17 września 2016

Tło ciekawsze niż pierwszy plan - "Dworzec Perdido"


Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wcześniej trafiła w moje ręce książka, którą chciałoby mi się czytać z racji bardziej interesującej akcji drugoplanowej. Co ciekawe, pomimo zdecydowanie mniej licznych epizodów zasilających tło powieści, czytałam dzielnie, może właśnie dla nich. Opłaciło się zdobyć na odrobinę cierpliwości, bo patrząc na Dworzec Perdido jako całość przyznać muszę, że to bardzo dobra historia.

Autor zaprasza nas do Nowego Crobuzon, miasta powstałego w jego wyobraźni, w których spotykają się różnorodne rasy, w tym ludzie. Człowiekiem jest też główny bohater powieści, Isaac Grimnebulin, naukowiec uparcie sprzeciwiający się najpopularniejszym teoriom wyznawanym przez kolegów po fachu. Isaac ma również nieco niewygodną tajemnicę - romans z przedstawicielką rasy khepri, Lin. Pewnego dnia do głównego bohatera przychodzi tajemniczy człowiek-ptak okryty hańbą, pozbawiony skrzydeł i prosi go, by spróbował dokonać niemożliwego i przywrócić mu umiejętności latania. Tym samym Yagharek (bo tak się nazywa stwór) został moim ulubionym bohaterem powieści. Natomiast Isaac wśród poszukując rozwiązania problemu Yagharka natrafia na larwę nieznanego sobie gatunku, zaczyna jej doglądać i z wielką troską pilnować jej rozwoju. Nie wie, że sprowadzi w ten sposób na całe Nowe Crobuzon ogromne kłopoty...

Tak jak pisałam już wcześniej, z początku najbardziej ciekawił mnie motyw stęsknionego za lotem Yagharka i dziwnej, żywiącej się narkotykiem larwy hodowanej przez Isaaca. Natomiast na pierwszym planie królowały codzienność, zarówno Isaaca jak i Lin. Żadna z tych postaci nie skradła mojego serca, czy też innej części ciała i przez to czytałam z zainteresowaniem tylko niektóre fragmenty. W dodatku stylMiéville'a nie należy do najprostszych i cały czas musiałam koncentrować się w czasie czytania. Pewnie jest to powód niemalże czterech tygodni, które spędziłam przy tej książce.

Nie ulega wątpliwości, że autorowi zależało na bardzo dokładnym scharakteryzowaniu miasta. Momentami miałam wrażenie, że Nowego Crobuzon to jeszcze jeden niezależny bohater i bardzo mi się to spodobało. Pomimo topornego momentami języka, gęstego stylu, w którym przy chwili nieuwagi można było się pogubić, kreacja miasta przypadła mi do gustu.

Co z tym steampunkiem? Chyba trochę go mało. Za wiele zdradzać nie chcę, żeby nie zepsuć elementu zaskoczenia, spodziewałam się jednak trochę więcej wszechobecnych mechanizmów. Dworzec Perdido to jednak książka z elementami steampunku, niż rasowy przedstawiciel swojego gatunku. Nie jest to dla mnie wadą, tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że w dalszych tomach ten wątek steampunkowy powinien przesunąć się do czołówki. A po kontynuację jak najbardziej mam zamiar sięgnąć, bo z tego, co wiem, kolejne dwa tomy są fabularnie niezależne i nie powiązane zbyt silnie z akcją toczącą się w Dworcu Perdido.

To, czego nieco mi w kreacji postaci zabrakło, to warstwa emocjonalna. Dlatego też skoncentrowałam swoją uwagę na Yagharku - on tęsknił za lotem, on skrywał tajemnicę związaną z utratą skrzydeł, to on wolno się otwierał przed obcymi i stronił od towarzystwa, równocześnie wzbudzając we mnie ogromną ciekawość. Również dzięki niemu końcówkę książki czytałam siedząc jak na szpilkach i z rozchylonymi z lekkiego szoku ustami. Natomiast ani związek Isaaca i Lin ani dążenia Isaaca do naprawienia swoich błędów mnie nie porwały, mało było bardzo o uczuciach, co więcej, związek człowieka z przedstawicielem innej rasy był nieco zbyt fantastyczny i oderwany od rzeczywistości, by się nim ekscytować. Żeby było jasne, nie szukałam w tej książce romansu, jak z resztą w żadnej, ale jednak relacje między postaciami to ważny aspekt powieści który nadaje jej wiarygodności.

