20 maja 2017

Rycerz siedmiu królestw


Jak na kogoś, kto nagminnie rozpoczyna, kompletuje i czasami nawet doczytuje serie, rzadko sięgam po wszelkiego rodzaju ich uzupełnienia. Zwykle trafiam na historie takie, które trwają przez określoną ilość tomów i żadne dodatki się nie ukazują, również rzadko się takowymi interesuję. Przykład - dwa zbiory opowiadań ze świata Nocnych Łowców Cassandry Clare, których kijem bym nie tknęła, bo ostatni tom Darów anioła ogromnie mnie rozczarował. Jest jednak seria, na której do tej pory nie zawiodłam się jeszcze ani trochę i w związku z którą będę sięgać po wszelkie "dopiski". Mowa oczywiście o Pieśni Lodu i Ognia. Rycerz siedmiu królestw to zbiór trzech opowiadań ze świata, w którym toczyła się akcja Gry o tron oraz jej kontynuacji. Powracamy do Westeros jednak na chwilę odrywamy się od waśni między Starkami i Lannisterami oraz zapominamy walkę o to, kto zasiądzie na Żelaznym Tronie. Uwagę natomiast warto skupić na innym bardzo znaczącym rodzie, jakim są Targaryenowie.

Bohaterem zbioru opowiadań jest Ser Duncan, którego przygody rozpoczynają się od pożegnania z jego rycerskim mentorem. Po zapewnieniu zwłokom starego należytego pochówku Duncan wyrusza w świat, by zdobywać doświadczenie jako rycerz, poprawiać swoje umiejętności jak i walczyć o sprawiedliwość w pełnym dworskich intryg świecie. No właśnie - pełen honoru, poczucia obowiązku i nieskłonny do wchodzenia w układy bohater to u Martina nowość. Jakże przyjemna i wnosząca świeżość w uniwersum, w którym czytelnik przywykł, że każdy każdemu wbić w plecy nóż może.

Bardzo cenię sobie krótką formę, o czym nie raz wspominałam już, czy to przy lekturze innych zbiorów czy z okazji osobnego posta poświęconego właśnie opowiadaniom. Martin sobie jak najbardziej w krótkiej formie radzi. Nie zmienia to faktu, że w czasie kilkudziesięciostronicowych historii przewija się masa nazw i tytułów i ich zagęszczenie jest podobne do tego, które charakteryzuje Pieśń Lodu i Ognia. W powieściach kilkusetstronicowych mamy więcej czasu na przyzwyczajenie i zapamiętanie postaci, W Rycerzu Siedmiu Królestw momentami panuje niezły chaos, a z tyłu książki brak spisu występujących w niej rodów. Część z nich znana jest oczywiście z głównej martinowskiej sagi, jak chociażby wspomniani Targaryenowie czy Freyowie, ale biorąc pod uwagę opis koligacji czasem ciężko się połapać. Dlatego pomimo tego, że opowiadania są krótkie, należy mocno się przy lekturze koncentrować.

Gdy mowa o fabule, najciekawszą Martin popisał się w pierwszym opowiadaniu. Nasz bohater trafia na turniej rycerski, w czasie którego emocje naprawdę sięgają zenitu. W dodatku autorowi, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu sagi udało się ten element opisać bardzo ciekawie i właśnie dlatego uważam, że Wędrowny rycerz to najbardziej wciągające opowiadanie. Natomiast gdy mowa o pozostałych dwóch - nie brak im brutalności, akcji, walk i przygód, ale jednak wydały mi się one nieco mnie oryginalne niż tekst rozpoczynający ten zbiór.

Niewątpliwie warto zwrócić uwagę na giermka Duncana - Jajo, To postać z rodu Targaryenów, której rola nie ogranicza się jedynie do pomocy we wkładaniu zbroi i zajmowaniu się końmi. Jajo służy Dunkowi (skór od Ser Duncana) pomocną radą, jest przebiegły i krnąbrny. Bohater łatwo skrada sympatię czytelnika i wraz z rycerzem, któremu służy tworzy bardzo udany duet.

W Rycerzu Siedmiu Królestw opisano historię sprzed akcji Gry o tron i właściwie treść zbioru w ogóle nie wiąże się z wydarzeniami z Pieśni Lodu i Ognia. Niewiele też w niej elementów typowo fantastycznych - smoki, rytuały związane z R'hllorem czy też Dzieci Lasu się nie pojawiają, choć Martin już zdołał przyzwyczaić nas do oszczędnego używania właśnie elementów nadprzyrodzonych w swoich książkach. Tak więc zbiór ten stanowi ciekawy dodatek dla fanów sagi, natomiast nie wiąże się z główną akcją. Można sięgnąć nawet nie znając książek z Pieśni Lodu i Ognia i sprawdzić, czy po lekturze próbki martinowskiej twórczości mamy ochotę na więcej.

