31 stycznia 2017

Mój styczeń

Pewnie nie będzie zbyt wielu, którzy podzielać zechcą mój stosunek do stycznia - Hura, zima! Serio, już dawno nie cieszyłam się aż tak bardzo z powodu mrozów. A na widok zasypanych ulic i zapowiedzi kolejnych opadów buzia mi się uśmiechała. W zimie jest coś magicznego albo po prostu to ja jestem w stanie odnaleźć pozytywy o każdej porze roku (czyli we mnie jest coś magicznego). Styczeń upłynął mi pod znakiem nauki i w związku z tym... przeczytałam tak dużo, że starczyłoby na dwumiesięczny zapas biorąc pod uwagę moje tempo czytania.

Spontaniczny spacer w okolice mojego ukochanego Mostu Osobowickiego, nieopodal którego mieszkam i przez który, ku mojej uciesze, często przejeżdżam. Wrocław jest miastem mostów i może akurat ten nie jest najbardziej reprezentatywnym, ale lubię go, żeby nie było, że Grunwaldzki i Milenijny zgarniają cały "fejm".

Trochę zimowych widoczków i peron na stacji Wałbrzych Główny, była godzina chyba coś koło 8.00, największe mrozy i -15 stopni na dworze. Nawet przekonałam się do włożenia szalika...

 Lektura Lewis. Człowiek, który stworzył Narnię wprawiła mnie w niemały zachwyt, niemal w taki sam stan wprowadził mnie kolejny piękny zimowy dzień.

Obejrzałam "300" w celu zmniejszenia liczby filmów, których nie widziałam, a tych jest zatrważająco sporo. Lektura Kossakowskiej sprawiła mi mnóstwo radochy i rozrywki, a pozostałe dwie fotki są z serii "Fajne plakaty, z przystanków, blisko których mieszkam". Te z Antyradia mnie urzekły, a ten nawiązujący do Shakespeare'a po prawej na dole świadczy o tym, że ktoś chyba śledzi moje lektury na LC i wiedział, że w styczniu czytałam "Sen nocy letniej".
Fragment świetnej okładki do Rudej sfory, czaszki i koń, chyba nie można było się bardziej wpasować w moje gusta...

I jeszcze trochę zimy, bo zima jest super!
A na sam koniec krótkie podsumowanie tego, co faktycznie przeczytałam w styczniu, a jest to aż siedem tytułów. Pękam z dumy i trzymam szczękę, żeby mi nie opadła ze zdziwienia...




  1. Dybuk (Szlojme Zajnwil Rapoport)
  2. Lewis. Człowiek, który stworzył Narnię (Michel Coren)
  3. Sen nocy letniej (William Shakespeare)
  4. Ruda sfora (Maja Lidia Kossakowska)
  5. Słowa światłości (Brandon Sanderson)
  6. Decathexis (Łukasz Śmigiel)
  7. Wbrew zasadom (Samantha Young)
Wszystkie były na swój sposób dobre, a przynajmniej zadowalające (tak, Wbrew zasadom też), ale najbardziej oczarowała mnie biografia Lewisa. Oczywiście za krótka, ale rozbudziła we mnie ciekawość odnośnie stowarzyszenia Inklingów, innych powieści twórcy Narnii a co za tym idzie, wzrósł mój apetyt na biografię Tolkiena, który był związany z postacią Lewisa.
Dwie sztuki, które przeczytałam uznaję za udane, bo ja się po prostu bardzo dobrze odnajduję w lekturze wszelkich dramatów. Jest poetycko, jest śmiesznie a czasem i strasznie. Shakespeare nadal jest jednym z moich ulubionych twórców, natomiast po Dybuka sięgnęłam z powodu bezsenności i ani trochę się nie zawiodłam. Decthexis być może zrecenzuję, podobnie ma się sprawa z książką Samanthy Young, która była moją odskocznią od tego, co czytam na codzień. I praktycznie rzecz biorąc nie miałam przy czym zgrzytać zębami...
Sanderson nieco mnie zawiódł, ale i tak zafundował cały miesiąc przebywania w świecie ABŚ, który zachwycił mnie rok temu i niestety teraz nie za bardzo się rozwinął. Polecam jednak autora jak najbardziej, bo warto poznać to, co spłodziła jego wyobraźnia. Ja niewątpliwie za kilka miesięcy zapoluję na jakąś jego książkę.
Recenzje są w zakładkach, to, czego nie opisałam na blogu można wyszukać na moim profilu na LC, do którego odnośnik jest na dole bloga.
To by było już wszystko, o czym chciałam wspomnieć odnośnie mojego stycznia. Powodzenia w lutym, chwalcie się, ile przeczytaliście!