Z chęcią zapoznam się zarówno z Blizną jak i z Żelazną radą, ale potrzebuję na chwilę trochę odpoczynku od Miéville'a, który wymaga od czytelnika skupienia i cierpliwości podczas lektury. Cieszę się, że mam w bibliotece tom drugi, który ponoć niełatwo zdobyć. Wydaje mi się też, że pomimo ciekawości i oczekiwań żywionych w stosunku do kolejnej części jestem w stanie trochę odczekać i może nawet na dobre mi to wyjdzie. Poczekam, aż sama zatęsknię za światem Nowego Crobuzon, aby się nim z większą fascynacją delektować.

Moja ocena: 7,5/10

Tytuł oryginału: Perdido street station
Autor: China Miéville
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 648
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2003 (w Polsce)

Trylogia Nowe Crobuzon:
1. Dworzec Perdido
2. Blizna
3. Żelazna rada

4 września 2016

Relacja z Polconu 2016 we Wrocławiu


W tym roku mój rodzinny Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury i nie pierwszy raz fakt ten przysporzył mi powodów do radości. Kolejnym ciekawym wydarzeniem wpisującym się w różnorodny repertuar ESK był konwent miłośników fantastyki - Polcon zorganizowany w dniach 18-22 sierpnia. Dosyć długo zwlekałam z zakupem biletu, bo oczywiście załatwienie sobie wejściówki pół roku wcześniej przerosło moje możliwości i w zasadzie... dobrze na tym wyszłam, bo jakiś tydzień przed konwentem udało mi się załatwić akredytację medialną. Z racji tego, że obecnie jestem osobą pracującą, czas na odwiedzenie atrakcji Polconu miałam tylko w sobotę i w niedzielę, ale specjalnie nie narzekam.

Polcon odbył się we wrocławskiej Hali Stulecia, w której miałam okazję już w tym roku być podczas innego wielkiego wydarzenia - koncertu Within Temtation z okazji Majówki. Tuż obok Hali znajduje się Wrocławskie Centrum Kongresowe, w którym odbywała się większość prelekcji. W samej Hali królowali wystawcy i planszówki, a sale, w których prowadzono tematyczne panele były tylko dwie, plus galeria, której nie udało mi się namierzyć bez pomocy Hrosskara (którego pozdrawiam!). Śmiem twierdzić, że oznaczenia były trochę słabo widoczne, a samo zorientowanie się w terenie zajęło mi prawie godzinę.

Planszówki są fajne, ale do grania trzeba mieć towarzystwo...
Udało mi się być na trzech panelach w sobotę, natomiast w niedzielę zainteresował mnie tylko jeden. To niezbyt wiele biorąc pod uwagę szeroki wybór jaki każdy uczestnik miał, ale niestety ilość czasu miałam ograniczoną. Pierwsza prelekcja, na którą poszłam dotyczyła Roli kobiet w powieściach fantasy, na którym to panelu mogłam posłuchać co do powiedzenia w tej kwestii mają Robert Wegner, Maja Lidia Kossakowska, Magdalena Kozak, Magdalena Kucenty i Ewa Białołęcka. Spotkanie prowadziła Klaudia Haintze, którą bardzo polubiłam w czasie tegorocznego Polconu. Co do samego panelu - był całkiem do rzeczy, aczkolwiek chyba trochę za dużo było uczestników, bo nie każdy miał możliwość (i chyba nawet ochotę) wypowiedzenia się pełnego i zwięzłego w temacie.

