29 sierpnia 2014

30 Day Song Challange: Dni 1-5


Odchodząc trochę od książkowego tematu postanowiłam zrobić u siebie na blogu to wyzwanie. Żeby się nie patyczkować za mocno jednego dnia "zaliczę" sobie pięć kolejnych. A więc zapraszam:

Dzień pierwszy: Moja ulubiona piosenka.
Gust muzyczny dość często mi się zmienia, ale do ponadczasowych kawałków które zawsze będę lubiła zaliczyłabym Bleed it out - Linkin Park.

Dzień drugi: Najmniej lubiana piosenka
Zdecydowanie postawiłabym na wielce irytujący mnie kawałek puszczany jakiś czas temu namiętnie w radiu: Bałkanica - Piersi

Dzień trzeci: Piosenka, która czyni mnie szczęśliwą
Jest sporo takich kawałków, które poprawiają mi humor, ale jednym z pierwszych, jaki nasuwa mi się na myśl jest Terrorystan - Farben Lehre


Dzień czwarty: Piosenka, która mnie smuci
The Analogs - Poza prawem < przy tym kawałku w ostatniej zwrotce zawsze mam mokre oczy... "I miliony łez pociekło, gdy lecieli do odchłani!". Najwidoczniej nawet punk może wzruszyć.

Dzień piąty: Piosenka, która przypomina mi o kimś
Hm, zależy jak to ująć. W pozytywnym sensie: Akurat - Lubię mówić z tobą oraz I love Rock'n'Roll- Joan Jett. W mniej sympatycznym wydaniu: Murator - Punkowa królowa (nadal nie wykasowałam tego z telefonu) i Kwiaty - Farben Lehre



Powyżej zarysował się nieco mój gust muzyczny. Linkini to moje byłe uzależnienie muzyczne, teraz przerzuciłam się na polskich wykonawców muzyki punkowej, ale nie raz zdarzają mi się odchyły od tej reguły. W nadchodzącym tygodniu kolejne pięciodniowe odcinki zabawy ;)


26 sierpnia 2014

Stos z sierpnia i końcówki lipca...

W ramach małej przerwy w nauce postanowiłam stworzyć ten post. A uczę się do poprawki z ekonomii, bo nie udało mi się do końca pokonać wszystkich trudów sesji letniej... Naprawdę się uczę, to nie tak, że robię sobie któryś już raz z kolei krótką przerwę. Muszę zdać, bo jak nie... cóż, są pewne osobistości, które ustawiają się w kolejce, żeby nakopać mi... wiadomo gdzie. A teraz do rzeczy.


Od dołu:
1. Władca pierścieni: Drużyna pierścienia, Dwie wieże i Powrót króla - J. R. R. Tolkien. Zakup empikowy, dorwałam na przecenie za 4 dychy, bo okładka podniszczona (co widać na zdjęciu). Jak tutaj nie skorzystać, skoro od zeszłego roku marzy mi się osobisty egzemplarz?
2. Wybranka kusziela - Jacqueline Carey. Kolejne me pragnienie zaspokojone. Pierwszy tom był genialny, lektura wywołała wiele emocji i jestem niesamowicie ciekawa drugiej części przygód Fedry.
3. Brainman - Dominik V. Rettinger. Efekt mojego dobrego serca i oczywiście słabości do książek. Byłyśmy z kumpelą w taniej księgarni i ona wypatrzyła sobie książkę, a ja wahałam się nad tą. I ona wtedy wypaliła: "Ej, Jag, weź też sobie coś, żebym nie miała wyrzutów sumienia, że tylko ja kupuję kolejną książkę". No i co? Widać na powyższym zdjęciu, co z tego wyszło.
4. Pierwszy grób po prawej - Darynda Jones - Umówiłyśmy się z Abigail z bloga Miasto złoczyńców na pożyczki jakichś tytułów z naszych biblioteczek. Przy okazji pierwszego spotkania ja pożyczyłam jej Blask, a sama, po wielu ciężkich chwilach dylematów i zastanawiania się wybrałam sobie właśnie powyższą książeczkę. Jak widać, lektura już rozpoczęta ;)

I to by było na tyle. Wracam do jakże znienawidzonej ekonomii, liczę na to, że jutro będę mogła zastanowić się nad książką którą kupię sobie W NAGRODĘ, a nie NA POCIESZENIE. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, coś jeszcze przybędzie do mojej biblioteczki, ale raczej w przyszłym miesiącu. Nie wiem, czy w tym pojawią się jeszcze jakieś recenzje, ale na pewno z postów nie zrezygnuję. Pozdrawiam i wracam do ekosi.

