15 sierpnia 2017

Zielona mila


Już dawno nie trafił mi się tytuł, który tak ciężko byłoby mi wrzucić do konkretnej kategorii, zaszufladkować gatunkowo i mieć z głowy. Problem w tym, że nawet gdyby mi się to udało, nie miałabym Zielonej mili "z głowy". King stworzył bowiem powieść, która zagnieżdża się w świadomości czytelnika, sprawia, że przeżywa on emocjonalny Armagedon i nie potrafi się po lekturze do końca pozbierać. I tak też pisząc o sobie w trzeciej osobie uzewnętrzniłam się już w pierwszym akapicie, warto jednak napisać co dokładnie sprawiło, że historia przesiadującego w więzieniu Johna Coffeya (i nie tylko jego) skazanego na śmierć aż tak bardzo mnie poruszyła.

Na samym początku lęk wzbudzało we mnie samo miejsce akcji. Narratorem jest Paul Edgecombe, więzienny strażnik pracujący w Cold Mountain na bloku E. To tam przesiadują skazani na najwyższy wymiar kary. Śmierć na krześle elektrycznym. Podczas kolejnych rozdziałów zdołałam się oswoić nieco z przewodnim motywem okrutnych egzekucji, co nie zmienia faktu, że i tak odbierałam ten aspekt jako drastyczny element świata przedstawionego. W dodatku, śledząc wspomnienia Paula nie raz dostawałam na tacy podane szczegóły związane z przeprowadzaniem kary.

Zielona mila jest historią, którą wszyscy w moim otoczeniu już znali (szczególnie w wersji filmowej), ale na szczęście nikt nie zdradził mi istotnych faktów dotyczących fabuły. Mniej więcej w połowie książki zorientowałam się, w jakim kierunku podążają wydarzenia i... na szczęście nie wszystko przewidziałam.

Bardzo cenię sobie Kinga ze kreację niesamowitych postaci, które umieścił w Zielonej mili. Pierwszy plan wiadomo - Coffey, Edgecombe, Delacroix, ale na przykład jeżeli chodzi o bohaterów pojawiających się epizodycznie, to Janice skradła moje serce. Gratulacje dla autora - nakreślił tę bohaterkę za pomocą może kilku zdań i ukazania kilku reakcji na konkretne sytuacje. Nie wiele, a i tak doskonale wiedziałam, jakiego rodzaju charakter ma Janice i przepadałam za nią. Podobne uczucia wzbudzała we mnie przyjaciółka Paula, Elaine.

King dosyć mocno poznęcał się nad czytelnikiem za sprawą Zielonej mili. Umieścił w książce mnóstwo okrucieństwa, niesprawiedliwości i bezsilności, co przy lekturze wprowadza czytelnika w stan przygnębienia, mniejszego lub większego. Nie raz przy czytaniu mogą zaszklić się oczy, a piszę to ja, zazwyczaj nie wzruszona na nawet najbardziej tragiczne zwroty akcji. Na marginesie - o tym, że podczas lektury nie płaczę zazwyczaj wspominam przy okazji tych nielicznych wyjątków, tytułów, które jednak wycisnęły łzy z moich oczu.

Czy myśli pan, że jeśli człowiek szczerze żałuje tego, co zrobił, może wrócić do czasu, który był dla niego najszczęśliwszy, i żyć w nim całą wieczność? Czy tak wygląda niebo?

Postać Coffeya jest niesamowita. To bohater wykreowany na zasadzie sprzeczności. W dodatku przy okazji jego postaci King przemycił do książki motyw nietolerancji wobec odmiennego koloru skóry, czym dołożył wisienkę na torcie niesprawiedliwości, którym ta powieść po prostu jest. Coffey to taki poczciwy olbrzym z nadnaturalnymi zdolnościami, który mimowolnie zostaje uwikłany w tragiczny ciąg wydarzeń. Jego wiecznie zapłakane oczy i fakt, że boi się ciemności dziwnie wyglądają w zestawieniu z oskarżeniem o podwójny gwałt i morderstwo.

Długo można by wyliczać najsilniejsze elementy chyba jednej z najsłynniejszych powieści Stephena Kinga. Niewątpliwie jednym z najczarniejszych charakterów, jakie w literaturze powstały jest szczycący się koneksjami zimny, kalkulujący drań Percy Wetmore. Jego relacja zarówno z więźniami jak i ze strażnikami to te fragmenty książki, przy których w kieszeni otwiera się scyzoryk, choćby i wirtualny. Również śmiem twierdzić, że Percy to takie uosobienie zła, a zarazem w bohaterem tym wiąże się jeden z niewielu pierwiastków sporadycznie dochodzącej do głosu sprawiedliwości.

