24 lutego 2017

Nigdziebądź

Neil Gaiman to jedno z, jak mi się wydaje, bardziej znanych i ważniejszych nazwisk, gdy mowa o literaturze fantasy. Nie jest to może pisarz cechujący się niesamowitą popularnością, ale większość książkomaniaków go kojarzy i chwali. Nigdziebądź to moje trzecie spotkanie z twórczością Gaimana, w dodatku po lekturze dwóch tytułów, które na kolana mnie nie rzuciły. Sięgając po jedno z czołowych dzieł autora liczyłam na to, że w końcu zaskoczę, dotrze do mnie fenomen jego twórczości.

Nigdziebądź to opowieść o Londynie Pod, do którego trafia nieco fajtłapowaty miłośnik figurek w kształcie troli Richard. Dzieje się tak za sprawą tajemniczej dziewczyny o imieniu Drzwi, która zostaje przez naszego bohatera uratowana przed niemałymi kłopotami. Wędrówkę po Londynie Pod temu duetowi umilają bądź uprzykrzają bohaterowie o dziwacznych zdolnościach i nietypowej aparycji.

Generalnie rzecz ujmując, z Gaimanem mam spory problem. Jest to twórca z widocznie ciekawymi pomysłami, obdarzony nietuzinkową wyobraźnią i niewątpliwie, dużym tez potencjałem. Stworzył przyjaznego czytelnikowi głównego bohatera, bowiem Richard swoją niezdarnością skradł mi serce i nawet ani przez chwilę nie zirytował, co jest godne pochwały, bo zazwyczaj nieudolność nieźle mnie irytuje. Tymczasem główna postać Nigdziebądź wzbudzała sympatię będąc po prostu uroczą fajtłapą. Niestety jednak, Richard to jedyny bohater, który w jakikolwiek sposób zapisał się w mojej pamięci, bo cała reszta wydała mi się dość oszczędnie wykreowaną grupką... sama nie wiem jakich ktosiów. Ale pomijając już tę kwestię nie do końca dopracowanych sylwetek postaci - Gaiman pokazał w Nigdziebądź kilka dobrych pomysłów, ale zdecydowanie za słabo je rozwinął. Richard, Drzwi i ich obstawa (np. Łowczyni) tułają się po Londynie Pod, wpadają w większe i mniejsze tarapaty, ale wszystko co ich spotyka to świetnie wymyślone, ale słabo rozwinięte pułapki. Po raz kolejny czytając Gaimana nudziłam się. Niektóre fragmenty, a i owszem, wzbudzały we mnie nieco mocniejsze uczucia, ale długo stan ten się nie utrzymywał i niestety, ale nie specjalnie interesował mnie los bohaterów.

Domyślałam się jakiego pokroju powieści mogę się spodziewać, lecz po ilości zachwytów, jakie o Gaimanie słyszałam liczyłam na coś, przy czym faktycznie będę się dobrze bawiła. Niestety, nie dostałam wciągającej, lekkiej powieści fantastycznej, która porwałaby mnie do swojego świata. Nie twierdzę również, że Gaiman to zły pisarz, Być może po prostu nie trafia do mnie jego styl, bo podeszłam do tej książki dosyć neutralnie, wyrzucając z pamięci poprzednie średniej jakości tytuły. A najlepsze jest to, że i tak Amerykańskich bogów chcę spróbować. Nie ma autora, któremu po trzech raczej przeciętnych i niezadowalających powieściach dawałabym dalej szansę, a tu się okazuje, że to jednak możliwe. Przy czym - czekam najpierw na serial. Obejrzę, zobaczę o co się rozchodzi i być może dopiero po obejrzeniu polubię historię na tyle, że zechcę ją też poczytać. A od oceny Nigdziebądź się wstrzymuję, bo najzwyczajniej w świecie do mnie powieść ta nie trafiła - ot, była, coś kojarzę, ale bez uniesień.



