22 sierpnia 2016

Strach do przymiarki - "Koszmar na miarę"

Mimo mojego uwielbienia żywionego do polskich pisarzy ostatnimi czasy rzadko po nich sięgałam i nadszedł w końcu moment, aby to zmienić. Duet, który stworzył recenzowaną dzisiaj książkę znam już z innej powieści, a mianowicie Siedliska, które bardzo mnie wciągnęło i uważam za jedną z najlepszych powieści grozy, jakie czytałam. Kazimierz Kyrcz i Robert Cichowlas postanowili tym razem zabawić się w krawców i uszyć straszną historię, która przypasuje wszystkim czytelnikom. Pytanie tylko, jak tu dobrać rozmiar uniwersalny?

Autorzy postanowili umieścić akcję książki w Poznaniu. Główny bohaterem jest Bartek, student prawa pracujący w salonie z ekskluzywnymi garniturami - Royes and Coles. Już na wstępie czytelnik zostaje uświadomiony co do beznadziejnej sytuacji Bartka, który jest narratorem powieści. Ma on okropnego szefa, pensję również niezbyt zadowalającą, a wśród kolegów z pracy znajduje się tylko jedna życzliwa mu osoba. Niebawem w Royes and Coles wśród towaru wystawionego na półkach pojawiają się plamy krwi, sklep nawiedza tajemnicza staruszka, a jeden z klientów umiera. Bartek postanawia samodzielnie zabrać się do śledztwa, które zgotuje mu niebezpiecznie bliskie spotkania ze słowiańskimi demonami i śmiercią.

Koszmar na miarę okazał się lekturą lekką, a nieskomplikowany język sprawiał, że szybko przemykałam przez kolejne rozdziały. Szkoda tylko, że w bardzo niewielu fragmentach książka wydała mi się naprawdę interesująca. Sam pomysł na historię z wykorzystaniem istot z słowiańskiej mitologii jak najbardziej do mnie przemówił i utwierdził w przekonaniu, że za rzadko sięgam po historie z takimi właśnie elementami. Niestety, wśród bohaterów ciężko było uświadczyć kogokolwiek, kto zasługiwałby na moją sympatię. Nawet nie o sympatię chodzi - raczej mam na myśli troskę o dalsze losy postaci, które zagościły na kartach Koszmaru na miarę. Jak dla mnie wszyscy mogli zaliczyć zgon i nic by mnie to nie obeszło, a nawet uznałabym ten wariant za ciekawszy. Lekkość lektury sprawiała, że nie męczyłam się podczas czytania, a gdy na scenę wkroczyły demony, trochę bardziej wciągnęłam się w lekturę.

Wydaje mi się, że największym minusem, rzeczą, która po raz pierwszy mi podczas czytania przeszkadzała była pierwszoosobowa narracja. Zwykle nie mam z tym aspektem problemu, radzę sobie spokojnie z tym, co było zamysłem autora. W przypadku Koszmaru na miarę dużo lepszym zagraniem byłby narrator trzecioosobowy, który opisywałby całokształt wydarzeń, a nie tylko to, co dzieje się w głowie i polu widzenia Bartka.

Co do elementów charakterystycznych dla gatunku grozy - było ich całkiem sporo, ale trochę zgubiły się, tak sądzę, wśród trochę zbyt długich scen przejściowych, w których bohaterowie wiedli swoje zwyczajne życie. Niektóre działania bohaterów wydały mi się niezbyt przemyślane, aczkolwiek końcówka należycie domknęła wszystkie wątki i wprowadziła nieco dynamiki i napięcia.

Koszmar na miarę to lekkie czytadło, po które można sięgnąć pomiędzy cięższymi lekturami i w moim przypadku się to sprawdziło. Nie bałam się podczas czytania, byłam raczej zaciekawiona i ani trochę nie zależało mi na powodzeniu głównych bohaterów, których charaktery nie wyróżniły się niczym nadzwyczajnym. Proponuję z dorobku tego duetu jako porządniejszą lekturę przeczytać Siedlisko.

