1 grudnia 2016

A listopad przeminął!

W sumie to nie robię ostatnio podsumowań bo mi się nie chce. Ale można by coś od czasu do czasu skrobnąć, nie tylko w sumie o książkach, choć w tym temacie i tak najwięcej będę miała do napisania.

Co przeczytałam w listopadzie?


Pięć książek to bardzo przyzwoity wynik jak na mnie, szczególnie, że Atramentowa śmierć była niezłą cegłą (ponad sześćset stron). Zlitowałam się w końcu nad Kotem alchemika, którego kupiłam będąc na pierwszym roku studiów czyli trzy lata temu. I żałuję, że tak późno po niego sięgnęłam, bo wyobraźnia autora niesamowicie mnie zachwyciła. Harry to już klasyka sama w sobie, a sięgnęłam po niego w nagrodę, dla samej siebie, z jakiej okazji? Otóż...

Szaleństw w listopadzie było więcej.

Obrona pracy licencjackiej! Udało się, obronione na cztery, sam egzamin wywołał we mnie niepotrzebnie mnóstwo stresu, bo dostałam dwa pytania o opinie i tylko jedno z wiedzy. W każdym razie jestem licencjatem socjologii i mam nadzieję za trzy lata być magistrem. Nie dwa, bo trafił mi się rok przerwy. Nowy semestr już się zaczął, a ja dopiero 9 listopada się obroniłam. Jakby nie było, przerwa mi nie przeszkadza. Czasu na pewno nie będę marnować.


Kolejny punkt tego podsumowania to nowe nabytki książkowe. Wstawiam poniżej zdjęcie z zakupami z chyba jeszcze z wakacji, września, października na pewno i chyba listopada, bo nie kojarzę, czy coś kupowałam. Na fotce brak zdobyczy z biblioteki i Harry'ego Pottera który został wywieziony do mojej osobistej "biblioteki głównej". 

Od dołu: 
1. Słowa światłości (Brandon Sanderson) - kupowanie cegieł tuż przed przeprowadzką... żeby było wygodniej... Już podczytuję na boku.
2. Nigdziebądź (Neil Gaiman) - ostatnia szansa dla Gaimana, pożyczka od kumpeli
3. Mechaniczny (Ian Tregilis)
4. Księga dżungli (Rudyard Kipling) - prezent urodzinowy
5. Pachnidło (Patrick Süskind) - podprowadzone z biblioteczki mojej mamy
6. Rycerz siedmiu królestw (George R. R. Martin) - z tęsknoty za Westeros
7. Silmarillion (J. R. R. Tolkien) - nie można nie mieć w zapasie żadnej książki Tolkiena na półce
8. Hamlet (William Shakespeare) - czytałam już w tym roku, aczkolwiek po polsku. Tutaj mam tekst oryginalny... Może w końcu zacznę czytać po angielsku
9. Zielona mila, Miasteczko Salem i Lśnienie (Stephen King) - Kieszonkowe wydania za niecałą dychę, jak tu nie brać?

Na chwilę obecną ograniczam zakupy, co było szczególnie trudne z racji pojawienia się Czarnego piątku oraz wystartowania wszelkich świątecznych promocji prezentowych. Ale twardo obstaję przy niezamawianiu książek, pomimo tego, że pojawiło się tyle świetnych nowości...
Noszę się z zamiarem założenia drugiego bloga, na którym od czasu do czasu pisałabym o rzeczach niezwiązanych z książkami, bo takowych jest całkiem sporo. Nie wiem jeszcze, czy to wyjdzie, jak wyjdzie, to dam znać.
Powodzenia w grudniu życzę wszystkim!

27 listopada 2016

Atramentowa śmierć

Coś mnie ostatnio naszło na lektury mniej wymagające, skierowane do młodzieży, nawet tej młodszej rzekłabym, bo dwa posty temu recenzowałam baśniowego Kota alchemika, a ostatnio pojawił się na blogu Harry Potter. Ostatnią z tej kategorii lekturą jak na chwilę obecną jest Atramentowa śmierć, finałowy tom trylogii spod pióra Cornelii Funke, w którym autorka zawarła motyw przenoszenia się na karty ukochanej powieści. Pomysł, który na pewno okazał się nie lada gratką dla wszystkich książkoholików i który wielu zachwycił... w tym mnie, choć bardziej podobało mi się na samym początku tej historii.

