24 września 2015

Znikam!

Na tydzień z haczykiem. Wakacje. A właściwie ich końcówka pozostaje do spędzenia za granicą. Gdzie? Jak wrócę ze zdjęciami i relacją, to tajemnica zostanie ujawniona...

Myślałam, że zdążę z jeszcze jedną recenzją przed wyjazdem, ale niestety, nie uda mi się. Książkę skończyłam, ale opinia będzie po powrocie. Tak samo, jak mnóstwo innych rzeczy - podsumowanie, stosy i nowe recenzje, a także posty o innej treści. I oczywiście moja obecność na Waszych blogach.

Udanej końcówki września, czytelniczej i nie tylko takiej. Zabieram ze sobą jedną książkę, bo najpewniej nie będę miała aż tyle czasu na czytanie, żeby tachać więcej. Zawsze pozostaje jeszcze domęczanie pdfu z telefonu ;)

Do spisania!

20 września 2015

Miasteczko Nonstead

Od jakiegoś czasu ciągnie mnie w kierunku grozy, a szczególnie polskiej. I mam pewną teorię, czemu tak się dzieje. W gatunku, jakim jest horror zdecydowanie rzadziej występują wielotomowe cykle, a większość historii zaczyna się i kończy w jednej książce. Wygodne i bardzo zachęcające dla kogoś, kto ma rozpoczętych szesnaście serii i nie chce pakować się w nowe trylogie, tetralogie i inne "logie" prowadzące do niekończących się sag. Zatem lekarstwem na ten stan rzeczy są horrory - jest w nich element paranormalny, niewyjaśnione zdarzenia i obyczajowy fundament pod historię. Pytanie tylko, czy Marcin Mortka odpowiednio wykorzystał karty, którymi miał grać...

Do tytułowego Nonstead przyjeżdża Nathan, pisarz jednej antologii. Przyciągnięty w na pozór spokojne rejony poszukuje sensu swojej wyprawy i na nieszczęście go odnajduje. Wśród mieszkańców zaczyna dziać się powszechnie znane i niekoniecznie lubiane "coś dziwnego". Konkretnie to kilka osób dopadają koszmary. Nathan po zaprzyjaźnieniu się z drwalem, Skinnerem zostaje naprowadzony na trop Samotni - starej chaty niszczejącej w środku lasu i obwinianej za wszystkie krzywdy. Pytanie tylko, czy spalenie tej rudery jest jedynym wyjściem, a co gorsza, czy właściwym...

Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać po książce, bo na odwrocie okładki pisano jedynie o strachu i wyniszczonych przez niego mieszkańcach Nonstead. Więc kiedy zaczęłam czytać, nie miałam żadnych wizji tego, jak autor poprowadzi fabułę, co nie zmienia faktu, że spodziewałam się coraz silniejszego poczucia zagrożenia. Klimat to jest coś, na co najbardziej zwracam uwagę, oczywiście na równi z wiarygodnością, jeżeli mówimy o powieściach grozy. Ale jeżeli jest klimat, to wszystko jest bardziej prawdziwe nieprawdaż? I tutaj trochę się autor nie spisał. Książka jest krótka i nie zdołałam poczuć jej atmosfery. Opisy do mnie nie przemawiały i były dość... monotonne. Liczyłam na dreszczyk emocji i go niestety nie dostałam, choć z drugiej strony jestem osobą, której ciężko się bać nawet w przypadku najlepszych autorów horroru.

Teraz przejdę do części obyczajowej, w której mamy pisarza ściganego przez demony przeszłości, utraconą ukochaną i wstawki z forum, na którym użytkownicy opisują swoje doświadczenia z siłami nadprzyrodzonymi. Przyznam, że umieszczenie fragmentów tego forum było bardzo dobrym pomysłem, uwielbiam jak autorzy dodają wycinki z pamiętników, czy listów, a także z portali internetowych. Co więcej, bardziej mnie na początku książki ciekawiły właśnie te zapisane kursywą na końcu rozdziałów akapity, niż przygody Nathana,

Główny bohater okazał się całkiem przystępny, a jego przeszłość czyniła go wiarygodnym. W zasadzie żadna inna postać nie wyróżniła się szczególnie, choć Skinner zyskał moją sympatię swoją nietuzinkowością. A Owen był jednym z tych bohaterów, których nie dało się lubić, Tak samo, jak Joffrey w Grze o tron i Umbidge w piątej części Harry'ego Pottera, tylko na trochę mniejszą skalę.

Rozwiązanie całej zagadki do mnie niestety nie przemówiło. Finał wydał mi się odrobinę... tandetny? Chociaż zmierznie do niego sprawiło, że choć trochę książka mnie porwała. Zaczęłam bardziej przejmować się losami bohaterów i wyczekiwałam ostatecznego starcia. Całokształt zmuszona jestem jednak ocenić jako dosyć przeciętną, ale przyjemną (to groza!) lekturę, która jest typową historią "na jeden raz". Nie każda książka musi coś wnosić, a literatura z tego gatunku jest pisana zazwyczaj dla rozrywki. Miasteczko Nonstead zaliczam jednak do tych mniej miażdżących horrorów i mogę polecić jako niezobowiązująca lektura.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilośc stron: 297
Rok wydania: 2012

