30 kwietnia 2014

Strzała Kusziela


Są książki epickie, które wciągają bez litości i nijak oderwać się od nich nie można. Dla wielbicieli podniosłości i patosu wylewających się ze stronic powieści a mimo to nie męczących czytelnika dzięki idealnemu wyważeniu i współgrze z innymi elementami mam idealną pozycję - Strzałę kusziela.

Fedra została naznaczona przez Kusziela czego znamieniem jest czerwona plamka w oku. Powołanie d'Angelińskiej dziewczyny to zawód nie cieszący się popularnością i społecznym uznaniem. Jednak w powieści Jacqueline Carey kurtyzany to dostojne młode piękne kobiety które wykształcenie zdobywają w jednym z Trzynastu Domów Dworu nocy. Pierwszą myślą, jaka teraz się nasuwa, to "O, epickie porno!", lub "Hm, to pewnie nie robią nic innego, jak tylko kochają, na tle podniosłych wydarzeń". Otóż nic bardziej mylnego. Sama byłam nieco sceptycznie nastawiona do jakże opasłego tomiszcza, którego, nie bójmy się tego powiedzieć, główną bohaterką jest dziwka, a mimo to, widząc cegłę za niespełna dziesięć złotych i całkiem wiarygodną rekomendację na tylnej części okładki, postanowiłam zabrać ze sobą książkę do domu. Teraz śmiem twierdzić, że to jednej z najlepszych zakupów książkowych ostatnich miesięcy.

Fedra jako bękart dziwki została oddana do Domu Cereusa i po pobraniu nauk kupiona przez Anafiela Delaunaya - arystokraty, który od chwili zostania jej opiekunem zaczął ją kształcić, dał jej dach nad głową i możliwości rozwijania się. Fedra naznaczona przez Kusziela stała się znaną anguisette - rozkosz przynosił jej ból. Nadal mój opis nie brzmi jak fragment opinii o wspaniałej książce z przekazem, ale zaraz do wszystkiego dojdę. Delaunay kształcił swoją podopieczną tak, aby doskonaliła się w sztuce słuchania, wychwytywania szczegółów i manipulacji. Jest on bowiem ważnym graczem wśród arystokracji, a jak wiadomo, jest to grono w którym pomimo pozornej wierności królowej toczą się rozgrywki o władzę i majątki.


Ja, dar godny książąt, szłam posłusznie w kierunku mojego prywatnego piekła.
Do tej niebezpiecznej gry wkracza nasza bohaterka i niejednokrotnie szokuje, urzeka i nie daje o sobie zapomnieć swoim klientom. Sceny erotyczne szerzej rozpisane pojawiają się bodajże trzy, cztery razy. Tutaj pragnę zaznaczyć, że autorka posługuje się niezwykle wysmakowanym, pięknym i urzekającym językiem. Powiedziałabym nawet, że Jacqueline Carey prezentuje naprawdę niesamowity kunszt pisarski i po lekturze Strzały kusziela moje wymagania odnośnie stylów pisania zdecydowanie się podwyższyły. Czytanie powieści tejże autorki było prawdziwą ucztą literacką i chyba całkowicie przekonało mnie do tzw. high fantasy.

Koniecznie muszę wspomnieć o tym, co autorka robi z uczuciami czytelnika względem niektórych bohaterów. Postacie wykreowane przez pisarkę są wspaniałe. Zakochałam się w Hiacyncie, Joscelinie, Delaunayu, Alcuinie... Fakt, bohaterek żeńskich nieco brakuje, ale do ulubionych mogę zaliczyć Ysandrę i Griannę. Ostrzegam, że liczba bohaterów w ciągu czytania ulega uszczupleniu, aczkolwiek nie podam konkretnych imion, żeby nie psuć lektury.

Gdybyśmy wiedzieli ile goryczy los trzyma dla nas w zapasie, z pewnością skulilibyśmy się ze strachu i wypuścili z rąk czarę życia, nie skosztowawszy ani kropelki.

