednim Pyrkonie byłam na kilku panelach o steampunku i na pewno nie mam zamiaru zadowalać się zasłyszanymi informacjami, koniecznie muszę przekonać na własnej skórze, jak to z tym gatunkiem jest.

15 marca 2015

Zieleń szmaragdu


Pisałam już kiedyś, że cierpię na syndrom ostatniego tomu. Chodzi w tej czytelniczej przypadłości o to, że gdy przychodzi do lektury ostatniej części jakiejś serii, to sięgam po nieskończoną (no dobra, skończoną) liczbę innych książek, żeby tylko nie zabrać się za zakończenie. Nie inaczej miała się sprawa z Zielenią szmaragdu w której przygody Gwendolynn i Gideona zmierzają w kierunku zaskakującego finału.

Mimo faktu, że przestawiłam się na ambitniejszą literaturę i sięgam raczej po klasyczne fantasy, seria od Kerstin Gier skradła moją sympatię. Zwykle irytuję się podczas lektury młodzieżówek lub po raz kolejny dochodzę do wniosku, że niepotrzebnie dałam szansę czemuś, co nie miało możliwości mnie zadowolić. Wszystkie te myśli zniknęły mi z głowy gdy zabrałam się za ostatni tom Trylogii czasu.

Ciężko mi przybliżyć fabułę, bo tak się radośnie składa, że cała historia jest rozwleczona na każdą część i nie chciałabym nikomu spoilować wydarzeń z poprzednich tomów. W każdym razie fabuła opiera się na podróżach w czasie nastoletniej Gwendolynn Shepherd, która nawiązuje trudną choć chwytającą za serce znajomość z Gideonem. W czasie ich przeskoków do przeszłości wypełniają oni misję dla założyciela tajnego stowarzyszenia podróżników w czasie. Okazuje się po pewnym czasie, że zamiary Hrabiego de Saint Germain nie są do końca nieszkodliwe.

Kerstin Gier udało się stworzyć bohaterów, którzy pomimo faktu, że czasami robią głupie rzeczy, to i tak nie można ich nienawidzić. Gwen jest narratorką która nie szczędzi czytelnikowi żartów i sarkazmu pomimo swojej trudnej sytuacji życiowej. Gideon momentami zalicza akcje podpadające pod skrajną głupotę i nie dające się wyjaśnić, ale gdy już się ogarnia, znów można do niego powzdychać. Tak, wyrosło mi się już z zadurzeń do bohaterów młodzieżowych paranormali, a jednak uśmiechałam się czytając kwestie Gideona skierowane do Gwen i w głowie szeptałam sobie "jakie to urocze" wcale nie zastanawiając się, co też mi się stało z głową. Leslie jest świetną przyjaciółką dla Gwen i troszczy się o nią w każdej sytuacji, czy to sercowej, czy podróżniczej.

Muszę przyznać, że druga połowa tego tomu jest lepsza. Więcej akcji i momentów zapierających dech w piersiach, w dodatku wiele zagadek i decydujących momentów. Uważam, że autorka trochę za długo zwlekała z nadaniem dynamiki akcji. Nie zmienia to faktu, że wiele scen nie szczędzi napięcia czytelnikowi, a oprócz tego nie brak w kolejnych rozdziałach humoru i zabawnych sytuacji. Pierwsze skrzypce na tej scenie zagrał mój ukochany Xemerius, wierny druch głównej bohaterki. Nie raz po jego wypowiedzi szeroko uśmiechałam się do książki, a moje uwielbienie do niewidzialnego przyjaciela Gwen rosło.

No, zgnieć ją, spokojnie. Twoja mama po prostu urodzi jeszcze jedno dziecko, jak to się zepsuje.

Styl Kerstin Gier jest prosty, nie czyta się książki opornie. Momentami jednak akcja bez żadnego zasygnalizowania przenosiła się w inne miejsce i czytelnik mógł się czuć nieco zagubiony. Nie jest trudno odnaleźć się w książce, choć momentami trzeba się skupić nieco bardziej, żeby zrozumieć kto czyim jest sojusznikiem i kto gdzie się przeniósł oraz w jakim celu.

Wydaje mi się, że siła Trylogii czasu tkwi w jej prostocie. Bohaterowie, historia i wątki są nieprzekombinowane, a zarazem niebanalne. Motyw podróży w czasie został właściwie dopracowany a i elementy romansu nie dominują książki, przez co ani przez chwilę nie można odczuć znużenia lekturą. Książki od Kerstin Gier polecam na odstresowanie się i chęć zapoznania z przyjemną, trzymającą w napięciu historią która na pewno umili kilka wieczorów lub dłuższe podróże środkami transportu.

