30 grudnia 2016

Czytelnicze blaski i cienie roku 2016


Ile przeczytałam w roku 2016 - nie ważne. Ale inaczej ma się sprawa z tym co przeczytałam, a było to dwanaście miesięcy z bardzo mocnymi nazwiskami, które wzbudzają zazwyczaj wiele westchnień wśród nałogowych książkoholików.

Przeczytałam sporo dobrych książek, ale kilka perełek zasługuje na wyjątkowe wyróżnienie, a one właśnie znajdują się poniżej.

NAJLEPSZE KSIĄŻKI ROKU 2016


Nie uniknęłam niestety i książkowych rozczarowań, ale na szczęście nie było ich aż tak wiele. Poza przedstawionymi w tym poście tytułami trafiło się całkiem dosyć przeciętniaków, które nie zasłużyły na szczególną wzmiankę w podsumowaniu.

NAJGORSZE KSIĄŻKI 2016 ROKU


Plany na 2017? Nie robię. Będę po prostu czytać.

Przeczytane w 2016 roku

Styczeń:

1. Posłaniec strachu (Michael Grant)

2. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet 1 (Stieg Larsson)

3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet 2 (Stieg Larsson)

Luty:

4. Pełnia księżyca (Jim Butcher)

5. Droga królów (Brandon Sanderson)

6. Linia uskoku (Barry Eisler)

7. Przewodnik po świecie Narnii (Andrea Monda - Paolo Gulisano)

8. Beowulf (J. R. R. Tolkien)

9. Uczta dla wron 1: Cienie śmierci (George R. R. Martin)

Marzec:

10. Uczta dla wron 2: Sieć spisków (George R. R. Martin)

11. Nomen Omen (Marta Kisiel)

12. Miranda (Antoni Lange)

13. Czerwone gardło (Jo Nesbo)

14. Moja walka o każdy metr (Thomas Morgenstern)

15. Świńskim truchtem (Joanna Fabicka)

16. Noc blizn (Alan Campbell)

Kwiecień:

17. Dziewczyna, która igrała z ogniem 1 (Stieg Larsson)

18. Dziewczyna, która igrała z ogniem 2 (Stieg Larsson)

19. Władcy dinozaurów (Victor Milán)

20. Zew krwi (Nancy A. Collins)

21. Taniec ze smokami 1 (George R. R. Martin)

Maj:

22. Taniec ze smokami 2 (George R. R. Martin)

23. Hamlet (William Shakespeare)

24. Królowa zdrajców (Trudi Canavan)

Czerwiec:

25. Zamek z piasku, który runął 1 (Stieg Larsson)

26. Zamek z piasku, który runął 2 (Stieg Larsson)

27. M jak magia (Neil Gaiman)

28. Nazwanie bestii (Mike Carey)

29. Blues duchów (Jonathan Maberry)

Lipiec:

30. W zdumiewającej sprawie nakręcanego człowieka (Mark Hodder)

31. Tuzin czarnych róż (Nancy A. Collins)

Sierpień:

32. Wcielenie kusziela (Jacqueline Carey)

33. Koszmar na miarę (Robert Cichowlas & Kazimierz Kyrcz Jr.)

34. Dworzec Perdido (China Mieville)

35. Konfrontacja (Rhiannon Frater)

Wrzesień

36. Cmętarz zwieżąt (Stephen King)

Paźdzernik:

37. Song umarłych (Jonathan Maberry)

38. Powrót króla (J. R. R. Tolkien)

39. Mała księżniczka (Frances Hodgson Burnett)

Listopad:

40. Kot alchemika (Walter Moers)

41. Harry Potter i Kamień Filozoficzny (J. K. Rowling)

42. Atramentowa śmierć (Cornelia Funke)

43. Santa Olivia (Jacqueline Carey)

44. Nieznajomy (Harlan Coben)

45. Gorefikacje (Antologia)

Grudzień:

46. Przedrzeźniacz (Walter Tevis)

47. Lśnienie (STephen King)

48. Wschód złego księżyca (Jonathan Maberry)

Recenzje większości tytułów znajdują się w zakładce "Spis recenzji".