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

17 września 2015

Rok wilkołaka


Wilkołaki to motyw dość powszechny w literaturze fantastycznej, a także w gatunku należącym do tego nurtu jakim jest horror. A jak horror i literatura grozy, to od razu King. Wielkiego dorobku tego pisarza jeszcze nie poznałam i śmiem twierdzić, że w temacie raczkuję, ale mam zamiar poznać więcej tytułów Kinga. Zaczęłam od mniej popularnych tytułów, a jednym z nich jest Rok wilkołaka.
Pisać za wiele nie ma o czym, bo książka jest bardzo krótka i zaopatrzona w ilustracje, więc na lekturę przeznaczyłam jedno popołudnie o ile mnie pamięć nie myli. W powieści o taj niewielkiej objętości trudno doszukiwać się stopniowo budowanego klimatu, a autor stosuje konwencję opisywania epizodów po jednym w każdym miesiącu (co sugeruje tytuł). Elementem budzącym grozę jest oczywiście wilkołak atakujący niewielkie miasteczko Tarker Mills. Przewijający się w kolejnych scenach bohaterowie są nakreśleni bardzo powierzchownie i w zasadzie dopiero w lipcu pojawia się postać, którą spotykamy pierwszy i nie ostatni raz. Po skończeniu Roku wilkołaka odniosłam wrażenie, że jest to krótkie, mało ambitne opowiadanie na jeden raz, przeczytać i zapomnieć. W żadnym wypadku nie jest to tytuł potwierdzający wysoki poziom umiejętności pisarskich Kinga. Określiłabym tą książkę jako ciekawostkę w dorobku pisarza, nie rezygnując równocześnie z chęci poznania innych, o wiele lepszych tytułów spod jego pióra.

Sceny są mało rozbudowane i w zasadzie żaden element nie wyróżnia się poza wspomnianym wyżej opisem epizodów miesiąc po miesiącu. Owszem, można zwrócić uwagę na dość szeroką gamę prostych bohaterów, wśród których każdy ma jakąś "przywarę", ewentualnie swoje demony, ale właściwie żadna postać w pamięć nie zapada. Ataki wilkołaka niczym się nie wyróżniają, choć trochę krwi leje się tu i tam, dla zachowania przyzwoitości. A najstraszniejszy był pastor w jego halloweenowym stroju. Mówię serio.

Książki nie polecam ani też nie odradzam, bo jej przeczytanie nie wnosi nic, ale i czasu wiele nie zabiera. Dalsza egzystencja jest jak najbardziej możliwa, ale najważniejszym jest nie sugerować się tym tytułem przy ocenianiu możliwości Kinga, bo Christine pokazała mi, na co autora stać, a i wiem z powszechnych opinii, że to jeszcze nie wszystko.

Moja ocena: 5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 140
Rok wydania: 1983 (oryginał), 2004 (w Polsce)

15 września 2015

W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka


Chwytliwy tytuł, prawda? Nie jakiś mroczny przedmiot sugerujący czytelnikowi owoc pożądania bohaterów, dobrych i złych, czy też mający na celu zmienić oblicze świata, rzeczywistości dziwny wihajster i młody, nastoletni bohater odkrywający jego tajemnice. Nie, tego u Hoddera nie znajdziemy i już sam, przyciągający uwagę tytuł to potwierdza.

Przyznam się na początek, że do tej pory nie miałam doświadczenia z gatunkiem steampunku, choć wiedziałam z czym to się je, a pewne jego elementy już pojawiały się w czytanych przeze mnie tytułach. Jednak Skaczący Jack (bo tak będę w skrócie podawała tytuł książki) to pierwsze poważne spotkanie z taka literaturą i koniecznie rzec to muszę - choć nie od początku tak się zapowiadało - bardzo udane spotkanie.

Ludzie lubią czuć się potrzebni, wiedzieć, że mają do odegrania jakąś rolę, nawet jeśli to rola paliwa, którym imperium pali w swym piecu.

Akcja toczy się w Londynie, choć nie tak cudownym i pięknym, jak chcielibyśmy go widzieć. Z racji umieszczenia fabuły w czasach wiktoriańskich, autor wyraźnie nakreśla nam realia tej epoki, odzierając ją z otoczki panien w pięknych sukniach i dżentelmenów w cylindrach. Mam wrażenie, że właśnie przez taki pryzmat XIX wiek na wyspach jest postrzegany. A teraz pobudka - czyli bród, smród i ubóstwo, szczególnie w rejonie East Endu. Dzięki Hodderowi na zawsze w mózg wryje mi się wizja dzielnicy należącej do biedoty i przestępczego półświatka. W zasadzie tym, co wzbudza w ówczesnym Londynie zachwyt są wynalazki... Mechaniczne konie, rotofotele i welocypedy nadające niepowtarzalny klimat lekturze. Poza tym autor posilił się na dodanie konfliktu ideologicznego zwolenników i antyfanów postępu technologicznego. Wszystko to, o czym pisałam wyżej sprawia, że fabuła Skaczącego Jacka, do którego postaci za chwilę przejdę należy do oryginalnych, niepowtarzalnych i świadczących o tym, że pisarz chciał stworzyć coś więcej niż banalną historię umieszczoną w realiach niebanalnych czasów. Hodder nie ograniczył się do opisania prostej historii kryminalnej (oj, zdecydowanie nie prostej...) toczącej się wśród ubranych w gorsety panien potrzebujących przyzwoitek do spotkań z mężczyznami. Ale przejdźmy teraz do nośnika całej tej opowieści, czyli bohaterów...

Szlachetne życie i szlachetna śmierć tych,
co sami sobie narzucają prawo.

Na pierwszym planie działa duet, choć Richarda Burtona poznajemy w pierwszej kolejności. Poeta Algernon Swinburne wkracza na scenę przy okazji spotkania Klubu Kanibali, stowarzyszenia myślicieli i historyków podzielających tę samą filozofię. Hodder stworzył bardzo przekonujących i nietuzinkowych bohaterów, których przedstawia nam wraz z ich słabościami i wadami. Sama nie wiem, który z  nich dwóch bardziej przypadł mi do gustu. Niewątpliwie Burton i jego niesztampowe mądrości skradły moją sympatię, choć i Algy ze swoją energią i aparycją człowieka niskiego, rudego, miłośnika i twórcy poezji erotycznej nie mógł zostać zakwalifikowany do postaci banalnych. Bohaterowie ci zostają zamieszani w sprawę pojawiającego się w tajemniczy sposób i atakującego młode dziewczyny Skaczącego Jacka. Stwora, który pojawił się już niespełna dwadzieścia lat wcześniej i którego postać przez dwie dekady zdołała obróść w legendy. Co więcej, Burton ma na głowie szlajające się w okolicach East Endu stado wilkołaków, które za cel obrało sobie wyrośniętych kominiarczyków.