23 sierpnia 2014

World War Z


Czasem ludzka natura jednak mnie przeraża. W dodatku, co gorsza, moja natura przeraża mnie do tego stopnia, że sama się czasem zastanawiam, co z moją psychiką jest nie tak. Pomimo przesłanek z zewnątrz coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że nic. Jednak na pierwszy rzut oka obiekt fascynacji mój jak też autorów piszących o zombie apokalipsach jest w dość dużym stopniu odstręczający.

Co takiego jest w zombie? Przecież to żywe trupy. Niektórym ludziom na myśl o samych zwłokach robi się niedobrze. Co wrażliwsi mdleją. A tu okazuje się, że po drugiej stronie barykady są osobistości zafascynowane zwłokami, które postanowiły sobie ożyć. Co więcej, za cel swojej pośmiertnej egzystencji (to brzmi jak oksymoron...) obrały sobie polowanie na swoją formę sprzed zgonu - człowieka. A ja nadal się zastanawiam, co w nich fascynującego. Śmierdzą padliną. Wpieprzają jelita z zawartością jak spaghetti (jak komuś obrzydziłam tę potrawę, to przepraszam). Zazwyczaj ich cera nie wygląda jak ta z twarzy panny młodej po miesiącu miodowym na Wyspach Kanaryjskich. Martwy wzrok, rozchylone, zawsze gotowe na przyjęcie ciepłego ludzkiego ciała usta i rozczochrane kłaki. Do rozmownych też nie należą.

Większość ludzi nie wierzy, że coś może ich spotkać, dopóki sami nie staną oko w oko z problemem.

Tematem zombie apokalipsy z głównym udziałem wyżej opisanego gatunku zajął się autor Max Brooks. Pomimo tego, że nie czytałam wcześniej książek o umarlakach (tych konkretnych umarlakach) spodziewałam się czegoś nieco innego, niż otrzymałam. Pewna byłam, że przede mną książka traktującą o losach grupki ludzi zmagających się z codziennością w świecie opanowanym przez zombie. Jednak dopisek na pierwszej stronie książki, że jest to powieść o wojnie Z w relacjach świadków już nieco naprowadził mnie na to, z czym przyszło mi obcować.

Max Brooks wybrał ciekawą formę dla swojej powieści i za to należą mu się brawa. Stworzył bardzo szeroką gamę postaci, będących świadkami, weteranami, poszkodowanymi w wojnie z zombie. Zebranie wypowiedzi na ponad pięciuset stronach okazało się nie lata wyzwaniem moim zdaniem. Bo każdy fragment, każdy monolog, to inna historia, inna postać, inna osobowość.

Owszem, spotkałam się wcześniej z reportażem, ale nie w powieści beletrystycznej. Z początku trochę się obawiałam, że jednak mnie nie wciągnie, że znów odłożę książkę na rok (jak to miewam w zwyczaju). Pierwsze rozdziały na kolana nie powalają i budzą pewien niepokój co do tego, czy lektura rzeczywiście warta jest poświęconego na nią czasu. Nie zauważyłam jednak, kiedy tak naprawdę zaskoczyłam...

Nie wiem, czy wielkie czasy tworzą wielkich ludzi, ale w ich unicestwianiu są naprawdę doskonałe.