Moja ocena: 6,5/10

Autorzy: Robert Cichowlas i Kazimierz Kyrcz Jr.
Wydawnictwo: Grasshopper
Ilość stron: 366
Rok wydania: 2010

15 sierpnia 2016

The Following, sezon 2

źródło
To będzie bardzo dziwny początek recenzji, bowiem przyznać się muszę, że lubię psychopatów. Jako motyw w serialach i filmach sprawdzają się świetnie, co odkryłam już w czasach podstawówki i wieczorach spędzanych na oglądaniu W-11 Wydział śledczy. Każdy odcinek z udziałem chorego psychicznie zabójcy był o niebo ciekawszy niż reszta. I ta sympatia została mi do dziś, więc z uśmiechem na twarzy śledziłam kolejne odcinki drugiego sezonu The Following, w którym psychopatów jest na pęczki.

Po mocnym i bardzo sugestywnym zakończeniu sezonu pierwszego Caroll (James Purefoy) musi się ukrywać. Natomiast Ryan Hardy (Kevin Bacon) liże rany, w szczególności te powstałe na jego mocno nadwyrężonej już psychice. Każdy z nich nadal chce zniszczyć drugiego, choć do konfrontacji nie dojdzie bez całej masy manipulacji, intryg i prób przeniknięcia do obozu wroga.

źródło
Sezon pierwszy opierał się na motywie zabijania w hołdzie twórczości Edgara Allana Poego. Tym razem twórcy serialu postawili na sekty wyznające nieco inne wartości, porzucając tajemniczą, mroczną i jakże klimatyczną otoczkę zaczerpniętą z literackiej klasyki. Jest to jeden z niewielu minusów tego sezonu - bardziej podobała mi się koncepcja z wykorzystaniem Poego, niż to, co umieszczono w sezonie drugim. Serial stał się trochę bardziej typową kryminalną produkcją o ściganiu przestępców i zabrakło mi trochę prób odnajdowania tropów w twórczości Poego.

Za to więcej jest, jak już pisałam, psychopatów i jest w czym przebierać. Na uwagę niewątpliwie zasługuje duet bliźniaków - Luke'a i Marka, których, co ciekawe, gra ten sam aktor (Sam Underwoood). Są to bohaterowie bardzo specyficzni i naprawdę skrzywieni psychicznie, w dodatku o chwytającej za oko urodzie, co daje hipnotyzującą widza mieszankę. To chyba jedne z najlepiej stworzonych w The Following postaci.

źródło
Przyznać muszę, że wciągnęłam się w ten sezon dopiero w połowie i dopiero wtedy oglądać zaczęłam hurtowo. Do kilku postaci, które pojawiły się w pierwszych epizodach musiałam się długo przekonywać - na przykład do Max Hardy (Jessica Stroup), siostrzenicy Ryana. Natomiast działania głównego bohatera próbującego odciąć się całkowicie od kolegów z FBI i działającego na własną rękę przez cały czas było mi żal. Owszem, do pewnego momentu, bo w końcu musiał sobie zacząć jakoś radzić, ale praktycznie rzecz biorąc żaden jego pomysł nie wydał mi się głupi. Oprócz Ryana w pełni popierałam jeszcze jednego świetnego bohatera, który zaskarbił sobie moją sympatię już na samym początku serialu. Mowa oczywiście o Mike'u Westonie (Shawn Ashmore), który jest w tym sezonie bardzo mroczną postacią. Wpływ nieuchwytnego Carolla dopada wszystkich, nie tylko Hardye'sgo i właśnie Weston jest jedną z wielu ofiar psychopaty. Biorąc pod uwagę ilość wszechobecnej przemocy, skalę intryg członków sekty i ich przebiegłość - nic dziwnego.

Powraca dwóch bohaterów, których imiona naturalnie nie ujawnię i przyznam, że jest to spore zaskoczenie, przynajmniej w jednym z tych dwóch przypadków. Takiego obrotu sytuacji się nie spodziewałam. Nie do końca mnie ona ucieszyła, ale efekt zaskoczenia jak najbardziej na plus. W dodatku pojawił się również w tym sezonie motyw religijny, który za bardzo do mnie nie przemówił, ale jak nie Poe, to musieli kombinować z innymi rozwiązaniami.