Zielona mila niewątpliwie rozwaliła mnie psychicznie i uważam ją za najlepszą powieść Kinga, oczywiście spośród tytułów, które do tej pory miałam okazję czytać. To taka inna odsłona twórczości tego pisarza. Nieco bardziej realna, silniej oddziałująca przynajmniej na moją psychikę. Jasne, elementy nadnaturalne jak najbardziej się pojawiają i tutaj, ale nie wysuwają się na pierwszy plan, co nie umniejsza ich istotności. Całość jest świetnie skomponowana. Książka oprócz tego, że daje do myślenia i mocno podkopuje fundamenty emocjonalnego muru, za którym czytelnik próbuje się schować również niesamowicie wciąga. W zasadzie nie mam żadnych zarzutów co do warsztatu Stephena Kinga. Bardzo chcę jeszcze kiedyś na taką historię trafić, a równocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak trudne to będzie. To powieść jedyna w swoim rodzaju.

Moja ocena: 9/10

Cytat zapisany kursywą oczywiście pochodzi z książki.

14 sierpnia 2017

Jeźdźcy dinozaurów



Jako osoba siedząca w literaturze ogólnie pojętej i zakochana w fantastyce naturalnie zwracam uwagę na nowości, te tytuły, które wchodzą w szeroko pojęty mainstream. Są popularne, dopiero się ukazały, wszyscy o nich mówią, większość po nie sięga. Są i takie powieści, które mam wrażenie kupiłam tylko ja. Jasne, mogę sobie zerknąć na portal Lubimy czytać, zerknąć na to, czy ktoś oprócz mnie zwrócił uwagę na daną pozycję. Mimo wszystko w sympatii do niektórych tytułów jestem odosobniona i wielce boleję nad faktem, że dobrym powieściom trafiła się kiepska promocja lub jej brak, a gnioty są rozchwytywane i dosłownie wszyscy o nich mówią, piszą, niepotrzebne skreślić. Po zakończeniu lektury pierwszego tomu byłam nieco sceptycznie nastawiona do Jeźdźców dinozaurów, ale tradycyjnie dałam szansę sequelowi z kołaczącym się z tyłu głowy przeświadczeniem, że lepiej, by autor skorzystał z okazji i mnie zauroczył, bo ileż potknięć można "równoważyć" dinozaurami?

Jeźdźcy dinozaurów są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z tomu poprzedniego. Nadal obserwujemy tych samych bohaterów, którzy zostali uwikłani w intrygi, swary, wojny. Przede wszystkim śledzimy losy imperialnej księżniczki, Melodii, ale także wyjętego spod prawa Karyla Bogomiskiego i Roba Korrigana. Ten ostatni skradł moje serce swoimi perypetiami w Jeźdźcach dinozaurów i z chęcią sięgnę po kontynuację, choć nie tylko dla tego wesołego poskramiacza. Ach, no i jeszcze są dinozaury. Na urozmaicenie rozdziałów traktujących o losach ludzkich bohaterów mamy też kilka fragmentów poświęconych allozaurzycy o imieniu Shiraa, która konkurować może z Robem o ulubieńca tomu drugiego...

Czytając kontynuację zdziwiła mnie na samym już początku (co prawda kilkudziesięciostronicowym, ale po prostu musiałam się upewnić) przystępność języka. O ile we Władcach dinozaurów z topornością stylu się męczyłam, tak w tej części widać poprawę. Nie jestem co prawda pewna na sto procent, czy jest to kwestia poprawy umiejętności autora, sprawniejszy przekład czy też moje "otrzaskanie" już z pierwszym tomem, ale wydaje mi się, że wkradła się w tej kwestii jakaś pozytywna zmiana. Jak najbardziej nadal pochwalać będę przecudowne sceny batalistyczne z udziałem zarówno koni jak i dinozaurów, szczegółowe opisy starć, wszechobecną brutalność. Milán jest jednym z tych autorów, których zawsze wymienię jako pretendujących do miana mistrza bitewnych opisów. Palce lizać.