Gdy już wgryzłam się w książkę (tak zupełnie po około 70ciu stronach) to przepadłam. Jeszcze jeden fragment, jeszcze kawałek, do następnego pytania... Tak się usprawiedliwiałam, siedząc z nosem w lekturze. Przeżywałam niesamowicie historie opowiadane przez żołnierzy walczących w Wojnie Z. Również chciałabym zwrócić uwagę, że to właśnie ich relacje okazały się najciekawsze. Były pełne emocji, świetnych opisów walk, wciągające. Warto też zwrócić uwagę, że autor nie sprzedaje nam taniej historii o zombie, które opanowały świat i tak po prostu trzeba im poucinać łby. Postarała się stworzyć kilka aspektów, które wyróżniają tę historię i zwracają uwagę. Mowa tu o quislingach (ludziach, którzy nie umarli, ale udawali zombie tak dobrze, że żołnierze nie potrafili ich odróżnić od prawdziwych Zaków), Palanxie (specyfiku stworzonym na początku Wielkiej paniki, jeszcze przed regularną wojną o... ciekawym działaniu) oraz planie Redekera (o czym niestety dowiedziałam się za mało, a strategia ta okazała się wielce kontrowersyjna).

Oczywiście, nie wszystko jest w World War Z jest idealne. Już wspominałam o trochę opornych początkach. W dodatku autor przed każdym wywiadem umieszcza krótki opis dotyczący okoliczności wywiadu i jakieś wzmianki o osobie, z którą ten wywiad przeprowadza. Moim zdaniem trochę zbyt oględnie przedstawia on postacie, czasem nie wiedziałam, czy czytałam relację wojskowego, czy kogoś z przykładowo policji albo po prostu cywila. Czasem orientowałam się dopiero po kilku stronach wywiadu. Jeszcze jedną małą skazą jest fakt, że nie wiadomo, kiedy dokładnie według Autora toczyła się Wojna Z. Wiemy tylko, że trwała dekadę i dekadę

Całość przedstawia się bardzo zadowalająco. Książkę czytało mi się świetnie, poczułam dreszczyk emocji, przejęłam się niebepieczeństwem, z którym musiały się zmagać wojska z całego świata, nawet mam kilku ulubionych rozmówców, z którymi wywiady czytałam z zapartym tchem.

Fanom zombie, apokalipsy i dystopii polecam, bo Brooks przedstawia w ciekawy sposób wojnę w ciężkich, niepewnych czasach. Ukazuje wartości, które najbardziej się liczą dla obywateli z poszczególnych krajów (bo wywiady są prowadzone z Amerykanami, Japończykami i kilkoma innymi narodowościami). Potrafi w zwykłej relacji przekazać wiele ważnych aspektów wojny z zombie. Chwilami budzi w czytelniku współczucie, przejęcie i złość. Nie ma tutaj regularnej fabuły z pełnym napięcia finałem na ostatnich kartach, bo o zakończeniu wojny pojawiają się wzmianki już na samym początku książki. Zdecydowanie nie żałuję tej lektury, bo rozbudziła we mnie zamiłowanie do książek o zombie apokalipsie i walce z żywymi trupami.

Moja ocena: 8/10

Do wyzwań: Z półki, Dystopia 2014, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4 cm)

Autor: Max Brooks
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 538
Rok wydania: 2006 (za granicą), 2013 (w Polsce)

12 sierpnia 2014

Mechaniczna księżniczka


Są serie, na których zakończenie czekają całe zastępy czytelników. W dodatku nawet, gdy ktoś nie czyta danej sagi i tak zazwyczaj wie, kiedy pojawia się kolejny, tudzież ostatni tom. Mechaniczna księżniczka jest taką książką. Popularność Cassandry Clare i jej książek rośnie w naszym kraju coraz bardziej, a niebawem nadejdzie premiera ostatniego tomu Darów anioła. Z racji tego, że na którymś blogu, czy też fanpage'u wyczytałam, że lepiej zapoznać się z całymi Diabelskimi maszynami przed finałem pierwszej serii autorki postanowiłam sobie, że w sierpniu zabiorę się za Mechaniczną księżniczkę. I jak widać, okazało się, że było to jedno z nie wielu książkowych postanowień, które udało mi się spełnić. SPOILERÓW ZAMIESZCZAĆ NIE MAM ZAMIARU.