Kolejne dwa panele tyczyły się grozy i zainspirowały mnie do czytania i poszukiwania nowych powieści z tego gatunku. Bardzo podobał mi się panel o erotyce w grozie, o tym, żeby seks spełniał w książce funkcji więcej niż kilku stron erotycznych uniesień bohaterów. Poruszono też kwestie ekstremalnych pomysłów, jednym z uczestników panelu był Robert Cichowlas (Siedlisko, Koszmar na miarę), któego przyjemnie się słuchało. Na drugim panelu dotyczącym grozy miałam okazję zobaczyć Sylwię Błach, która ciągle przewija mi się gdzieś wśród polskich autorów, ale po którą do tej pory nie sięgnęłam. Łatwiej mi jednak się zabrać za twórczość jakiegokolwiek autora, gdy go w pewnym sensie "poznam". Tak samo było z Białołęcką i Jadowską. Może to trochę chybione przykłady ale co zrobić. Podobna sytuacja tyczy się blogów - chętniej czytam te, których autorów znam osobiście...

O religiach i filozofii w fantasy - jeden z bardziej
wymagających intelektualnie paneli...
W niedzielę byłam na panelu "Elementy filozofii i religii w fantastyce", na którym miał być Jakub Ćwiek i go nie było. Polowałam na niego specjalnie, bo bardzo gościa lubię, a on nie przyszedł na jedyny panel, na który ja się przeszłam. Trudno. W przyszłym roku będą Dni Fantastyki, na których będę, bo jakże mogłoby mnie nie być i wtedy na Ćwieka zapoluję. Swoją drogą widziałam go przelotem gdzieś na strefie handlowej, podobnie jak i Ewę Białołęcką.

Polcon co roku oznacza galę wręczenia Zajdli, przy czym o tym, do kogo ma nagroda trafić decydują czytelnicy. Mam lekkie wyrzuty sumienia, po raz kolejny, że nie interesuję się, w mojej ocenie, w stopniu wystarczającym, aby na temat nominacji czy też wyników się wypowiadać. Cieszę się, że Wegner został laureatem w obu kategoriach, bo to ceniony autor i chwalony, w dodatku oczekujący na mojej półce na przeczytanie. Do Zajdla w kategorii powieści były nominowane bardzo znane nazwiska, bo oprócz Wegnera pojawił się Dukaj (którego lekko znam, bo jedno opowiadanie czytałam) i Magdalena Kozak i Paweł Majka. A ja znów zgrzytam zębami na myśl o wielkości moich zaległości. Te z zakresu polskiej literatury fantastycznej bolą chyba najbardziej...

Na podsumowywanie Polconu silić się nie będę, bo nie mam pełnego obrazu sytuacji, Owszem, trochę się gubiłam w drodze na tych kilka prelekcji, ale tragedii nie było, co ostatni czasy często lubię powtarzać. Po raz kolejny udział w warsztatach z czegokolwiek muszę odłożyć na inną okazję. I może sobie gdzieś zapisać, żeby nie zapomnieć. Autografów też nie zbierałam, bo nie jestem fanką taszczenia książek raz już przeczytanych do samego podpisu, a jedyna osoba, na którą się czaiłam musiała odwołać swój przyjazd na Polcon. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś Siri Pettersen zechce zawitać do Polski. Mark Hodder natomiast nie zadowolił mnie drugim tomem Burtona i Swinburne'a i dlatego też stwierdziłam, że odpuszczę sobie kolejkę podpis. A pomyśleć, że kilka miesięcy temu specjalnie zaplanowałam zakup drugiej i trzeciej części, żeby mieć "wszystko" do podpisu. Życie.
Panel o erotyce w harrorach - z (od lewej) Tomkiem Czarnym, Robertem Cichowlasem i Arturem Olchowym
Podobały mi się te dwa dni. Konwenty działają na mnie inspirująco i dostarczają pomysłów na poszukiwanie nowych lektur (Masterton i Ketchum dopisani do listy tego, co koniecznie muszę przeczytać...), nowych rzeczy, nawet tak ogólnie. Tym razem podarowałam sobie szaleństwa zakupowe i jedyny mój zakup to trzy plakaty - z wizerunkiem najsłynniejszego w fantastycznym świecie bękarta, z zawołaniem rodu Baratheonów oraz z wizerunkiem oka Saurona. Poszukiwałam jakiejś fajnej biżuterii, bo błyskotki zawsze przyciągają mój wzrok, ale ostatecznie na nic się nie skusiłam. Książek też nie oglądałam, nie pod kątem zakupowym, bo narosły mi kolejne zaległości i czasu mam na czytanie niewiele. Warto jednak było na Polcon się wybrać, a imprezę polecam wszystkim, nie tylko fanom fantastyki!