29 stycznia 2017

Słowa światłości


Wśród wszechobecnych zachwytów pod adresem wszystkich wytworów Sandersona czuję się nieco jak rasowa heretyczka. Po lekturze Słów światłości mam nieco lepiej ukształtowany pogląd względem autora i powiem tyle - miało być tak pięknie, a okazuje się, że nie trzeba zbierać szczęk z podłogi, bo nie mają one po czym opadać.

Od razu mówię - to będzie bardzo ciężka dla mnie recenzja, ale żeby nieco się wspomóc, nakreślę cel tu, już teraz - nie chcę absolutnie do Sandersona zniechęcać. Chcę tylko wyjaśnić, czemu podchodzę do niego z dużą dawką rezerwy. Spoilerów nie będzie.

Po wydarzeniach z Drogi królów, które mocno koncentrowały się wokół Strzaskanych równin nadal pozostajemy w tym samym rejonie Rosharu (świata, w którym dzieje się akcja Archiwum Burzowego Światła) i śledzimy losy Kaladina, Shallan, Dalinara i Adolina, choć to na dziewczynie koncentruje się właśnie drugi tom sagi. Czytelnik w pierwszej części mógł obserwować przeszłość Kaladina, a w Słowach światłości to historia panny Davar staje się elementem kluczowym. Doszło do pewnych zawirowań politycznych, ktoś awansował, ktoś się przemieszcza i w ten oto niezgrabny sposób ułożę sobie fundament pod kolejne akapity.

Przez dobrze czterysta, pięćset stron wierzyłam, że Sanderson dołączy do szlachetnego grona autorów, którzy drugi tom napisali lepszy niż początek i niestety, tak się nie stało. Rozpoczęłam z wielkim entuzjazmem, zdecydowanie adekwatnym do tego, co dostałam w czasie lektury Drogi królów i przez dość długi czas było dobrze. Cierpliwie brnęłam przez kolejne rozdziały nawet specjalnie nie czując znużenia lekturą, w dodatku sądząc, że skoro już na początku rozciągniętym do połowy tomiszcza dzieją się TAKIE rzeczy, dalej będzie jeszcze lepiej, bardziej i trochę się przejechałam.

Brandon Sanderson stworzył niesamowity świat, choć jego niezwykłość zasadza się głównie na systemie magicznym i źródłach niesamowitych umiejętności niektórych bohaterów. Sam motyw Odprysków, walki z użyciem tej niesamowitej broni robią ogromne wrażenie w czasie lektury i jest to jedna z największych zalet ABŚ. Osobiście bardzo zwracam uwagę na kwestie walk, fragmentów batalistycznych i na tym gruncie Sanderson sprawuje się bardzo przyzwoicie. Niewątpliwie na uwagę zasługuje też cała otoczka związana z Odpryskami, postawy, zdobywanie, pojedynki i unikatowość tych Ostrzy.

Niestety w tym, co stworzył Sanderson brakuje mi trochę dopracowania scenerii. Akcja toczy się na Strzaskanych Równinach w przeważającej części i jest to miejsce tak strasznie nudne, że za nic w świecie nie chciałabym się tam znaleźć. Co więcej, do żadnego innego miejsca w Rosharze nie chciałabym się teleportować, bo to mało ciekawe. Owszem, ze konkretnymi miejscami wiążą się zawiłości historyczne, pojawia się dokładnie jeden opis miejsca potencjalnie interesującego, a wszystko to, co w pierwszym tomie wyglądało na oryginalne i zachęcało do skupienia akcji w konkretnym właśnie miejscu, zniknęło. Co z tego, że Shallan łazi i chce wszystko rysować, skoro na tych jej szkicach nie pojawiło by się zbyt wiele godnych uwagi obiektów? Religia, mitologia, historia Rosharu - jak najbardziej na plus. Bezpłciowość miejscówek trochę dobija, bo co z tego, że napisano mi, że mostowi weszli do obóz Dalinara, skoro nie potrafię w głowie wymyślić niczego związanego z tym miejscem. Jedynie ten kulejący aspekt ratuje trochę motyw rozpadlin, ale i tak nie wielka to pociecha.

