11 października 2017

Psy z Rygi

Jeżeli chodzi o literaturę spoza mojego sztandarowego gatunku, czyli fantastyki, to błądzę. Chcę czytać inne powieści, ale wybieram tytuły na tzw. czuja albo jak w przypadku Mankella, z polecenia. Nie jest mi z tym źle, bo mam zaufane źródła, na które mogę liczyć no i też bardzo mocno ufam mojej intuicji, na której jeszcze się nie przejechałam. 

Byłam świadoma tego, jakiego rodzaju trafi mi się lektura, gdy sięgnę po Psy z Rygi. Nie spodziewałam się kolejnego Milennium, bo nie samą wielką literaturą człowiek żyje. I tak oto z historią mającą swój początek na mroźnych wodach Bałtyku spędziłam kilka dni nie emocjonując się specjalnie zakończeniem kryminalnej intrygi jednak doceniając surowy urok uchwycony przez szwedzkiego pisarza.

Henning Mankell wydał tę powieść ponad dwadzieścia lat temu i również w tych czasach, schyłku XX wieku osadzona została fabuła. Psy z Rygi to drugi tom o Kurtcie Wallanderze, policjancie pracującym w szwedzkim Ystad, któremu przychodzi rozwiązywać zagadkę dwóch ciał, które przydryfowały w pontonie do wybrzeża małej miejscowości. Tytuł powieści sugeruje akcję rozgrywającą się na Łotwie, toteż w efekcie rozwoju śledztwa tam ląduje śledczy z Ystadu.

To, za co na pewno docenić chcę Mankella, to utrzymanie jego powieści w surowym, ponurym klimacie. Z jednej strony jest to kwestia umiejscowienia akcji - półwysep skandynawski oraz usytuowana nad północnym Bałtykiem Łotwa, a z drugiej posępny nastrój wprowadzany za sprawą przemyśleń głównego bohatera książki, czyli Wallandera. Dzięki temu Psy z Rygi to powieść nadająca się na klimatyczne, nieco melancholijne jesienne wieczory. Oprócz tego Mankellowi udało się zawrzeć w swej powieści odpowiednią dawkę napięcia. Koleje losu Wallandera niepokoją wraz z przemykaniem przez kolejne rozdziały i łatwo jest po prostu zaangażować się w lekturę.

Do warsztatu Mankella mam jednak kilka zarzutów. Oczywiście, wersja polska Psów z Rygi to nie w pełni miarodajny obraz, ale nawet słabsze tłumaczenie nie może być powodem wypadających sztucznie dialogów oraz niekonsekwencji związanych z wypowiedziami postaci. Wygląda to mianowicie tak, że część rozmów zapisano w książce jako normalną partię dialogową, natomiast część z nich to zwyczajne opisy. Jakby nie było, najwięcej informacji zarówno o postaciach jak i o tym, co się z nimi dzieje zazwyczaj czerpie się właśnie z ich wypowiedzi. I tutaj książka kuleje, bo charaktery zostały słabo zarysowane, co widać zarówno po oszczędnych, drewnianych wypowiedziach bohaterów, ale także po przeważających w książce opisach. Pomimo trzecioosobowej narracji ciężko doszukać się informacji o wyglądzie któregokolwiek z bohaterów, nawet tych nowo poznanych, z którym Wallander ma styczność po raz pierwszy. Co więcej, autor w zapisie dialogów nie uwzględnia w ogóle tonacji, pauz, wykrzykników i co za tym idzie, czytamy po części suche kwestie, które mogliby zinterpretować, po swojemu odgrywający konkretne postacie aktorzy.

Inna kwestia, która trochę szwankuje to samo śledztwo. Nie spodziewałam się pościgów z bronią w ręku, rozlewu krwi i przesłuchań w podziemiach komendy, natomiast liczyłam na poprowadzenie tego z jakimś sensem. Wallander bardzo mało swoich kolejnych działań planuje, co nieco wprowadza chaos. W pewnym momencie zupełnie z planu schodzi wątek dwóch ciał, które we wspomnianym wyżej pontonie przypłynęły. Jasne, były punktem zapalnym, który dał całej akcji początek, ale komisarz jakoś zupełnie o nich zapomina.

Sam bohater, Kurt Wallander jest wdowcem, który często poświęca się przemyśleniom o charakterze egzystencjalnym, co nadaje książce melancholijny, momentami mocno przygnębiający klimat. Wallander jest człowiekiem, który wiele sytuacji mających miejsce podczas rozwiązywania sprawy kryminalnej przenosi symbolicznie na swoje życie i motywy te co rusz przewijają się podczas lektury, ale jednak nie miała odczucia, żeby policjant był przesadnym malkontentem i zbyt mocno użalał się nad sobą.