Tytuł oryginału: Neverwhere
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1996 (oryginał), 2009 (to wydanie w Polsce)

7 lutego 2017

Tengu


Nie spodziewałam się wcale dobrej lektury po Tengu i muszę przyznać, że ryzykowałam przy pierwszym spotkaniu z Mastertonem odpuszczając sobie trud rozeznania wśród jego powieści. Wiedziałam o tym pisarzu wcześniej tylko tyle, że można go kochać lub nienawidzić i że miał w swojej twórczej karierze poradniki seksuologiczne nim nie zabrał się za pisanie horrorów. Masterton to nazwisko dosyć znane i będąc fanem grozy wypada przynajmniej otrzeć się o jakiś tytuł spod jego pióra. No to się otarłam...

Tengu to wielowątkowa historia z próbą wyrównania rachunków za II wojnę światową w tle. Japońska organizacja stworzona przez pokrzywdzonych w wyniku zrzutu bomby na Hiroszimę stwarza za pomocą rytuałów ludzkie potwory o niesamowitych zdolnościach gotowe zabić na rozkaz. Mowa o niezniszczalnych Tengu, ludziach opętanych przez demona o tej enigmatycznej nazwie. Powieść zaczyna się bardzo dobrą sceną, w której można zaobserwować metody działania maszyny do zabijania, jaką jest właśnie człowiek opętany przez siły zła. Niestety, ten niesamowicie realistycznie napisany fragment jest ostatnim dobrym w powieści.

Już dawno nie czytałam książki, która jednocześnie podłamywałaby mnie, ale nie na tyle, by wzbudzić jakąś szerszą gamę negatywnych uczuć, które przekładałyby się na potok przekleństw z moich ust. Ta książka w większości jest po prostu bardzo przeciętna i ciężko żywić wobec niej jakiekolwiek emocje.

Masterton sili się na kreację kilku nie najgorzej przedstawionych, odróżniających się od siebie nawzajem postaci, których nijak nie da się polubić. Znienawidzić też się nie da. Jak na przeciętne czytadło, którego spodziewałam się trochę bardziej niż dobrej lektury Tengu jest bardzo nijaką powieścią. Owszem, gdy mowa o scenach akcji, faktycznie coś można "dostrzec", leje się trochę krwi, padają serie strzałów, ale co z tego, gdy kompletnie mnie nie obchodzi, kto przeżył a kto nie, bo los wszystkich postaci jest mi dokładnie obojętny.

Również więcej jest w powieści swego rodzaju materiału nadającego się do książki sensacyjnej a nie horroru. Nawet ciężko mi było poczuć, że czytam choćby we fragmentarycznych częściach grozę, bo wszystko było sztuczne. Najbardziej dialogi - momentami kompletnie nie wiedziałam, o co w nich chodzi, lub stwierdzałam, że ludzie przecież tak nie rozmawiają.

Pewne drobiazgi mi się jednak spodobały, a mowa o wspomnianej scenie początkowej, bardzo mocnej i zaostrzającej apetyt na więcej takich fragmentów. Początek był na tyle drastycznym fragmentem, że nie zdziwiłabym się, gdyby co słabszych i mniej odpornych na realistyczne opisy zniechęciło do dalszego czytania. Ponadto powiedzmy, że docenić mogę motyw mitologii japońskiej zastosowany przez Mastertona i samo wplecenie tego wątku do powieści.

Kolejnych błędów mogłabym jeszcze trochę powymieniać, przytaczając przykłady ze słabo rozpisaną warstwą kryminalną (czytelnik dowiaduje się na samym początku, kto zabił, ale musi potem śledzić marnej jakości śledztwo i jego "ślepe zaułki" wiedząc, że są ślepe) lub brak choćb y cząstkowego budowania relacji ("No siema, widzimy się pierwszy raz w życiu, ale w sumie stańmy do walki z tymi złymi jako najlepsi przyjaciele!"), ale chyba łatwo się domyślić, że nie polecam Tengu. Szkoda czasu na tak beznamiętną lekturę. Żebym chociaż miała się nad czym poużalać...

Moja ocena: 4,5/10

Tytuł oryginału: Tengu
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1990 (oryginał), 2015 (drugie wydanie w Polsce)

31 stycznia 2017

Mój styczeń

Pewnie nie będzie zbyt wielu, którzy podzielać zechcą mój stosunek do stycznia - Hura, zima! Serio, już dawno nie cieszyłam się aż tak bardzo z powodu mrozów. A na widok zasypanych ulic i zapowiedzi kolejnych opadów buzia mi się uśmiechała. W zimie jest coś magicznego albo po prostu to ja jestem w stanie odnaleźć pozytywy o każdej porze roku (czyli we mnie jest coś magicznego). Styczeń upłynął mi pod znakiem nauki i w związku z tym... przeczytałam tak dużo, że starczyłoby na dwumiesięczny zapas biorąc pod uwagę moje tempo czytania.