Kaladin to jedna z najlepiej stworzonych postaci, jakie spotkałam i to nie tylko na kartach ABŚ. Uwielbiam go, pomimo faktu, że jest raczej ponurakiem i nie pała entuzjazmem w zasadzie do nikogo. Świetnie, z punktu widzenia Kaladina została pokazana niejednoznaczność postaci, w przypadku tego bohatera chodzi mi o postrzeganie jasnookich uchodzących za stan wyższy w świecie Sandersona. Zdarzało mi się nie raz wahać podczas oceny konkretnych działań przypuszczonych przez bohaterów i nawet w kulminacyjnych momentach nie wiedziałam, czy mam kibicować jasnookiemu czy pozwolić na to, by poległ. Szczerze powiedziawszy ta kwestia pozostała do rozstrzygnięcia, bo fakt, że pewnych jasnookich darzę sympatią nie oznacza, że nie pamiętam, co mają za uszami.

Ogromny mam problem ze stylem. Ciężko stwierdzić, czy zawinił autor, czy tłumacz i pewnie nigdy się nie dowiem, bo na heroizm jakim byłoby czytanie w oryginale się nie wysilę. Tak więc męczyłam się trochę podczas czytania, bo dziwnie została ta książka napisana. Po prostu - niby bez wielkiej finezji, ale chwilami zwyczajnie nieprzystępnie. Do tego trafiło się kilka zdań na poziomie gimnazjalnym, np. opisów zakończonych sformułowaniem "i w ogóle".  Serio, nastolatki w liceum już nie kończą swoich wypowiedzi w ten sposób, a wyglądało to na zgrabną próbę wymigania od napisania się "itd". Ten przykład to trochę czepialstwo z mojej strony, ale warstwa językowa ABŚ utwierdza mnie w przekonaniu, że Brandon Sanderson jest pisarzem na przyzwoitym, ale na pewno nie wybitnym poziomie.

Wydaje mi się, że to, co tak bardzo zachwyciło w przypadku Drogi królów już tutaj nie zadziałało, bo nie wiele nowych rzeczy dowiadujemy się o świecie Rosharu. Duży plus na pewno należy się za odkrycie kilku tajemnic do tej pory niedostępnych Parshendich, ale ponadto nic nadzwyczajnego się nie pojawiło, nieco rozwinięto tylko zalążki z pierwszej części. Koniec końców, jestem w stanie Słowa światłości uznać za książkę dobrą, ale rozczarowującą w stosunku do tomu pierwszego, co jednak nie zniechęca mnie do poznawania twórczości autora. Po wybuchowym początku i zdecydowanie lepszej pierwszej połowie końcówka drugiej części jest nieco nierówna i męcząca. Niewątpliwie jednak to, co wydarzyło się na kartach drugiego tomu ABŚ zaowocuje emocjami w kolejnych częściach. Zastanawiam się, czy wytrwam do końca z tą serią, bo jak myślę o tym, że miałabym przeczytać dziesięć takich cegieł, w których nie wszystko gra idealnie, to trochę zgrzytam zębami, ale z drugiej strony - przecież trochę przyjdzie poczekać na kontynuację.

Miłośnikom fantasy polecam, a nawet zalecam Sandersona poznać, bo facet ma pomysł, tylko warsztat nieco kuleje. To taka trochę druga liga, bo nie porównywałabym go absolutnie do Tolkiena czy Martina. Sięgnąć warto, bo zapewnia trochę rozrywki i napięcia w kulminacyjnych momentach.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Words of radiance
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 953
Rok wydania: 2014 (oryginał), 2016 (II wydanie w Polsce)

Archiwum burzowego światła:
1. Droga królów < recenzja
2. Słowa światłości
3. Dawca przysięgi (w przygotowaniu)

Na marginesie - w tej części mniej było przemyśleń o charakterze egzystencjalnym, toteż zabrakło mi cytatów do umieszczenia w recenzji. Szkoda.
Ponadto polecam czytać na leżąco, najlepiej na brzuchu, bo tę cegłę ciężko utrzymać w powietrzu przez "50 stron", a w ciekwszych momentach lektura wymaga uwagi na około "100 stron". Rozważam zakup tomu trzeciego w e-booku, bo będzie wygodniej.