W Atarmentowej śmierci akcja toczy się już tylko w świecie wykreowanym przez Fenoglia, w Atramentowym świecie, w którym trwa walka o władzę, snucie intryg i próba oszukania przeznaczenia. Dawno (około rok) temu czytałam część drugą i ciężko było mi się wgryźć na nowo w ten świat, tym bardziej, że drugi tom był odrobinę słabszy od pierwszego. Ta tendencja spadkowa niestety się utrzymuje. Ostatnia część jest najgrubsza i bardzo powoli rozwija się w niej akcja, co też czyni ją najsłabszą. Co więcej, na początku wszystko jest tak zagmatwane, a autorka rzadko wspomina wydarzenia z przeszłości, że ciężko było mi się odnaleźć w tej historii. Nadal nie wyrobiłam sobie szacunku do wizji pisarza, która jest tylko i wyłącznie efektem jego woli i po raz kolejny nie spodobał mi się obrót wydarzeń. W przypadku Atramentowej śmierci wydaje mi się, że za szybko zostały odkryte najsilniejsze karty i przez to podczas czytania mało było napięcia, a chwilami wszystko się ciągnęło.

Serce jest słabe i zmienne, łaknie tylko miłości i nie ma nic gorszego, niż uczynić je swym mistrzem. Mistrzem musi być rozum, który się śmieje z lekkomyślności serca, drwi z miłości jako wybryku natury nietrwałego jak kwiat.

Cornelii Funke udało się wykreować kilka oryginalnych wizji, ciekawych rozwiązań, drobnych myków, co nie zmienia faktu, że Atramentowy świat wypada nieco nijako. Mało jest w nim magii, a i elfy, olbrzymy czy szklane ludziki albo odgrywają niewielkie role albo irytują (ten ostatni przypadek). I przez to właśnie odbieram świat "powieści w powieści" jako miejsce ładne, ale wcale nie zachwycające tak, jak przyjmują bohaterowie.

Żeby nie było, że nic mi się nie podobało - coś jednak przypadło mi do gustu. Znów spodobała mi się relacja łącząca Maggie i Mortimera, córkę i ojca. I pomimo tego, że oboje wraz z Resą tworzą pełną rodzinę, to relacje Maggie z każdym z rodziców są bardzo odmienne i całkiem oryginalnie wykreowane. Widać, jak szczególna i tajemnicza więź łączy ją z ojcem i jak bardzo niepowtarzalne to jest. Chwilami nawet jej zazdrościłam.

Bardzo irytowała mnie Elinor, która zdecydowanie za bardzo się rządziła, choć jej późniejsze kłótnie z Fenogliem trochę mnie śmieszyły, ale i tak w porównaniu do tomów poprzednich bohaterka straciła w moich oczach. Co więcej, mnogość postaci pobocznych nie wiele się wyróżniających z tłumu prosto nakreślonych osobowości też mnie dobijała.

Wydaje mi się, że książka jest po prostu zbyt obszerna. Niemniej jednak polecam tym, którzy podobnie jak ja polubili poprzednie dwa tomy. Tendencja spadkowa w przypadku jakości owszem, jest, aczkolwiek do zdzierżenia i jednak przy odrobinie cierpliwości doprawionej ciekawością co do tego, jak potoczą się losy bohaterów lektura jest znośna. Nie przywiązałam się do tej trylogii jednak w takim stopniu, aby żałować, że autorka zakończyła wszystko w trochę słabszym stylu. Może to i lepiej, dla mnie.

Cóż znaczył jeden policzek za dziesięć stron ucieczki od tego wszystkiego, co go czyniło nieszczęśliwym, dziesięć stron prawdziwego życia zamiast jednostajności i nudy, którą inni nazywali rzeczywistością.