Ostateczne starcie z Mortmainem zbliża się nieuchronnie, a Nocni Łowcy z londyńskiego Instytutu muszą coraz bardziej na siebie uważać. Tessa wciąż nie odkryła jeszcze swojego pochodzenia, jak też nie wyzbyła się miłości do jednego z zakochanych w niej adoratorów. Sytuacja zdrowotna Jema nie polepsza się, a Mortmain jeszcze bardziej utrudnia utrzymanie kondycji Nocnego Łowcy w dobrym stanie. Will z kolei musi się borykać nie tylko z uczuciami żywionym do Tessy, ale i z niespodziewaną wizytą członka jego rodziny.

Tak opisałabym sytuację wyjściową, oczywiście dość skromnie, bo do wszystkich kwestii ujętych powyżej dochodzą jeszcze kłopoty Charlotte z konsulem, obecność braci Lightwoodów w Instytucie i poboczne wątki miłosne.



Bardzo ciężko jest mi wydać konkretny osąd na temat tej części. Zacznę od tego, ze drugi tom był słaby, zawiódł mnie, momentami znudził i cieszę się, że w przypadku trzeciej części Diabelskich maszyn nie miałam po lekturze negatywnych odczuć. Tylko negatywnych. W ogólnym rozrachunku Mechaniczna księżniczka wypada lepiej, niż Mechaniczny książę, ale jest ogrom kwestii które po lekturze książki spokoju mi nie dają.

Miałam wobec tej części pewne oczekiwania, jak to bywa z książkami pani Clare, ostatnimi częściami i powieściami pokroju Diabelskich maszyn. Byłam pewna, że po przeczytaniu tej książki będę zdruzgotana, a tu okazało się, że spoiler, który nawinął mi się kilka miesięcy temu nie był spoilerem. I w związku z tym... oczekiwałam innych emocji na koniec książki, niż te, które ona u mnie wywołała.

Po raz kolejny nie byłam w stanie do końca zżyć się z głównymi bohaterami. Były to postacie wspaniale wykreowane, przedstawione urzekająco, ale jednak miałam wrażenie, że są mi one odległe. Najbliższą okazała mi się jednak Tessa, która choć może nie zajmie miejsca w trójce ulubionych żeńskich bohaterek, to i tak zapadnie mi w pamięć, jako silna młoda kobietka ceniąca sobie wolność. Miłośniczka książek ciekawa świata i... może nawet trochę wścibska? Niemniej jednak poniższy cytat powinien wystarczająco dobrze oddać pragnienie poznania świata towarzyszące postaci Tessy:

Wiecznie zadawała pytania. Wystarczyło zostawić ją samą w pokoju, a zaczynała wypytywać meble i rośliny.

Z innych bohaterów, których polubiłam, a nie przekonali mnie w poprzednich częściach, mogłabym wymienić Sophie i braci Lightwoodów. Wątki z ich udziałem zostały poprowadzone ciekawie i dzięki temu, że autorka potrafiła ich nieźle przedstawić nie nudziłam się, a nawet cieszyłam podczas lektury fragmentów z ich udziałem. Cieszyłam się, bo były dobrym przerywnikiem i odskocznią od problemów miłosnych głównych bohaterów...

Trójkącik miłosny. Cassandra Clare naprawdę musiała się napracować, żeby przedstawić to w tak dobitny sposób. Emocje towarzyszące tej trójce bohaterów, ich rozterki i dylematy... Czytając o tym na prawdę można było się przejąć. I momentami już nie widzieć, komu kibicować, choć ja i tak zostałam wierna swojemu obozowi wspierającemu związek Tessy i Willa. Ale bardziej interesująco w mojej ocenie wypadła relacja między Jemem i Willem, dwójką parabatai. Brawa dla autorki za to, że potrafiła pokazać iście braterską miłość między dwojgiem przyjaciół i przedstawić to w taki sposób, że wyszło bez jakiegokolwiek podtekstu erotycznego czy też homoseksualnego. Oczywiście, nigdy nie wątpiłam w charakter relacji łączącej tą dwójkę, ale napisać o tym tak, żeby przy każdym zdaniu czytelnik nie wahał się, że chodzi o dwójkę niesamowicie bliskich przyjaciół jest nie lada sztuką w moim przekonaniu. A w tym przypadku braterstwo Jema i Willa bardziej mnie wzruszało i absorbowało niż to, z kim w końcu Tessa będzie. Bo pomimo dość konkretnych znaków z poprzedniego tomu świadczących o tym, że to X będzie wybrankiem Tessy sytuacja w Mechanicznej księżniczce przybiera inny obrót.

