15 kwietnia 2017

Po drugiej stronie cienia

Wspominałam już niedawno o eksperymentach z mniej znanymi nazwiskami. Dzisiaj przychodzę z opinią o kolejnej takiej próbie - sięgnęłam w końcu i zlitowałam się nad książką, która leżała u mnie chyba ze dwa lata. Po drugiej stronie cienia zapowiadało się na lekką powieść, a że ostatnio w drodze do pracy czytuję te mniej wymagające książki, to zabrałam ją w teren. Ani chwili nie zastanowiłam się nad znaczeniem tytułu i jak się okazuje, wpakowałam się w mroczną lekturę na samym początku okresu wiosennego. W dodatku w książkę, która może uchodzić za polskie Nigdziebądź.

Piotr Sender osadził akcję swojej powieści w Olsztynie, jednak nie spędzamy w tam zbyt wiele czasu. Bardzo szybko czytelnik wraz z bohaterem przenosi się do mrocznej, nieznanej wersji miasta w celu odnalezienia zaginionej przed kilkoma miesiącami żony Magdaleny. Jego przewodnikami staje się grupka tajemniczych ludzi posiadających nadnaturalne moce i stosujących niekonwencjonalne techniki walki. Nasz bohater, Aleks błądzi wraz z nimi po ulicach alternatywnego Olsztyna i naraża swe życie po to, by odnaleźć ukochaną i za wszelką cenę powrócić do normalnego życia, w którym czeka na niego dobrze prosperująca firma...

Po lekturze otwarcie mogę powiedzieć, że autor Po drugiej s tronie cienia całkiem nieźle poradził sobie ze stworzeniem mrocznego klimatu. Ten wszechobecny mrok jest zasygnalizowany czytelnikowi bardzo dosadnie. Do Miasta Cienia trafiają wyrzutki, zagubieni i zapomniani, więc nic dziwnego, że aura niepokoju o przygnębienia nieustannie towarzyszyła mi podczas lektury i okazała się tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć już po zakończeniu czytania.

Żeby było jasne, ta książka spodobała mi się bardziej niż wspomniane wyżej Nigdziebądź, ale nie uznam jej również za wybitną. Sam ponury nastrój to jednak trochę za mało, żebym mogła się do reszty w lekturze zatracić, a niedoskonałość powieści powoduje nieco kulejąca kreacja bohaterów. Na początku zostaje zarysowana relacja między Aleksem i Magdą i tutaj dowiadujemy się tyle, że byli oni zapatrzonymi w siebie małżonkami, nic więcej. A gdy Aleks będący narratorem przechodzi do przedstawiania samego siebie, w pomysł na jego postać wkradają się nieco rażące sprzeczności. Bohater jest bowiem współudziałowcem w firmie, w której opracowuje się nowoczesną technologię, w dodatku skończył studia ścisłe i... kilka stron dalej przyznaje, że brakuje mu Magdy, bo od kiedy byli ze sobą to ona o wszystkim decydowała, jak choćby o tym, co powinien zjeść na kolację. Inżynier nie jest w stanie zorientować się, że ciężkostrawne jedzenie lepiej odpuścić w przypadku wieczornego posiłku. I właśnie dlatego samego Aleksa może nie tyle co nie polubiłam, co wydawał mi się mało wiarygodną postacią, bo przecież takie cechy charakteru zwyczajnie się ze sobą gryzą.

To, co zdecydowanie ratuje tę powieść to ciągła akcja. Przez cały czas coś się dzieje i czytelnik praktycznie nie ma prawa się nudzić. Ponadto autor wprowadził w pewnym momencie tak nieoczekiwany obrót zdarzeń, że z miejsca wykrzesałam z siebie trochę sympatii do głównego bohatera, co więcej, przeszłość Skiza została wpleciona w historię tak boleśnie łamiącą serce, że cieszę się, że udało mi się z moją odpornością na bardziej emocjonalne fragmenty w książkach powstrzymać od płaczu.