Moim śmiertelnym wrogiem jest nuda, Richardzie. Zabije mnie znacznie szybciej i znacznie bardziej obrzydliwie niż alkohol lub opium.

Od strony kryminalnej książka nie do końca przypadła mi do gustu, z racji tego, że śledztwo najzwyczajniej mnie nudziło. Właśnie chyba pewien etap w samym środku książki był w lekturze na tyle monotonny, że straciłam nadzieję na to, że trafiła mi się dobra, poważnie dopracowana książka. A smutek był o tyle większy, że zdołałam wielce polubić bohaterów, już od samego początku, którzy to bohaterowie na jakiś czas... zabłądzili. Nie dosłownie, a w przenośni. Co więcej, kilka tropów, które podsuwa autor z początku choć ciekawe wydają się nieźle zagmatwane. Gdybym miała odtworzyć sobie w głowie mniej więcej, co doprowadziło do czego i które wskazówki z samego początku wskazywały na taki a nie inny obrót spraw, chyba nie dałabym rady. A to z kolei stało się efektem mało inetersujących fragmentów, I teraz pojawia się pytanie: Było zagmatwane, bo było nudne i nie potrafiłam się do końca skupić na lekturze, czy może na odwrót?

Powyższy pocisk, choć może dosyć konkretny, nie powinien aż tak bardzo wybić z przekonania, że książka jednak jest dobra. Bo jest, gdy po trochę więcej niż odrobinie cierpliwości wszystko zaczyna składać się w logiczną całość. Przyznam, że naprawdę jestem pod wrażeniem pomysłowości Hoddera, motywów Skaczącego Jacka (którego opisywać zasadniczo nie chcę, bo jego wizerunek widnieje na okładce) i związku z całą tą sprawą zdecydowanie nie klasycznych wilkołaków (kolejny "karpik", jaki zaliczyłam) i stronnictw ideologicznych.

W kwestii stylu pisania autora, na pewno nie jest on złym. Język jakim posługje się Hodder znajduje się na wysokim poziomie, choć liczę na to, że w kolejnych częściach przy uwielbianych przeze mnie scenach walk i starć będzie trochę ciekawiej.

[...] człowiek, zastępujący jedno słowo innym często mówi nam o sobie więcej, niż by chciał.

Recenzja robi się długa, ale muszę napisać o czymś jeszcze, a mianowicie o wspomnianych wcześniej ideologiach. Bardzo dobrze, że wśród motywów niektórych bohaterów (bo wspomniałam mniej niż o połowie spośród tych, którzy grają pierwsze skrzypce) pojawiły się deklaracje zwolennictwa dla libertynów, czy też ich bardziej ortodoksyjnego odłamu jakim byli "hulacy". Zabrakło mi tylko odrobiny pragmatyzmu, po prostu poparcie dla tych ideologii zostało za mało uwypuklone. Ach, i jeszcze eugenika, czyli stworzona przez Galtona (również pojawiającego się w powieści) nauka mająca na celu udoskonalenie cech gatunkowych i doprowadzenie do dalszej reprodukcji osobników z najlepszymi cechami genetycznymi. Obejmująca także gatunek ludzki. Coś co mnie przeraża, z jednej strony i z drugiej intryguje, oczywiście tylko w teorii. I to, czego dostałam za mało.

Samoooskarżanie się to luksus, Kiedy sami się winimy, nabieramy przekonania, że nikt inny nie ma prawa nas winić.*

Nie wspominałam o jednym bardzo, ale to bardzo ważnym i znaczącym motywie, który pozostawię owianym tajemnicą, bo nie chcę nikomu psuć przyjemności z lektury, a motyw ten naprawdę wiele wnosi i niesamowicie zaskakuje czytelnika. Hodder na koniec przygotował takie niespodzianki i tak poukładał te niepasujące do siebie na pozór puzzle, że co chwilę z wrażenia przykładałam dłoń do ust i głośno wciągałam powietrze (czytacie książki, macie wyobraźnię, więc wiecie o co chodzi) jak również zdarzało mi się kląć na głos, więc książka mocno mnie poruszyła. Gdyby nie te słabsze fragmenty w toku śledztwa uznałabym Hoddera za tegoroczne odkrycie, na miano którego jednak nie zasłużył. Co nie zmienia faktu, że W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka okazało się fenomenalna powieścią z dobrze dopracowanymi bohaterami i kumulacją wszystkiego na samym końcu, kiedy to już jesteśmy w stanie się połapać w zamyśle autora.

Moja ocena: 8/10

Autor: Mark Hodder
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 502 + krótki aneks o postciach
Rok wydania: 2010 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Trylogia Burton i Swinburne:
1. W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
2. Zdumiewająca sprawa Nakręcanego człowieka
3. Wyprawa w Góry księżycowe

* Słowa w rzeczywistości wypowiedziane przez Oscara Wilde'a, który również przewija się w powieści, lecz jako bohater drugoplanowy i epizodyczny, co nie mienia faktu, że cytat został przez Hoddera użyty.

13 września 2015

Kiedy nowo odkryty blog zasługuje na uwagę?

Wiadomo, że od czasu do czasu trzeba pokopać trochę w blogosferze i poszukać nowych, ciekawych blogów. Równie jasnym jest, że tych zasługujących na uwagę, komentarz i obserwację nie ma aż tak wiele... Pomijając to, każdy czytelnik blogów szuka na nich czegoś innego, choć jeżeli autor postów będzie pisał nudno i bez polotu nawet najmniej wymagający odwiedzający da sobie spokój. Chciałam poniżej przedstawić subiektywną listę czynników, które wpływają na moją ocenę i odbiór nowego bloga. I decydują o tym, czy go zaobserwuję, czy też nie. Oczywiście ograniczam się niestety do blogów o książkach, bo innych raczej nie czytuję...

