20 czerwca 2017

Skrzydła nocy


Do Roumu przybywa trójka - Lataczka, Odmieniec i Strażnik, jednak to ten ostatni jest narratorem. Losy bohaterów splecione zostały jeszcze przed akcją Skrzydeł nocy i mimo specyfiki ich relacji czytelnik w każdej z postaci jest w stanie odszukać coś, co ujmuje. Sama fabuła zostaje osadzona czasowo w bliżej nieokreślonej przyszłości, w świecie, w którym zadłużona Ziemia znieść musi najazd obcych żądających ukarania upadłej ludzkiej rasy. W chaotycznym, pełnym wszechstronnego ucisku podróżuje Strażnik, szukając swego powołania, zastanawiając się nad sensem otaczającego go świata i tym, w co tak naprawdę warto wierzyć.

Przegraliśmy teraźniejszość, przegraliśmy przyszłość, z konieczności musieliśmy pochylić się nad przeszłością, poświęcić wszystkie posiadane środki na jej potrzeby. Przeszłości nikt nam nie zabierze, musimy tylko objąć nad nią straż.

Robert Silverberg stworzył trzy ujmujące opowiadania, których lektura przenosi czytelnika w niezwykły świat zmuszający do refleksji a równocześnie bardzo łatwy w odbiorze. Pomimo tego, że jest to science fiction to wydaje mi się, że każdy dojrzalszy czytelnik, będąc amatorem bądź nie tego gatunku coś dla siebie w tych historiach znajdzie. Oczywiście wszystkie wydarzenia koncentrują się na postaci Strażnika, to właśnie jego charakter, zarówno pełen prostoty jak i pewnych zawikłań poznajemy najlepiej. To niesamowita postać, wzbudzająca w czytelniku uznanie, ale też żal współczucie. Z tyłu okładki wspomniano o wątku nieszczęśliwej miłości, który sugeruje pewną ckliwość, która wkraść się może w fabułę. Nic podobnego. Oczywiście, motyw ten pojawia się, odgrywa rolę dosyć znaczną, ale jednak nie kłuje w oczy żadnym kiczem czy przesadą.

Opowiadania zostały napisane w bardzo wyważonym stylu. Spodobał mi się język autora, bo Silveberg pisze tak, że przez cały czas utrzymuje takie samo tempo. To taka historia, która nie potrzebuje dynamiki, taka, przez którą możemy płynąć odnajdując w niej coraz to nowe symbole. Równocześnie w dzieje Strażnika wkrada się kilka zwrotów akcji, a więc pomimo raczej stonowanego tempa w Skrzydłach nocy próżno narzekać na nudę. Również przedstawienie realiów przyszłości to nie długi wpędzające w dezorientację opisy najnowszych wynalazków tylko konieczne z racji danej sytuacji informacje na temat działającej technologii. Takie science fiction przekonuje mnie do tego, żeby poznać więcej tego gatunku, jak również żeby sięgać po ambitniejsze tytuły.

W niezwykły stan lekkiego rozczulenia wprowadził mnie wstęp zapisany przez Roberta Silverberga. Przybliża on na kilku pierwszy stronach realia powstawania zbioru i tego, w jak ciężkich relacjach znajdował się wtedy ze swoim wydawcą, z którym łączyła go również przyjacielska więź. Nasunęło mi to na myśl relację łączącą Lewisa i Tolkiena, w przypadku której twórca Śródziemia krytykował narnijskie przygody czwórki rodzeństwa Pevensie. 

Skrzydła nocy na pewno jeszcze długo wspominać będę z uśmiechem, może nieco przyćmionym przygnębieniem, ale jednak uśmiechem. To piękna, pełna delikatności historia przekazująca kilka istotnych wartości, stawiająca pytania o sens trwania w powołaniu. Zdecydowanie polecam, szczególnie, że jest to tomik o niewielkiej objętości, choć na myśl o tylko dwustu dwudziestu stronach robi mi się nie smutno...

Moja ocena: 8/10

12 czerwca 2017

Radio Armageddon

Tak się czasem zastanawiam, jak to jest, że książki, w których przedstawione obrazy zdecydowanie przeczące klasycznej sielance i spokojowi są w stanie dać czytelnikowi jakieś poczucie komfortu. Nie nazwę tego ukojeniem, ale może po prostu wygodą. Mam nadzieję, że każdy książkoholik doświadczył już kiedyś tego uczucia. Podczas czytania stykał się już z takimi fragmentami, które były dla niego po prostu wygodne. Które za pomocą idealnie dobranych słów opisywały coś tak banalnie oczywistego, że nikt inny nie wpadłby na pomysł, żeby o tym wspomnieć. I tutaj leci pierwsza pochwała pod adresem autora - niebanalny, a jednocześnie prosty styl i umiejętność trafienia odpowiednio dobranymi słowami w sedno.

Jakub Żulczyk stworzył historię zespołu muzycznego toczącą się w realiach polskiej codzienności. Nie taki zwykły zespół, bo punkowy i historia też niczego sobie, bo czwórka głównych bohaterów po prostu stawia czoła rzeczywistości w sposób nie podpadający pod żadne popularnie stosowane kategorie buntu. Co więcej Radio Armageddon staje się dla Nadziei, Szymona, Cypriana i Gnata świętością, a równocześnie dla każdego z nich oznacza coś innego. I naprawdę jest o czym opowiadać.