27 stycznia 2017

Ruda sfora


Od jakiegoś czasu z lekką obawą i wręcz niechęcią sięgam po pisarzy tworzących w naszym rodzimym języku. W poprzednim roku rzadko zdarzało mi się czytać powieści z naszego podwórka, a fakt, że mam na półce kilka takich wciąż oczekujących na lekturę nie przeszkodził w porwaniu z biblioteki Rudej sfory. Właśnie dlatego uwielbiam wypożyczać książki - najczęściej biorę coś "na spróbowanie". Jeżeli mi nie podejdzie oddam, nie tracąc pieniędzy i miejsca na regale. I co? Spróbowałam Kossakowskiej i dostałam coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Ergis jest wnukiem budzącego wielki szacunek jakuckiego szamana Kiteja Serkena. Gdy dziadek chłopaka umiera, Ergis musi przyjąć na siebie brzemię odpowiedzialności i przejąć obowiązki zmarłego krewnego. Wszyscy oczekują, że sprawdzi się on świetnie, jednak młody szaman nie jest przekonany co do słuszności tych prognoz. Niespodziewanie budzi się w innym wymiarze i wyrusza na poszukiwanie swojego dziadka, licząc, że ten udzieli mu wskazówek odnośnie wypełniania nowej dla Ergisa roli. W drodze towarzyszy mu dzielny szamański rumak.

Okazuje się, co przyznać muszę z delikatnym zdziwieniem, że pozbawiona epickiego rozmachu powieść fantastyczna może również mocno wciągnąć. Przekonałam się o tym podczas lektury Rudej sfory, która od pierwszej strony okazała się książką niesamowicie wciągającą, zapewniającą rozrywkę, przyjemną w czytaniu a jednocześnie wzbudzającą całą masę emocji spowodowanych rozwojem fabuły. Co najważniejsze - Kossakowska czerpie z mitologii jakuckiej i w Rudej sforze zabiera czytelnika do mroźnej, odległej syberyjskiej tajgi, której niepowtarzalny klimat zdecydowanie działa na wyobraźnię.

Bohatermi powieści są wspomniany wcześniej Ergis, trzynastolatek błąkający się po zaświatach, jego koń oraz kikituk i tupilak, magiczne stwory towarzyszące chłopcu w drodze. Ponadto do drużyny dołącza w swoim czasie Ellej, będący ołonchosutem, którego magiczną zdolnością jest niezwykły śpiew i Tujaryma, córka boga ognia, której determinacja nie raz ocaliła życie całej ekipie. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na fakt, że autorka nie wykreowała postaci z wielką skrupulatnością, ale stworzyła je na tyle oryginalne, że czytelnik nie ma najmniejszego problemu, żeby bohaterów tych polubić. Również motyw tworzenia drużyny bohaterów wyruszających na misję nie jest niczym nowatorskim w literaturze fantasy, ale mimo dosyć prostych podstaw fabuła wymaga odrobiny skupienia i przy tym wciąga swoim dynamizmem.

Przypadł mi wielce do gustu styl Kossakowskiej. Nie jest on skomplikowany, a równocześnie pozostaje urozmaiconym i przystępnym dla czytelnika. Autorka wpakowała do fabuły mnóstwo motywów z mitologii jakuckiej nie zapominając o tym, by przy podawaniu imion dodać spełnianą funkcję danej postaci. Jasne, liczne grono bóstw i bohaterów może okazać się trochę kłopotliwym aspektem dla niewprawionego czytelnika, ale wystarczy trochę koncentracji, z czym ja problemu nie miałam. Bardzo pomocny okazał się słownik zamieszczony na końcu książki, który poprzedza spis wszystkich bohaterów i ich krótki opis.