1. Wygląd
Czyli coś dla wzrokowców. Jestem antyfanką koloru różowego i dlatego jeżeli wpadam na bloga, który od nagłówka po stopkę jest słodką manifestacją miłości do wcześniej wspomnianego koloru, zdecydowanie się krzywię. Nie wychodzę od razu, bo lubię dawać drugie szansy, ale z drugiej strony pojawia się przeświadczenie, że autor lub autorka (co bardziej prawdopodobne) nie podziela mojego gustu czytelniczego.

Ostatnio zauważyłam, że coraz bardziej przemawia do mnie minimalizm w wystroju bloga, choć sama nie jestem w stanie wyrzec się niejednolitego tła. Ale o ile kiedyś proste, nieudziwnione blogi, w których wszystko było czarno na białym (dosłownie) mnie nudziły, to teraz się to na szczęście zmieniło.

W kwestii gadżetów - o ile nie ma ich za wiele (czyli ile? Tyle, że nie odwracają uwagi od posta...), to w porządku, tym bardziej, że jeżeli wchodzę na bloga i widzę tylko posta i trzy linijki o autorze bloga, to też usatysfakcjonowana nie jestem. Ciężko mi zdzierżyć białą czcionkę na czarnym tle i zbyt pstrokate tło przy przezroczystych kartach.

2. Styl i forma postów
Styl, czyli jeżeli ktoś posługuje się językiem przystępnym w lekturze, nie robi za dużo powtórzeń i nie wstawia emotikonów co dwie linijki (czego nie znoszę, bo ogólnie sympatią w tekście nie darzę "xD", i "<3") to wiadomo, że można poważnie podejść do treści. Równocześnie gdy klikam w trzecią z kolei recenzję i widzę podobne, wszędzie używane frazy ("Niestety, główna bohaterka strasznie mnie irytowała" albo "X nie jest jednak zwykłym nastolatkiem i skrywa mroczny sekret") to jestem już o krok od tego, żeby się zawinąć z tego bloga.

Forma postów - czyli krótka recenzja, w której praktycznie nie ma nic z recenzji, a jest tylko rozwinięty opis fabuły z tylnej okładki książki i kilka cytatów to coś, czego nie znoszę. A jak widzę jeszcze, że była to książka otrzymana od wydawnictwa i ktoś "to" przepuścił i zadowolił się taką opinią, aż mnie mierzi. Nie chcę być źle zrozumiana - nie zazdroszczę komuś takiemu, że dostał do recenzji książkę, bo w zasadzie nie ma co wytrzeszczać oczu z zazdrości. Tylko wydaje mi się, że jeżeli już ktoś dostaje egzemplarz do zaopiniowania, to powinien do tego w miarę rzetelnie podejść, a widywałam trzywersowe opinie w stylu "książka fajna, bohaterowie przypadli mi do gustu itd.". Coś nie halo.

3. Tematyka czytanych książek i ocena znanych mi tytułów
Czyli po prostu gust. Mój, kontra autora postów. Wiadomo, że nie ma sensu dodawać do obserwowanych bloga, na którym figuruje tylko literatura young adult, obyczajowa i romanse. Nie czytam takich książek i pomimo najszczerszych chęci nie będzie mi się chciało wchodzić na ten adres. Więc omijam taki blog szerokim łukiem, bo każdy ma swoje upodobania. Co nie zmienia faktu, że ograniczanie się w jednym gatunku literackim jest trochę... smutne. Sama w większości czytam fantasy, ale sięgam od czasu do czasu po kryminał, czy też thriller. Chciałabym spróbować dobrej literatury historycznej. Czytuję od czasu do czasu klasykę, która gatunkowo bardzo odbiega od wielbionego przeze mnie nurtu. Czemu? Bo kiedyś fantastyka może mi się znudzić (choć nadal liczę na to, że tego dnia nie dożyję) pomimo mojej fascynacji. Wtedy trzeba będzie popróbować z inną tematyką i dobrze jest mieć jakiś inny gatunek na podorędziu.

Co do oceny - przyznaję się, dość spory wpływ ma ta dotycząca książek, które już czytałam. Zwykle szukam Gry o tron, Tolkiena i Igrzysk śmierci wśród przeczytanych tytułów. Na inne, znane mi tez patrzę, choć jeżeli ktoś podziela mój gust, będę chętniej zaglądała na takiego bloga. A jeżeli ktoś nie czytał niczego, co znam? Nie skreślam go. Tym bardziej, jeżeli czytuje gatunkowo podobne książki. Może wyszukam coś dla siebie, może się skuszę na coś innego, na co do tej pory nie zwracałam uwagi. Może zostanę zachęcona do czegoś, do czego nie byłam przekonana. Tak więc wydaje mi się, że najbardziej chodzi o sympatię do podobnej literatury aniżeli konkretnych tytułów, choć jeżeli ktoś wielbi Tolkiena i Martina tak jak ja, na pewno nie zapomnę tego odnotować!

Jak na chwilę obecną, to chyba wszystko. Nie podałam tutaj przepisu na blog idealny, nie twierdzę również, że mój taki jest i to chyba jest w porządku, Wiadomo, że ciężko znaleźć cokolwiek pozbawione mankamentów. Nawet moje świętości literackie i muzyczne je mają, a nadal są świętościami i podejrzewam, że nawet jeżeli kiedyś nadejdzie era nowych bóstw, do starych i tak będę wracała. Gusta też naturalnie są różne, a jako, że blog to coś, co każdy może kreować według swojego uznania w każdym przypadku będzie się różnił. Tak strasznie ubolewam nad faktem, że słowo "blog" nie ma synonimu. 
A na co Wy zwracacie uwagę przy odwiedzaniu nieznanych wcześniej blogów?