Czasami trzeba wybierać, czy chce się być dobrym, czy honorwym.

Cały czas postrzegałam Diabelskie maszyny jako serię traktującą o walce Nocnych Łowców z Mortaminem i jego automatami, które wprowadzają nam skrawki steampunku do fabuły. Niestety, ten tom głównie skupia się na życiu prywatnym bohaterów, co odbija się trochę na roli czarnych charakterów w powieści. Byłam pewna, że starcie z Mortmainem będzie finałem powieści, a tu dochodzi do niego już na sto stron przed zakończeniem książki. I kolejne rozdziały trochę psują zakończenie, bo odnosi się wrażenie, że autorka trochę za mocno przeciąga wszystko. W dodatku pojawia się w głowie niepokojąca myśl po tytułem: "I kiedy wszystko zaczyna się już układać, wtedy dopiero należy zacząć się martwić". Niestety, choć w ciągu tych ostatnich stu stron jest wiele pięknych gestów, słów, scen... Trochę mnie to wymęczyło. Tym bardziej, że nie sceny walki nie specjalnie mnie zadowoliły. Ani te w posiadłości Lightwoodów, ani te w miejscu X podczas starcia z Mortmainem... W Darach anioła sceny bitewne lepiej wyszły Cassandrze Clare. A to skłania mnie do jednoznacznej opinii o Diabelskich maszynach - jest to w przeważającej części romans z elementami powieści przygodowej, wątkami paranormalnymi i wszytskim osadzonym w realiach epoki wiktoriańskiej. Szkoda, bo początki tej serii wskazywały na coś nieco innego.

Zakończenie powieści. Dwudziestostronicowy epilog. Owszem, to co się w nim dzieje na pewno zwraca uwagę i nie jest zwykłym zapychaczem stron, ale jednak.. za dużo. Z drugiej jednak strony rozumiem, że autorka chciała wyjaśnić losy wszystkich bohaterów, choć w pewnym fragmencie wydaje mi się, że doszło do pomyłki (wiekowej, bo Charlotte była Nocną Łowczynią a oni nie są nieśmiertelni). Nie wiem, czy nie byłabym bardziej zadowolona z otwartego zakończenia. Końcówka momentami mnie męczyła, ale też chwilami zachwycała. 

Diabelskie maszyny a Dary anioła.

Wydaje mi się, że przeczytałam Diabelskie maszyny w odpowiednim momencie. Jestem przed lekturą ostatniej części DA i faktycznie, lektura Mechanicznej księżniczki nawiązuje do tamtej serii. Z jednej strony jest to fajne, ale z drugiej szkoda, że autorka tak postawiła sprawę i osobom nieznającym DM nieco zabrała radochy z lektury. Bo jeżeli ktoś nie zna DM, a skończy DA i dopiero weźmie się za DM, to całkiem sporo z fabuły może znać... przedwcześnie. Spodziewam się, że postać X pojawi się w ostatnim tomie DA i coś mi mówi, że nawet, jeśli będzie to epizod, to i tak całkiem... znaczący.

Jako Nocni Łowcy powinniśmy być bezinteresowni. Mamy umierać za Przyziemnych, za Anioła, ale przede wszystkim za siebie nawzajem.

Końcowym słowem rzeknę, że nie jestem niezadowolona z zakończenia Diabelskich maszyn, ale inaczej sobie to wyobrażałam. Jeżeli w siedemset stronicowym zakończeniu Darów anioła będzie adekwatnie długi epilog, mam nadzieję, że będzie ciekawszy. W Mechanicznej księżniczce elementy, które bardzo mi się podobały przeplatały się z nie do końca ciekawymi wątkami. Anglii Wiktoriańskiej jest mało, steam punku też, ale nadal uważam, że jest to dobre zakończenie serii. Interesującym doświadczeniem stało się też bycie świadkiem powstania niezwykłego wynalazku ze świata Nocnych Łowców. Dowiedzenie się wiele o związku parabatai bardzo mnie ucieszyło, jak też opis wielce patetycznej sceny jaką było Wstąpienie w kręgi Nocnych Łowców. Końcową oceną niechaj będzie:

8/10

W każdym spotkaniu jest trochę smutku rozstania, ale w każdym rozstaniu jest również trochę radości z następnego spotkania.