Niewątpliwie podczas podróży przez tę jakże piękną powieść trzeba się skoncentrować. Wydaje mi się, że momentami autorka zostawiła zbyt dużo rzeczy "w domyśle" i między wierszami, bo nie do końca byłam w stanie połapać się w intrygach. Narratorką jest Fedra i opowiada wszystko z, że tak powiem dalszej perspektywy. Cała opowieść jest przekazana jakby już na długo po wydarzeniach, które miały miejsce, bo raz po raz spotykamy się z frazami "W tamtej chwili", "Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że X będzie mi towarzyszyć jeszcze...". Ten drugi przykład podałam trochę z głowy, ale mniej więcej mam to na myśli. Fedra pięknie maluje przed nami wizje zdarzeń mających miejsce podczas jej przygody. Przekazuje też sporo mądrości i wykazuje niesamowite poświęcenie i wytrwanie w postanowieniu uratowania kraju. Krajowi d'Angelinów grozi niesamowite niebezpieczeństwo i Fedra jest jedną z niewielu, którzy mogą kraj uratować.

Teraz kilak słów o romantyzmie, rzekomym romantyzmie w książce. Rzekomym, bo rekomendująca Strzałę kusziela Joanna Kułakowska określiła książkę jako "romantyczne fantasy". Szczerze? Praktycznie zero romantyzmu. Zmysłowość jest, ale amatorom gorących scen między namiętnymi kochankami których łączy uczucie muszę zasmucić. Owszem, wątki miłosne w książce się pojawiają, a jakże, w dodatku są dobrze przemyślane i zdecydowanie zepchnięte na dalszy plan, ale nie okraszone romantyzmem. Za to pojawiają się relacje toksyczne, jak i relacje opierające się na wzajemnym poświęceniu i uczuciu zagrożonym przez politykę, obyczaje i powołanie. Mnie osobiście ta wersja miłości w literaturze odpowiada dużo bardziej i wielce cieszy mnie fakt, że opasłe tomiszcze to nie tabuny scen słodko-erotycznych z dodatkiem prowizorycznych intryg napisanych na kolanie. U Jacqueline Carey nic nie jest zrobione "na odwal".

Co do fantastyki - objawia się ona sporadycznie i chyba mocniejszy wydźwięk ma pośród licznych religii i rytuałów oraz wierzeń umieszczonych przez autorkę w książce. Ale Strzałę kusziela czyta się błyskawicznie i z niegasnącym zainteresowaniem. Rozdziały są krótkie, liczące sobie 3-5 kartek i dzięki temu znane wszystkim książkowym molom powiedzonko "Jeszcze tylko jeden rozdział" przekłada się na "Jeszcze tylko trzy rozdziały". Wiem o tym z własnego doświadczenia, bo zwolniłam dopiero pod koniec, kiedy to nie chciałam rozstawać się z Terre'd'ange (miasto Elui - boga d'Angelinów).


Uznałam, że skoro strażnicy duejny nie wspomnieli o mojej nowej znajomości, to ja też zachowam ją w sekrecie, bo tajemnice są często jedynym atutem dziecka w świecie dorosłych.

Pomocną na pewno okazuje się lista bohaterów zamieszczona na początku powieści. Jest również mapa, co ciekawe, mapa Europy z nieco odmiennym podziałem granic i zdecydowanie innymi nazwami państw niż ma to miejsce w rzeczywistości. Nie powiem, podoba mi się taki pomysł, przeróbki realnej wersji naszego kontynentu.

Kończąc mój opiewających Strzałę kusziela pochwałami wywód powiem, że warto sięgnąć po tą niesamowitą książkę. Jej objętość działa na korzyść, bo gdy po lekturze trzystu niesamowitych stron mamy przed sobą ponad drugie tyle buzia się cieszy, a oczka czytają dalej. Fedra wkroczyła w poczet moich ulubionych bohaterek literackich i w dodatku wbiła się do czołówki. Jestem jednak ciekawa, czym Jacqueline Carey zaskoczy mnie w kontynuacjach (równie opasłych, co tom pierwszy), bo na mój gust niesamowicie dużo atutów wykorzystała w tym tomie. Ale coś mi mówi, że najzwyczajniej w świecie będę zbierała szczękę z podłogi.

Wszyscy jesteśmy podobni w ostatecznym rozrachunku. I żadne z nas nie rodzi się po to, by tylko brać, a nie dawać

Moja ocena: 9/10

Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: Mag
Ilość sron: 688
Rok wydania: 2001 (oryginał), 2011 (w Polsce)

Cytaty pochodzą z książki.
Przeczytane do wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu - 4,5 cm

23 kwietnia 2014

Tfu, pluje Chlu!

Taki nietuzinkowy tytuł powinien przyciągać uwagę. Ja jednak sięgnęłam po książkę z racji tego, że lubię a) polską fantastykę, b) Marcina Wrońskiego, c) książki wydane przez Fabrykę słów. Trzy argumenty na rzecz zabrania Tfu, pluje Chlu do domu. Tomik Opowieści z Pobrzeża jednak trochę u mnie poleżał, a gdy w końcu zabrałam się za lekturę...