Oryginalność pomysłu autorki, szybka akcja, relaksująca lektura i emocje zafundowane przez czytanie o kolejnych losach Ergisa i jego przyjaciół składają się na obraz lektury niemalże idealnej. Ogromnie cieszę się, że w końcu zdecydowałam się na sięgnięcie po Kossakowską, bo warto. Każdy bohater ma swoją historię, losy wszystkich postaci splatają się w dosyć nieoczekiwany sposób, a sam koniec niemalże rozstraja emocjonalnie do reszty. Chwali się również to, że dopiero na końcowych kartach powieści czytelnik ma pełny obraz tego, co zdarzyło się podczas kolejnych rozdziałów i w zasadzie stwierdza, że wolałby się tego nie dowiadywać... Zdecydowanie zachęcam do lektury!

Moja ocena: 8/10

Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 486
Rok wydania: 2007

18 stycznia 2017

Lewis. Człowiek, który stworzył Narnię


Nie wiem, czy nie będzie to ostatnia recenzja w historii tego bloga, bo mam zamiar rozpływać się nad niepozorna książeczką. I jak całkowicie się rozpłynę, to kiepsko będzie w stanie nie stałym kontynuować prowadzenie bloga...

Książki o Narnii czekały całą dekadę, żebym się za nie wzięła, a i dzięki nim po trochu wyzbyłam się wyrzutów sumienia związanych z przetrzymywaniem nieprzeczytanych powieści na półkach. Natomiast o samym stwórcy magicznej krainy nie wiedziałam wiele, poza tym, co dostarczyła mi lektura Przewodnika po świecie Narnii. Nie spodziewałam się niczego niesamowitego po książce Corena, która swoją objętością i licznymi fotografiami nie sprawiała wrażenia kopalni wiedzy o C. S. Lewisie. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku stronach okazało się, że autor bardzo sprawnie i konkretnie przybliża postać C. S. Lewisa z równą dokładnością przechodząc przez wszystkie etapy życia pisarza.

Biografia Lewisa oprócz tego, że zaskoczyła mnie skrupulatnością przedstawienie życia Clive'a Staplesa Levisa (Który wolał być nazywany Jackiem) okazała się lekturą niesamowicie ciepłą. Patrzyłam na okładkę, uśmiechałam się pod nosem, a otwierając na momencie, w którym skończyłam czytać miałam wrażenie, jakby coś mnie otulało. Oczywiście nie znaczy to, że opisywane dzieje autora opowieści z Narnii wzbudzały tylko pełne ckliwości emocje - raczej chodzi o zarysowanie tych dziejów. Równocześnie samo życie Lewisa wzbudza zainteresowanie, a nawet fascynację.

Nie bez znaczenia jest fakt, że postać Lewisa nierozłącznie wiąże się z innym, wielkim nazwiskiem literatury angielskiej i oczywiście światowej - Tolkienem. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że twórca Władcy pierścieni (i nie tylko), po pierwszej lekturze Lwa, czarownicy i starej szafy stwierdził, że książka jest beznadziejna i nic nie da się z nią zrobić. Oczywiście w żadnym wypadku nie wpłynęło to na moją sympatię do któregokolwiek z panów, raczej potraktowałam to jako niesamowicie śmieszną anegdotkę (i może nawet dowód na to, że Tolkien nieomylny nie był, w co w sumie nie wątpiłam).

Książka nie traktuje Lewisa jako ósmy cud świata. Przestawia go jako człowieka osobliwego, z zaletami i wadami, może nieco nietypowym stylem bycia i, co najważniejsze kochającego literaturę.

Jeśli - w co wierzą niektórzy - był świętym, to był wiarygodnym, ludzkim świętym, a nie nierzeczywistym, pozbawionym wad ideałem.

Jedyne, co uważam ze lekką skazę na tym cudownym tytule, to fakt, że autor w dosłownie kilku fragmentach przeinaczył epizody z życia Lewisa i został poprawiony w przypisie przez redaktora merytorycznego. Nie jest to wielka wada, bo koniec końców dowiadujemy się prawdziwej wersji, ponadto te "poprawki" zostały naniesione tylko w początkowej części książki.

Niesamowicie się cieszę, że mogłam trochę bliżej poznać sylwetkę Jacka Lewisa, zrozumieć motywację kierującą nim przy pisaniu jego książek, dowiedzieć się, jakim był wykładowcą i przyjacielem, poczuć choć odrobinę klimat czasów, w których żył (obie wojny światowe) i po raz kolejny dowiedzieć się czegoś więcej o kulisach twórczości tego człowieka.