28 grudnia 2016

Lśnienie


Nie zawsze trzymam się zasady mówiącej o czytaniu książek przed zapoznaniem się z ekranizacją. Tak było też teraz, w przypadku kolejnego spotkania ze Stephenem Kingiem i jego Lśnieniem. I o ile podczas początkowych rozdziałów widziałam w roli głównego bohatera tylko Nicholsona, to przy dalszej lekturze trochę w mojej głowie się poprzestawiało i Torrance zyskał nieco inne rysy twarzy.

Jack wraz ze swoją rodziną, Winifredą (skąd się biorą takie imiona?) i Dannym przenosi się na okres od jesieni do wiosny do hotelu Panorama, gdzie pełnić ma przez te pół roku rolę dozorcy. Hotel położony jest w malowniczym, górskim otoczeniu i Jack będzie tam miał warunki do ukończenia pisanej przez siebie sztuki. Pewnego dnia natrafia w podziemiach Panoramy na prasowe wzmianki o przeszłości hotelu, a synek Jacka, Danny zakrada się wbrew zakazom do pokoju numer 217, w którym wydarzyła się tragedia.

Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego końca roku, przynajmniej pod względem czytelniczym. Przyznam się, że każdej kolejnej książki Kinga się obawiam, bo pisze on dość specyficznie i nie wszystkie tytuły, które ma pisarz na koncie i które przeczytałam podeszły mi. Nie zmienia ta faktu, że Lśnieniem jestem bardzo usatysfakcjonowana, bo, co zdarzyło mi się po raz pierwszy od dawna, książka zainteresowała mnie już pierwszymi stronami.

Postać Jacka od samego początku mi się spodobała i został on moim ulubieńcem do końca. Znakomicie czytało mi się rozdziały mu poświęcone, a co, za tym idzie, większość powieści. Oczywiście nie jest on jedynym bohaterem, bo równie ważnymi postaciami okazują się Wendy i Danny, których losy obserwowałam z równym zaangażowaniem. Pokochałam jednak kreację Jacka i nawet udało mi się znaleźć w sobie bardzo dużo zrozumienia względem jego postaci.

Panorama to przerażający hotel. Jest miejscem okrutnym, które stopniowo wywiera na Torrance'ów coraz większy wpływ. Szaleństwo postępuje i jednym z najgorszych momentów podczas czytania była chwila, w której jeszcze gdzieś podświadomie wierzyłam, że bohaterowie się uwolnią. Liczyłam na to, choć doskonale wiedziałam, jaki koniec ma ta historia. Co więcej, urzekł mnie przejmujący, pełen grozy mroźny klimat powieści. Bardzo się cieszę, że tej grudniowej pory dane mi było skosztowanie wszechobecności białego puchu, a nawet kilkumetrowych zasp, pomimo tego, że za oknem temperatura była na plusie.

U Kinga napięcie wzrasta stopniowo, lecz już od samego początku. Wciągnęłam się od razu, ale to pewnie też za sprawa dosyć niestandardowego początku, w którym Jack natychmiast zaskarbił sobie moją sympatię. To nie świadczy o mnie zbyt dobrze, że tak bardzo mnie jego postać zahipnotyzowała, a na pewno zadaje kłam nazwie bloga, ale co poradzę, Torrance ląduje wśród grona ulubionych literackich postaci.

Trochę wymęczyła mnie końcówka, w której napięcie stało się trochę zbyt przytłaczające, a wydarzenia za bardzo rozwleczone. To był moment, w którym trochę zabrakło mi dynamiki. Ale tylko trochę... Co ciekawe, to mój jedyny i stosunkowo nie wielki zarzut pod adresem Lśnienia. Całą resztę kupuję - wszelkie przejawy szaleństwa, w zasadzie spiralę szaleństwa, która się rozkręca i zbiera swoje żniwo, mroczną przeszłość Panoramy i osobiste demony Jacka - wszystko to daje znakomitą mieszankę, dzięki której powieść Stephena Kinga niesamowicie porywa.

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 540
Rok wydania: 1977 (oryginał), 2016 (wydanie kieszonkowe w Polsce)

25 grudnia 2016

TAG z Lekturami szkolnymi

Kiedy sądziłam, że już najpewniej nigdy żadnego TAGu nie zrobię i nie będę więcej zamieszczała postów z luźniejszą treścią na blogu pojawił się ON (Hrosskar) i mnie nominował. A ja naturalnie - dziękuję, bo na recenzję Lśnienia przyjdzie jeszcze chwilę poczekać. Więc skoro mamy dzisiaj pierwszy dzień świąt, ja mam po prawej stronie od kompa idealną poranną kawę i wszamałam przepyszne śniadanie, co więcej, z pidżamy nie muszę wyskakiwać, nie pozostaje nic innego jak tylko tę sielankę uzupełnić pisaniem odpowiedzi w Lekturowego Tagu. A w tle Pearl Jam.