Jest i na co pomarudzić, a w zasadzie na kogo. Oczywiście, tak jak na początku całej przygody z Władcami dinozaurów tak i teraz Melodia mnie wkurzała. Może nieco mniej niż w poprzednim tomie, bo zachodzi w niej, pod wpływem traumatycznych wydarzeń pewna zmiana, ale chwilami nadal odzywa się w bohaterce rasowa, rozpieszczona i irytująca księżniczka imperialna. W dodatku w przypadku jej postaci mamy do czynienia z niebywale szybkim nabyciem pewnych zdecydowanie męskich umiejętności. Szczegółów nie zdradzam, na wypadek, gdyby ktoś oprócz mnie jednak chciał sięgnąć po książki Milána.

Autor kreując świat przedstawiony i umieszczając w nim siły sprawcze postawił na ciekawą mieszankę. Bo z jednej strony mamy dinozaury używane jako zwierzęta bojowe i wierzchowe, widocznie przenikające do kultury mieszkańców Raju, a z drugiej w tym udającym Jurajski Park świecie pojawiają się anioły jako motyw zaczerpnięty z wierzeń występujących w naszej rzeczywistości oraz słabo scharakteryzowane demony. W połączeniu z prehistorycznymi jaszczurami to mieszanka co najmniej dziwna, ale i... oryginalna. Milánowi bowiem udało się zachować równowagę między tymi elementami, wpleść do fabuły dosyć już wymęczony na różne sposoby motyw fanatyzmu religijnego i stworzyć świat brutalny, nieco ponury, stojący u progu zagłady. Przy okazji Milán wykazał się odrobiną odwagi i oryginalności również w kwestii relacji między ludzkich dodając fragment o trójkącie w sypialni. Swoją drogą, co do erotyzmu w książce, jest on tym razem dużo mniej żenujący niż w tomie poprzednim, za co również należy się pochwała.

Finalnie jestem w stanie uznać, że kontynuacja Władców dinozaurów jak najbardziej wychodzi ze starcia obronną ręką (albo szponem). Pewne aspekty książki uległy poprawie, niektóre zyskały wiarygodność w moich oczach (motyw z aniołami całkiem nieźle się wkomponował w całokształt) no i niektóre co głupsze zachowania bohaterów (bohaterki) przyćmione zostały tym, co zachwyciło już w części pierwszej - bitwami, krwawymi starciami i walką o władzę. Tak na marginesie, u Milána ciężko szukać powiewu świeżości, bo oba tomy jego serii przypominają dość mocno lekko przekombinowaną wersję Pieśni Lodu i Ognia. Może nie kropka w kropkę, ale klimatycznie i w kwestii niektórych rozwiązań fabularnych nieco się to pokrywa. Da się zauważyć pewną inspirację. Co za tym idzie, mi jako fance tego rodzaju literatury fantastycznej, jak najbardziej się podobało. Wnioskiem końcowym niechaj będzie stwierdzenie, że Jeźdźcy dinozaurów to przyzwoita, nie powodująca rozczarowania kontynuacja, po którą warto sięgnąć szczególnie, jeżeli pierwszy tom nie wypadł do końca przekonująco.

Seria Władcy dinozaurów:
1. Władcy dinozaurów < recenzja
2. Jeźdźcy dinozaurów
3. Dinosaur princess
4. ?

5 sierpnia 2017

Ogłoszenie parafialne


W dodatku bardzo nietypowe. Zmieniam tożsamość...

Sporadycznie widywałam w blogosferze sytuacje, w których autorzy blogów zmieniali nicki albo po prostu tego nie zauważałam odpowiednio często, by uznać zjawisko za powszechne. Sama jakiegoś wielkiego szaleństwa nie przewiduję, natomiast pierwsza część tego, czym podpisuję się przy recenzjach i komentarzach jest już nieco przestarzała. DżejEr wzięło się od angielskiej fonetyki liter "JR" i w zasadzie jest to skrót od mojego dawnego pseudonimu. Toteż postanowiłam wymyślić coś innego, co nawiązywać będzie do mego imienia, które, swoją drogą, daje pewne pole manewru przy wymyślaniu nicka. Także tego, teraz tytułuję się Blue. Blue Carmen. Tak, Carmen zostaje. A żeby i nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu jeszcze przez około dwa, trzy miesiące podpisywać będę się w takiej mało zgrabnej, acz wiele wyjaśniającej formie: Blue (DżejEr) Carmen. Tyle. Pamiętać należy, że to nadal ja.

Pozdrawiam
Blue (DżejEr) Carmen