Moja ocena: 7,5/10

Trylogia czasu:
1. Czerwień rubinu (recenzja)
2. Błękit szafiru (recenzja)
3. Zieleń szmaragdu

Moim zdaniem:
Najlepsza część serii: Błękit szafiru
Najsłabsza część serii: Zieleń szmaragdu
Najlepsza okładka: Czerwień rubinu
Najsłabsza okładka: Błękit szafiru

Autor: Kerstin Gier
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 452
Rok wydania: 2010 (za granicą), 2012 (w Polsce)

Przeczytane do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

10 marca 2015

Krew zombie

Nie wiem, czy sięgnęłam po tę książkę z racji chęci pozostawania w klimacie grozy, czy też dlatego, że Krew zombie czekała na lekturę od chwili opublikowania na tym blogu pierwszego stosu. Jakkolwiek by nie było, dawno temu rozpoczętą powieść zaczęłam czytać ponownie i zdziwiłam się faktem, że tak długo odkładałam w czasie ukończenie jej.

Nate Kenyon przedstawia nam dwoje głównych bohaterów, których los, a może i nie los, złączył w dość nietypowych okolicznościach. Billy Smith za namową głosów (błagam, bez śmiechu na sali) porywa młodą kobietę - Angel. Jednak ofiara naszego bohatera dość szybko odkrywa, że łączy ich nietypowa więź, Nie chodzi nawet o syndrom sztokholmski, Billy i Angel szybko zbliżają się do siebie, ale nie wszystko idzie jak po maśle. Z niewyjaśnionych przyczyn nasi bohaterowie lgną do małego sennego miasteczka o nazwie White Falls. A gdy tam przybywają rozpoczyna się seria dziwnych wypadków związanych z historią miejsca i, co dziwniejsze, przeszłością Billy'ego i Angel...

Obłęd to tylko nazwa nadana czemuś, czego zwyczajni ludzie nie umieli pojąć.

Początki lektury nie specjalnie mnie zachwyciły, ale gdy się przemogłam okazało się, że Nate Kenyon potrafi całkiem nieźle zbudować klimat grozy. Również opis miejsca, do którego docierają główni bohaterowie jest kreacją typowej miejscówki z horroru - małomiasteczkowa atmosfera, nudna codzienność, wszyscy się znają. Czaimy bazę? Jest to jedna z mocniejszych stron książki i trzeba przyznać, działająca na wyobraźnię czytelnika. Podczas lektury idealnie udawało mi się wczuć w tę atmosferę, która z resztą całkowicie mnie pochłonęła.

Jeżeli chodzi o Billa, Angel i innych bohaterów, to nie zostali oni wycięci z papieru. Mają swoje historie, własne demony do pokonania, Jednak w kreacji tych bohaterów zabrakło mi czegoś, za co mogłabym zapałać do nich sympatią. Niby Billy bił w więzieniu, niby Angel opowiedziała swoją historię życia o śpiewaniu, dragach i zmarłym bracie, ale wszystko to nie wpłynęło znacząco na mój odbiór postaci. Właściwie z szerokiej gamy jaką zaprezentował nam autor nie wyróżniłabym nikogo. Wszyscy w jakiś sposób się pokazali, każdy był inny, a mimo to nie miałabym ochoty poświęcać czasu lekturze osobnego rozdziału na przykład o Harrym Stowe. Veni, vili, poszłam dalej...

Od strony konstrukcji klimatu grozy nie mogę narzekać, bo faktycznie scen wywołujących ciarki na plecach było dużo. Nie jakoś zastraszająco, nie co dwie, trzy kartki, ale wystarczającą ilość mroku, krzyków, głosów i krwi dostałam. W Krwi zombie niestety mylącym jest tytuł - oryginał brzmi Bloodstone i w trakcie powieści słowo opisujące umarlaka, który powstał z grobu i ma ochotę na wszamanie mózgu nie pada ani razu. Szkoda, bo głównie z powodu chrapki na poczytanie o zombie kupiłam tę książkę. Fakt faktem, są epizody, ale to tylko epizody.