Moja ocena: 6/10

Tytuł oryginału: Tintentod
Autor: Cornelia Funke
Wydawnictwo: Egmont Polska
Ilość stron: 670
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2008 (w Polsce)

Najlepszy tom: Atramentowe serce
Najsłabszy tom: Atramentowa śmierć
Najlepsza okładka: Atramentowa śmierć
Najsłabsza okładka: -

Trylogia Atramentowy świat:
1. Atramentowe serce < recenzja
2. Atramentowa krew < recenzja
3. Atramentowa śmierć

Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

22 listopada 2016

Harry Potter i Kamień Filozoficzny


Zatem okazuje się, że jeszcze taka stara nie jestem! Mogę czytać po raz drugi książkę, z którą pierwszy raz styczność miałam siedem lat temu i bawić się równie dobrze, co wtedy. A oto i kilka akapitów poświęconych pierwszemu tomowi najpopularniejszej sagi młodzieżowej.

Nie wychowywałam się na Harrym Potterze w odróżnieniu od wielu rówieśników z rocznika '94 i okolic. Znam sporo osób na całego zajaranych światem Rowling, który to świat nigdy nie był moim. Okazuje się jednak, że od kilku lat, już po zapoznaniu się z prawie całą sagą (Insygniów do tej pory nie miałam okazji czytać, choć Księcia półkrwi czytałam około siedmiu lat temu) to uniwersum pełne mioteł, eliksirów, uroków, świstoklików, zaklęć niewybaczalnych i różdżek zrobionych z piór feniksa też jest moje! Co więcej, po raz kolejny odkrywam, jaka ta historia jest świetna. Znów uśmiecham się przy fragmentach, w których Hermiona się wymądrza, Ron się boi, a Harry stwierdza, że jednak warto spróbować.

Trzeba być bardzo dzielnym, by stawić czoło wrogom, ale tyle samo męstwa wymaga wierność przyjaciołom.

Przyznam się, że początek trochę mi się dłużył. Wprost nie mogłam się doczekać, aż Harry wreszcie znajdzie się w Hogwarcie, bo wiedziałam, że to tam zacznie dziać się coś ciekawego. Oczywiście w każdej części mam swoje ulubione fragmenty i pewnie dlatego właśnie początki opisujące codzienność Harry'ego mieszkającego u Dursley'ów mnie nudziły. Swoją drogą - Dursleyowie wcale nie są tacy okropni. Owszem, dosyć surowi, faworyzujący Dudleya, ale miałam wrażenie, że są nieco sztucznie charakteryzowani na okropnych, pełnych nienawiści krewnych. Ja wiem, że później to się nieco zmienia, kojarzę kolejne części i rozwój tego wątku, ale moim zdaniem Harry miał lepiej, niż chociażby taki Kopciuszek.

Dopiero teraz czytając doceniłam pomysłowość Rowling na intrygę. I nie tylko na to, bo również na kreację świata, choć to już wcześniej mnie zachwycało. Pomimo tego, że dopiero teraz uznaję ten świat za w pewnym sensie mój, to zawsze się w nim odnajdowałam. Coś takiego jest w niepowtarzalnym klimacie książek Rowling, że ciężko się nie wciągnąć i to w każdym wieku.

źródło
Z ulubionych postaci drugoplanowych mogłabym wymienić na pewno Hagrida, bo to Hagrid i lubi zwierzęta, podobnie jak ja. Swego czasu lubiłam McGonagall, ale teraz już moja sympatia od niej nie jest aż tak silna. Dumbledore również zasłużył na moje uznanie, z resztą zawsze go uwielbiałam i podejrzewam, że nie zmieni się to wraz z lekturą kolejnych tomów. Ach, czemu do Księcia Półkrwi jeszcze tak daleko...

Ulubione fragmenty, o któych wspominałam? Na pewno mecz Quddicha, bo samego Quiddicha uwielbiam. I święta. I finał książki, który wycisnął ze mnie łzy i to dosyć porządnie, a nie tak tylko na zaszklenie się oczu... I każda scena, w której brali udział bliźniacy Wesley oraz każdy pocisk po Percym Wesleyu. Aż mi się usta same w uśmiech układają na wspomnienia tych fragmentów.

Nie wiem, czy sens jest polecać, bo to się powinno rozumieć samo przez siebie.