8 września 2015

Trzynaście kotów


Zbiór opowiadań, którego motywem przewodnim są koty był przypadkowym wyborem. W zasadzie, gdy ktoś mnie pyta co wolę, psy czy koty, odpowiadam, że konie i to zamyka sprawę. Ale jeżeli miałabym odrzec z nożem na gardle, to moimi faworytami okazałyby się psy. Co nie znaczy. że nie darzę kotów żadną sympatią. Po antologię nie sięgnęłam jednak w celu zweryfikowania mojego stosunku do tych zwierzaków, a z racji tego, że w zbiorze pojawiły się teksty kilku bardzo znanych polskich fantastów, a opowiadania uważam za świetne próbki pokazujące możliwości pisarza.

Jak wskazuje tytuł - w książce znajduje się trzynaście opowiadań, a więc całkiem sporo. Różnią się one długością, niektóre liczą około trzydziestu, czterdziestu stron, inne zajmują objętość trzech, czterech kartek, więc w zależności od tego, na które się trafiło, można było machnąć je bardzo szybko, a czasem poświęcić trochę więcej czasu na lekturę. Na odwrocie wymieniono nazwiska twórców opowiadań i to dzięki Sapkowskiemu, Dębskiemu, Dukajowi i Białołęckiej postanowiłam zapoznać się z treścią Trzynastu kotów.

Najbardziej do gustu przypadło mi z pięć, może sześć opowiadań, a zatem mniej niż połowa. Na tej zasadzie zwykle stwierdzam, czy zbiór można określić mianem dobrego. Jeżeli większość mi się podobała, jest okej. Nie będę komentowała z osobna każdego z opowiadań, a jedynie napiszę po krótce o tych, o których warto wspomnieć, choćby i po to, żeby przestrzec przed lekturą.

Na pierwszy ogień niechaj idzie Sapkowski. Wyjątek wśród autorów, bo w jego przypadku pojawiły się dwa teksty z kocią tematyką. Jeden napisany na potrzeby zbioru i jeden z wcześniejszego okresu umieszczony "bo nie można go było pominąć", jak twierdzi pomysłodawczyni. Opowiadanie to, a mowa o Muzykantach jakoś nie specjalnie mnie uwiodło i męczyłam się w czasie czytania. Nie miałam możliwości wkręcić się fabułę, a pomysł nawiązujący do Muzykantów z Bremy mnie znudził. Natomiast pierwsze opowiadanie, napisane z perspektywy kota z Cheshire i będące wariacją na temat baśni o Alicji niesamowicie mnie wciągnęło. Zarówno stylem, jak i występującymi w nim bohaterami, Złote popołudnie zaskarbiło sobie moje uznanie, a i pobudziło apetyt do spróbowania twórczości Andrzeja Sapkowskiego.

Kolejnym tekstem, który bardzo mnie pochłonął, w zasadzie znajdującym się przed Złotym popołudniem był Ponieważ kot autorstwa Jacka Dukaja. Cudowny przykład opowiadania, w którym nie zwracamy najmniejszej uwagi na bohaterów, bo są oni tylko przekaźnikami myśli autora i prowadzą dialog, w którym zawarto sedno tej myśli. Cudo! I pomimo faktu, że sporo było terminologii rodem z science fiction, a czasem musiałam sobie pewne fragmenty czytać kilkukrotnie, żeby załapać sens, to i tak jestem pod wrażeniem. 

Ale czyż sama wiedza o prawdziwej naturze rzeczy nie daje wiedzącemu przewagi nad otaczającym go tłumem ignorantów?

Włodzimierz Kalicki, autor mi nieznany, choć mający na koncie kilka książek wprowadził czytelnika w świat tajnego wojskowego projektu z wykorzystaniem możliwości szpiegowskich nowo stworzonego gatunku kota. Uśmiałam się przy lekturze, spodobał mi się pomysł i z żalem skończyłam lekturę marząc o przeczytaniu książki, w której rozwinięto by ideę Kota typu Sealth.

Do dzikiego i namiętnego ziewania a także irytacji i przekonania, że więcej po twórczość autorki nie sięgnę doprowadziło mnie opowiadanie Usta boga. Jedyny, malutki jego plus to fakt, że "akcja" umiejscowiona została w dżungli. Kolejny przykład autorki, którą lubię jako osobę, a nie jako pisarkę. Mowa o Ewie Białołęckiej, której Naznaczeni błękitem już mnie nieco wynudzili. Zaczęłam czytać jej opowiadanie z lekkimi i jak widać uzasadnionymi obawami. Tej pani już podziękuję!

Przyjemną w lekturze perełką okazał się Dotyk pamięci w którym wykorzystano nie raz już powielany motyw zakazanej miłości, który w tym wykonaniu bardzo mi się spodobał. W zasadzie kot nie pełnił w opowiadaniu Kołodziejczaka głównej roli, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało. Polubiłam bohaterów, ich historia została w odpowiednio zgrabny i szybki sposób zarysowana, tak, aby można było spokojnie skupić się na kulminacji. O ile romanse zazwyczaj mnie nudzą, bo ponoć na temat miłości powiedziano już wszystko, to w tym przypadku bardzo miło opowiadanie wspominam.