1. Moja ukochana lektura szkolna to...
Potop. Śmieszna sprawa z tą książką - w ogóle nie chciałam czytać, aż w pewnym momencie się zawzięłam i za cel honoru sobie postawiłam skończenie tej lektury. I od czasów liceum nie sięgnęłam jeszcze po całą trylogię Sienkiewicza, ale może niebawem to nastąpi.

2. Najgorsza lektura szkolna, jaką przeczytałam, to...
Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo cholera, to, co było nudne po prostu doczekiwało się lektury jedynie opracowania. Na pewno okropna była Lalka, Żeromski też mi nie podchodził, Cierpienia Młodego Wertera... Dziady, bo analizą strasznie nas katowano.

3. Pierwsza lektura, której nie przeczytałam, to…
Ha! Pamiętam! Kubuś Puchatek w klasie drugiej podstawówki. Dobrnęłam tylko do 32 albo 36 strony. Miałam wtedy straszne uczulenie na jakiekolwiek czytanie i nie było opcji, żebym przez A. A. Milne powieść przebrnęła. Ja ogólnie późno polubiłam czytanie...

4. Lektura szkolna, którą przeczytałam więcej niż raz, to...
Nie ma takowej. Zbieram się do ponownego czytania Hobbita. A fakt, że przerabiałam Pana Tadeusza w gimnazjum i w liceum nie ma nic do rzeczy, bo ani razu nie przeczytałam go w całości.

5. Lektura szkolna, do której wróciłam po latach...
A może być autor? Bo chciałam tu przemycić Szekspira. W sumie Makbeta przeczytałam chyba dwa razy, bo raz jak przerabialiśmy, a drugi do matury do prezentacji i ponadto, w mijający właśnie roku przeczytałam Hamleta. Więc się kwalifikuje.

6. Lektura szkolna, którą przeczytałam zanim dowiedziałam się, że jest lekturą, to...
Takiej też nie ma, bo jak już czytałam na porządku dziennym, to byłam w gimnazjum, a wtedy nie interesowałam się za bardzo literaturą piękną.

7. Lektura szkolna, którą udało mi się przeczytać dopiero niedawno, to...
Nic. Mistrz i Małgorzata nadal czekają.

8. Lektura szkolna, która powinna zniknąć z kanonu, to...
Król Edyp. O ile lubię dramat, to akurat ten był ciężko strawny.

9. Książka, która według mnie powinna być lekturą szkolną, to...
To może Ojciec chrzestny dla liceum? Albo Atramentowe serce dla młodszych klas gimnazjum. Pierwsza z wymienionych przeze mnie powieści wciąga i przemyca ważny przekaz, a druga pięknie traktuje o samych książkach i to w bardzo przystępny sposób. Może dzięki takiej powieści więcej dzieciaków wkręciłoby się w czytanie?

10. Lektura dowolna to ostatnia lektura przerabiana w czerwcu na języku polskim. Nauczyciel nie podaje żadnych wytycznych, uczeń sam wybiera książkę, którą chce przeczytać i przedstawić klasie. Co sądzisz o idei "lektury dowolnej"?
Idea jest jak najbardziej w porządku, wiadomo, że to, do czego młodzieży się nie przymusza działa znacznie lepiej. Poza tym daje się wtedy dzieciakom możliwość samodzielnego decydowania. Tylko, że patrząc nawet z własnego punktu widzenia - wielu poszłoby po najmniejszej linii oporu, wybrało coś cienkiego, lub na odwal. Plus do tego ciężko byłoby omówić odpowiednio wszystkie przeczytane dowolne lektury, bo dzieciaków w klasie jest sporo, nie każdy miałby okazję się wykazać, a ponadto wszyscy wiemy, jak jest w frekwencją w szkole w czerwcu. I z tym brakiem wytycznych bym się wstrzymała, gimnazjaliści pewnie ochoczo pobiegli do biblioteki po Pięćdziesiąt twarzy Greya, a omawianie tego na lekcjach...
Może i jestem trochę zbyt sceptyczna, na pewno są i tacy, którzy na dowolnej lekturze by skorzystali, ale podejrzewam, że byliby w mniejszości.