źródło

Ta seria była trochę słabsza, ale ostatecznie mnie wciągnęła, a sam finał obfitował w mnóstwo napięcia i kilka ciekawych rozwiązań. Niektóre decyzje głównych bohaterów wprawiły mnie w osłupienie, a nawet wściekłość, szczególnie biorąc pod uwagę wpływ tychże na Hardy'ego, z którego postacią jestem bardzo związana. Perspektywy na sezon trzeci przedstawiają się całkiem nieźle i liczę, że poziom w ostatnich trzynastu odcinkach serialowej trylogii zostanie chociażby utrzymany.

8 sierpnia 2016

Ku pochwale wartości - "Wcielenie kusziela"


Fedra wie, czym jest poświęcenie i nie raz już zaznała jego smaku. W ostatnim tomie przyszło jej dokonać największego poświęcenia równoznacznego z próbą niesamowitej odwagi - bohaterka Strzały kusziela i Wcielenia kusziela rusza w niebezpieczną podróż, by ratować swojego przyjaciela.

W książkach Jacqueline Carey przepadłam dwa lata temu. Zachwyciłam się pięknym stylem autorki, poetyckimi porównaniami i samą narracją prowadzoną przez Fedrę. Sama jej historia jest równie urzekająca, jak oprawa i wzbudza emocje, choć nie wiem, czy przy końcu równie silne, jak na początku.

Trylogia Kusziela opowiada o losach osieroconej przez Dwór nocy kurtyzanie, której przeznaczeniem jest nie tylko rozkosz, ale i znoszenie cierpienia. To trylogia ukazująca niesamowitą drogę i to nie tylko w tym dosłownym, najbardziej podstawowym znaczeniu. To książki pokazujące przemianę bohaterki, kolejne wyzwania stawiane jej nie tylko przez dziedzictwo Kusziela, ale też przez państwo, najbliższych, a także wrogów. Z resztą, w tym ostatnim tomie Fedra prowadzi ogromnie niebezpieczną grę - musi zgodzić się na układ proponowany przez przebiegłą Melisandę, zdrajczynię ukochanego przez główną bohaterkę kraju - Terre d'Ange. Balansuje na granicy, przy której kończy się przychylność cudownej władczyni - Ysandry De La Courcel i w dodatku mierzy się z najciemniejszymi zakamarkami swojej duszy w podróży do niebezpiecznego, dzikiego kraju Drudżanu.

Gdzie jest światło, tam jest cień, a im jedno jaśniejsze tym ciemniejsze drugie.

Śmiać mi się chce, gdy pomyślę sobie, że jedną z najpiękniejszych serii, jakie w życiu czytałam to trylogia o kurtyzanie. Ale tak po prostu jest, bo pięknem jest podszyta cała ta trylogia, nawet jeżeli chwilami to bardzo brutalna historia. Fedra trochę się od pierwszego tomu zmieniła, co zarozumiałe, tak samo Joscelin, który swoją postacią skradł mi serce. Po raz kolejny autorka zabiera nas wraz z bohaterami w niesamowitą podróż przez odległe kraje i kultury, wierzenia i obyczaje. Pomimo dosyć jednostajnej akcji przerywanej od czasu do czasu fragmentami większego napięcia i niepewności nie jest to nużąca lektura. O umiejętnościach w kreowaniu postaci przez Carey niech świadczy fakt, że polubiłam nawet dziecko występujące w książce.

Autorka w powieści składa hołd mądrości, przyjaźni, poświęceniu i przede wszystkim miłości. Uosobieniem tego zestawu jest Fedra i jej niesamowita historia, która kilka razy spowodowała pojawienie się łez w moich oczach. A ja na książkach praktycznie nie płaczę.

Drugi tom był trochę słabszy od pierwszego i tak samo jest z trzecim. Pomimo moich zachwytów podczas lektury czułam, że to już nie jest to samo, co Strzała kusziela. Kilka motywów było powtórzonych, jak choćby ta wspominana wielokrotnie podróż. Owszem, bardzo ciekawa i porywająca, ale jednak przerabialiśmy to już i w pierwszej i w drugiej części. Brak również... postaci, z powodu której podróż się odbyć musiała i której imienia nie zdradzę.