Moja ocena: 7/10

13 maja 2017

Koniec punku w Helsinkach

Jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić. Pod tą zgrabną okładką w energetyzującym kolorze kryje się opowieść o przygnębieniu. Są takie książki, które zabierając nas w ponurą codzienność nie wprowadzają w kiepski nastrój jak mogłoby się wydawać, a okazują zrozumienie. Realia książki Rudisa to trudny okres powojenny przemian, w których jedni upatrują nadziei na lepsze jutro, a inni z obawą spoglądają w przyszłość zastanawiając się, czy poradzą sobie w nowym świecie. Ale Koniec punku w Helsinkach to też opowieść o buntownikach, którzy w obliczu przyjścia nowych czasów starają się za wszelką cenę nie zatracić swoich ideałów.

Losy Olego w średnim wieku przeplatają się z wpisami w pamiętniku nastoletniej Nancy. Jest to dwójka bohaterów, którzy w jakiś sposób związani są z muzyką punkową. Ole lata temu był członkiem zespołu grającego ten gatunek, wyjechał w trasę, żył jak typowy pasjonat, koncentrując się na tym, że to co gra pomaga mu przetrwać. Podobnie jest z Nancy. Dziewczyna zdecydowanie nie spełnia standardów dobrze wychowanej panienki. W jej wpisach często przewijają się wzmianki o syto zakrapianych imprezach, miłości do punkowej muzyki, problemach w szkole i walce o jej własną tożsamość.

Dwoje zupełnie różnych bohaterów, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego poza nieumiejętnością odnalezienia się w nowych czasach. Ole i Nancy są dla siebie obcymi ludźmi, Każde z nich na pozór szuka sposobu na zaprzyjaźnienie się ze zmianami i równocześnie doskonale wie, że nigdy się to nie uda. Losy Nancy obserwujemy czytając jej sekretny dziennik. Z racji tego, że autorem wpisów jest nastolatka musimy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości co do stylu, w jakim napisano te fragmenty. O dziwo brak znaków interpunkcyjnych i wtręty z języka niemieckiego w ogóle mnie nie drażniły. Oczywiście nie ma możliwości, by w jakiekolwiek zachwyty wpaść czytając tak stylizowany język, ale Rudišowi udało się wyjść obronną ręką przy realizacji tego pomysłu. Nancy pisze o rzeczach typowych dla nastolatków, choć nie cechuje jej aż tak wielki brak rozsądku jak powszechnie zwykło się przyjmować gdy mowa o dorastającej młodzieży. Z jej postacią związane są również pewne ważne aspekty problematyczne, jak choćby trudny kontakt matki z córką i konflikt pokoleń.

Kreacja Olego to taki portret człowieka, który najlepsze lata swego życia ma już za sobą, choć wcale nie jest stary. To bohater o wielkich marzeniach i ukrytych pragnieniach, którego chęć do życia gdzieś po drodze zagubiła się w powojennej rzeczywistości. Jedyne, co mu zostało to bar Helsinki, w którym dobrze poczuje się każdy punk stroniący od konsumpcyjnych luksusów. Knajpa staje się jedynym sensem istnienia Olego, który zrezygnował z walki o zdobycie szczęścia.

Koniec punku w Helsinkach to książka obrazująca pewien wycinek ludzkich żyć. Taki punkt, w którym kilak ścieżek się skrzyżowało, kilka biegnących równolegle nagle postanowiło się rozejść. Nie jest to historia, w której narastające z każdą stroną napięcie prowadzi ku kulminacyjnemu odkryciu większych i mniejszych tajemnic bohaterów. Jest to powieść dosyć statyczna, ale dająca do myślenia. To taka książka, która powie czytelnikowi, że nie ma co się oszukiwać, że te wszystkie nowinki i złudzenie jakie tworzy nowy, coraz nowocześniejszy piękny świat to nie jest rzeczywistość idealna. Że nie wystarczy podążać za najnowszymi trendami stylu życia by zagwarantować sobie szczęście. Może nie jest to mocno dobijająca lektura, po której nabierzemy można przekonania, że nic sensu nie ma i nie warto podejmować żadnego wysiłku, ale niewątpliwie przekazuje jakieś prawdy o rzeczywistości, w której wszechobecny konsumpcjonizm i pęd do bycia takim samym jak wszyscy dominuje, podczas gdy nieliczni starają się żyć po swojemu, we własnym tempie, w zgodzie z własnymi przekonaniami.