Nikt się ode mnie nominacji nie doczeka. Ale życzę miłego dnia i wypoczynku, sama uciekam do Lśnienia. Tradycja końcoworoczna powinna zostać przecież dotrzymana.

15 grudnia 2016

Przedrzeźniacz

W pozbawionym człowieczeństwa, zdominowanym przez roboty i technologię świecie pojawia się swego rodzaju anomalia - człowiek potrafiący czytać. Gdy pomyślimy o rzeczywistości, w której książek nie ma, a i nikt nie potrzebuje się nimi otaczać, przechodzą nas ciarki, ale Tevis wykreował znacznie gorszą wizję, w której próby pozornego zwiększenia wygody ludzkiego życia doprowadziły do niemal całkowitego upadku ludzkości.


Przedrzeźniacz jest książką napisaną przed trzydziestoma pięcioma laty i warto o tym wiedzieć jeszcze przed przystąpieniem do lektury, bądź chociażby ogarnąć to w jej trakcie, jak stało się w moim przypadku. Powieść zaczyna się niesamowicie przygnębiająco i specjalnie dużych dawek optymizmu do ostatniej strony autor nam nie funduje, co oczywiście idealnie wpisuje się klimat Przedrzeźniacza - ponury, surowy, niemal całkiem owładnięty technologią. Co prawda nie zostajemy szczegółowo w realia Nowego Jorku wprowadzeni, a kreślenie świata ma charakter fragmentaryczny - tu dowiadujemy się o robotach różnych marek, przy innej scenie o wykrywaczach, a za dwa kolejne rozdziały okaże się, za jak błahe przestępstwa można dostać się do więzienia.

Idealnie trafiłam z rozpoczęciem czytania Przedrzeźniacza w własny nastrój. Dzięki ponurym, pozbawionym nadziei początkom książki mogłam się w aurze przygnębienia pławić. Żeby było jasne, uważam się za bardzo radosnego człowieka i nie przepadam za użalaniem się nad własnym stanem, bo w końcu tylko i wyłącznie ja mam na niego wpływ. Ale zdarzają się gorsze dni i szczerze się cieszę, że też ciężką klimatycznie lekturę rozpoczęłam akurat będąc w mało entuzjastycznym nastroju - w przeciwnym razie bardzo szybko bym ją porzuciła, żeby się nie wytrącać z jakiegoś umiarkowanego błogostanu.

Przedrzeźniacz to lektura nad wyraz osobliwa, o prostym języku, która pomimo niewielkiej objętości może trochę się ciągnąć. Przyznam się, że sens zawarty przez Tevisa na tych dwustu pięćdziesięciu stronach do mnie trafił i jest to w dodatku motyw zmuszający do zastanowienia się nad kierunkiem, w jakim podąża świat. Za to oklaski się autorowi należą, ale jednak nie odebrałam powieści w pełni pozytywnie. Mam kilka zarzutów do książki i nie są to kwestie, na które jestem w stanie przymknąć oko.

Obrazując proces ponownego "uczłowieczania" człowieka autor w pewnym momencie zapomniał chyba, że pisze o jednostce dorosłej i w pełni rozwiniętej umysłowo. Chwilami w oczy raził nadmierny infantylizm, z jakim Paul "odkrywał" świat na nowo i to w tych momentach najbardziej odechciewało mi się czytać dalej, a zwykle nie mam takich zapędów przy krótkich powieściach. Ponadto motyw tytułowego Przedrzeźniacza to zwyczajny cytat, który przewija się przez kolejne rozdziały i niczego odkrywczego nie wnosi do fabuły ani nie wzbudza żadnych skrajnych emocji, przynajmniej u czytelnika. Dużo bardziej spodobało mi się wplecenie, co prawda epizodyczne aczkolwiek bardzo adekwatne cytatu z Eliota:

I tak właśnie kończy się świat. Nie hukiem a skomleniem.

A na okładce i tak mój wzrok bardziej przyciąga zniszczone Empire State Building niż płonąca sylwetka człowieka...