Fedra jest bohaterką nieidealną i to sobie z niej bardzo cenię. Pomimo tego, że jest piękna, wykształcona i odważna, ma tez swoje przywary i to sprawia, że jest jedną z moich ulubionych postaci książkowych. Pomimo dumy z racji swojego dziedzictwa potrafi też okazać pokorę, choć w niektórych momentach jawnie igrała sobie z losem ślepo licząc na powodzenie jej planu. Oczywiście zdobyła po drodze cały zastęp sprzymierzeńców, ale i wrogów było całkiem sporo. W tym tomie mniej jest też, niż w dwóch poprzednich erotyki, co akurat nie wpływa jakoś specjalnie na korzyść bądź niekorzyść dla całokształtu. Wydaje mi się raczej, że jest to konsekwencja nieco innych "czasów" jakie dla głównej bohaterki nastały. Ale oczywiście konkretne sceny się pojawiają i z pewnymi wyjątkami są równie urzekające jak te w poprzednich tomach.

Tajemnica leży nie w stawianiu pytań i nie w odpowiedziach, ale w pytaniu siebie i odpowiadaniu sobie, wciąż i wciąż, bo koniec jest źródłem początku.

Jeżeli chodzi o elementy fantasy w Trylogii Kusziela - jest ich naprawdę nie wiele. Na przestrzeni wszystkich trzech tomów zebrałoby się w sumie, może ze trzydzieści stron. To, co najbardziej intryguje i czego nie zaliczam w poczet fantastyki to umieszczone w książkach bardzo szczegółowe religie odmienne siłą rzeczy dla poszczególnych kręgów kulturowych. Chwilami można znaleźć nawiązania do wierzeń znanych nam współcześnie, a dokładność, z jaką poszczególne nurty zostały stworzone wprowadza trochę zamieszania. Oczywiście autorka wszystko wyjaśnia, ale żeby później powtórzyć sobie kto kogo zdradził, kto komu był wierny - ciężko. Pojawia się całe mnóstwo imion, które w połączeniu z imionami bohaterów tworzą momentami zamieszanie. Na plus - staranność autorki, na minus - chaos, w którym czytelnikowi nie zawsze łatwo jest się odnaleźć.

Trylogię o kurtyzanie zawsze będę polecała - jest bardzo dobrze napisana, wciąga i urzeka pięknem. Bohaterowie zapadają w pamięci, a akcja, nawet ta w wolniejszym tempie jest lekturą przyjemną. Co więcej, książki Carey zawierają w sobie sporo mądrości i niewątpliwie pozostawiają w głowie coś więcej niż wspomnienie kilku dni ekscytującej lektury.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Kushiel's Avatar
Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 652
Rok wydania: 2003 (oryginał), 2006 (w Polsce)

Trylogia Kusziela:
1. Strzała kusziela < recenzja
2. Wybranka kusziela < recenzja
3. Wcielenie kusziela

Subiektywnie o serii:
Najlepsza część: Strzała kusziela
Najsłabsza część: Wybranka kusziela
Najlepsza okładka: Wybranka kusziela
Najsłabsza okładka: Strzała kusziela

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

4 sierpnia 2016

Sentymentalny powrót - "Tuzin czarnych róż"

Mam słabość do intrygujących tytułów i nie pierwszy raz już sięgnęłam po książkę z tego właśnie powodu. Z Nancy A. Collins miałam okazję już poznać się w tym roku - przy okazji lektury Zewu krwi, który mnie nie zachwycił. Jednak na tę książkę czaiłam się dużo dłużej i wiele razy zabierałam się do jej pożyczenia. W końcu się stało, a po kilkunastu pierwszych stronach nabrałam całkiem pozytywnego stosunku do książki - na przekór mrocznym, ciężkim klimatom,w  jakie postanowiła wprowadzić czytelnika autorka.