Moja ocena: 7,5/10


8 maja 2017

Już mnie nie oszukasz


Chciałam nie zaczynać tej recenzji od kolejnych peanów na cześć Cobena, ale, cholera nie da się. Na prawdę, to nie możliwe biorąc pod uwagę jaki trik zastosował on w swojej najnowszej powieści. Rzadko mam okazję wspominać o tym, że autor "coś" zrobił z czytelnikiem. Rzadko to czuję, zazwyczaj koncentruję się na tym, że po prostu mam styczność z czyjąś koncepcją i mam się do niej ustosunkować, napisać coś o swoich odczuciach. A w przypadku recenzowanej dzisiaj powieści mogę otwarcie rzec - Coben z czytelnikiem zrobił "coś", a konkretnie się z nim zabawił i pewnie w dniu premiery książki podśmiewał się pod nosem na myśl o tym z jakimi rekcjami spotka się powieść gdy już fani zapoznają się z nią w całości.

Bohaterką powieści jest świeżo owdowiała Maya Stern, była wojskowa, kobieta, która musi się teraz zmierzyć z czekającym ją samotnym wychowywaniem córki. Mąż Mai, Joe został zamordowany w parku, a okoliczności zabójstwa nie zostały dokładnie wyjaśnione mimo tego, że Maya była świadkiem i złożyła już zeznania. Niebawem kobieta dowiaduje się, że morderstwo popełnione na jej mężu ma związek z zamordowaniem jej siostry oraz jeszcze dawniejszym wypadkiem - samobójstwem jej szwagra. W całą aferę wplątany jest również szantażysta, który posiada materiały pogrążające karierę wojskową Mai.

Przyznam, że sama historia wyglądała na średnio zawikłaną, ale Coben poradził sobie z poprowadzeniem wątków tak, że w pewnym momencie poczułam lekkie zagubienie. To dosyć znana zagrywka w przypadku tego autora, bo nie pierwszy raz dostałam na zachętę kilka możliwych scenariuszy, które wydawały się potencjalnym wyjaśnienie zagadki i które oczywiście nim nie były. Ale ale - Coben nie bazował w powieści tylko na tym, z czego do tej pory był tak dobrze już znany. Do intrygi zgrabnie udało mu się wpleść motyw konsekwencji postępu technologicznego i wszechobecności kamer, który cechuje jego nowsze tytuły. Pierwszy raz miałam również styczność z książką Cobena, w której wątek sportowy odgrywa mało znaczącą, bardzo poboczną rolę. Wcześniej wielokrotnie wykorzystywał ten motyw i zastanawiałam się, czy kiedyś odpuści. Okazuje się, że pisarze potrafi skonstruować ciekawą fabułę bez udziału drużyny sportowej, ambicji i głodu wygrywania ligi. Choć nie narzekałam na spory udział koszykówki i lacrosse'a w fabule, to uważam ich brak za ciekawą odmianę.

Maya Stern, główna bohaterka to osoba o specyficznym charakterze, w dodatku była wojskowa, którą dręczą demony przeszłości i wspomnienia z frontu. Jej relacje z otoczeniem nie należą do łatwych, ale kobieta za wszelką cenę stara się żyć w tym nowym świecie, w którym nie ma jej męża. Nie przekonała mnie do końca kreacja przyjaciółki Mai, Eileen, ale za to nakreślenie związku z Joem i więzi z siostrą, którzy w powieści pojawiają się jedynie we wspomnieniach bohaterki zostało bardzo dobrze dopracowane. Również przeszłość, do której szczegółów w czasie prywatnego śledztwa dokopuje się Maya szokuje. Cobenowi udało się wpakować do jednej powieści cały szereg typowych problemów społecznych, takich jak chociażby różnice wynikające z stopnia zamożności dzieciaków w jednej szkole. Wśród licznego grona znajomych Mai znajduje się również Shane, jej kolega z frontu, którego postać zaskarbiła sobie moją sympatię. Nawet trochę żałuję, że nie było go więcej, co nie zmienia faktu, że w otoczeniu głównej bohaterki znajdują się zarówno "cywile" jak i mundurowi i to zdecydowanie wprowadza do powieści różnorodność.

Tak jak już wcześniej wspominałam, podczas lektury pojawił się pewien kryzysowy moment wynikający z mnogości niewiadomych, ale na szczęście akcja została na tyle umiejętnie pchnięta do przodu, że niemożliwym jest porzucenie lektury na dłużej. Harlan Coben wywodzi czytelnika daleko w pole i konstruuje złożoną intrygę. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy przygodę z pisarzem można zaczynać od jego najnowszej powieści, to z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że się nie zawiedzie.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Fool Me Once
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 412
Rok wydania: 2016 (oryginał), 2017 (w Polsce)