6 stycznia 2017

Mój grudzień

Przybywam z podsumowaniem, ale mieszanym, bo i o książkach i o życiu kilka wzmianek będzie. Ostatnimi czasy stawiam na konkrety, a ponadto zabawiam się zupełnie amatorsko PhotoScapem, zatem poniżej efekt połączenia tych dwóch czynników.


Początek grudnia oznaczał wizytę na Wrocławskich Targach Dobrych Książek - pojawiłam się tam tylko na chwilę, aczkolwiek się opłaciło, bo na jednym ze stoisk antykwariatowych dorwałam coś, co pojawiło się na ostatniej kompozycji. Do tego czytałam powieść Waltera Tevisa - Przedrzeźniacz. Bardzo dołująca lektura, której klimat wpasował się w mój nastrój.

Koncert Farben Lehre, na który się wybrałam i zrozumiałam, że trochę przeorganizowały mi się moje preferencje muzyczne. Punk chyba już nie jest ponad wszystkim. A po prawej kadry z wizyty w stajni - pogoda nie sprzyjała, ale raczej nie biorę tego pod uwagę, gdy mam się wybrać na jazdę. I sympatyczny pyszczek Rogera, który akurat tego dnia był chory, więc jeździłam na innym wierzchowcu...


Co oglądałam w grudniu? Po pierwsze, dalej ciągnęłam powtórkę Chirurgów, do których wracać pewnie będę jeszcze nie raz. I czytałam Lśnienie, jak widać, doczytywałam...


Ostatnia książka tego miesiąca, recenzowana post niżej - Wschód złego księżyca. Całkiem dobre zakończenie roku czytelniczego, choć i tak w grudniu najlepszą książką okazała się ta spod pióra Stephena Kinga.


Zdobycze z grudnia - drugi Potter i Iliada. Każda za 15 złotych, a to wydanie Iliady mnie po prostu urzekło. Nie pasuje co prawda do Odysei, którą zdobyłam jakoś pół roku wcześniej, ale chyba nie będę się tym zbytnio przejmować...


I oglądałam też Czas honoru - wkręciłam się w polski serial! Jestem już po trzech sezonach, zrobiło się trochę nudniej, ale przyznam, że po krótkiej przerwie, spowodowanej lekturą Słów światłości na pewno do oglądania wrócę.

4 stycznia 2017

Wschód złego księżyca

Sięgając po kolejną powieść cyklu często ma się wrażenie, że wraca się do domu. W dobrze znane sobie rewiry. Tasiemców nie lubię zbytnio, ale kilku tomowe serie w pokrętny sposób dają mi poczucie bezpieczeństwa. Byłaś tam już, znasz to miejsce, to tutaj stało się to i tamto. To całkiem przyjemne uczucie, chociaż zdarzają się powieści, w których nie do końca mamy ochotę rozgościć się i zostać na dłużej, a poznani dwa tomy wcześniej bohaterowie zaczynają denerwować. Nie twierdzę, że Wschód złego księżyca to kiepska książka, ale kilka irytujących mnie kwestii jest związanych z trzecim tomem napisanym przez Maberry'ego, a i męczyłam się podczas końcówki lektury.

Wschód złego księżyca mogłabym określić jako znośny tom tej trylogii. Owszem, dochodzi do rozwiązania wszystkich wątków, nic nie zostaje przez autora pominięte i każdy bohater dostaje odpowiednio dużo miejsca na rzetelne wyjaśnienie jego poczynań i sytuacji. Mam trochę problem z tą powieścią - bo autor rozpisał wszystko dokładnie i wyczerpująco, a jednak nudziłam się chwilami podczas czytania i wydaje mi się, że niektóre fragmenty mogłyby zostać spokojnie okrojone.

Fabuła trzeciego tomu Trylogii Pine Deep to ostateczne starcie z pradawnym złem, które wreszcie przyjmuje konkretne rysy, a i dowiadujemy się co knują najczarniejsze charaktery i jak wyobrażają sobie finał swoich wysiłków. Przyznam się szczerze, że o antybohaterach znów czytało mi się dobrze - tak jak w poprzednich tomach polubiłam fragmenty poświęcone Eddiemu Holownikowi, tak teraz spodobał mi się również Ruger. O wspomnianej wcześniej postaci pojawiło się trochę za mało, aczkolwiek wystarczająco w kontekście całości. Ulubieńcem natomiast został po raz kolejny Mike Sweeney, postać od samego początku intrygująca, której losy na przestrzeni trzech tomów śledziłam zdecydowanie najchętniej. Poza tym wszystko, co z nim związane wywołało we mnie najwięcej bardzo ciężkich, ale jakże silnych emocji.