Autor nie snuje nużącej, opowiadającej punkt po punkcie opowieści o tym, jak zespół powstawał. Teraźniejszość przeplata się z rozbudowanymi wstawkami z przeszłości, a narrację prowadzą głównie Nadzieja i Szymon. To oni opowiadają czytelnikowi o szarym, sztucznym otaczającym ich świecie, który po części zna każdy z nas i w którym każdy znajdzie cząstkę swojej rzeczywistości. W zasadzie motyw młodzieżowego buntu wyrażanego przez założenie amatorskiego zespołu punkowego to temat dosyć oklepany, a jednak treść książki potrafi zafascynować i uwięzić czytelnika w tym pozbawionym głębi świecie.

To bardzo mocna powieść. Pełna drastycznych, szokujących obrazów, które wręcz uderzają w świadomość czytelnika. Co więcej, wątek tajemniczego zaginięcia Cypriana, lidera zespołu komplikuje plany całej reszty postaci, wyzwala pragnienia, do których w zasadzie na warto się przyznawać. Równocześnie pomimo mocno postępującej degeneracji bohaterów w jakiś sposób życzy się im jak najlepiej i naiwnie, gdzieś na skraju świadomości liczy na to, że jednak jakoś się to wszystko poskłada.

Momentami obraz bandy zaćpanych licealistów trochę mnie męczył w sensie takim, że nie wierzę, żeby grupce młodzieży tak łatwo było w szybki sposób niemalże nieodwracalnie popaść w nałóg. Miałam wrażenie, że trochę jakby żyją w szklanej bańce (oni chyba też), takiej, której wnętrza nie dostrzega otoczenie. Rodzice, nauczyciele, znajomi - bardzo mało inicjatywy było z ich strony, ale może moje wrażenie jest efektem tego, że w swoich nastoletnich latach nawet nie otarłam się o takie środowiska. Bywa. Rozumiem też, że ta obojętność wszystkich dookoła to smutny dowód na istnienie rzeczywistego problemu społecznego, jednak i tak wygląda na nieco zbyt mocno odbiegający od realiów.

Jakub Żulczyk stworzył oryginalnie napisaną historię, której wydźwięk na pewno nie pozostawi czytelnika niewzruszonym. W jakiś sposób książka trafia w człowieka, pochłania, przekazuje część smutnych prawd o przekomercjalizowanej rzeczywistości, w której praktycznie na wszystkim da się zarobić, a małe, próbujące coś przekazać "świętości" nie mają za bardzo racji bytu. Chyba, że podasz cenę.

Moja ocena: 7,5/10

1 czerwca 2017

Mój Maj

Jednotomowe powieści. To pod ich znakiem upłynął mi maj. Przeczytałam aż sześć tytułów i tylko jedna z nich stanowiła dalszy ciąg przygód pewnej grupy bohaterów. I trafił się jeden tomik poezji (Mleko i miód Rupi Kaur).
Udało mi się zobaczyć aż sześć koncertów, przy czym cztery z nich odbyły się podczas tegorocznej majówki. Miałam mojego Huntera, miałam radochę.
W kwestii zakupów - kupiłam mniej niż przeczytałam, a zatem kolejka lektur uległa uszczupleniu.
Maj wypadł kiepsko pod względem pracy - więcej jej nie było niż było.
Nadrobiłam zaległości książkowe, sięgnęłam po dwa bardzo długo już oczekujące już tytuły.

Cztery z przeczytanych w maju tytułów - i chyba ledwie widoczne Radio Armageddon najlepsze.
Eksperymenty w PhotoScape. Znalazłam sobie nowe hobby.

Popołudnie w parku. Majówkowy występ zespołu Strachy na Lachy. I mój ukochany wrocławski Dworzec.

Monsun, na którym zaczęłam dopiero jeździć i z którym świetnie się dogaduję. Koń marzenie. Bazgroły ze szkolnego zeszytu. Księga dżungli czytana w plenerze i pamiątka z koncertu, na który nie planowałam iść i który bardzo mi się spodobał.

Takie wrocławskie kadry maja. 

Radio Armageddon i niebo zwiastujące Armagedon.

Czytamy Rycerza siedmiu królestw - fantastyka tylko z adekwatnym tłem muzycznym!
Przypływ weny do rysowania (i równie szybki jej odpływ) oraz koncert wrocławskiego This Great End.
Co tak właściwie kupiłam?

Powiem tylko jedno: jak tak dalej pójdzie, to moje zakładki przejdą na bezrobocie.
A w czerwcu...
Będzie fajnie. Będą na pewno dwa koncerty i to jakich zespołów. Szczegóły w kolejnym podsumowaniu. Czaję się na jedną książkę, zobaczymy jak to wyjdzie z czytaniem, bo kończę aktualnie drugi semestr policealnej. Plan na czerwiec to pięć książek, niezmiennie. Cieszę się z tych Artefaktów - nie dość, że zaczęłam kupować jako takie "nowości" (no, Silverberg ukazał się 26 maja, świeżynka jeszcze) to wpadły mi dwie trochę cieńsze lektury. Tevisa odkładam na jesień. Sandersona raczej na końcówkę lata, mam inne cegły do nadrobienia.

Powodzenia w czerwcu!