A na sam koniec - postać Spoffortha. Już dawno żaden motyw nie spodobał mi się w książce tak bardzo i został bardzo słabo rozwinięty. Nie napiszę dokładnie o co chodzi, lepiej sprawdzić samemu, serio! W każdym razie mam wrażenie, że Spofforth powinien dostać tyle samo miejsca co Paul w książce, jeżeli nie więcej, bo był bohaterem dużo ciekawszym, na którego rozwój Tevis najpewniej pomysłu mógł nie mieć, a szkoda.

Koniec końców śmiem twierdzić, że całokształt prezentuje się jak najbardziej na godny pochwały i uznania, natomiast niektóre z elementów składowych nie zagrały i to do tego stopnia, że nie jestem w stanie uznać lektury za w pełni satysfakcjonującą. Na końcu zrobiło się trochę dynamiczniej i gdyby było tak przez całą powieść mogłabym Przedrzeźniacza uznać za zdecydowania udaną książkę, a zrobić tego nie mogę. Być może kolejna powieść Tevisa, która ukaże się w nadchodzącym roku bardziej przypadnie mi do gustu.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: Mockingbird
Autor: Walter Tevis
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 254
Rok wydania: 1980 (oryginał), 2015 (w Polsce) 

10 grudnia 2016

Nieznajomy

Harlan Coben to pisarz znany i w dodatku lubiany. Pisze dobrze, choć nie uważam go już za wybitnego, tak jak jeszcze kilka lat temu, kiedy na obszarze zwanym literaturą sensacyjną i kryminalną jeszcze raczkowałam. Nie uważam, żebym przez ten okres mocno podciągnęła się i była teraz wilce rozeznana, ale poznałam lepsze powieści...

W swojej najnowszej powieści Harlan Coben zaprasza nas do niebezpiecznego świata tajemnic. Po prostu, tajemnic - naszych, własnych i tych należących do najbliższych. Drobiazgów, a także sekretów dużo większego kalibru zadających kłam osobistemu przekonaniu, że tę bliską nam osobę znamy dobrze i na wylot. Bohaterem zmagającym się z okrutną prawdą o swojej żonie jest Adam Price, na pozór zupełnie zwyczajny obywatel amerykańskiego miasteczka jak ze snu. To jemu zostaje zdradzona tajemnica jego żony, która znacząco narusza zaufanie Adama do Corinne. Tytułowy nieznajomy po spotkaniu z Adamem przypuszcza atak na prywatność kolejnych ofiar o niekoniecznie nieskalanym sumieniu...


Przyznam, że nie spodziewałam się specjalnie porywającej lektury, bo takie też podejście mam do książek z tego gatunku - jak do rozrywkowych czytadeł na kilka wieczorów. Równocześnie spodziewałam się bardzo szybkiej i przystępnej lektury, która nie pozostanie mi w głowie na długo. Coben, mając na koncie ponad dwadzieścia książek niewątpliwie potrafi szybko i poprawnie wykreować sobie bohaterów, których uwikła w przeróżne kłopoty. Nieznajomy to powieść poprawna i umiarkowanie porywająca. Nie zmrozi krwi w żyłach ani nie przyprawi o szybsze bicie serca. Czytało mi się ją nawet trochę, rzekłabym leniwie, bo nawet nie próbowałam rozpracować intrygi.

Wśród bohaterów niewątpliwie na pierwszy plan wysuwa się, przynajmniej przez początkowe rozdziały, Adam, głowa rodziny, kochający ojciec i mąż, prawnik. Nic szczególnego, nawet charakteru za bardzo nie pokazał, bo dowiadując się o żonie pewnych faktów na jej temat nie potrafił do końca zdecydować się, jak rozegrać tą sprawę. Postacie poboczne zostały nakreślone poprawnie, były wiarygodne, co nie znaczy, że którakolwiek okazała się godną zapamiętania na dłużej. Co do samej intrygi, przyznam, że lekko zaskoczona byłam, ale daleko znajdowałam się od stanu, w którym musiałabym zbierać szczękę z podłogi, czy też zarywać noc z powodu chęci dowiedzenia się o dalszych poczynaniach bohaterów. Wszystko jak najbardziej kupy się trzyma, ale nie szokuje ani nie podnosi ciśnienia. Dlatego też jestem skłonna zaliczyć książki tego autora do lektur będących przerywnikami, co prawda całkiem dobrymi, ale jednak przerywnikami między poważniejszymi, ambitniejszymi powieściami.