22 sierpnia 2016

Strach do przymiarki - "Koszmar na miarę"

Mimo mojego uwielbienia żywionego do polskich pisarzy ostatnimi czasy rzadko po nich sięgałam i nadszedł w końcu moment, aby to zmienić. Duet, który stworzył recenzowaną dzisiaj książkę znam już z innej powieści, a mianowicie Siedliska, które bardzo mnie wciągnęło i uważam za jedną z najlepszych powieści grozy, jakie czytałam. Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas postanowili tym razem zabawić się w krawców i uszyć straszną historię, która przypasuje wszystkim czytelnikom. Pytanie tylko, jak tu dobrać rozmiar uniwersalny?

Autorzy postanowili umieścić akcję książki w Poznaniu. Główny bohaterem jest Bartek, student prawa pracujący w salonie z ekskluzywnymi garniturami - Royes and Coles. Już na wstępie czytelnik zostaje uświadomiony co do beznadziejnej sytuacji Bartka, który jest narratorem powieści. Ma on okropnego szefa, pensję również niezbyt zadowalającą, a wśród kolegów z pracy znajduje się tylko jedna życzliwa mu osoba. Niebawem w Royes and Coles wśród towaru wystawionego na półkach pojawiają się plamy krwi, sklep nawiedza tajemnicza staruszka, a jeden z klientów umiera. Bartek postanawia samodzielnie zabrać się do śledztwa, które zgotuje mu niebezpiecznie bliskie spotkania ze słowiańskimi demonami i śmiercią.

Koszmar na miarę okazał się lekturą lekką, a nieskomplikowany język sprawiał, że szybko przemykałam przez kolejne rozdziały. Szkoda tylko, że w bardzo niewielu fragmentach książka wydała mi się naprawdę interesująca. Sam pomysł na historię z wykorzystaniem istot z słowiańskiej mitologii jak najbardziej do mnie przemówił i utwierdził w przekonaniu, że za rzadko sięgam po historie z takimi właśnie elementami. Niestety, wśród bohaterów ciężko było uświadczyć kogokolwiek, kto zasługiwałby na moją sympatię. Nawet nie o sympatię chodzi - raczej mam na myśli troskę o dalsze losy postaci, które zagościły na kartach Koszmaru na miarę. Jak dla mnie wszyscy mogli zaliczyć zgon i nic by mnie to nie obeszło, a nawet uznałabym ten wariant za ciekawszy. Lekkość lektury sprawiała, że nie męczyłam się podczas czytania, a gdy na scenę wkroczyły demony, trochę bardziej wciągnęłam się w lekturę.

Wydaje mi się, że największym minusem, rzeczą, która po raz pierwszy mi podczas czytania przeszkadzała była pierwszoosobowa narracja. Zwykle nie mam z tym aspektem problemu, radzę sobie spokojnie z tym, co było zamysłem autora. W przypadku Koszmaru na miarę dużo lepszym zagraniem byłby narrator trzecioosobowy, który opisywałby całokształt wydarzeń, a nie tylko to, co dzieje się w głowie i polu widzenia Bartka.

Co do elementów charakterystycznych dla gatunku grozy - było ich całkiem sporo, ale trochę zgubiły się, tak sądzę, wśród trochę zbyt długich scen przejściowych, w których bohaterowie wiedli swoje zwyczajne życie. Niektóre działania bohaterów wydały mi się niezbyt przemyślane, aczkolwiek końcówka należycie domknęła wszystkie wątki i wprowadziła nieco dynamiki i napięcia.