Specyficzne pióro Marcina Wrońskiego wymaga pewnego... przyzwyczajenia się do niego. Odkryłam to już przy lekturze powieści tegoż autora i utwierdziłam w tym przekonaniu podczas czytania zbioru opowiadań. Polscy autorzy bardzo się lubują w tej formie literackiej, bo niestety nie pamiętam, kiedy ostatnim razem przeczytałam jakąś powieść polskiego pisarza. No, ale co tam, antologie też są w porządku, o ile twórca wszystko przemyślał i potrafił odpowiednio szybko przekazać niezbędne informacje odbiorcy. I tak właśnie stało się z Opowieściami z Pobrzeża.

Tomik zawiera dziewięć opowiadań. Każde z nich, oprócz trzech dłuższych, mieści się na około trzydziestu stronach. Jak już człowiek wczyta się w jedno z opowiadań, nie sposób przerwać w połowie. Od razu można połknąć całość, tym bardziej, że opowiadania są podzielone na fragmenty liczące sobie maksymalnie trzy kartki. Szybko schodzi, ale jednak trochę w język Wrońskiego trzeba się wgryźć. Styl autora zawiera całkiem sporo archaizmów i jest stylizowany na dawniejszą gwarę. Zawiera też sporo określeń nieco... niekulturalnych, ale nie typowych współczesnych wulgaryzmów. Momentami miałam wrażenie, że pan Wroński trochę z tym przedobrzył, ale koniec końców nie narzekałam zbyt mocno na te określenia.

Postaci wykreowane przez autora są znane tym, którzy czytali już Węża Marlo, ale uprzedzam, że nie jest konieczna taka kolejność lektury. Bohaterowie przewijają się przez wszystkie opowiadania, choć często pojawiają się postaci epizodyczne, które tylko w jednym opowiadaniu stają się ważniejszymi pionkami w grze.

Na uwagę zasługuje grono bóstw stworzonych przez autora. Chlu - bóg wody, Agni - pan ognia, Erh - władca ziemi, oraz Puf władający żywiołem powietrza. Ważne role odegrali też Ojciec-Słońce i Matka-Księżyc. Właśnie zależności między tą szóstką i potyczki między bogami najbardziej przypadły mi do gustu, a niestety nie wiele tego otrzymałam, bo pod sam koniec lektury. Ale już podczas czytania Węża Marlo zwróciłam uwagę na specyfikę tych osobliwości i tym razem i tak dowiedziałam się więcej o historii i ich powiązaniach.

Ponarzekać można na okładkę. Kolorystycznie bardzo przeciętnie, graficznie wręcz... odpychająco. Notatka z tyłu brzmi całkiem zachęcająco, ale... ale front nie przyciąga wzroku. Szkoda, bo można się nieźle wkręcić w dzieło pana Wrońskiego.
Kończąc mój wywód w podsumowaniu rzeknę, że Tfu, pluje Chlu całkiem przypadło mi do gustu i z trudem przebrnęłam tylko przez dwa, lub trzy opowiadania. Na szczęście, krótkie. Jeżeli jeszcze kiedyś będę miała okazję sięgnąć po książkę autorstwa pana Marcina, na pewno to zrobię.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Marcin Wroński
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 343
Rok wydania: 2004

Przeczytane w ramach wyzwań: 1. Fantastyczna Polska, 2. Z półki, 3. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,2 cm)

5 kwietnia 2014

High Five - Czekam na polskie wydanie...

...ale się nie doczekam. Ale uwielbiam robić tego rodzaju rankingi, zazwyczaj, o ile tylko nie chwyci mnie leń przewlekły, albo nadmiar obowiązków. A, że na razie na recenzję będzie jeszcze trzeba trochę poczekać, to w ramach przerywnika z bólem serca prezentuję poniższe zestawienie książek, które w końcu będę musiała dorwać w wersji angielskiej, bo chyba w polskim jeżyku się nie ukarzą. No, może wrzucę z jedną, która na pewno przekład na nasz język otrzyma...