Jakby nie było, Coben napisał bardzo przyjemną, wystarczająco absorbującą i szybko w lekturze powieść. Nawet skłonił do delikatnej refleksji na temat prywatności, sekretów, doprowadzając próby zastanowienia się nad tym co ludzie są w stanie ukrywać nawet przed tymi, którzy ufają im najbardziej. Wydaje mi się, oczywiście było tak jeszcze przed przeczytaniem Nieznajomego, że nie da się nikogo poznać... w całości. Nie ma opcji, a sam proces dochodzenia do stanu, w którym można powiedzieć, że zna się kogoś dobrze to kwestia kilku lat. A z drugiej strony, jak ocenić, czy są rzeczy, o których bezwzględnie mówić trzeba oraz kiedy, wręcz przeciwnie, powinno się niektóre kwestie zachować dla siebie?

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: The Stranger
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 414
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

9 grudnia 2016

Santa Olivia

Czy da się bazując na powszechnie przerobionych już literacko schematach napisać powieść wciągającą, wywołującą silne emocje i pomimo mało oryginalnych podstaw nietuzinkową? No pewnie, że się da. Trzeba się tylko nazywać Jacqueline Carey.

Santa Olivia, a raczej Święta Olivia to patronka Posterunku 12, ziemi niczyjej między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, której mieszkańcy zmagać się muszą z szalejącą zarazą, o której przyczynie nic czytelnikowi w zasadzie nie wiadomo, choć bohaterowie książki nie posiadają dostępu do większej ilość informacji. Autorka proponuje nam śledzenie losów Carmen, kobiety, która po romansie z przedstawicielem genetycznie modyfikowanego gatunku człowieka rodzi niezwykłą dziewczynkę, która otrzymuje imię Loup. Od tej chwili to ona staje się główną bohaterką i to jej losy koncentrują na sobie uwagę czytelnika. Życie w Posterunku 12 nie rozpieszcza, ale jest jeden promyk nadziei - ten, komu uda się wygrać w organizowanych przez rządzącego generała walkach bokserskich dane będzie wydostanie się na zewnątrz. Bez względu na to, co się za murem znajduje...

Spodziewałam się czegoś dobrego, bo mam na koncie już trzy książki Carey. Wiedziałam, że styl jej pisania ponownie mnie zachwyci, choć przyznam, że jest mniej poetycki niż w Kuszielu. Nie drażni mnie to ani trochę, bo również i klimat Santa Olivii jest odmienny od tego wykreowanego w trylogii o Fedrze. Ogromnie żałuję, że nie ma zbyt wielkich szans na wydanie nowych książek z obu serii - bo Jacqueline Carey jest pisarką, którą czyta się już dla samego stylu.

Santa Olivia to opowieść o niezwykłej przyjaźni, walce o wspólne dobro i lepsze jutro oraz o poświęceniu. Loup jest specyficzną bohaterką, która z racji swojego nietypowego pochodzenia cechuje się wysoką wytrzymałością i siłą, ale także, co ciekawe, nieumiejętnością odczuwania instynktownych emocji. Nie wie, co to zazdrość, potrafi jednak wykazać się determinacją i udaje jej się, z pomocą przyjaciół, stanąć do walki. Carey wikła Loup w kilka skomplikowanych relacji - zarówno z bliskimi jak i z tymi nie do końca przychylnymi dziewczynie. Kolejną kwestią zdecydowanie przydającą Santa Olivii miana oryginalnej jest wplecenie w powieść wątku miłości homoseksualnej, łamiącej schematy i wzbudzającej zachwyt sposobem jej przedstawienia - pełnym realizmu, pasji, pozbawionym przesłodzenia i przeszkodami do przeskoczenia. Rzadko kiedy mam pozytywne nastawienie w stosunku do jakiegokolwiek romansu w powieściach, o czym już pisałam, a Santa Olivia to świetny przykład wyjątku od tej reguły. 