Konrad Lewandowski i jego Rydwan bogini Freyi miały zaszokować, ale jakoś mnie szok nie dopadł podczas czytania. Co nie zmienia faktu, że zaliczam opowiadanie do bardziej udanych w tym zbiorze. Było to ostatni tytuł, o którym napisać chciałam, bo cała reszta nie wyróżniała się niczym szczególnym, momentami mnie nużyła, momentami ciekawiła, ale koniec końców nie wróciłabym do tych tekstów. Dlatego też, pomimo wymienionych wyżej perełek oceniam antologię jako dość przeciętną. Polecić mogę tym, którzy chcą spróbować twórczości polskich fantastów, ale nie mają jeszcze ochoty sięgać po ich obszerniejsze tytuły, a także amatorom kotów, które przedstawione zostały w różnych rolach czasem na pierwszym planie, a czasem w tle.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Jacek Dukaj, Eugeniusz Dębski, Andrzej Sapkowski, Marcin Wolski, Ewa Białołęcka, Tomasz Kołodziejczak, Andrzej Zimniak, Konrad T. Lewandowski,Włodzimierz Kalicki, Piotr Goraj, Maciej Żerdziński, Iwona Żółtowska
Wydawnictwo: SuperNOVA
Ilość stron: 284
Rok wydania: 1997

7 września 2015

Stos z sierpnia - cz. 2


Część druga moich sierpniowych zdobyczy przed Wami. Cudem udało mi się zrobić miejsce na ułożenie tych książek, bo niestety w mieszkaniu panuje totalny bałagan spowodowany remontem, a każdy wolny kawałek jest zawalony czym się da.

Z wielką radością zawiadamiam, że zdałam (i to w dobrym... bardzo dobrym stylu) i mogę zabrać się za nadrabianie zaległości. Dziękuję za trzymanie za mnie kciuków, udało się! :) Doczytam blogi, dokomentuję, a co najważniejsze, podopisuję recenzje tego, z czym zalegam. Oprócz dwóch opinii pojawi się jeszcze jeden post o tematyce blogowej (po prawej mała podpowiedź). A teraz pora na stosu część drugą (część pierwsza TU). A później zobaczymy, bo między teorią i praktyką w moim przypadku zieje przepaść tak wielka i głęboka, że aż szkoda wrzucać do niej kamień i nasłuchiwać, kiedy uderzy, bo sporo życia można stracić.


Od parteru, ku górze:
1. Droga królów (Brandon Sanderson) - cegła, za którą planuję zabrać się jeszcze w tym miesiącu. Chwalona nieprawdopodobnie. Najniższa ocena tej książki, jaką widziałam to 7/10. Już doczekać się nie mogę. Poza tym czytanie takich tomiszczy sprawa, że człowiek bierze do ręki pięćset stronicową książkę i uważa ją za cienką. A poza tym... Czy Wy widzicie to co ja? Wydawnictwo zrobiło Fuck the system. Od kiedy pamiętam tytuły na grzbietach MAG pisane są od dołu do góry (przykład dwie książki wyżej). Pierwszy raz mam styczność z tytułem napisanym od góry do dołu. Niesamowite!
2. Król bólu (Jacek Dukaj) - często ostatnio natykałam się na nazwisko tego autora. Tą cegłę zakupiłam za piętnaście złotych w bezimiennej taniej księgarni przy okazji wizyty w Poznaniu. Musiałam wziąć. A po lekturze próbki twórczości autora jestem bardzo ciekawa innych jego tekstów.
3. Krew nie woda (Mike Carey) - czwarty tom przygód Feliksa Castora. Autor, po którego sięgać można w ciemno. Również bardzo opłacalny zakup - stan używany, prawie nie widać śladów użytkowania, a dałam jedynie 17 złotych za książkę. Co więcej, bałam się, że już jej nie dorwę, bo w większości księgarni internetowych była niedostępna...
4. Ostatni jednorożec (Peter S. Beagle) - ostatni nabytek z biblioteki. Jestem bardzo ciekawa tej książki, bo raz, że nie czytałam jeszcze nic o jednorożcach, a dwa, że jednorożce uwielbiam. Jak się lubi konie, to wszelkie koniopodobne stwory również. 

No i w pakiecie dwie zakładki, które sprezentowały mi moja mama i siostra jako upominki z urlopu. Sporo mi zakładek przybyło z tym miesiącu.

4 września 2015

Ojciec chrzestny


Powieść Mario Puzo, której bohaterami są członkowie sycylijsckiej mafii to powieść potrafiąca zwieść czytelnika. Akcja tocząca się w Nowym Jorku wciąga czytelnika w świat interesów i walki o wpływy z najbardziej dochodowych, a często i nielegalnych przedsięwzięć, ale to coś jeszcze. Ojciec chrzestny to książka, w której zawarto wiele różnorodnych historii, nakreślono wiele ciekawych portretów i położono nacisk na bardzo ważną w moim własnym systemie wartości kwestię - lojalność.

Wielcy ludzie nie rodzą się wielkimi, tylko się nimi stają.


Na samym początku czytelnikowi zostają przedstawieni interesanci, którzy udają się do wielkiego dona rodziny Corleone w celu złożenia prośby o pomoc. W związku z tym, że w posiadłości Rodziny trwa akurat wesele Connie - jedynej córki Vito Corleone'a, don nie może nikomu odmówić. W wyniku styczności z wszystkimi z rodu Corleonów zostaje nam przedstawionych w płynny sposób wielu znaczących bohaterów, a późniejsze wydarzenia coraz intensywniej wciągają, a co za trym idzie, książka ciekawi coraz bardziej.

Matki są jak policjanci. Zawsze wierzą w najgorsze.


Jeżeli ktoś w związku ze wzmianką o sycylijskiej mafii liczył na natłok obfitujących w lejącą się strugami krew zdarzeń może czuć się lekko zwiedziony. Do tej pory o książce myślę, pomimo tego, że skończyłam ją kilka dni temu i staram się skonfrontować moje oczekiwania co do lektury z tym, co dostałam. Jak najbardziej chwalę sobie kunszt powieści Puzo - jego styl, choć z początku nieco oporny w odbiorze, wymagający skupienia i nie pozwalający czytać książki bez całkowitej koncentracji po kilkudziesięciu stronach robi się już bardziej przystępny. Nie miałam większych problemów z tym, żeby zrozumieć tekst, chodziło raczej o jego plastyczność. Do żadnych fargmentów wracać nie musiałam, a i głębokich egzystencjalnych rozmyślań w Ojcu chrzestnym nie zawarto, co nie znaczy, że żadnej głębszej treści w nim nie ma. Właśnie z moich własnych kontemplacji wynika, że to ta głębsza treść najbardziej do mnie trafiła.