Mankella warto pochwalić za tematykę, którą w Psach z Rygi poruszył. Akcja rozgrywająca się na Łotwie to historia tocząca się w świeżo wyzwolonym państwie, w którym nie wszyscy obywatele cieszą się z niepodległości i nie brak takich, którzy marzą o powrocie do starych reguł gry i czasów komunizmu. Powaga kwestii poruszonej w Psach z Rygi sprawiła, że lektura w moich oczach niewątpliwie zyskała i koniec końców okazała się powieścią wciągającą. Na pewno po Mankella jeszcze sięgnę, tym bardziej, że być może przy kolejnych tytułach te zgrzyty o których pisałam zostaną skorygowane.

Moja ocena: 6/10

4 października 2017

Krew władzy


Literatury, w której ludzkie niedoskonałości wysuwają się na pierwszy plan jest wiele. Książki o ludzkiej naturze niewątpliwie popularnością się cieszą, bo podczas sięgania po takowe pojawia się nadzieja, że odkryjemy jakiś skrawek tajemnicy o nas samych. Ja podczas lektury Krwi władzy takiego odczucia odkrywania swojej natury nie miałam, ale nie mogę zaliczyć tego tytułu do nieciekawych książek.

Ceridwen Dovey w bezimiennym kręgu bohaterów osadzonych gdzieś na świecie (choć i na to dowodów nie ma, ale wszystko wskazuje na to, że historia dzieje się na naszej kuli ziemskiej) postanowiła rozegrać spektakl przesiąknięty dążeniem do władzy. Te ludzkie zapędy do kierowania innymi ludźmi i przedmiotami ubrała w historię splecioną z losów kilku postaci. Na pozór to Prezydent jest najważniejszy, to on dzierży władzę, jednak z czasem do głosu dochodzą pragnienia i chęć narzucenia swej woli ze strony jego świty, portrecisty, kucharza i fryzjera.

Narratorami w powieści są trzej jegomoście wymienieni powyżej oraz otaczające ich kobiety, żony, córki i kochanki. W dosyć hermetycznym kręgu osób dochodzi do gierek, w pewnym sensie też manipulacji i fars, które w efekcie obnażają te wspomniane już niedoskonałości ludzkiej natury. Chodzi bowiem nie tylko o tę najprostszą do obalenia władzę prezydencką, ale i o władzę w sensie ogólniejszym, dotyczącą decydowania o innej osobie. I, co za tym idzie, bo każdy medal ma dwie strony, o dopuszczaniu do kierowania swoim własnym losem, o tym, do jakiego stopnia pozwalamy ingerować komuś w nasz byt.

Różnorodnych bohaterów łączy jedno - pragnienie wprowadzenia dyktatury, narzucenie swojej woli, często pokazane w bardzo zawoalowanej formie. Równocześnie Dovey gdzieś tam stara się nas zaszokować i tu przyznam, że nie do końca jej to wychodzi. Jest bardzo dużo opisów przemyśleń każdej z postaci, dialogi natomiast wychodzą racze średnio, szczególnie biorąc pod uwagę ich niewielki udział w całej książce. Zresztą sama objętość Krwi władzy funduje nam lekturę na co najwyżej dwa dni, co nie znaczy, że przez książkę da się tak po prostu przelecieć. Wymaga ona niewątpliwie odrobiny skupienia, już chociażby dlatego, że bohaterowie nie posiadają żadnych imion i trzeba się orientować w ich cechach charakterystycznych by wiedzieć, z kim mamy do czynienia. To za co sobie cenię autorów i śmiem twierdzić, że świadczy to o posiadaniu jakiegoś talentu to umiejętność ubrania w słowa prostych czynności, na które czasem nie zwracamy na co dzień uwagi. Tym autorka do mnie dotarła i w pewnym sensie dzięki temu potrafiłam się w jej stylu odnaleźć.

Krew władzy to ciekawie skonstruowana historia, która w umiarkowanym stopniu wstrząsa - nie należy się spodziewać nie wiadomo jak szokujących rozwiązań i obrazów, niemniej jednak jest to ciekawy obraz relacji ludzkich i ich budowania, takie z mocno uwypuklonym czynnikiem ludzkim i tym, do czego ludzka natura dążyć potrafi.

Moja ocena: 6,5/10

30 września 2017

Mój wrzesień

Czyli szok spowodowany powrotem zza granicy, ciepłego i pięknego miejsca zwanego wyspą Kos do jesiennej już w całkiem dużym stopniu Polski, w której czeka ciężki semestr nauki na dwóch kierunkach. Nie żebym narzekała, ale mam świadomość tego, że nadchodzące miesiące to niekoniecznie będzie czas relaksu, natomiast władze uniwersyteckie wyciągają w moją stronę pomocną dłoń fundując plan zajęć z wolnym poniedziałkiem i piątkiem. Będzie czas na czytanie. Notatek. A serio apogeum będzie dopiero w styczniu i lutym, jak będę miała naukę do egzaminu zawodowego i do zaliczeń semestralnych.