Moja ocena: 8/10

Autor: J. K. Rowling
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 324
Rok wydania: 1997 (oryginał), 2000 (w Polsce)

Seria o Harrym Potterze:
1. Harry Potter i Kamień Filozoficzny
2. Harry Potter i Komnata Tajemnic
3. Harry Potter i Więzień Azkabanu
4. Harry Potter i Czara Ognia
5. Harry Potter i Zakon Feniksa
6. Harry Potter i Książę Półkrwi
7. Harry Potter i Insygnia Śmierci

10 listopada 2016

Kot alchemika

Tym razem rozpocznę rozbrajająco szczerym wyznaniem - nigdy w życiu nie kupiłabym tej książki, gdyby nie była fajnie wydana. W dodatku jest to pierwsza książka, która przełamuje złą passę pięknie wydanych beznadziejnych w treści powieści. Bo nie dość, że fajnie wygląda, to jeszcze zdołała mnie wciągnąć,

Na wstępie warto zaznaczyć, że już sama fabuła jest oryginalna, jednak gdy znalazłam Kota alchemika trzy lata temu w Dedalusie, to nie docierał do mnie ten fakt. A o czym Moers postanowił napisać? O krotku, magicznym kocie uchodzącym za unikat w Sledwai, mieście w kraju Camonii. Echo właśnie takim stworzeniem jest i to w dodatku w ciężkiej sytuacji - bezdomny, głodny, bliski śmierci. Na początku książki jesteśmy świadkami główny bohater zawiera ciekawy, niezbyt lukratywny kontrakt z przeraźnikiem Eisspinem. Ten proponuje krotkowi miesiąc wspaniałego żywienia, najwyśmienitszych potraw serwowanych w celu zdobycia... tłuszczu Echo. Po roztyciu się krotka przerażnik chce podciąć mu gardło i wygotować z niego tłuszcz, aby jego kolekcja stała się jeszcze bardziej unikatowa. Echo z racji okropnego głodu zgadza się i wkracza do pełnego dziwactw świata Eisspina. Między nim a Echo pojawia się powoli nić porozumienia, przeraźnik zdradza krotkowi wiele niesamowitych tajemnic z dziedziny przeraźnictwa, opowiada historie z przeszłości, która okazuje się nie do końca domknięta...

Trochę lektury się bałam, bo miałam wrażenie, że to książka skierowana do młodszych czytelników, a na pewno nie mająca na celu zapewnić rozrywkę starszyźnie z dwójką z przodu. Fakt, że przy lekturze bawiłam się wyśmienicie na szczęście przeczy tejże teorii - że przy Kocie alchemika mogłabym się nudzić. Owszem, nie dostałam książki z najwyższej półki, której każdą stroną mogłabym się delektować, a jednak uważam Waltera Moersa za niesamowitego pisarza. To, co wpłynęło na okrzyknięcie go tym przydomkiem to niesamowita wyobraźnia, której owoce znaleźć można w powieści jego autorstwa. Kot alchemika jest piątym tomem camońskiego cyklu książek, ale nie wydaje mi się, aby konieczną była chronologiczna lektura. Po prostu każda książka to osobna historia, łączy je tylko miejsce i delikatne powiązania pojawiające się epizodycznie. Sama nie mam zamiaru czytać wszystkich książek z tej serii, ale jeszcze dwie mam na oku.

Ciężko mi nieco sklasyfikować Kota alchemika, bo z jednej strony to książka bardzo prosta, o nieskomplikowanych bohaterach, a z drugiej, dzieją się w niej momentami wręcz straszne rzeczy, które mogłyby wydawać się wręcz traumatyczne dla młodego czytelnika. Paradoksalnie śmiem twierdzić, że dlatego przy lekturze się nie nudziłam - spodziewałam się czegoś w miarę przyjemnego i lekkiego, a dostałam kilka scen, po których szczęka zeszła mi do parteru. I na chwilę obecną klasyfikacji się nie podejmuję.

Rozczarowało mnie zakończenie. Chodzi mi o to, że okazało się zbyt pomyślne. Mam świadomość tego, że wizję autora powinno się szanować, ale nic mnie tak nie denerwuje, jak zbyt pomyślne zakończenie wieńczące lekko ponurą fabułę. Kilku książkom już ten zarzut postawiłam i nigdy nie polubię zbyt kompromisowego finału, który w mojej ocenie ujmuje powieści charakteru.