Piotr Sender pisze lekkim, nie wymagającym językiem, więc pomimo ciężkiego klimatu powieści przeczytać ją można stosunkowo szybko. W powieści pojawiają się pewne mankamenty, trochę drażnić może jedna wielka niewiadoma, w której utrzymywany jest zarówno główny bohater jak i czytelnik. Owszem, tajemnice są zawsze cenione, ale te zbyt długo nie wyjawiane po prostu wkurzają, a tutaj ma momentami miejsce właśnie taka sytuacja. Książka nadrabia ciekawymi zwrotami akcji, przesyceniem mroku i ciągle pędzącą do przodu akcją. Zachęcam do lektury, bo to całkiem niezły kawałek polskiego urban fantasy.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Piotr Sender
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 329
Rok wydania: 2012

8 kwietnia 2017

Apokalipsa Z: Początek końca

Każdy kto interesował się literaturą postapokaliptyczną, nawet w niewielkim stopniu wie doskonale, ile przeróżnych scenariuszy o końcu świata powstało. Specyficznym nurtem tego gatunku są powieści poruszające tematykę żywych trupów, które z dnia na dzień opanowują tereny zasiedlone przez ludzi. Również i na tym obszarze ciężko czytelnika (i widza, bo filmów o tej tematyce jest w bród) zaskoczyć. Pozostaje zaciekawić go wartką akcją i niekonwencjonalną formą, bo przecież same zombie, bez względu na to, co spowodowało ich pojawienie się pozostają tymi samymi potworami polującymi na żywe mięso.

Manel Loureiro (prawnik z Pontevedery) w roli głównego bohatera obsadził owdowiałego prawnika z Pontevedery. Na szczęście pierwszy tom Apokalipsy Z to nie pomnik postawiony przez autora na jego cześć, bo główny bohater (do końca książki bezimienny) w obliczu inwazji zombie nie zostaje super herosem, który staje na czele zbieraniny ocalałych. Przez około połowę książki mężczyzna w głównej mierze musi radzić sobie sam, a jego kontakty z niezarażonymi jeszcze jednostkami ogranicza się do krótkich wzmianek o tym, że doszło do jakiegoś spotkania i wymiany informacji. Na pozór taka zagrywka - koncentracja fabuły na jednej tylko, osamotnionej postaci wydaje się strzałem w stopę fundującym mozolną, nudną lekturę. I tutaj zaskoczę Was tak, jak i sama się zaskoczyłam podczas czytania. Książka mimo wszystko wciąga i śledzenie losów głównego bohatera i jego kota nie powoduje odruchu ziewania. Co ciekawe, czułam się wyjątkowo komfortowo czytając tylko i wyłącznie o tym, jak radzi sobie prawnik w obliczu apokalipsy. Miałam wrażenie, że jestem tylko ja i on z kotem, a wokół nas opuszczone miasto ze szwendającymi się tu i ówdzie zombiakami. Cudo. Wszystkie triki konieczne do utrzymania się przy życiu były pomysłami (bardziej lub mniej udanymi) tylko głównego bohatera i nadal wychodzę z podziwu, że mimo to książka utrzymała moje zainteresowanie i jeszcze wytworzył się bardzo fajny klimacik grozy. Zapewne spowodowany całkowitym odosobnieniem.

Powieść napisana została w formie pamiętnika i tutaj pojawią się moje zastrzeżenia co do warsztatu Loureiro. Generalnie nie jest to forma łatwa, bo, po pierwsze, trzymając się tego, jak wyglądają realia, takie codzienne, nikt nie opisuje w pamiętniku dokładnie krok po kroku całego dnia tak, żeby oddać pieczołowicie przebieg wszystkich kolejnych czynności. W ten sposób piszemy, gdy miały miejsce jakieś wyjątkowe wydarzenia. Oczywiście nie uogólniam tutaj - nie przeczytałam przecież wszystkich pamiętników świata, ale znam to z autopsji. Sama prowadzę pamiętnik od kilku lat i wiem, że np. dzień powiedzmy, moich urodzin opisałam szczegółowo, od rana, a to, co wydarzyło się w ciągu tygodnia spisywałam bardziej lakonicznie, robiąc tylko wzmianki. I przekładając to na realia powieści Loureiro, wątpię, żeby główny bohater w obliczu apokalipsy zombie miał czas niemalże codziennie, ewentualnie kilka razy w tygodniu siadać i spisywać dokładnie wydarzenia, szczególnie te w których otarł się na śmierć. Tu się pojawia kolejna kwestia - forma pamiętnika zdradza nam niechybnie fakt, że cokolwiek się nie wydarzy, główny bohater na pewno przeżył, bo przecież spisał wydarzenia. Pochwalić mogę w tym miejscu za urozmaicenia w postaci urwanych wpisów, które sugerowały, że podczas pisania coś naszego prawnika zaskoczyło i czytamy dalej, żeby się dowiedzieć, co to było. Powracając do błędów - w styl pisania Loureiro wkradła się bardzo irytująca niekonsekwencja. Przez trzy czwarte książki mamy wpisy do pamiętnika tekstem ciągłym, w którym zapisano, że ktoś coś powiedział (kiedy już oczywiście na scenę wkraczają kolejne postacie). Tymczasem pod koniec powieści autor pamiętnika stwierdził, że chyba chce go trochę urozmaicić i wejść na wyższy poziom pamiętnikarstwa zaczynając spisywać dialogi żywcem. To jest ten największy błąd, który koresponduje z tym, co pisałam wyżej. Przy pisaniu pamiętnika, takim codziennym nikt przy zdrowych zmysłach nie spisuje dialogów, bo nie da się ich oddać wiernie. Pomijając oczywiście takie kwestie jak, przykładowo, oświadczyny, kiedy to dziewczyna chce zanotować jak dokładnie ten wyjątkowy moment przebiegł, ale te wypowiedzi, które przytoczył autor nie wnosiły niczego nadzwyczajnego. Z racji tego, co wspomniałam wyżej, nie przekonała mnie fabuła spisana w tej konkretnej formie, choć domyślam się, jaki efekt chciał autor osiągnąć, ale niestety, w przypadku literatury postapokaliptycznej takie zagranie się nie sprawdza.