Koszmar na miarę to lekkie czytadło, po które można sięgnąć pomiędzy cięższymi lekturami i w moim przypadku się to sprawdziło. Nie bałam się podczas czytania, byłam raczej zaciekawiona i ani trochę nie zależało mi na powodzeniu głównych bohaterów, których charaktery nie wyróżniły się niczym nadzwyczajnym. Proponuję z dorobku tego duetu jako porządniejszą lekturę przeczytać Siedlisko.

Moja ocena: 6,5/10

Autorzy: Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr.
Wydawnictwo: Grasshopper
Ilość stron: 366
Rok wydania: 2010

15 sierpnia 2016

The Following, sezon 2

źródło
To będzie bardzo dziwny początek recenzji, bowiem przyznać się muszę, że lubię psychopatów. Jako motyw w serialach i filmach sprawdzają się świetnie, co odkryłam już w czasach podstawówki i wieczorach spędzanych na oglądaniu W-11 Wydział śledczy. Każdy odcinek z udziałem chorego psychicznie zabójcy był o niebo ciekawszy niż reszta. I ta sympatia została mi do dziś, więc z uśmiechem na twarzy śledziłam kolejne odcinki drugiego sezonu The Following, w którym psychopatów jest na pęczki.

Po mocnym i bardzo sugestywnym zakończeniu sezonu pierwszego Caroll (James Purefoy) musi się ukrywać. Natomiast Ryan Hardy (Kevin Bacon) liże rany, w szczególności te powstałe na jego mocno nadwyrężonej już psychice. Każdy z nich nadal chce zniszczyć drugiego, choć do konfrontacji nie dojdzie bez całej masy manipulacji, intryg i prób przeniknięcia do obozu wroga.

źródło
Sezon pierwszy opierał się na motywie zabijania w hołdzie twórczości Edgara Allana Poego. Tym razem twórcy serialu postawili na sekty wyznające nieco inne wartości, porzucając tajemniczą, mroczną i jakże klimatyczną otoczkę zaczerpniętą z literackiej klasyki. Jest to jeden z niewielu minusów tego sezonu - bardziej podobała mi się koncepcja z wykorzystaniem Poego, niż to, co umieszczono w sezonie drugim. Serial stał się trochę bardziej typową kryminalną produkcją o ściganiu przestępców i zabrakło mi trochę prób odnajdowania tropów w twórczości Poego.

Za to więcej jest, jak już pisałam, psychopatów i jest w czym przebierać. Na uwagę niewątpliwie zasługuje duet bliźniaków - Luke'a i Marka, których, co ciekawe, gra ten sam aktor (Sam Underwoood). Są to bohaterowie bardzo specyficzni i naprawdę skrzywieni psychicznie, w dodatku o chwytającej za oko urodzie, co daje hipnotyzującą widza mieszankę. To chyba jedne z najlepiej stworzonych w The Following postaci.

źródło
Przyznać muszę, że wciągnęłam się w ten sezon dopiero w połowie i dopiero wtedy oglądać zaczęłam hurtowo. Do kilku postaci, które pojawiły się w pierwszych epizodach musiałam się długo przekonywać - na przykład do Max Hardy (Jessica Stroup), siostrzenicy Ryana. Natomiast działania głównego bohatera próbującego odciąć się całkowicie od kolegów z FBI i działającego na własną rękę przez cały czas było mi żal. Owszem, do pewnego momentu, bo w końcu musiał sobie zacząć jakoś radzić, ale praktycznie rzecz biorąc żaden jego pomysł nie wydał mi się głupi. Oprócz Ryana w pełni popierałam jeszcze jednego świetnego bohatera, który zaskarbił sobie moją sympatię już na samym początku serialu. Mowa oczywiście o Mike'u Westonie (Shawn Ashmore), który jest w tym sezonie bardzo mroczną postacią. Wpływ nieuchwytnego Carolla dopada wszystkich, nie tylko Hardye'sgo i właśnie Weston jest jedną z wielu ofiar psychopaty. Biorąc pod uwagę ilość wszechobecnej przemocy, skalę intryg członków sekty i ich przebiegłość - nic dziwnego.