Seria Diabelskie maszyny:
1. Mechaniczny anioł Recenzja
2. Mechaniczny książe Recenzja
3. Mechaniczna księżniczka
Najlepsza okładka serii (moim zdaniem): Mechanieczny książe
Najlepsza część serii (też moim zdaniem): Mechaniczny anioł

Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 540
Rok wydania: 2013 (oryginał), 2014 (II wydanie w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+3,4 cm)

Wszystkie cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

8 sierpnia 2014

Gra o tron


Są książki. Ale są też arcydzieła. I czasem biorąc już książkę do ręki wiesz, że to będzie arcydzieło. Powieść Martina wywołuje wiele uczuć. Pozytywnych, negatywnych ale co najważniejsze - bardzo intensywnych.

W Królewskiej przystani, dochodzi do tajemniczej śmierci namiestnika, Jona Arynna. Na północy z wizytą pojawia się król Robert wraz ze swoim dworem i królową. Namiestnik z Winterfell, Eddard Stark cieszy się z wizyty dawnego przyjaciela, któremu pomógł przed laty zasiąść na tronie. Jednak pokój wśród siedmiu potężnych rodów nie może trwać wiecznie i niebawem najwięksi intryganci z południa zaczynają spiskować w celu przejęcia władzy w królestwie.

W grze o tron zwyciężasz albo giniesz.

Trzeba przyznać, że powieści z zastępami rycerzy, dziesiątkami bitew i siłami nadprzyrodzonymi nie są jakimś niesamowitym unikatem w literaturze popularnej. A jednak powieść stworzona przez Martina i rozpoczynająca Sagę Lodu i ognia sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury, przekonać samą siebie, że jeszcze tylko jeden rozdział i idę spać (a potem niewyspaną gnać na autobus) oraz żyć światem Westeros jeszcze długo po lekturze.

Na początku książki mamy prolog, a ja niestety za prologami nie przepadam. Fakt faktem, był dość ciekawy, bo pojawiło się niebezpieczeństwo w postaci kłopotów za Murem - kłopotów wynikających z poczynań Dzikich. A po prologu zaczyna się historia mająca swój początek w Winterfell. Poznajemy ród Starków, z którego wywodzi się Eddard, namiestnik. Od samego początku lubiłam rodzinę Starków choć po obejrzeniu serialu, co nastąpiło przed lekturą dobrze wiedziałam, jaki los spotka te postaci.

Martin wprowadza w powieści rozpoczynającej Pieśń lodu i ognia całe zastępy postaci. Podejrzewam, że jednym z powodów tak sporych ilości bohaterów jest konieczność uszczuplania tych zasobów w trakcie posuwania się fabuły i zabijania ich. Zgadza się - autor nie bawi się w sentymenty i morduje bez skrupułów. Z jednej strony sprawia to, że przywiązywanie się do jakiejkolwiek postaci jest bardzo ryzykowne (bo słyszałam poglądy innych fanów martinowskiej sagi, którzy twierdzili, że na końcu wszyscy zginą), a z drugiej... budzi dreszczyk emocji i każe zastanawiać się czytelnikowi, kto będzie następny. Albo czy bohaterowi X uda się dożyć do kolejnej części.

Postaci są wyraziste. Tym najbardziej pierwszoplanowym można z łatwością przypiąć jakąś etykietkę i na spokojnie orientować się w ten sposób z kim mamy do czynienia. Niektóre imiona zostają użyte dwa razy, nie wspomnę już o historii rodów, w których cały czas mamy doczynienia z tymi samymi nazwiskami. Jest to godne podziwu dla autora, że sam się w tym nie pogubił i sprawia, że książka wydaje się jeszcze bardziej wspaniałą lekturą. Żeby stworzyć taką ilość bohaterów i jeszcze nad nimi wszystkimi zapanować naprawdę trzeba być dobrym pisarzem.