Czytelniczo plan wykonałam, bo zakładałam pięć książek, które przeczytałam i byłoby sześć, gdyby nie to, że ta szósta okazała się na tyle nudnawa, że przerwałam w połowie. Pewnie doczytam w październiku.

Podrzucam kilka kadrów z Kos, która jest przepiękną wyspą. Ogólnie po Peloponezie trochę się do Grecji zraziłam, ponieważ kontynent był mocno zaniedbany. Na Kos się pozachwycałam widoczkami, spokojem i otaczającym morzem Egejskim. I pomachałam do Turcji, od której dzieliły mnie tylko cztery kilometry i paszport, który mam nieaktualny.

To pionowe zdjęcie wyszło mi tak świetnie zupełnie przypadkiem, bo nie zauważyłam w pierwszej chwili, że w kadr wpakowały się plamy! A to po prawej to Kefalos, nadmorska mieścinka na drugim końcu wyspy, do której trafiłam o najgorszej możliwej porze, czyli... w czasie sjesty. Ale i tak mogłam nacieszyć się morskim krajobrazem.

Łatwo zorientować się, że bardziej podczas wyjazdu mogłam liczyć na widoczki, nie na zwiedzanie i... dobrze. Potrzebowałam wypoczynku, co nie znaczy, że przechodziłam zupełnie obojętnie koło architektonicznych obiektów, które przez przypadek znajdowały się blisko mojej chaotycznej trasy spaceru. Nadal miasto Kos.
To po prawej u góry to piękny widoczek podczas zachodzącego słońca nad... hotelowym basenem. Takim cudeńkiem jak zdobiony na kolory tęczy Airbus leciałam. O, i dowód, że jednak tam na Kos się zawlokłam.

Dowód na to, że Grecja. Piękna książka czytana w pięknym miejscu, serio, z tą Valente to był dobry wybór... I Odeum w miasteczku Kos.
Dowód na to, że jestem ofiarą amerykańskiego kina komercyjnego. Palmy nie kojarzą mi się z dziczą czy tam ciepłymi krajami, ani nawet z losami bohatera filmu Castaway: Poza światem. Nie. Palmy kojarzą mi się Los Angeles i Hollywood najbardziej. A zatoczka to w Kos.

Wrzesień był całkiem niezły jeżeli chodzi o czytanie, co nie znaczy, że nie musiałam walczyć z lenistwem. Ogólnie plan pięciu książek został zrealizowany, bo przeczytałam te książki, które widać na fotkach poniżej.


Niewątpliwie najlepszymi lekturami były Palimpsest i Rok 1984. Sięgałam we wrześniu po trochę cieńsze powieści, najgrubsze okazało się Wyzwolenie, ale na październik planuję lekturę pewnej cegły.

Jeżeli chodzi o zakupy, to we wrześniu obowiązkowo do zdobycia był ostatni Tregilis, którego lektura zapewniła mi ukończenie drugiej serii od początku roku, a zatem wykonanie planu, który po cichu staram się realizować już od poprzedniego roku. Na nadchodzący rok mam dwa pomysły na osobiste wyzwania, ale do tego wrócimy w grudniu.


Kupiłam też Priesta, po mału zbierając Artefakty, z których z resztą nie mam w planach zakupu wszystkich tomów. To samo tyczy się Uczty Wyobraźni, ale w przypadku książek z UW mam więcej tytułów na oku. I tym samym na półkę trafiła Pieśń czasu Iana R. MacLeoda. Wielce ubolewam nad faktem, że z zapowiedzi tegorocznych wypadła Catherynne M. Valente, ale pozostaje cierpliwość...

Uzupełniłam sobie też kolekcję Tolkiena i zamówiłam Opowieści niedokończone, które od dawna za mną chodziły. Ogólnie pod względem Tolkiena ten rok był raczej marny, ale w przyszłym sobie nadrobię.

Wypożyczonych książek nie pokazuję, mogę tylko wspomnieć, że będąc w bibliotece nie widziałam większości tytułów, które sobie zaplanowałam i tym samym wzięłam tylko Psy z Rygi Henninga Mankella. W październiku przeczytam, pewnie zaraz na początku.

Ach, no i bonus. Udało mi się wygrać w konkursie u Ducha lasu najnowszą powieść Rafała Kosika pod tytułem Różaniec. Jestem książką mocno zaintrygowana, więc pewnie jakoś na przełomie października i listopada będę ją czytała.

Powodzenia w październiku. Mam nadzieję, że limit pecha już ostatnio wykorzystałam i w październiku będzie tylko lepiej. Pomijając fakt, że zestarzeję się o kolejny rok.