Powraca dwóch bohaterów, których imiona naturalnie nie ujawnię i przyznam, że jest to spore zaskoczenie, przynajmniej w jednym z tych dwóch przypadków. Takiego obrotu sytuacji się nie spodziewałam. Nie do końca mnie ona ucieszyła, ale efekt zaskoczenia jak najbardziej na plus. W dodatku pojawił się również w tym sezonie motyw religijny, który za bardzo do mnie nie przemówił, ale jak nie Poe, to musieli kombinować z innymi rozwiązaniami.

źródło

Ta seria była trochę słabsza, ale ostatecznie mnie wciągnęła, a sam finał obfitował w mnóstwo napięcia i kilka ciekawych rozwiązań. Niektóre decyzje głównych bohaterów wprawiły mnie w osłupienie, a nawet wściekłość, szczególnie biorąc pod uwagę wpływ tychże na Hardy'ego, z którego postacią jestem bardzo związana. Perspektywy na sezon trzeci przedstawiają się całkiem nieźle i liczę, że poziom w ostatnich trzynastu odcinkach serialowej trylogii zostanie chociażby utrzymany.

8 sierpnia 2016

Ku pochwale wartości - "Wcielenie kusziela"


Fedra wie, czym jest poświęcenie i nie raz już zaznała jego smaku. W ostatnim tomie przyszło jej dokonać największego poświęcenia równoznacznego z próbą niesamowitej odwagi - bohaterka Strzały kusziela i Wcielenia kusziela rusza w niebezpieczną podróż, by ratować swojego przyjaciela.

W książkach Jacqueline Carey przepadłam dwa lata temu. Zachwyciłam się pięknym stylem autorki, poetyckimi porównaniami i samą narracją prowadzoną przez Fedrę. Sama jej historia jest równie urzekająca, jak oprawa i wzbudza emocje, choć nie wiem, czy przy końcu równie silne, jak na początku.

Trylogia Kusziela opowiada o losach osieroconej przez Dwór nocy kurtyzanie, której przeznaczeniem jest nie tylko rozkosz, ale i znoszenie cierpienia. To trylogia ukazująca niesamowitą drogę i to nie tylko w tym dosłownym, najbardziej podstawowym znaczeniu. To książki pokazujące przemianę bohaterki, kolejne wyzwania stawiane jej nie tylko przez dziedzictwo Kusziela, ale też przez państwo, najbliższych, a także wrogów. Z resztą, w tym ostatnim tomie Fedra prowadzi ogromnie niebezpieczną grę - musi zgodzić się na układ proponowany przez przebiegłą Melisandę, zdrajczynię ukochanego przez główną bohaterkę kraju - Terre d'Ange. Balansuje na granicy, przy której kończy się przychylność cudownej władczyni - Ysandry De La Courcel i w dodatku mierzy się z najciemniejszymi zakamarkami swojej duszy w podróży do niebezpiecznego, dzikiego kraju Drudżanu.

Gdzie jest światło, tam jest cień, a im jedno jaśniejsze tym ciemniejsze drugie.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę sobie, że jedną z najpiękniejszych serii, jakie w życiu czytałam to trylogia o kurtyzanie. Ale tak po prostu jest, bo pięknem jest podszyta cała ta trylogia, nawet jeżeli chwilami to bardzo brutalna historia. Fedra trochę się od pierwszego tomu zmieniła, co zarozumiałe, tak samo Joscelin, który swoją postacią skradł mi serce. Po raz kolejny autorka zabiera nas wraz z bohaterami w niesamowitą podróż przez odległe kraje i kultury, wierzenia i obyczaje. Pomimo dosyć jednostajnej akcji przerywanej od czasu do czasu fragmentami większego napięcia i niepewności nie jest to nużąca lektura. O umiejętnościach w kreowaniu postaci przez Carey niech świadczy fakt, że polubiłam nawet dziecko występujące w książce.