Podobali mi się boahterowie, bo mimo prostoty ich kreacji nie byli papierowi, co zawdzięczać należy również wyobraźni autora. Przeraźnik, pomimo straszliwego układu jaki zawarł z krotkiem, miał w sobie coś, co nie pozwalało go nienawidzić. Do gustu przypadli mi również przyjecie krotka - Fiodor F. Fiodor i skóroperze. Nie spodobała mi się jedynie Izanuela, która była okropnie infantylną bohaterką i to jeszcze w bardzo irytujący sposób.

Mogę spokojnie książkę Waltera Moersa polecić, bo jest niesamowita pod względem pomysłowości. To, co autor w powieści zawarł wielokrotnie wprawiało mnie w zachwyt (i inne stany), a fabuła wciągała i sprawiała, że traciłam poczucie czasu. z chęcią jeszcze do świata Camonii powrócę, choć nie tak od razu.

Moja ocena: 7,5/10
Tytuł oryginału: Der Schrecksenmeister
Autor: Walter Moers
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilosć stron: 362
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2010 (w Polsce)

2 listopada 2016

Powrót króla


Kilka akapitów na temat historii, która towarzyszyła mi przy wchodzeniu w dorosłość wypadałoby napisać, choć nigdy swoich wynurzeń i refleksji dotyczących Władcy pierścieni nie nazywałam recenzjami. Jakby nie było, trzy lata temu, sięgnęłam po klasykę literatury fantastycznej, jak i po klasykę literatury w ogóle i dzieło mistrzowskie. Podczas lektury całego Władcy miałam roczną przerwę, nie sięgałam po niego regularnie, ale nie żałuję ani trochę. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że dawkowałam sobie kolejne jego porcje, chwytając się za tą cegłę z tęsknoty. Nie tylko za samym Śródziemiem, ale też i za stylem pisania, dzięki któremu dosłownie dwa, trzy akapity wywołują uzależnienie od historii Jedynego Pierścienia.

Przyznaję się bez bicia, że słabo pamiętałam czytany trzy lata temu początek - Drużynę pierścienia, choć co ważniejsze fragmenty pamiętam. Wydaje mi się, że w przyszłym roku znów po Tolkiena sięgnę, żeby odświeżyć sobie całość, może nawet czytając całą cegłę na raz. I podejrzewam, że jeszcze wiele razy będę sięgała po tolkienowskie dzieło, za każdym razem z entuzjazmem zanurzając się w pełnym uroku i mądrości świecie. W mojej opinii siła tej powieści polega na niesamowitej równowadze - czytamy historię pełną patosu, dziejącą się w świecie stworzonym z niezwykłym rozmachem, a jednak bohaterami w tym uniwersum są, jakby na to nie spojrzeć, hobbity, proste, nawet niepozorne stwory, które odwagą, walecznością i poświęceniem udowadniają swój heroizm. Owszem, nie bez wsparcia silniejszych, ale jednak, kluczową rolę odgrywają niziołki.


Przy czytaniu bardzo rzadko wzruszam się do łez i na tym polu Tolkien mnie pokonał - może potoków i stosu chusteczek udało mi się uniknąć, ale na samej końcówce poczułam, że zaszkliły mi się oczy. Pewnie swój udział miał też fakt, że oto skończyłam tę niesamowitą podróż, że więcej przygód Froda już nie przeczytam i że niepotrzebnie się tak spieszyłam, ale nic już zrobić z tym nie mogę.

Bardzo zaskoczyło mnie to, że podczas czytania książki z gatunku fantasy odczuwałam chwilami niepokój większy niż przy lekturze najmocniejszych horrorów. Niechaj będzie to potwierdzenie nadzwyczajnych umiejętności pisarskich Tolkiena, czapki z głów normalnie...

Do Władcy trzeba trochę dojrzeć, żeby go czytać i się nim delektować i jak najbardziej potwierdzam, z własnego doświadczenia, że tak jest. Cieszę się przeogromnie, że mogę sobie łączyć w pamięci tak ważny etap życia, jakim jest okres studiów z okresem czytania Tolkiena. A najbardziej cieszę się z faktu, że mam kolejny świat, do którego mogę "uciekać", że wystarczy, że złapię się za tę ponad tysiącstronicową cegłę i w mgnieniu oka znajdę się w pięknym, budzącym zachwyt, czasem nawet i respekt uniwersum i na samą o tym myśl się uśmiecham.

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.*


*przekład Marii Skibniewskiej