Odnoszę wrażenie, że zbyt dużą rolę w Krwi zombie odegrał wątek romantyczny. Ja wiem, że w pewnym momencie dzięki temu to, co przyszykował nam autor stało się większą bombą, niż gdyby nie wątek romantyczny, ale... mimo wszystko, w horrorach to powinno być opisane bardziej... zwięźle. Zwięźle i konkretnie ale tak, żeby jednak w jakiś sposób czytelnik się tym zainteresował. A w tym przypadku mamy wstawki nadające się do podrzędnego romansu. Nie rażą jakoś zasadniczo, ale mimo to, nie pasują.

Pochwalić mogę autora za wstawienie fragmentów z korespondencji oraz kawałków z dzienników. Wielu czytelników lubi takie zabiegi i ja też na to poleciałam. Może chodzi o to, że takie materiały są bardzo osobiste, może chodzi o to, że taki list jest miłym urozmaiceniem ciągłego tekstu w postaci narracji czy dialogów. Jakby nie było, dawno nie spotkałam się z takimi nietypowymi elementami w książce i miło się je czytało.

Krew zombie okazała się dobrą, lecz nie wybitną powieścią z gatunku grozy. W odpowiednich momentach Nate Kenyon wpływa na nasz odbiór lektury, choć potrzeba mu jeszcze doświadczenia. Nie zwracam uwagi na okładkę, bo nie raz już oprawa graficzna zdecydowanie nie odzwierciedlała zawartości książki. Krew zombie mimo wszystko, co jej wytknęłam, polecam jako zadowalającą, choć nie powalającą ciekawą lekturę z gatunku grozy z dobrze stworzonym klimatem.

Moja ocena: 7/10

Autor: Nate Kenyon
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 302
Rok wydania: 2006 (oryginał), 2010 (w Polsce)

Przeczytane do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu ( + 2 cm)
Cytat pochodzi z książki.

7 marca 2015

Siedlisko


Z niewiadomych mi powodów literatura polska w niektórych kręgach nie cieszy się powodzeniem. Dlaczego to? Czy polski autor to jakieś wynaturzenie wśród pisarzy, które należy omijać szerokim łukiem? Hybryda? Mutant? Odmieniec? Jak dla mnie pisarz, jak każdy inny. Umie stworzyć fabułę (zazwyczaj) i nie ma większych problemów z kreacją bohaterów. A noga powinąć się może każdemu - zarówno naszemu rodakowi, jak i zagranicznej literackiej sławie. Dlatego nie rozumiem podejścia typu "Książka wydaje się ciekawa, ale nie czytam polskich autorów". Ja od rodzimych pisarzy nie stronię i pomimo faktu, że nie raz już się przejechałam, przychodzę dzisiaj z recenzją książki, dzięki której odzyskałam wiarę w to, że niepozorne tytuły mogą wywrzeć na czytelniku niesamowite wrażenie. Co więcej, mowa o powieści napisanej przez dwóch polaków, co dodatkowo napawa nie małym optymizmem.

Nie do końca jestem pewna, czy moja euforia po trochu nie wynika z faktu, że od dawna nie udało mi się skończyć żadnej książki. Ale skoro kilka ich porozpoczynałam i akurat w Siedlisko wkręciłam się najbardziej i dosłownie przepadłam, musi to coś znaczyć. Powieść autorstwa Roberta Cichowlasa i Kazimierza Kyrcza należy do gatunku literatury grozy. Dzięki książce tej uzmysłowiłam sobie specyfikę tego gatunku i zdałam sobie sprawę z jakich elementów musi się taka powieść składać, żeby zaliczyć ją do grona godnych polecenia.

Bohaterem Siedliska jest Dawid Przywłocki, aktor podrzędnej produkcji telewizyjnej Strefa i ojciec dwójki dzieci. Dawid jest niestety wdowcem, który musi zmagać się z mniej lub bardziej kłopotliwymi aspektami szarej rzeczywistości. Mężczyzna kupuje dom pod Krakowem specjalnie po to, żeby przychylić nieba dzieciakom, które straciły matkę. Niedługo po przeniesieniu się do nowej posiadłości, (uwaga, teraz będzie ta oryginalna fraza) zaczynają się wokół naszego bohatera dziać dziwne rzeczy.