Postać Vito Corleone to jedna z najważniejszych zalet książki. Don rodziny, dbający o jej pozycję, korzystne interesy i wpływy. Bohater cieszący się szacunkiem, na który musiał zasłużyć. Nie twierdzę, że zawsze na warunkach zgodnych z prawem, ale ten motyw honoru, wzajemnego uznania i wierności niesamowicie do mnie przemówił. Don podczas układania się z przyjaciółmi rodziny zawsze podkreśla, że nie odmówi nikomu pomocy, jeżeli dany osobnik gotowym będzie kiedyś odwdzięczyć się rodzinie. Równocześnie ceni sobie wieloletnią lojalność, choć w niektórych przypadkach okazuje się, że przecenił pewne solenne obietnice. Chciałoby się rzec, że Vito Corleone hołduje zasadzie oko za oko, ząb za ząb i to w dwóch wymiarach, pozytywnym i negatywnym. Przychylnym sobie osobom gotów jest pomóc, a tchórzom, którzy się od niego odwrócili odpłaca się wyrównując rachunki. Równocześnie nasuwają mi się na myśl słowa Anthonego Hopkinsa: Kiedyś traktowałem ludzi dobrze, teraz z wzajemnością.

Nie można mówić ,,nie" ludziom, których się kocha, za często. To cały sekret. A poza tym, kiedy to mówisz, musi brzmieć jak ,,tak". Albo trzeba ich samych skłonić do powiedzenia ,,nie".

Oprócz wykreowania świetnego tytułowego bohatera Mario Puzo przedstawił całą gamę postaci z bagażem doświadczeń, nietuzinkowych i tylko pozornie nie budzących sympatii. Są to bohaterowie różnorodni, w jakiś sposób związani z mafijnym półświatkiem. Jedni bardziej, drudzy mnie świadomi. Starzy "wyjadacze" z raczkującymi amatorami na biegunie przeciwnym. Wrogowie i przyjaciele, a każdy z nich dostaje to, na co zasłużył. Kilku z nich, oczywiście oprócz dona, zwróciło moją szczególną uwagę, a do grona tego zaliczyć mogę Johnnyego (coś pokręciłam z imieniem...? Tak to powinno wyglądać?) Fontanne, Lukę Brasi, Clemenzę i Kay Addams, która jednak straciła moje uznanie na samym końcu książki. Spodobał mi się też Michael Corleone z którym wiąże się motyw dosyć niespotykanej przewrotności.

Akcja jest mocno rozwleczona, bo obejmuje całą dekadę. Śledzimy kolejne posunięcia Rodziny, jesteśmy świadkami losów wspomnianych wyżej bohaterów, a jeżeli mam się do czegoś przyczepić, to do faktu, że historia początku działalności Vito Corleone została umieszczona w połowie książki. Ciekawa, ale trochę za późno się pojawiła. Z resztą, chronologia jest mocno poprzeplatana fragmentami z przeszłości, choć nie gubiłam się zasadniczo podczas czytania. Brakuje troszkę dynamizmu, bo choć ciekawa i wciągająca, historia trochę pozbawiona jest napięcia. Niemniej jednak wraz z bohaterami przenosimy się w różne miejsca, między innymi w rodzinne strony Vito, czyli na Sycylię. Szkoda, że czasem na efekty niektórych posunięć trzeba było czekać dosyć długo, bo gdy coś się działo, od razu myślałam "O, teraz będzie za to wpier...", a akcja przenosiła się na innego bohatera, w inne rejony i upragnioną zemstę dostałam późno.

Dopiero po kilku dniach od lektury i zastanowieniu się nad nią dostrzegam jej "dobrość". Wcześniej czytałam z zaciekawieniem, ale nie przeszkadzało mi to odłożeniu książki, nawet w połowie rozdziału i zajęciu się czymś innym. To, co najbardziej mnie urzekło, to opiewana przez mnie wyżej postać Vito Corleone'a i przewrotność. Nie wiem, czy zechcę kiedyś wrócić do książki, ale tego nie wykluczam, bo niewątpliwie jest to powieść, do której wracać można.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Mario Puzo
Wydawnictwo: Mediasat Poland
Ilość stron: 479
Rok wydania: 1969 (oryginał), 2005 (polskie wydanie)

Cytaty pochodzą z książki,

3 września 2015

Stos z sierpnia - cz. 1


Pierwszy raz w mojej karierze czytelniczo-blogowej jestem zmuszona podzielić stos na dwie partie z racji mojej... mobilności. Nie mam na chwilę obecną wszystkich nowych książek przy sobie i mogę pochwalić się tylko częścią nabytków. Niechaj ten stos dostanie miano pożyczkowego, bo właśnie większość z książek w nim prezentowanych pożyczyłam.


Od dołu lecąc:
1. Ojciec chrzestny (Mario Puzo) - wielce chwalona książka, którą pożyczyłam od mojego dziadka. Już przeczytana, a opinia na razie jeszcze czeka na stworzenie jej ;)
2. Pełnia księżyca (Jim Butcher) - drugi tom Akt Dresdena, pierwszy piętro wyżej. Kupiłam dwa, żeby po lekturze tej właśnie części zdecydować, czy chcę kontynuować przygodę z Harrym. Choć na razie do lektury mi się nie spieszy.
3. Front burzowy (Jim Butcher) - pierwszy tom Akt Dresdena. Przemęczony. Pisałam o nim TU. Nie powiem, żeby mnie specjalnie ta książka zachwyciła, ale zobaczymy, co będzie w kontynuacji. Chociaż słyszałam niezbyt zachęcające opinie.
4. Trzynaście kotów (i dwunastu autorów, których wymieniać nie będę, ale między innymi Sapkowski) - owoc wizyty w bibliotece z postanowieniem sięgania po niezbyt grube książki. No, ale skoro biorę tylko cienkie... to mogę wziąć dwie, albo i trzy prawda? Antologia się doczytuje, w nadchodzącym tygodniu w przerwach od nauki do poprawki powinnam naskrobać recenzję...
5. Rok wilkołaka (Stephen King) - chciałam to przeczytać! Ten rzadko moment, w którym przynoszę do domu książkę, którą planowałam przeczytać. Niespodzianka. Też z biblioteki, ale jako, że bardzo krótkie i do tego z obrazkami w środku, powinnam to przerobić w dwa dni i też niebawem zrecenzować.