Martin nie szczędzi nam opisów otoczenia, którymi czaruje i świetnie wprowadza nas w świat Westeros. Cudowny opis Orlego gniazda (i nazwy lezących pod nią zamków) czy Twierdzy Maegara sprawiły, że byłam pod jeszcze większym zachwytem lektury. Wszystko zostało dopracowane i doskonale opisane. Z resztą, zdziwiłabym się, gdyby w powieści o objętości niemalże ośmiuset stron zabrakło tak podstawowych kwestii.

Coś o ulubieńcach i nudniejszych lub bardziej znienawidzonych. Chyba nie zaskoczę nikogo twierdząc, że Lannisterowie są znienawidzoną ekipą wśród rodów z Westeros. Ale za jedno ich cenię, a przynajmniej Tywina Lannistera (ojca). Chodzi o dbanie o honor rodziny. Samym członkom daleko do statusu uczciwych, ale Lannisterowie mają swoją dumę i potrafią to pokazać. Uważam, że świetnie nadają się do roli czarnych charakterów, potrafią bowiem grać nieczysto i nie cofną się przed niczym, żeby dosięgnąć Żelaznego tronu. Nie dopuszczą jedynie do zhańbienia rodziny.
Ulubieńcy? Odrzucany i marginalizowany bękart Neda Starka Jon Snow, który zostaje członkiem Nocnej straży. Jedyny Lannister godny podziwu, czyli karzeł - Tyrion. Nieraz zaznaczałam sobie fragmenty w których dzieli się swoimi mądrościami.

- Jesteś przebiegły. Potrzeba nam tutaj takich ludzi
Tyrion uśmiechnął się.
- W takim razie przeczeszę Siedem królestw w poszukiwaniu karłów i przyślę ich do ciebie, lordzie Mormont.

Na uwagę zasługują również naczelni intryganci z królewskiego dworu czyli Varys i Baelish (Littlefonger). Względem tego drugiego mam mieszane uczucia, bo był on postacią niejednoznaczną, ale jeden konkretny czyn sprawił, że go znienawidziłam. Nie mniej jednak wątek miłosny z przeszłości wiążący się z tą postacią jak też sam styl bycia lorda Baelisha sprawiły, że z wielką ochotą śledziłam wszystkie fragmenty z jego obecnością.

- [...] Okazałeś się kimś więcej niż przyjacielem. Odnalazłam brata, którego - jak sądziłam - utraciłam.
Petyr Baelish uśmiechnął się.
- Słodka pani, jestem ogromnie sentymentalny. Lepiej nie wspominaj o tym nikomu. Od lat staram się przekonać wszystkich na dworze o swojej niegodziwości i okrucieństwie i nie chciałbym, aby moje wysiłki zostały zaprzepaszczone.

Dla Littlefingera kłamstwo i oddychanie to jedno i to samo.

Joffrey Baratheon to postać, której nie dało się ani przez chwilę polubić. Rozpieszczony mały królewicz z sadystycznymi zapędami gardzący uczciwością. Z jego osobą łączy się automatycznie postać Sansy Stark, do której jednak mam trochę więcej szacunku i cierpliwości, chociaż w pierwszym tomie dała mistrzowski popis głupoty i młodzieńczego zauroczenia.

Coś o fantastycze w książce. Siły nadnaturalne pojawiają się w drugiej połowie Gry o tron. W tej części mamy zaczątek wątku z bardzo poważnymi komplikacjami na Murze. Jest to kwestia JESZCZE dość poboczna, więc czekam na więcej w kolejnych częściach. Oprócz tego mamy wątki związane z religiami w Westeros - Starzy i Nowi bogowie, o których też liczę dowiedzieć się więcej w kolejnych tomach. W tym miejscu warto też wspomnieć o Daenerys, którą kojarzy mi się z egzotyką, w porównaniu do klimatu Westeros. Khaleesi staje się postacią, która przechodzi niesamowitą transformację między innymi dzięki różnego rodzaju rytuałom i mrocznej magii, która towarzyszy jej niezwykle często w drugiej połowie książki. Uważam, że zakończenie pierwszego tomu rozdziałem poświęconym Daenerys Targaryen jest strzałem w dziesiątkę, szczególnie ostatnie linijki, które tylko pobudzają apetyt na Starcie królów.