Akcja toczy się w Umarłym mieście - centralnej część metropolii, która, wedle bardzo sugestywnej nazwy, umarła. Dosyć szybko jesteśmy wrzuceni w akcję, musimy szybko orientować się w sytuacji i odnajdywać w walce dwóch niebezpiecznych, stylizowanych na mafie klanów, których przywódcy są wampirami. Stąd ta wzmianka o sentymencie w tytule posta. Pseudomafijne porachunki odbijają się na życiu tych, którzy pomimo trudów codzienności i wszechobecnego niebezpieczeństwa nie wynieśli się z Umarłego miasta. Jednym z mieszkańców jest Cloudy, którego losy splatają się z losami pewnego nastoletniego chłopca i nieznajomej o specyficznej urodzie i naturze.

Nancy A. Collins kreuje świat mroczny, pełen czyhających na każdym kroku pułapek, ciemnych zaułków i nienawiści między klanami rządzącymi miastem, które upadło. Żeby tam przeżyć, lepiej nie ruszać się z domu bez spluwy, noża i poświęconego różańca. Tak, w książce Collins wampiry mogą zostać uszkodzone za sprawą krzyżyka.

Zerknęłam na Goodreads w celu ustalenia, jak wiele tomów kontynuacji nie zostało u nas wydanych. Okazuje się, że Tuzin czarnych róż, to tom czwarty cyklu o Sonji Blue. Pewnie, wydajmy sobie środkowy tom serii, będzie fajnie, Nikt się nie zorientuje. Bo żeby wydać od pierwszej części (Lustrzanki po zmierzchu, o której jest wzmianka na okładce) - kto to widział? No jak tak można? W każdym razie jestem w lekkim szoku, że nie zorientowałam się w czasie czytania o tym, że jest to tom czwarty, Naprawdę, zero powiązań z jakimikolwiek wydarzeniami z wcześniejszych części. Z jednej strony to dobrze - można się połapać w fabule i bez zmrużenia oka czytać dalej, tym bardziej, że na końcu jest słownik. Z drugiej - serio, ktoś wydał tylko czwarty tom cyklu?

Autorka stworzyła mroczny, upadający świat i całkiem nieźle udało jej się nakreślić bohaterów, choć nie jest to nic wybitnego. Obaj wampirzy bossowie mają swoje charaktery, budzą grozę i respekt. Niestety, nie do końca udały się dialogi, choć może nieco winić tłumaczenie. Ludzie, czy nieludzie - nikt się nie posługuje takimi kwestiami w życiu codziennym i nie używa takiej ilości wykrzykników. Często podczas czytania większy efekt wywierają słowa wypowiedziane spokojnie, jako zdanie oznajmujące, a nie wykrzyknienie trącące sztucznością. A szkoda, bo te dialogi wiele psują w książce.

Sama główna bohaterka - Sonja Blue, której imię wyjawiono w opisie z tyłu okładki, podczas gdy przez całą książkę określa się ją jako "Nieznajomą" stworzono jako typową bohaterkę kick ass. Nie wiemy niczego konkretnego o jej naturze, ale z czasem wyjaśnia się jej koncepcja snucia intrygi i wstąpienia do klanu Eshera. Kreacja wampirów w książce Collins jest dosyć klasyczna - nie mogą chodzić przy dziennym świetle, żywią się krwią, lecz również z zastosowanie innowacji w postaci wenflonów wszczepianych ofiarom służącym za "dozowniki". Boją się świętych znaków i pozostają chodzącymi trupami. Nie dopatrzyłam się ani żadnych uchybień ani specjalnie odbiegających od powszechnie znanego (tego nie pochodzącego ze Zmierzchu) formatu wampira i to jest jak najbardziej w porządku.

Książka jest sygnowana jako horror, ale horrorem nie jest. Owszem, od czasu do czasu krew się leje, ale to jeszcze za mało, żeby Tuzin czarnych róż określić tym mianem. Są czary, jakieś tam zombie i porachunki mafijne - w dodatku we współczesnym świecie, w upadającej metropolii. Urban fantasy jak nic. Żaden z fragmentów nie wzbudził we mnie choćby odrobiny strachu - raczej więcej pojawiło się napięcia z racji dosyć dynamicznej akcji. I taki najpewniej był zamysł, bo w żadnym fragmencie nie znalazłam choćby skrawka konwencji charakterystycznej dla literatury grozy.