HIGH FIVE! to akcja, w związku z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp... Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami.Link do akcji


1. Demi-Monde: Spring - Rod Rees
Tak genialna książka, jaką była część pierwsza, miażdżące zakończenie i akcja pędząca w niesamowitym tempie. I brak kontynuacji po polsku. Fakt faktem Zimę czytałam chyba ze dwa lata temu, ale wciąż, na myśl o tym, że nie będzie dalszego ciągu w polskich księgarnia, krew mnie po prostu zalewa...




2. BZRK Reloated - Michael Grant
Tego pana przedstawiać chyba nie trzeba. Przeczytałam całą serię GONE, a BZRK oczarowało mnie, wciągnęło, uzależniło i... i co? I teraz mam żyć na głodzie? Najwidoczniej, bo pierwsza część wyszła sporo czasu temu, a z tego co się orientuję, to za granicą już nawet i trzecia część się ukazała, a u nas? Cisza. Kolejna świetna seria poszła do kosza...



3. Wait for dusk (Dark Days#5) - Jocelynn Drake
Czyli wampiry w okrutnym wydaniu, intrygi, dużo akcji - brzmi jak przepis na świetne urban fantasy. I seria Dni mroku faktycznie taka jest. Jednak w erze (miejmy nadzieję już przemijającej) przesłodzonych krwiopijców polujących na sarny i króliczki zamiast na ludzi książki Jocelynn Drake się zagubiła i kontynuacja w postaci dalszych tomów nie ujrzała na polskim rynku światła dziennego. A jest to jedna z lepszych serii urban fantasy, jakie czytałam...



4. Sacrificial magic (Downside Ghosts series) - Stacia Kane
Sytuacja podobna do tej przedstawionej wyżej. Kolejna seria, która się nie wybiła, a szkoda, bo przygody Chess Putnam nie są mi obce i na pewno przez wielu doceniane. W tym przeze mnie - fankę urban fantasy. Przeczytałam trzy tomy które ukazały się nakładem wydawnictwa Amber (poprzednie trzy książki, które nie będą miały polskiej kontynuacji również są od tego wydawnictwa... Nie, żeby coś...) przekonana, że to trylogia. Żadne takie... Seria o Chess ma pięć tomów, jak dotąd, nie wiem, czy to wszystko, ale z chęcią sięgnę kiedyś po angielskojęzyczne części, które w Polsce już się nie ukarzą. Seria jedna z najlepszych urban fantasy, jakie czytałam, skazana na niedokończenie. Smuteczek.


5. City of heavenly fire (The Mortal instruments#6) - Cassandra Clare
Tej akurat książki się doczekam. Fajnie, bo seria jest świetna, choć czytając drugi tom Diabelskich maszyn stwierdziłam, że albo umiejętności autorki troszkę podupadają, albo... albo to ja dorastam i wyrastam z nawet najlepszych powieści młodzieżowych. Sama nie wiem, która opcja jest gorsza. Liczę na to, że ostatni tom zarówno Darów anioła, jak i Diabelskich maszyn mnie nie zawiodą i podniosą moją opinię o twórczości Cassandry... I błagam, niech ona się nie bierze za pisanie z P. C. Cast... Ładnie błagam.

1 kwietnia 2014

Przeminęło z marcem...

Czyli podsumowanie miesiąca, który wypadł nie najgorzej jak na obecne standardy czytania w moim przypadku. No, to lecimy:

Ilość przeczytanych książek: 8 (w tym 4 mangi, więc...)
Najlepsza książka miesiąca: Więzy krwi i Ao No Exorcist Tom 3
Najsłabsza książka miesiąca: -
Do biblioteczki przybyło: 5 książek, więc jestem w tyle o jedną... Ach, ten Pyrkon
Postów było: 8
Recenzji pojawiło się: 5
Pod kątem wyzwań marzec wygląda następująco:
1. Z półki (4, więc jest już 8 z 16)
2. Grunt to okładka (2)
3. Dystopia 2014 (0)
4. Fantastyczna polska (0)
5. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 14,4 cm, więc jest już 28,9 cm z 160 cm)
Obserwatorów: było 146, jest 156 a więc witam nową dziesiątkę wśród zastępów moich obserwatorów;)

Oprócz tego byłam na Pyrkonie i jestem przy końcówce trzeciego sezonu Gry o tron, od której jestem poważnie uzależniona. W kwietniu chciałabym przyhamować z kupowaniem książek (ewentualnie tylko Mechaniczna księżniczka), a znów spróbować trochę zejść, może nawet poniżej trzydziestki z tym, co czeka w kolejce. Udanego kwietnia!


I sympatyczny wilkor na Do widzenia :)
DżejEr