Serce kłamie, a głos nas zwodzi. Jedynie oczy widzą prawdę.

W Grze o tron jest jeszcze coś, za co ubóstwiam autora i powieść. Epickość, czyli coś co kocham. W czasie lektury nie raz podczas pełnych patosu fragmentów w głowie włączała mi się odpowiednia ścieżka dźwiękowa, najczęściej opening z serialu, chociaż niejednokrotnie były to fragmenty innych utworów takiej muzyki. Bitwa pod koniec książki jak też to co dzieje się w otoczeniu Robba Starka niesamowicie absorbuje i po raz kolejny budzi niesamowite emocje.

Ponieważ miłość jest trucizną dla honoru, jest śmiercią dla obowiązku.

Wszystko o czym pisałam wyżej, czyli postaci do których się przywiązujemy i których nienawidzimy, fabuła, która niejednokrotnie zaskakuje torem, jakim podąża, historie rodów i dawnych bitew, magia i zagrożenie zza Muru - każdy z tych elementów jest częścią niesamowitego arcydzieła. Od książki ciężko jest się oderwać, jak już pisałam wyżej. Nie żałuję, że wcześniej obejrzałam serial. Jest to jeden z niewielu przypadków, w których taka kolejność jest całkiem prawidłowa moim zdaniem. Łatwiej połapać się w postaciach stworzonych przez Martina obejrzawszy wcześniej wersję telewizyjną. Nie psuje to radochy z lektury, której zakończenie starałam się za wszelką cenę odwlec, gdyż opuszczenie Westeros spowodowało kaca książkowego i trudne do opanowania pragnienie dorwania w łapki Starcie królów. Pokłony dla Martina za stworzenie arcydzieła. I gorące podziękowania za stworzenie czegoś tak niesamowicie wciągającego, jak Pieśń lodu i ognia.

Moja ocena: 10/10

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 774
Rok wydania: 1996 (oryginał), 2003 (II wydanie w Polsce)

Pieśń Lodu i Ognia:
1. Gra o tron
2. Starcie królów
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sień spisków
5. Taniec ze smokami część 1
    Taniec ze smokami część 2
6. The Winds of Winter
7. A dream of spring

Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 4,8 cm)
Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

1 sierpnia 2014

Podsumowanie lipca

Czyli bardzo dobrze. Pierwszy miesiąc wakacji upłynął pod znakiem dzikiego niemalże w moim
wydaniu czytania i jestem wielce zadowolona z nadrobienia zaległości. Oczywiście nie całych...

Książeczki z lipca:
1. Dreszcz 2: Facet w czerni (Jakub Ćwiek)
2. Wielki mistrz (Trudi Canavan)
3. Przebudzenie śpiącej królewny (Anne Rice)
4. Żelazny anioł (Alan Campbell)
5. Zielonooki demon (Jaye Wells)
6. 7, 8 i 9 Tom Pandora Hearts (Jun Mochizuki)

Najlepsza książka: Żelazny anioł
Najsłabsza książka: Przebudzenie śpiącej królewny

Przybyło do biblioteki: 3 książki (więc jestem do przodu z nadrabianiem zaległości!)

Liczba postów w lipcu: 12
Liczba recenzji w lipcu: 7
Liczba obserwatorów: 165

Wyzwania:
Z półki: 4
Fantastyczna Polska: 1
Dystopia 2014: -
Grunt, to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 62,6 cm + 15,4 cm = 78 cm (z 160 cm)


A w sierpniu może być trochę słabiej, bo trzeba się uczyć do poprawki. Tak, zawaliłam jeden przedmiot, ale letnia sesja była dużo gorsza, niż pierwsza, zimowa. Ale liczę na to, że uda mi się skończyć Grę o tron. Jestem w połowie i śmiem twierdzić, że kocham tą książkę niesamowicie.