Opis na okładce nie sugeruje niczego konkretnego poza połączeniem jeziora, tajemnicy z przeszłości i kilku zmor. Historia zaczyna się bardzo sprawnie, a już po kilku stronach stwierdzamy, że Dawida nie da się nie lubić. Bohater jest osobą, która stara się stawiać czoła codziennym problemom i wzbudza nasz szacunek próbami podołania obowiązkom samotnego ojca. W Siedlisku pojawiła się jeszcze jedna anomalia, przynajmniej jeżeli mówimy o odbiorzoe przeze mnie tej powieści. Sporą część tekstu zajmują sceny i sytuacje, w których Dawid musi użerać się z dzieciakami. Jak wiadomo, nie przepadam za wątkami w których główne role grają kilkuletnie szkraby, Tym razem było inaczej, bo dzieciaki swoimi pomysłami najzwyczajniej w świecie mnie bawiły. Ani trochę nie odczułam znużenia wątkiem opieki nad Monią i Krystkiem, ich zagrywkami czy czymkolwiek związanym z tą dwójką. Brawa dla autorów za stworzenie motywu posiadania dzieci, który nie doprowadzał mnie do białej gorączki.

W kwestii grozy - może nie stawały mi dęba włosy na karku, ale jednak wciągnąć się dałam, Konkretne sceny, w których czytelnik powinien się bać wyszły wiarygodnie. Tajemnica z przeszłości na pewno nie należała do wymyślonych na poczekaniu historyjek, w stosunku do których żywi się nadzieję, że "Ludzie to kupią". Kulminacja książki sprawiła, że z chęci dowiedzenia się, co będzie dalej, zerknęłam na fragmenty z kilku stron do przodu, czego zazwyczaj nie robię. Autorzy nie wrzucili do Siedliska zbędnych opisów, czy przydługawych fragmentów rozmyślań bohatera, według mnie wszystkiego jest w tym przypadku w wystarczającej ilości.

Kolejna pochwała należy się panu Robertowi i panu Kazimierzowi za styl. Lekki, bardzo przystępny, a mimo to urozmaicony i, z racji pisania w rodzimym języku, nieskalany nieporadnym tłumaczeniem. Za to uwielbiam polskie książki - stworzone w ojczystej mowie przez pisarzy, którzy znają się na rzeczy są ucztą literacką. 

Dzwoniła matka Marioli, stara klępa, kobieta która pałała do mnie sympatią równie wielką, jak niegdyś Hitler do niearyjskiej części swego narodu.

W Siedlisku przewija się kilku drugoplanowych bohaterów, wśród których najwięcej mojej sympatii zyskała Hania. Pozostałe postacie są poprawnie zarysowane i spełniają swoje role (czyli wkurzająca teściowa faktycznie jest wkurzająca i właściwie z chęcią trzasnęłabym tą kobietę). Brak tutaj postaci skomplikowanych charakterowo, ale nie chodzi o skomplikowane portrety psychologiczne, tylko o bohaterów, których będzie nam przykro, gdy coś się im stanie.

Siedlisko nie jest powieścią, która wnosi coś zasadniczego do dorobku literatury grozy, ale jest bardzo dobrą książką. Na początku bohaterowie zyskują naszą aprobatę, śledzimy ich losy, martwimy się, czy ich plany się powiodą, aby potem, w chwili, kiedy za ster chwytają siły nadprzyrodzone niepokoić się o los aktora i jego rodziny. Akcja nie męczy, ani przez chwilę nie miałam ochoty odłożyć książki, ale robiłam to tylko ze zmęczenia albo konieczności wyjścia na uczelnię. W Siedlisku można odnaleźć pewną dozę ambicji, jakie przelali na papier autorzy, dzięki czemu widać, że naprawdę przyłożyli się do jej napisania. Jako powieść rozrywkową, napawającą optymizmem w możliwości polskich autorów i nie odmóżdżającą gorąco polecam!

Moja ocena: 8/10

Autor: Robert Cichowlas, Kazimierz Kyrcz Jr
Wydawnictwo: Grass Hopper
Ilość stron: 444
Rok wydania 2009

Przeczytane do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
Cytat pochodzi z książki.

5 marca 2015

Kawałki, które mi ostatnio w głowie siedzą...

I co więcej, katuję niektóre jak się patrzy. Muzyka towarzyszy mi na codzień, ale zdarza się, że coś wpadnie w ucho tak, że mam na to totalną fazę. Ta zwane "słuchanie do porzygu". To co, zaczynamy?

1. Macklemore & Ryan Lewis - Make The Money


Okrutnie się od tego utworu uzależniłam. Minimum pięć razy pod rząd przesłuchuję ten kawałek i za każdym razem jest tak samo świetny. Nie słucham zazwyczaj wykonawców pokroju twórców Make The Money, ale utwór ten pojawił się w jednym odcinku Grey's Anatomy i co? Wpadłam po uszy!
Change the game, don't let the game change you...