Moja ocena: 9/10

Rzadko o tym wspominam, ale tym razem muszę - bardzo przypadło mi do gustu wydanie książki. Duży format, twarda oprawa, elegancki font i mnóstwo fotografii, które urozmaicają lekturę, a wszystko zebrane na solidnym, grubym papierze.

Tytuł oryginału: C. S. Lewis. The Man, who created Narnia.
Autor: Michael Coren
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 134
Rok wydania: 1996 (oryginał), 2005 (w Polsce)

6 stycznia 2017

Mój grudzień

Przybywam z podsumowaniem, ale mieszanym, bo i o książkach i o życiu kilka wzmianek będzie. Ostatnimi czasy stawiam na konkrety, a ponadto zabawiam się zupełnie amatorsko PhotoScapem, zatem poniżej efekt połączenia tych dwóch czynników.


Początek grudnia oznaczał wizytę na Wrocławskich Targach Dobrych Książek - pojawiłam się tam tylko na chwilę, aczkolwiek się opłaciło, bo na jednym ze stoisk antykwariatowych dorwałam coś, co pojawiło się na ostatniej kompozycji. Do tego czytałam powieść Waltera Tevisa - Przedrzeźniacz. Bardzo dołująca lektura, której klimat wpasował się w mój nastrój.

Koncert Farben Lehre, na który się wybrałam i zrozumiałam, że trochę przeorganizowały mi się moje preferencje muzyczne. Punk chyba już nie jest ponad wszystkim. A po prawej kadry z wizyty w stajni - pogoda nie sprzyjała, ale raczej nie biorę tego pod uwagę, gdy mam się wybrać na jazdę. I sympatyczny pyszczek Rogera, który akurat tego dnia był chory, więc jeździłam na innym wierzchowcu...


Co oglądałam w grudniu? Po pierwsze, dalej ciągnęłam powtórkę Chirurgów, do których wracać pewnie będę jeszcze nie raz. I czytałam Lśnienie, jak widać, doczytywałam...


Ostatnia książka tego miesiąca, recenzowana post niżej - Wschód złego księżyca. Całkiem dobre zakończenie roku czytelniczego, choć i tak w grudniu najlepszą książką okazała się ta spod pióra Stephena Kinga.


Zdobycze z grudnia - drugi Potter i Iliada. Każda za 15 złotych, a to wydanie Iliady mnie po prostu urzekło. Nie pasuje co prawda do Odysei, którą zdobyłam jakoś pół roku wcześniej, ale chyba nie będę się tym zbytnio przejmować...


I oglądałam też Czas honoru - wkręciłam się w polski serial! Jestem już po trzech sezonach, zrobiło się trochę nudniej, ale przyznam, że po krótkiej przerwie, spowodowanej lekturą Słów światłości na pewno do oglądania wrócę.

4 stycznia 2017

Wschód złego księżyca

Sięgając po kolejną powieść cyklu często ma się wrażenie, że wraca się do domu. W dobrze znane sobie rewiry. Tasiemców nie lubię zbytnio, ale kilku tomowe serie w pokrętny sposób dają mi poczucie bezpieczeństwa. Byłaś tam już, znasz to miejsce, to tutaj stało się to i tamto. To całkiem przyjemne uczucie, chociaż zdarzają się powieści, w których nie do końca mamy ochotę rozgościć się i zostać na dłużej, a poznani dwa tomy wcześniej bohaterowie zaczynają denerwować. Nie twierdzę, że Wschód złego księżyca to kiepska książka, ale kilka irytujących mnie kwestii jest związanych z trzecim tomem napisanym przez Maberry'ego, a i męczyłam się podczas końcówki lektury.

Wschód złego księżyca mogłabym określić jako znośny tom tej trylogii. Owszem, dochodzi do rozwiązania wszystkich wątków, nic nie zostaje przez autora pominięte i każdy bohater dostaje odpowiednio dużo miejsca na rzetelne wyjaśnienie jego poczynań i sytuacji. Mam trochę problem z tą powieścią - bo autor rozpisał wszystko dokładnie i wyczerpująco, a jednak nudziłam się chwilami podczas czytania i wydaje mi się, że niektóre fragmenty mogłyby zostać spokojnie okrojone.