Apokalipsa Z pomijając powyższe niedociągnięcia, w przypadku których trochę ciężko było mi zbyć je machnięciem dłoni jest książką bardzo dynamiczną. Wciąga, może nie od samego początku, ale i tak już po kilku pierwszych wpisach widać, że "coś jest na rzeczy". Główny bohater może nie wzbudził we mnie wielkiej sympatii i niektórego jego pomysły wydawały mi się trochę niemądre, ale generalnie to dosyć ciekawa postać. Doświadczona przez życie, nie pozbawiona chęci walki, gotowa do działania. Nie wiele dowiadujemy się o rodzinie prawnika, ale nie uważam tego za wielką wadę. Najwidoczniej autor nie chciał się skupiać na kreacji postaci, które nie wnosiły zbyt wiele do fabuły. Sama sytuacja apokalipsy, wszechobecnego zniszczenia i grozy została bardzo dobrze przedstawiona i czytając odczuwałam gdzieś pod skórą autentyczny lęk o to, czy zdolności przystosowawcze głównego bohatera mu wystarczą. Jeżeli chodzi o kreację zombie - nie wyróżnia się ona niczym nadzwyczajnym, ale też nie jest specjalnie uboga. Nieumarli zostali przedstawieni oczywiście jako niebezpieczne, bezwzględne i odrażające istoty pragnące się wgryźć w tych, którzy żyją (jeszcze).

Po lekturze stwierdzam, że trafiłam na powieść, która mnie nie rozczarowała i mogę odetchnąć z ulgą. Właśnie z racji tej przygodowej otoczki lubię powieści o zombie, a moje poprzednie spotkanie z taką literaturą wywołało ogromne zgorszenie tym, co zaprezentowała autorka Zmierzchu świata żywych. Na szczęście są jeszcze dobre książki traktujące o apokalipsie zombie i Początek końca jest jedną z takich właśnie.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z. El principio del fin
Wydawnictwo: Muza
Ilosć stron: 413
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia zombie:
1. Apokalipsa Z: Początek końca
2. Apokalipsa Z: Mroczne dni
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

6 kwietnia 2017

Miasteczko Salem

Z nieco już większą ufnością podchodzę do kolejnych tytułów Kinga. W końcu mogę powiedzieć, że trochę z jego twórczością się otrzaskałam. Miasteczko Salem to ósma jego książka, po którą sięgnęłam, więc mogę rzec, że już wiem z czym mam doczynienia. Owszem, w mojej głowie dosyć długo Salem kojarzyło się z etykietką "czarownice" i przestawienie się na wampiry trochę trwało.

Historię Salem śledzimy w wielu perspektyw i również z wielu perspektyw obserwujemy rozgrywający się w miasteczku horror. Ta na pozór spokojna mieścina staje się domem groźnego i bezwzględnego krwiopijcy, który stopniowo zacieśnia pętlę wokół mieszkańców Salem. King prezentuje nam świetny, bardzo urozmaicony przekrój małej społeczności, w której czytelnik znajduje swoich faworytów jak i antybohaterów, których działania wywołują ciary na plecach.

Głównym bohaterem staje się pisarz, Ben Mears, który po dłuższej nieobecności powraca do Salem. Jego ścieżka splata się z losami nastoletniej Susan, dziewczyny z dobrego domu, która niespodziewanie go w sobie rozkochuje. Celem Bena staje się napisanie książki o pewnej mrocznej posiadłości na obrzeżach Salem, domu, w którym przed laty doszło do dramatu. Mroczna przeszłość, którą zgłębić chce pisarz splata się z nadejściem mrocznych dni dla Salem. Nadchodzi bowiem moment, w którym pora wykrzesać z siebie nieprzeciętne ilości odwagi i uwierzyć w to, co wydaje się całkowitym absurdem.