Smutkiem przepełnia mnie fakt, że bohaterka, która z początku sugerowała zakwalifikowanie się do wąskiego i rzadko zasilanego grona lubianych żeńskich postaci literatury (w ogóle) została wkurzającą bojowo nastawioną do wszystkiego i wszystkich wariatką, której związek z Crowem wywoływał we mnie odruch wymiotny. Równocześnie zaznaczyć muszę, że Crowa tolerowałam jedynie w odosobnieniu od scharakteryzowanej zdanie wcześniej Val. Na szczęście, na osłodę dostałam całkiem przystępną, choć nie w pełni błyszczącą kreację postaci Jonathy, która trochę odświeżyła realia powieści pojawieniem się na jej kartach.

Elementy typowe dla gatunku zagrały bardzo dobrze. Jest to powieść z rodzaju tych, spomiędzy których stron wylewają się hektolitry krwi, niż tych, które doprowadzają czytelnika do obłędu psychodelicznymi elementami otoczenia i siadaniem na psychikę. Jest dużo flaków, wspomnianej wcześniej szkarłatnej posoki i kilka trupów. Chwilami powieść jest trochę rozciągnięta, bywały momenty, w których nie chciało mi się czytać i odkładałam lekturę na bok, ale z drugiej strony - wszystko jest dograne i wyjaśnione, więc nie jest to kwestia do końca obciążająca dla Maberry'ego. Prędzej rzekłabym, że zabrakło dynamizmu. Ponadto język momentami staje się mało zgrabny i nieciekawy, ale to akurat zrzucam na tłumaczenie.

Co ciekawe, autor w przedmowie sugeruje, że można Wschód złego księżyca przeczytać jako jednotomową powieść. Owszem, można. Ale dla czytelników, którzy czytają serię tak, jak się te serie powinno czytać, NORMALNIE, PO KOLEI to bardzo irytująca opcja, bowiem na samym początku książki autor wpakował streszczenie poprzednich dwóch tomów. Jak o tym pomyślę, momentalnie podnosi mi się ciśnienie, bo brnięcie przez tych kilka stron było dla mnie katorgą i ogromnie zniechęcało do czytania, a po głowie kołatało mi się pytanie o sens takiej zagrywki. Halo, albo piszemy trylogię, albo jednotomówkę!

Cała trylogia Pine Deep to historia prawidłowo napisana, wciągająca, jednak nie wnosząca niczego nadzwyczajnego do dorobku literatury grozy. To typowe czytadło, o którym zapewne za kilka tygodni zapomnę i polecam te książki właśnie dla rozrywki. Ma swoje wady i zalety, a ilość odniesień do popkultury czasem śmieszy, czasami drażni i nadaje tworowi Maberry'ego nieco tandetnego tonu, co nie zmienia faktu, że jednak odrobinę ponad przeciętność się jego twórczość wybija.

Moja ocena: 6,5/10
Autor: Jonathan Maberry
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 439
Rok wydania: 2008 (oryginał), 2009 (w Polsce)

Trylogia Pine Deep:
1. Blues duchów < recenzja
2. Song umarłych < recenzja
3. Wschód złego księżyca

Najlepszy tom serii: Song umarłych
Najsłabszy tom serii: Wschód złego księżyca

30 grudnia 2016

Czytelnicze blaski i cienie roku 2016


Ile przeczytałam w roku 2016 - nie ważne. Ale inaczej ma się sprawa z tym co przeczytałam, a było to dwanaście miesięcy z bardzo mocnymi nazwiskami, które wzbudzają zazwyczaj wiele westchnień wśród nałogowych książkoholików.

Przeczytałam sporo dobrych książek, ale kilka perełek zasługuje na wyjątkowe wyróżnienie, a one właśnie znajdują się poniżej.

NAJLEPSZE KSIĄŻKI ROKU 2016


Nie uniknęłam niestety i książkowych rozczarowań, ale na szczęście nie było ich aż tak wiele. Poza przedstawionymi w tym poście tytułami trafiło się całkiem dosyć przeciętniaków, które nie zasłużyły na szczególną wzmiankę w podsumowaniu.

NAJGORSZE KSIĄŻKI 2016 ROKU


Plany na 2017? Nie robię. Będę po prostu czytać.