O Tuzinie czarnych róż pewnie zapomnę szybko, choć spędziłam z nim kilka przyjemnych popołudni. Nie zakochałam się w żadnym z bohaterów, ale jako przerywnik między ambitniejszymi pozycjami nadał się całkiem nieźle. Nic nadzwyczajnego, ale też bez większych zgrzytów, wyjąwszy dialogi.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: A Dozen Black Roses
Autor: Nancy A. Collins
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 260
Rok wydania: 1991 (pierwsze wydanie oryginalne), 2004 (w Polsce)

Seria o Sonji Blue:
1. Sunglasses after Dark
2. In the Blood
3. Paint it Black
4. Tuzin czarnych róż
5. The Darkest Heart
6. Dead Roses for a Blue Lady
7. Search and Destroy

30 lipca 2016

W zdumiewającej sprawie nakręcanego człowieka


Po steampunk sięgam rzadko, choć gatunek jak najbardziej sobie cenię. A sięgam tak rzadko, że jeszcze nie trafiłam na książkę, która wzbudziłaby we mnie zachwyt do granic możliwości. Szkoda, choć nadzieję na taki stan miałam sięgając po serię (bo już wiem, że nie jest to trylogia) Marka Hoddera.

Autor bohaterami swoich książek uczynił dwóch ekscentrycznych jegomościów - Sir Richarda Burtona, podróżnika, który wkradł się w królewskie łaski i został agentem koronowanej głowy. Dopełnieniem pierwszoplanowego duetu jest Algernon Swinburne, ponoć perwersyjny poeta niskiego wzrostu i posiadacz awanturniczego podejścia do rzeczywistości. Wygląda na ciekawą ekipę, przy której nie można się nudzić, prawda? No właśnie nie do końca...

Burton i Swinburne wpadają w tarapaty i zostają wplątani w tajemniczą sprawę czarnych diamentów, które zaginęły w nietypowych okolicznościach, co więcej, w Londynie pojawia się rzekomy dziedzic spadku rodziny Tichborne, który nie wzbudza bezgranicznego zaufania, a wielu wątpi w jego tożsamość. Sir Richard wraz ze swoim wiernym kompanem (niczym Sherlock i Watson...) zostają zobowiązani do przyjrzenia się tej sprawie. Niestety, wydarzenia przyjmują bardzo nieciekawy obrót, bo niebawem cała klasa robotnicza postanawia rozpocząć bunt przeciwko arystokracji i wypowiada jej wojnę. Na ulicach Londynu zaczynają się zamieszki, a Tichborne zostaje bohaterem i prowodyrem zamieszek.

Naprawdę liczyłam na to, że ta książka mnie porwie. W pamięci miałam bardzo przyjemną i całkiem wciągającą lekturę części pierwszej, w dodatku doprawioną wątkami niosącymi konkretne treści ideologiczne i sądziłam, że dostanę to, co podczas czytania tomu pierwszego tylko lepiej podrasowane, bo przecież autor miał okazję zdobyć trochę doświadczenia. Niestety, Nakręcany człowiek okazał się gorszy, choć całkiem sporą gamę wad równoważy kilka mocnych, choć nie wystarczających zalet.

Nie podobają mi się główni bohaterowie wykreowani przez autora. Przypuszczać by można, że chodziło mu o stworzenie kontrastowego duetu, który będzie się uzupełniał, tworząc zgraną drużynę nie możliwą do pokonania i skradającą kolejnymi epizodami serca czytelników. Tymczasem uważam, że zarówno Swinburne jak i Burton są nakreśleni zbyt powierzchownie. Jeden jest podróżnikiem, drugi poetą i obaj są odważni. Stanowczo za mało! Nie wiem nic na temat ich rodzin. Kojarzę tylko epizody z przeszłości Burtona związane z Isabel i jego problemy podczas wyprawy do Afryki. Nie ma nic, czym mógłby sobie Sir Richard zaskarbić moją sympatię. Natomiast Swinburne okazjonalnie był powodem moich chwilowych uśmiechów, ale jego postać w większości wzbudzała we mnie irytację bądź... bądź nic.