Od początku zaznaczyć należy, że akurat ta powieść Kinga, to nic odkrywczego. Owszem, być może w okresie, gdy Miasteczko Salem się ukazało, faktycznie poruszało tematykę mało popularną i w dodatku idealnie nadającą się na dobry horror. I pomimo faktu, że autor w tym przypadku nie zaskakuje nowatorskim podejściem, to i tak wychodzi ze swojego pomysłu obronną ręką. Stephen King nieco mozolnie snuje swoją historię bardzo powoli wprowadzając czytelnika w realia Salem. Koncentruje się na pieczołowitym przedstawieniu co ciekawszych mieszkańców, ale i samego miasta, nadając mu rysy typowej spokojnej mieściny, w której społeczność charakteryzuje się typową małomiasteczkową mentalnością. Poznajemy sporo postaci, znajdujemy sympatyków i antybohaterów, a potem związujemy się z nimi w takim stopniu, że z przykrością przychodzi przyjąć do wiadomości fakt nadchodzącej zagłady.

Początki lektury były oporne. Podejrzewam, że to z racji tej niezbyt świeżej tematyki, bo o małych, zapomnianych mieścinach czytałam już nie raz i po raz kolejny wgryzając się w podobne realia po prostu nieco się nudziłam. Owszem, motyw ten nie stał się całkowicie przeze mnie znielubionym, ale moja cierpliwość w oczekiwaniu na to, aż akcja ruszy do przodu została nieco nadwyrężona. Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że aby zbudować tę wszechobecną atmosferę niepokoju trzeba położyć solidne fundamenty, a do tego odpowiednio rozeznać czytelnika w sytuacji.

Jeżeli chodzi o kolejne elementy książki - stworzenie grupy "do zadań specjalnych" złożonej z osób, które przypadkowo natknęły się na siebie i udało im się zaprzyjaźnić, to i w tym temacie oryginalności nie znajdziemy. Jednak King stworzył tu bardzo różnorodny bukiet osobowości, ludzi w różnym wieku i o różnej wierze. O Benie rzec mogę tyle, że jego kreacja była według mnie jak najbardziej zadowalająca, natomiast na wyróżnienie zasługuje ojciec Callahan, którego chwiejne fundamenty wiary zostają zachwiane jeszcze bardziej. Dzięki jego postaci w Miasteczku Salem zostają przemycone treści o charakterze lekko filozoficznym, co na pewno dodaje tej historii pewnej głębi. Również postacią godną sympatii i zainteresowania okazała się szkolny nauczyciel Matt, z którego autorowi udało się zrobić zarówno człowieka poświęconego swojej idei jak i luzaka, który swoim charakterem zdobył jakiś skrawek mojego serca. Zakończę nieco nieprzyjemnym akcentem - Susan. Wiek panny Norton wyjaśniałby pewne naiwne zachowania i kłótliwy charakter, choć pewna jej konkretna akcja po prostu niesamowicie mnie zirytowała i wydaje mi się, że można tą akcję zakwalifikować jako taką z pogranicza logiki. Na Susan trochę jednak przymykam oko, bo raz, że nastolatka, dwa, że na gigancie, trzy, jest wiele innych charakterów, którym warto się przyjrzeć.

Rzadko kiedy sięgam po horror z obawą, że się go przestraszę. Książki chyba nie są w stanie siąść mi tak mocno na psychikę i jedynie chyba udało się to Cmętarzowi zwieżąt i Lśnieniu. Miasteczko charakteryzuje się oczywiście swoim tajemniczym, mrocznym klimatem, który jak najbardziej warto docenić, Natomiast nie przeraża w takim sensie "ryjącym". Co do samych wampirów, w ich wizerunek wkrada się delikatna karykaturalność, ale chyba nie powinnam się jednak odzywać w tej kwestii biorąc pod uwagę, że rozpoczynałam przygodę czytelniczą ze Zmierzchem. Och, jak ja chciałam nie nawiązywać ani razu do tego tworu... Niemniej jednak Miasteczko Salem polecić należy - jako klasykę horroru, klasykę literatury wampirycznej i klasykę samego Kinga. Po przebrnięciu przez nieco dłużący się wstęp dostajemy literaturę z górnej półki.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Salem's lot
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilosć stron: ok. 540
Rok wydania: 1975 (pierwsza publikacja), 2009 (w Polsce)