Fabuła trzeciego tomu Trylogii Pine Deep to ostateczne starcie z pradawnym złem, które wreszcie przyjmuje konkretne rysy, a i dowiadujemy się co knują najczarniejsze charaktery i jak wyobrażają sobie finał swoich wysiłków. Przyznam się szczerze, że o antybohaterach znów czytało mi się dobrze - tak jak w poprzednich tomach polubiłam fragmenty poświęcone Eddiemu Holownikowi, tak teraz spodobał mi się również Ruger. O wspomnianej wcześniej postaci pojawiło się trochę za mało, aczkolwiek wystarczająco w kontekście całości. Ulubieńcem natomiast został po raz kolejny Mike Sweeney, postać od samego początku intrygująca, której losy na przestrzeni trzech tomów śledziłam zdecydowanie najchętniej. Poza tym wszystko, co z nim związane wywołało we mnie najwięcej bardzo ciężkich, ale jakże silnych emocji.

Smutkiem przepełnia mnie fakt, że bohaterka, która z początku sugerowała zakwalifikowanie się do wąskiego i rzadko zasilanego grona lubianych żeńskich postaci literatury (w ogóle) została wkurzającą bojowo nastawioną do wszystkiego i wszystkich wariatką, której związek z Crowem wywoływał we mnie odruch wymiotny. Równocześnie zaznaczyć muszę, że Crowa tolerowałam jedynie w odosobnieniu od scharakteryzowanej zdanie wcześniej Val. Na szczęście, na osłodę dostałam całkiem przystępną, choć nie w pełni błyszczącą kreację postaci Jonathy, która trochę odświeżyła realia powieści pojawieniem się na jej kartach.

Elementy typowe dla gatunku zagrały bardzo dobrze. Jest to powieść z rodzaju tych, spomiędzy których stron wylewają się hektolitry krwi, niż tych, które doprowadzają czytelnika do obłędu psychodelicznymi elementami otoczenia i siadaniem na psychikę. Jest dużo flaków, wspomnianej wcześniej szkarłatnej posoki i kilka trupów. Chwilami powieść jest trochę rozciągnięta, bywały momenty, w których nie chciało mi się czytać i odkładałam lekturę na bok, ale z drugiej strony - wszystko jest dograne i wyjaśnione, więc nie jest to kwestia do końca obciążająca dla Maberry'ego. Prędzej rzekłabym, że zabrakło dynamizmu. Ponadto język momentami staje się mało zgrabny i nieciekawy, ale to akurat zrzucam na tłumaczenie.

Co ciekawe, autor w przedmowie sugeruje, że można Wschód złego księżyca przeczytać jako jednotomową powieść. Owszem, można. Ale dla czytelników, którzy czytają serię tak, jak się te serie powinno czytać, NORMALNIE, PO KOLEI to bardzo irytująca opcja, bowiem na samym początku książki autor wpakował streszczenie poprzednich dwóch tomów. Jak o tym pomyślę, momentalnie podnosi mi się ciśnienie, bo brnięcie przez tych kilka stron było dla mnie katorgą i ogromnie zniechęcało do czytania, a po głowie kołatało mi się pytanie o sens takiej zagrywki. Halo, albo piszemy trylogię, albo jednotomówkę!

Cała trylogia Pine Deep to historia prawidłowo napisana, wciągająca, jednak nie wnosząca niczego nadzwyczajnego do dorobku literatury grozy. To typowe czytadło, o którym zapewne za kilka tygodni zapomnę i polecam te książki właśnie dla rozrywki. Ma swoje wady i zalety, a ilość odniesień do popkultury czasem śmieszy, czasami drażni i nadaje tworowi Maberry'ego nieco tandetnego tonu, co nie zmienia faktu, że jednak odrobinę ponad przeciętność się jego twórczość wybija.

Moja ocena: 6,5/10
Autor: Jonathan Maberry
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 439
Rok wydania: 2008 (oryginał), 2009 (w Polsce)

Trylogia Pine Deep:
1. Blues duchów < recenzja
2. Song umarłych < recenzja
3. Wschód złego księżyca

Najlepszy tom serii: Song umarłych
Najsłabszy tom serii: Wschód złego księżyca