Spontaniczny spacer w okolice mojego ukochanego Mostu Osobowickiego, nieopodal którego mieszkam i przez który, ku mojej uciesze, często przejeżdżam. Wrocław jest miastem mostów i może akurat ten nie jest najbardziej reprezentatywnym, ale lubię go, żeby nie było, że Grunwaldzki i Milenijny zgarniają cały "fejm".

Trochę zimowych widoczków i peron na stacji Wałbrzych Główny, była godzina chyba coś koło 8.00, największe mrozy i -15 stopni na dworze. Nawet przekonałam się do włożenia szalika...

 Lektura Lewis. Człowiek, który stworzył Narnię wprawiła mnie w niemały zachwyt, niemal w taki sam stan wprowadził mnie kolejny piękny zimowy dzień.

Obejrzałam "300" w celu zmniejszenia liczby filmów, których nie widziałam, a tych jest zatrważająco sporo. Lektura Kossakowskiej sprawiła mi mnóstwo radochy i rozrywki, a pozostałe dwie fotki są z serii "Fajne plakaty, z przystanków, blisko których mieszkam". Te z Antyradia mnie urzekły, a ten nawiązujący do Shakespeare'a po prawej na dole świadczy o tym, że ktoś chyba śledzi moje lektury na LC i wiedział, że w styczniu czytałam "Sen nocy letniej".
Fragment świetnej okładki do Rudej sfory, czaszki i koń, chyba nie można było się bardziej wpasować w moje gusta...

I jeszcze trochę zimy, bo zima jest super!
A na sam koniec krótkie podsumowanie tego, co faktycznie przeczytałam w styczniu, a jest to aż siedem tytułów. Pękam z dumy i trzymam szczękę, żeby mi nie opadła ze zdziwienia...




  1. Dybuk (Szlojme Zajnwil Rapoport)
  2. Lewis. Człowiek, który stworzył Narnię (Michel Coren)
  3. Sen nocy letniej (William Shakespeare)
  4. Ruda sfora (Maja Lidia Kossakowska)
  5. Słowa światłości (Brandon Sanderson)
  6. Decathexis (Łukasz Śmigiel)
  7. Wbrew zasadom (Samantha Young)
Wszystkie były na swój sposób dobre, a przynajmniej zadowalające (tak, Wbrew zasadom też), ale najbardziej oczarowała mnie biografia Lewisa. Oczywiście za krótka, ale rozbudziła we mnie ciekawość odnośnie stowarzyszenia Inklingów, innych powieści twórcy Narnii a co za tym idzie, wzrósł mój apetyt na biografię Tolkiena, który był związany z postacią Lewisa.
Dwie sztuki, które przeczytałam uznaję za udane, bo ja się po prostu bardzo dobrze odnajduję w lekturze wszelkich dramatów. Jest poetycko, jest śmiesznie a czasem i strasznie. Shakespeare nadal jest jednym z moich ulubionych twórców, natomiast po Dybuka sięgnęłam z powodu bezsenności i ani trochę się nie zawiodłam. Decthexis być może zrecenzuję, podobnie ma się sprawa z książką Samanthy Young, która była moją odskocznią od tego, co czytam na codzień. I praktycznie rzecz biorąc nie miałam przy czym zgrzytać zębami...
Sanderson nieco mnie zawiódł, ale i tak zafundował cały miesiąc przebywania w świecie ABŚ, który zachwycił mnie rok temu i niestety teraz nie za bardzo się rozwinął. Polecam jednak autora jak najbardziej, bo warto poznać to, co spłodziła jego wyobraźnia. Ja niewątpliwie za kilka miesięcy zapoluję na jakąś jego książkę.
Recenzje są w zakładkach, to, czego nie opisałam na blogu można wyszukać na moim profilu na LC, do którego odnośnik jest na dole bloga.
To by było już wszystko, o czym chciałam wspomnieć odnośnie mojego stycznia. Powodzenia w lutym, chwalcie się, ile przeczytaliście!