Autorka w powieści składa hołd mądrości, przyjaźni, poświęceniu i przede wszystkim miłości. Uosobieniem tego zestawu jest Fedra i jej niesamowita historia, która kilka razy spowodowała pojawienie się łez w moich oczach. A ja na książkach praktycznie nie płaczę.

Drugi tom był trochę słabszy od pierwszego i tak samo jest z trzecim. Pomimo moich zachwytów podczas lektury czułam, że to już nie jest to samo, co Strzała kusziela. Kilka motywów było powtórzonych, jak choćby ta wspominana wielokrotnie podróż. Owszem, bardzo ciekawa i porywająca, ale jednak przerabialiśmy to już i w pierwszej i w drugiej części. Brak również... postaci, z powodu której podróż się odbyć musiała i której imienia nie zdradzę.

Fedra jest bohaterką nieidealną i to sobie z niej bardzo cenię. Pomimo tego, że jest piękna, wykształcona i odważna, ma tez swoje przywary i to sprawia, że jest jedną z moich ulubionych postaci książkowych. Pomimo dumy z racji swojego dziedzictwa potrafi też okazać pokorę, choć w niektórych momentach jawnie igrała sobie z losem ślepo licząc na powodzenie jej planu. Oczywiście zdobyła po drodze cały zastęp sprzymierzeńców, ale i wrogów było całkiem sporo. W tym tomie mniej jest też, niż w dwóch poprzednich erotyki, co akurat nie wpływa jakoś specjalnie na korzyść bądź niekorzyść dla całokształtu. Wydaje mi się raczej, że jest to konsekwencja nieco innych "czasów" jakie dla głównej bohaterki nastały. Ale oczywiście konkretne sceny się pojawiają i z pewnymi wyjątkami są równie urzekające jak te w poprzednich tomach.

Tajemnica leży nie w stawianiu pytań i nie w odpowiedziach, ale w pytaniu siebie i odpowiadaniu sobie, wciąż i wciąż, bo koniec jest źródłem początku.

Jeżeli chodzi o elementy fantasy w Trylogii Kusziela - jest ich naprawdę nie wiele. Na przestrzeni wszystkich trzech tomów zebrałoby się w sumie, może ze trzydzieści stron. To, co najbardziej intryguje i czego nie zaliczam w poczet fantastyki to umieszczone w książkach bardzo szczegółowe religie odmienne siłą rzeczy dla poszczególnych kręgów kulturowych. Chwilami można znaleźć nawiązania do wierzeń znanych nam współcześnie, a dokładność, z jaką poszczególne nurty zostały stworzone wprowadza trochę zamieszania. Oczywiście autorka wszystko wyjaśnia, ale żeby później powtórzyć sobie kto kogo zdradził, kto komu był wierny - ciężko. Pojawia się całe mnóstwo imion, które w połączeniu z imionami bohaterów tworzą momentami zamieszanie. Na plus - staranność autorki, na minus - chaos, w którym czytelnikowi nie zawsze łatwo jest się odnaleźć.

Trylogię o kurtyzanie zawsze będę polecała - jest bardzo dobrze napisana, wciąga i urzeka pięknem. Bohaterowie zapadają w pamięci, a akcja, nawet ta w wolniejszym tempie jest lekturą przyjemną. Co więcej, książki Carey zawierają w sobie sporo mądrości i niewątpliwie pozostawiają w głowie coś więcej niż wspomnienie kilku dni ekscytującej lektury.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Kushiel's Avatar
Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 652
Rok wydania: 2003 (oryginał), 2006 (w Polsce)

Trylogia Kusziela:
1. Strzała kusziela < recenzja
2. Wybranka kusziela < recenzja
3. Wcielenie kusziela

Subiektywnie o serii:
Najlepsza część: Strzała kusziela
Najsłabsza część: Wybranka kusziela
Najlepsza okładka: Wybranka kusziela
Najsłabsza okładka: Strzała kusziela

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.