2. Three Days Grace - I am Machine


Świetny utwór, na który natrafiłam gdy okazało się, że będę miała okazję wybrać na koncert. Bo TDG przyjeżdża do Polski i będzie występowało przed Papa Roach na OWF w czerwcu. Jedziem tam! Tego kanadyjskiego zespołu słuchałam podczas moich początków zasłuchiwania się w cięższej muzyce i mam do Three Days Grace ogromny sentyment.
I am machine a part of me wishes I could just feel something

3. Papa Roach - Forever


Skoro wybieram się na OWF to automatycznie wróciła faza na Papa Roach. Znam sporo ich utworów, wiele na pamięć, ale ostatnio nie mogę uwolnić się od Forever.

4. E. S. Posthumus - Tikal


Muzyka idealnie nadająca się do czytania fantasy z dynamiczną akcją i dużą ilością scen walki. Wystarczy zamknąć oczy i wyobrazić sobie jakiegoś bohatera fantasy zmagającego się z przeciwnościami losu, który pędzi na koniu, żeby uratować coś lub kogoś, po piętach depczą mu zastępy wrogich wojsk, albo goni go czas, bo niebawem pełnia, a on ma do wypełnienia misję... No, zagalopowałam się... ach, aż ma się ochotę wziąć jakieś dobre fantasy do łapki i czytać!

5. The Analogs - Przedmieścia piekła



Utwór, który wzbudza we mnie bardzo dużo emocji, jak tak się wsłucham i dam się porwać temu kawałkowi. Do tego podoba mi się wokal i fakt, że w tym utworze słychać brzmienie starych Analogsów. Nowa płyta nie do końca mi się podoba, ale nie jest zła. Wiadomo, że nie można przez dwadzieścia lat grać bez wprowadzenia jakichkolwiek zmian. A klimat pozostał. Zakończenie utworu jest po prostu... miażdżące. Nie wiem, czy jest na świecie ktoś jeszcze, komu chce się ryczeć słuchając punkowych utworów.
Wracaj do domu mała, spróbuj jeszcze raz...

1 marca 2015

Podsumowanie lutego

obrazek jest z internetów, żeby nie było ;)

Hej! Luty wypadł lepiej niż styczeń, a to już coś... Liczę na to, że tendencja wzrostowa się utrzyma. W styczniu tylko dwie książki, ale w lutym już aż trzy. To co, w marcu cztery?

Przeczytałam w minionym miesiącu:
1. Rzeki Londynu (Ben Aaronovitch)
2. Punk Rock Later (Mikołaj Lizut)
3. Letnie drzewo (Guy Gavriel Kay)

Ciężko jest trochę wybrać mi książkę, która byłaby najlepsza z tych trzech. Chyba najmilej wspominam lekturę numer jeden, ale nie zaliczyłam w lutym żadnego rozczarowania pod kątem książkowym.

Stosu w lutym nie opublikuję, bo wychodzę z założenia, że na stos powinny się składać przynajmniej trzy książki. Nie pytajcie mnie, skąd biorę moje zasady. Sama nie wiem. A wracając do tematu - s lutym kupiłam tylko jedną książkę, więc ją dorzucę do kolejnych nabytków, których jednak na razie nie planuję. I to mnie cieszy. Pewnie dlatego, że trzydzieści książek "do przeczytania" to dużo, gdy człowiek się przeprowadza. Dlatego właśnie na razie nowych nabytków nie będzie za wiele.

Zamieszczone posty: 4
Zamieszczone recenzje: 2
Obserwatorzy przybyli trzej (191 + x = 194, x = 3) xD

Wyzwania:
Grunt to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 8 cm + 5,6 cm = 13, 6 cm

Z osiągnięć marginalnych, nie-książkowych mogę rzec tyle, że przysiadłam do Grey's Anatomy i dokończyłam 10 sezon, a nawet rozpoczęłam 11 i może za tydzień będę "na bieżąco".

Marzec? Trzeba by odczytać jeszcze ze dwie książki i dokupić jakiś tom jakiejś serii albo zaszaleć i zrobić zakupy zaplanowane jakiś czas temu w Dedalusie. Ale może najpierw moje zaległości...? Chciałabym też pokończyć kilka serii i rozpocząć inne. Ale bez szaleństw...

Powodzenia i pozdrawiam :)