Są niestety też uchybienia, które kładą się cieniem na dziele stworzonym przez Carey. Pisałam już o powszechnych schematach użytych w powieści - autorka motyw dystopii traktuje jako całkowite tło do wydarzeń. Owszem, ciężkie czasy które nastały dla bohaterów są mobilizatorem do działań, jednak słabo nakreślono niestety te nieprzystępne realia. Ponadto sama kwestia modyfikowanych genetycznie żołnierzy to jedynie drobny akcent w powieści - mający swoje konsekwencje, ale jednak akcent. Przymykając oko na te drobne wady można zatopić się w bardzo dobrej historii, która na pewno, przynajmniej częściowo pozostanie w głowie. 

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Santa Olivia
Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: Piąty Peron
Ilość stron: 392
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Seria Santa Olivia:
1. Santa Olivia
2. Saints Astray

1 grudnia 2016

A listopad przeminął!

W sumie to nie robię ostatnio podsumowań bo mi się nie chce. Ale można by coś od czasu do czasu skrobnąć, nie tylko w sumie o książkach, choć w tym temacie i tak najwięcej będę miała do napisania.

Co przeczytałam w listopadzie?


Pięć książek to bardzo przyzwoity wynik jak na mnie, szczególnie, że Atramentowa śmierć była niezłą cegłą (ponad sześćset stron). Zlitowałam się w końcu nad Kotem alchemika, którego kupiłam będąc na pierwszym roku studiów czyli trzy lata temu. I żałuję, że tak późno po niego sięgnęłam, bo wyobraźnia autora niesamowicie mnie zachwyciła. Harry to już klasyka sama w sobie, a sięgnęłam po niego w nagrodę, dla samej siebie, z jakiej okazji? Otóż...

Szaleństw w listopadzie było więcej.

Obrona pracy licencjackiej! Udało się, obronione na cztery, sam egzamin wywołał we mnie niepotrzebnie mnóstwo stresu, bo dostałam dwa pytania o opinie i tylko jedno z wiedzy. W każdym razie jestem licencjatem socjologii i mam nadzieję za trzy lata być magistrem. Nie dwa, bo trafił mi się rok przerwy. Nowy semestr już się zaczął, a ja dopiero 9 listopada się obroniłam. Jakby nie było, przerwa mi nie przeszkadza. Czasu na pewno nie będę marnować.


Kolejny punkt tego podsumowania to nowe nabytki książkowe. Wstawiam poniżej zdjęcie z zakupami z chyba jeszcze z wakacji, września, października na pewno i chyba listopada, bo nie kojarzę, czy coś kupowałam. Na fotce brak zdobyczy z biblioteki i Harry'ego Pottera który został wywieziony do mojej osobistej "biblioteki głównej". 

Od dołu: 
1. Słowa światłości (Brandon Sanderson) - kupowanie cegieł tuż przed przeprowadzką... żeby było wygodniej... Już podczytuję na boku.
2. Nigdziebądź (Neil Gaiman) - ostatnia szansa dla Gaimana, pożyczka od kumpeli
3. Mechaniczny (Ian Tregilis)
4. Księga dżungli (Rudyard Kipling) - prezent urodzinowy
5. Pachnidło (Patrick Süskind) - podprowadzone z biblioteczki mojej mamy
6. Rycerz siedmiu królestw (George R. R. Martin) - z tęsknoty za Westeros
7. Silmarillion (J. R. R. Tolkien) - nie można nie mieć w zapasie żadnej książki Tolkiena na półce
8. Hamlet (William Shakespeare) - czytałam już w tym roku, aczkolwiek po polsku. Tutaj mam tekst oryginalny... Może w końcu zacznę czytać po angielsku
9. Zielona mila, Miasteczko Salem i Lśnienie (Stephen King) - Kieszonkowe wydania za niecałą dychę, jak tu nie brać?

Na chwilę obecną ograniczam zakupy, co było szczególnie trudne z racji pojawienia się Czarnego piątku oraz wystartowania wszelkich świątecznych promocji prezentowych. Ale twardo obstaję przy niezamawianiu książek, pomimo tego, że pojawiło się tyle świetnych nowości...
Noszę się z zamiarem założenia drugiego bloga, na którym od czasu do czasu pisałabym o rzeczach niezwiązanych z książkami, bo takowych jest całkiem sporo. Nie wiem jeszcze, czy to wyjdzie, jak wyjdzie, to dam znać.
Powodzenia w grudniu życzę wszystkim!