Wśród postaci za mało jest kobiet, jeżeli w ogóle się pojawiają. Ja wiem, że takie czasy - epoka wiktoriańska, babki do prowadzenia domu i usługiwania dżentelmenom, okej. Ale to nie znaczy, że kobiet w ogóle nie było w tamtych czasach, podczas gdy w pięciuset stronicowym tomiszczu pojawiają się dwie epizodyczne postaci. No i jedna, ważna, w finale, ale czymże jest jedna bohaterka w obliczu całych zastępów mężczyzn?

Spencer został moim ulubieńcem. Jego postać wniosła najwięcej ciekawych i komicznych frgmentów go ksiązki, co ciekawe, komizm ten nie irytował, tak jak inne pomysły Hoddera, które były niezbyt udanymi elementami humorystycznymi. Sama postać filozofa mnie jak najbardziej przekonała i to jedyny bohater, który mnie do siebie przekonał.

Teraz przejdę do zalet, bo są jak najbardziej i o nich nie zapomnę. Po pierwsze - elementy steampunkowe, które urzekły. Megakonie, rotofotele, specyficzna broń, zmutowane mechaniczne gąsienice jako środek londyńskiego transportu miejskiego. Plus modyfikacje ludzkich ciał uzupełnianych o mechaniczne ramiona. Cudo. Na tym gruncie Hodder nie zawiódł i jeżeli za coś mam go chwalić oprócz tego, że świetnie wplótł i wyeksponował mechaniczne elementy to za historyczne podwaliny fabuły tomu drugiego. Co więcej, te rzeczywiste motywy przeplatają się z intrygą uknuta przez autora i wszystko zaczyna skutkować konsekwencjami na niesamowitą skalę. Zawsze jestem pod wrażeniem takich akcji, gdy pozornie niewielkie zagrożenia okazują się być niebezpieczne dla dużo szerszego grona. Szczęka w dół, odłóż książkę, pozbieraj szczękę i czytaj dalej.

Fabuła niestety jest pogmatwana, intryga sięga bardzo daleko i nie wszystko autorowi udaje się pokazać przejrzyście. Po przeczytaniu książki wiedziałam, co zaszło, ale nie do końca byłam w stanie etap po etapie odtworzyć sobie kolejne fragmenty akcji. Wiedziałam, że ktoś tam z kimś walczył, że pojawił się taki i taki motyw, ale żeby te puzzle idealnie do siebie dopasować, to już nie. Często w czasie czytania książka po prostu mnie nudziła, nie koncentrowałam się wystarczająco na cząstkowych działaniach bohaterów, a i sam autor czasem zapominał wspomnieć o powodach niektórych działań. Język jest słaby, pojawia się mnóstwo powtórzeń i ciągłe określanie Burtona na przemian podróżnikiem i królewskim agentem.

Końcówka okazała się jednak emocjonująca i niektóre niewiadome wskoczył na swoje miejsce, wyjaśniły się i na nowo wzbudziły moją ciekawość. Nawet jakoś nie dobijał mnie już fakt słabo napisanych scen akcji, na które tak zwracam zawsze uwagę. Z resztą uważam, że książki o Burtonie i Swinburnie trzeba przede wszystkim potraktować jako książki przygodowe. Ja wiem, że w fantastyce przygoda to jest podstawa i bez tego praktycznie ani rusz, ale akurat Hodder pisze takie typowe przygodówki. A jest to fantastyka z racji realiów, elementów steampunkowych i szczątkowych elementów magicznych. Ale jednak bardziej przygodówka.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: The Curious Case of the Clockwork Man
Autor: Mark Hodder
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 505 (+ kilkanaście stron dodatków)
Rok wydania: 2011 (first published), 2012 (w Polsce)

Burton i Swinburne:
1. W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
2. W zdumiewającej sprawie Nakręcanego człowieka
3. Wyprawa w Góry księżycowe
4. The Secret of Abdu El-Yezdi
5. The Return of the Discontinued Man
6. The Rise of the Automated Aristocrats