W części drugiej stosu pojawią się ciekawe nazwiska i grube tomiszcza. Ale to będzie wymagało odrobiny cierpliwości z waszej strony. A jak na razie - miłego dnia życzę.

1 września 2015

Upadek króla Artura


Niekonwencjonalna forma, jaką jest wiersz aliteracyjny zainteresowała J. R. R. Tolkiena na tyle, że zechciał spróbować w niej swoich sił wraz z wykorzystaniem legendy arturiańskiej. Sam poemat dokończony nie został, ale najstarszy syn pisarza - Christopher Tolkien wyznaczony na opiekuna spuścizny po ojcu postanowił opracować materiał dotyczący poematu i nakreślić ewentualne zamiary ojca. Nie będzie to recenzja, a zbiór kilku przemyśleń i uwag po lekturze, która niespodziewanie mnie nieźle wciągnęła.

Może zacznę od początku, czyli od poematu. Utwór zajmuje niespełna 1/3 objętości książki i w dodatku tekst jest umieszczony tylko na jednej stronie - po prawej, a po lewej znajduje się zapis w oryginale. Tak jak twierdził sam Tolkien senior - dla osób nie zapoznanych z formą wiersza aliteracyjnego poemat może wydawać się szorstki i nieprzystępny. Faktycznie, rytmu szukać w Upadku króla Artura nie warto, choć nie można powiedzieć, że czyta się ciężko. Kiedy już po kilku wersach i odrobinie większej koncentracji wgryzamy się w tekst, można spokojnie się nad nim zachwycać. Co ciekawe, bardziej podobało mi się czytanie niektórych fargmentów w oryginale - pomimo tego, że moja znajomość angielskiego nie znajduje się na poziomie zaawansowanym. Określiłabym ten poziom jako znośny... Mniejsza. Odniosłam wrażenie, że czytając po angielsku z tych słów bije większy patos i taka podniosłość, a to jest to, co, jak już nie raz wspominałam, uwielbiam.
Nie mam doświadczenia z legendą arturiańską i bardzo się cieszę, że moja pierwsza z nią styczność miała miejsce przy dziele Tolkiena. Przez tych kilkadziesiąt stron zdołałam się zżyć z bohaterami, jednym kibicowałam, a innych wyzywałam, tak więc nawet przy lekturze trudniejszego, mniej przystępnego tekstu można dobrze się bawić!

Teraz przejść chciałabym do tego, co zrobił Christopher Tolkien. Jak już wspomniałam przy opinii na LC - Christopher prowadzi swoiste śledztwo, mające na celu dogłębne poznanie i ukazanie specyfiki poematu stworzonego przez ojca. Myślałam, że przy tej części książki się zanudzę, a jednak przystąpiłam do jej lektury z postanowieniem przebrnięcia przez te dywagacje. I wielce się myliłam! To wszystko, o czym pisze młody Tolkien wzbudziło we mnie nie małą ciekawość. Ukazał on nawiązania do dawnych, historycznie ważnych dzieł literatury angielskiej. Nawiązał do koncepcji Silmarilionu, na który nabrałam ogromnego apetytu, jakbym go już wcześniej nie miała. Co więcej, powstawiał w swoim opracowaniu notatki ojca, inne wersje fragmentów poematu. Wspomniał o tolkienowskiej koncepcji świata i nawet jeżeli ta część książki miała wydźwięk bardziej naukowy, który powinien najbardziej ciekawić badaczy literatury do których mi daleko był dla mnie wyśmienitą lekturą. Wracałam nie raz do tekstu oryginalnego i szukałam tych elementów, które podkreślał Christopher. Przy okazji śmiem twierdzić, że na pewno nie zrozumiałam wszystkiego od tak, czasem musiałam się mocniej nad czymś zastanowić, a czasem się gubiłam i momentami nie sprawdzałam, czy faktycznie to co pisze Tolkien junior ma przekład na rzeczywistość. Ale to nie miało dla mnie aż takiego znaczenia - nie było tych momentów wiele i całość jak najbardziej do mnie przemówiła. Szkoda tylko, że zamotałam się na samym początku i koniec końców nie wiem, do ilu dokładnie dzieł odnoszono się przy próbie umiejscowienia Upadku... wśród innych, ważnych dzieł z kanonu legendy arturiańskiej.

Kilka słów na koniec - książkę polecam osobom, które już trochę Tolkiena znają i wiedzą, że zaczyna ten pisarz ich fascynować. Upadek... jest zupełnie inny niż Władca pierścieni, Hobbit i inne dzieła Mistrza. Nic dziwnego, a jednak nie chodzi tylko o to, że forma poematu odchodzi zdecydowanie od prozy pisanej w przypadku wspomnianych wcześniej tytułów. Tutaj mamy do czynienia rzekłabym nawet ze studium przypadku i lektura wymaga jednak trochę skupienia oraz pewnego "doświadczenia" z poważniejszymi dziełami literackimi. 

Moja ocena: 8/10

Autor: J. R. R. Tolkien [pod redakcją Christophera Tolkiena]
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 264
Rok wydania: 2013 (u nas), do daty wydania oryginału się nie dokopałam, a swojej książki pod ręką nie mam

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu