30 lipca 2014

Zielonooki demon

Seria o Sabinie Kane należy do gatunku, który bardzo sobie cenię i uważam za perełkę wśród moich faworytów. Mowa oczywiście o Urban fantasy. Współczesne realia i fabuła osadzona w metropolii, tudzież zwykłym mieści w miarę okazałych rozmiarów. Przeczytałam już sporo książek z tego gatunku i nawet sięgnęłam po coś z naszego podwórka. A skoro rozeznanie mam, to i pojawiły się pewne oczekiwania i standardy, które książka z gatunku urban fantasy musi spełniać, żeby została zakwalifikowana do grona moich ulubionych. Czy Jaye Wells podołała wyzwaniu i trzeci tom cyklu o Sabinie Kane okazał się równie świetną lekturą jak Rudowłosa i Mag w czerni?

Sabina wraz z Gighulem i Adamem wyrusza na pomoc siostrze. Jak to bywa z bohaterkami książek UF, musi się zmierzyć z niejednym problemem. Akcja przenosi się do Nowego Orleanu. Bardzo ucieszyłam się faktem, że właśnie tam będą teraz działać nasi bohaterowie, bo Nowy Orlean jest to miasto klimatyczne i wykorzystane już niejednokrotnie czy to w książkach, czy to w serialach. Nowa miejscówka, nowi bohaterowie i nowe kłopoty. Niestety, nie mogłam do końca cieszyć się lekturą trzeciej części serii, którą bardzo polubiłam. Dlaczego?

Naprawdę nie chcę zaczynać od wad. Ale co ja poradzę, że w tej części bardzo ciężko było mi się przekonać do stylu, jakim pisze pani Wells? Niby jest całkiem poprawny, ale zdarzały się zwroty czy zdania, które wytrącały mnie z rytmu czytania i automatycznie w głowie przychodziły mi na myśl zamienniki niektórych tworów. Wszystko idzie całkiem sprawnie, aż tu nagle pojawia się jakaś torpeda słowna. W dodatku zdarzały się powtórzenia, bo Sabina ciągle się irytowała i widziała przed oczyma czerwoną mgiełkę. Kolejna panna w kolejce do zastrzyku na wściekliznę? (Nawiązanie do postaci Dory z Złodzieja dusz, niestety...)

A skoro już jestem przy postaci Sabiny, to nie wiem, czy była inna w tej części, czy w poprzednich zwyczajnie nie zauważałam, że jest nieco irytująca. Owszem, jako bohaterka w tym gatunku musi być twarda i chętna do bitki, ale bez przesadyzmu. A czytając Zielonookiego demona miałam wrażenie, że co chwilę Kane rzuca się z pięściami do walki. Szkoda, że pomimo tego, że bohaterka jest temperamentna i inne strony jej osobowości trochę szwankowały.

Jednak pomimo mojego wywodu o nieco negatywnym zabarwieniu (ach, jak subtelnie...) w Zielonookim demonie znalazłam też pozytywne strony. Pojawiło się sporo dynamicznych scen, które czytałam z zapartym tchem i z łatwością wizualizowałam w głowie. To jeden z ogromnych plusów urban fantasy - gwarancja sporych ilości dobrych bijatyk. Owszem, nie każdemu autorowi to wychodzi, ale pani Wells się udało. Do tego podobała mi się pewna scena na cmentarzu, kiedy to Sabinie towarzyszyła Zen. Drugim plusem są pewne postacie. Polubiłam Aloudiusa, nadal byłam zachwycona stylem bycia Gighula i na deser... Wilkołak! Płci żeńskiej, mowa o Mac. Mam słabość do tych stworów i gdy którykolwiek z bohaterów okazuje się właśnie dzikim czworonogiem, od razu zaczynam żywić do niego więcej sympatii. W dodatku związek Mac też okazał się bardzo interesującym wątkiem.

Szkoda, że autorka tak bardzo skopała zakończenie. Po konkretnej jatce i kilku ofiarach Zielonooki demon kończy się jak... tani romans. Zbyt cukierkowo, zbyt słodka, zbyt... kiczowato. Ja na miejscu autorki (nie, dziewczyno, wstrzymaj konie, to nie Twoja książka...) dowaliłabym Sabinie problemów. Bo właściwie wszystko wyglądało bardzo źle, a kończy się w dość infantylnym stylu. Bardzo cierpię z tego powodu bo fragmenty poprzedzające ten marny finisz są godne pochwały. I właściwie rzecz biorąc ostatni rozdział przekonał mnie do wystawienia niższej oceny książce.

Pieprzyć fatalizm Dawida oraz los. Zamierzałam uczynić z przeznaczenia mego sługę.*

Trochę się waham, czy sięgać po kolejne części. Na pewno nie zrobię tego szybko. Mimo wszystko nadal jestem ciekawa losów Sabiny i jej ekipy, choć zasadniczo wielkiego apetytu na czwartą część nie mam. Jednak czytając Zielonookiego demona poczułam pewną nostalgię. Kiedyś książki o wampirach były stałym elementem literatury, po którą sięgałam i w jakiś sposób czytanie tej książki wywołało u mnie smutny uśmiech. O starych, dobrych poczciwych wampirach naczytałam się wiele i nie do końca jestem gotowa odstawić je do lamusa. Więc sądzę, że za kilka miesięcy przeproszę się z panią Wells i jednak wrócę do cyklu o Sabinie Kane. Niebawem, ale jeszcze nie teraz...

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Jaye Wells
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 394
Rok wydania: 2011 (za granicą), 2012 (w Polsce)

Seria o Sabienie Kane: 1. Rudowłosa, 2. Mag w czerni, 3. Zielonooki demon, 4. Złotousta diablica, 5. Błękitnokrwista wampirzyca

Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,3 cm), Z półki

* cytat z książki

25 lipca 2014

Żelazny anioł

Alan Campbell pisze o bogach. Ale nie takich, jakich znamy z różnego rodzaju mitologii, lecz takich wykreowanych przez niego. W pierwszym tomie Kodeksu DeepGate (mowa o Nocy blizn) z zaciekawieniem śledziliśmy losy bohaterów sprowadzające się do tego, że skończyli oni w Piekle pod DeepGate. To nie jest spoiler. Większość akcji dzieje się właśnie w tymże mieście i pod nim. DeepGate padło, a teraz szykuje się wojna, w której na przeciw boga noży i kwiatów stanie pan piekła, umarły bóg Menoa. Oprócz wyniesionych na piedestał nadludzi nie brak też bohaterów o bardziej przyziemnych zdolnościach. Tak, mowa o ludziach. Są też anioły, półbogowie i demony stąpające po ziemi obficie skropionej krwią. Czyli koktajl bardzo różnorodny.

Przyznam, że ogromnie żałuję tego, co zrobiłam. Pierwszy tom od Campbella pochłonęłam bardzo szybko i w przeciągu dwóch tygodni. Natomiast Żelaznego anioła zaczęłam czytać rok temu i dobrnąwszy do połowy porzuciłam lekturę. Fakt faktem, pamiętam, że lekko nie było, bo panująca w książce ponurość nie zachęcała do lektury w środku lata. Brak tęcz i jednorożców sprawił, że nie chciałam sięgać po książkę Campbella jeszcze rok. I to zaważyło na odbiorze lektury, ale z lenistwa nie chciało mi się zabrać za książkę od nowa. Ale gdy tylko zdobędę ostatni tom i go przeczytam, z chęcią zapoznam się z serią jeszcze raz.

- Tylko proszę, nie zabijaj więcej psów.
- A są jeszcze jakieś w pociągu?
- Nie.
- Więc nie powinno być problemu.*

A wracając do recenzji... Wiedziałam, że ta książka mnie wciągnie, ale gdzieś podświadomie. Podświadomie, bo nie sięgałam po nią przez długi czas bojąc się sama nie wiem czego. Uwielbiam styl Campbella i jego pomysłowość. Stworzył ciekawych bohaterów, nietypowe bóstwa i świetną scenerię. Piekło w wydaniu tego autora rzeczywiście jest piekłem. W dodatku opisy obrazują nam doskonale realia świata Pandemerii i okolic. Można się świetnie wczuć we wszechobecny mrok, ciemność i niepokój panujące na stronach Żelaznego anioła.

Autor wymyślił sporo intryg i myków, o których dowiadujemy w ostatnich rozdziałach. Napięcie na samym końcu książki wywołuje świetny efekt, a samo zakończenie sprawia, że od razu chce się sięgnąć po Boga zegarów. Z chęcią zapoznam się z ostatnim tomem, gdy tylko go dorwę.

Bycie martwym w świecie żywych ma swoje ujemne strony.**

Niestety, nie wszystko jest idealnie. Przy czytaniu Nocy blizn byłam bardziej "wciągnięta" w książkę. Było więcej ironii i cynizmu w dialogach, a i bardziej przywiązałam się do Devona (truciciela) i Carnival (anielicy). Zabrakło mi ich w tym tomie, ale moimi ulubieńcami stali się Hasp i John Kotwica. Z resztą ten ostatni jest zdecydowanie barwną postacią i z zainteresowaniem śledziłam losy tego bohatera. Oprócz tego bardzo ciekawe są transformacje jakie przechodzi Dill i jego dusza. Kolejny plus do autora leci za kreację Skażonego lasu.

Ciężko nie zauważyć, że jestem pod wrażeniem lektury Żelaznego anioła. Bardzo żałuję, że zrobiłam sobie tak ogromną przerwę i to w środku książki. Nic na to nie poradzę, że są serie, które czytam z tak ogromnymi odstępami między kolejnymi częściami. Ale Noc blizn i początek Żelaznego anioła pamiętam wyjątkowo dobrze, więc chyba autorowi naprawdę udało się zakotwiczyć w moim mózgu. Serię o DeepGate polecam, ale przestrzegam, że nie są to lekkie książki na dwa, trzy popołudnia. Jest to fantasy przemyślane i ambitne i wydaje mi się, że niekoniecznie każdemu może przypaść do gustu. 

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Alan Cambell
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 348
Rok wydania: 2006 (za granicą), 2009 (w Polsce)

Kodeks DeepGate:
1. Noc blizn
2. Żelazny anioł
3. Bóg zegarów

Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm), Z półki

*,** cytaty z książki

24 lipca 2014

Przebudzenie śpiącej królewny

Uwaga: Książka przeznaczona dla czytelników dorosłych. Recenzja w sumie też.

Jest dość cienka granica między porno, a erotyką, chociaż momentami można doskonale dostrzec już na pierwszy rzut oka z którym mamy odczynienia. W literaturze ostatnio, za sprawą, jak sądzę, Greya, pojawiła się moda na powieści ze sporą dawką pikanterii. W postanowieniach noworocznych miałam punkt związany z chęcią poznania jakiegoś tytułu autorów piszących erotykę. Przebudzenie śpiącej królewny przywiozłam sobie po wizycie w Wałbrzychu, gdzie książka prawie dwa lata przeleżała. Mimochodem zaczęłam ją sobie podczytywać i dotarłam do fragmentu, w którym jeszcze jako tako byłam lekturą zainteresowana. Potem się pogorszyło...

To przecież nic złego mieć nadzieję, prawda? Owszem, nadzieja matką głupich, ale każdą matkę trzeba kochać. I właśnie nadzieją kierowałam się podczas lektury Przebudzenia śpiącej królewny. Słowem dalszego wstępu rzeknę może coś o zarysie fabuły. Bohaterką tegoż erotyku jest Różyczka, która została uwieziona w najwyższej wieży i śpi pod wpływem klątwy. Ze snu budzi ją książę, który zamiast czułego pocałunku pozbawia królewnę dziewictwa. I właściwie w tym miejscu związek z znaną wszystkim baśnią o śpiącej królewnie się kończy. Różyczka zostaje zmuszona do uległości wobec księcia, musi wypełniać jego rozkazy, zaspokajać zachcianki i godzić się na solidne, niemalże ostateczne upokorzenie. Wszystko czyni po to, żeby nie zostać surowo ukaraną. Jednak pomimo starań i poświeceń szlachcianka co rusz otrzymuje nagany, upomnienia, chłosty, razy, baty... jak zwał tak zwał. Różyczka musi spędzić na dworze królewicza X w ramach podziękowania za wyrwanie jej ze szponów klątwy.

Szkoda, że książka, która mogła być naprawdę dobrym erotykiem, wysmakowanym, z fabułą i ciekawymi postaciami uzyskała poziom mniej niż przeciętny. Gdy tylko Różyczka wraz z księciem wyruszają w drogę do zamku wybawcy akcja skupia się na kolejnych upokorzeniach Różyczki. Zostaje ona pozbawiona odzienia i... nie przywdziewa nic przyzwoitego już do samego końca książki. Różyczka musi znieść spojrzenia prostego ludu w wiosce, który nad wyraz entuzjastycznie reaguje na nagą kobietę. Z czasem dowiadujemy się, że Różyczka posiada niesamowity dar rozbudzania namiętności w członkach (ja jestem taka zboczona, czy to rzeczywiście brzmi dwuznacznie?) królewskiego dworu. Właściwie nic szczególnego poza kolejnymi torturami, wymyślnymi sposobami upokorzeń o podłożu erotycznym, chłostami i macankami się w książce nie dzieje. Wątków pobocznych brak, ciężko mi nawet napisać o jakiejś konkretnej fabule. Fabuła opiera się na zgłoszeniu swojej kandydatury do stanowiska oprawcy Różyczki. Sama bohaterka w żaden sposób nie chwyta nas za serce, w żadnym wypadku nie wzbudza żalu podczas kolejnych kar, które musi ona odbyć.

Ale żeby nie było, coś z fantastyki w tej książce jest. Otóż kobiety nie miesiączkują jak i również nie może dość do zapłodnienia (pewnie w związku z tym, że nie miesiączkują). Nikt się nie zabezpiecza, a okazji do poczęcia nowego życia jest nie mało. Chorób przenoszonych drogą płciową brak. Czyż to nie wymarzone warunki do oddawania się uciechom cielesnym? Tylko trochę marnie widzę przyrost naturalny w królestwie, ale kto by się tym tak zaraz przejmował.

Na co jeszcze mogę się poskarżyć? Nie wiem, czy chodzi o język autorki, czy o prawdopodnnie nieudolne tłumaczenie. Otóż terminologia związana z literaturą erotyczną to temat bardzo drażliwy i śmiem twierdzić, osobisty, bo różne określenia, różnym czytelnikom odpowiadają, lub nie. Ale "miłosne gniazdko", "płeć" jako określenie kobiecych genitaliów, czy też "rozpalony futerał" (do tego samego) to moim zdaniem przegięcia. Być może Anne Rice z powodu braku doświadczenia w tym gatunku popełniła takie błędy albo też jest to wina tłumacza. W każdym razie kiedy już dochodziło do zbliżenia bohaterów czytałam niewzruszona, tudzież oczekująca na taką perełkę, jak te wymienione powyżej. Niektóre bawiły, inne całkowicie nie pasowały do sytuacji.

Pojawia się jednak postać drugoplanowa, dla której Różyczka decyduje się zaryzykować. Książe Aleksy również jest niewolnikiem na dworze Królowej, której imienia nieznamy, ale nie wiele o nim wiadomo. Jedyne informacje, jakie o nim uzyskujemy, to to, że długo nie chciał się poddać swojej Pani, że został wielokrotnie zgwałcony (co nie budzi w żaden sposób smutku czy współczucia) i że potrafi poetycko opowiadać o tym, w jaki sposób był wykorzystywany. Nic więcej, jak z resztą przy wszystkich postaciach.

Jedna, być może dwie sceny wzbudziły we mnie jakieś pozytywne emocje, ale nie więcej. Erotyk na pewno da się napisać bez ciągłego powtarzania tych samych schematów kar jak też da się wymyślić fabułę do takiej książki. Za przeproszeniem, Przebudzenie śpiącej królewny nijak się ma do baśni i niestety nie zasługuje na określenie bardzo miernej lektury. Korekta leży i kwiczy (nawet w opisie z tyłu okładki jest rażąca literówka), czasem dziwiłam się, że od trzech, czterech kartek nie było żadnego błędu. O nie rozpoczynaniu dialogu od nowej linijki nie wspomnę. Pochwalic jeszcze mogę okładkę, która ma łądną kolorystykę i nie razi po oczach, nawet te do połowy obnażone pośladki nie wydają mi się jakoś zasadniczo wulgarne.

Podsumowując, nie polecam. Książka bardzo mało ambitna, monotonna, pie*dolenie o pie*doleniu. Liczę na to, że gdy sięgnę po inne książki Anne Rice nie będę tak zawiedziona. Przygody ze śpiącą królewną kończyć nie mam zamiaru.

Moja ocena: 3/10

Autor: Anne Rice
Wydawnictwo: Mystery
Ilość stron: 241
Rok wydania: 1983 (za granicą), 2010 (w Polsce)

Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1, 9), Z półki

Seria o Śpiącej króelwnie:
1. Przebudzenie śpiącej królewny
2. Kara dla śpiącej królewny
3. Wyzwolenie śpiącej królewny

23 lipca 2014

High Five: Ulubione grzbiety książek

HIGH FIVE! to akcja, w związku z którą na stronie pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp... Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej nas, jak i my czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami.

 
A więc czas na graficzne zestawienie ulubionych grzbietów książek. Widok wielu tytułów z mojej półki cieszy oko, ale udało mi się wybrać piątkę faworytów:


1. Dreszcz - jako fanka ostrych brzmień nie mogę nie zwracać uwagi na motywy takie jak te zdobiące grzbiet książki Ćwieka.
2. W Demi-Monde zachwyciła mnie kolorystyka i ten zegar u góry książki
3. Córka dymu i kości - chyba jedna z najlepszych graficznie książek tegoż wydawnictwa. Intensywny błękit szybko wpada w oko
4. W Nocy blizn podoba mi się czcionka - szkoda, że w projekcie grafiki do drugiej części już nie jest tak fajnie i zastosowano inną technikę.
5. Chłopcy - znów walory optyczne świetnie spełniają swoją rolę, jak z resztą w większości książek Ćwieka. Niebanalna czcionka i symbol Zagubionych chłopców zdobiące grzbiet sprawiają, że Chłopcy wyróżniają się na półce.



21 lipca 2014

Wielki mistrz


Nie wiem jak Wy, ale ja dość często stykałam się z opinią, że pierwszy tom jest zawsze najlepszy. Czy to pierwszy tom, czy pierwsza część filmu, czy też pierwszy sezon serialu (nie rozdrabniajmy się w kwestii odcinków). Owszem, często słyszałam takie poglądy, ale po przeczytaniu Trylogii czarnego maga śmiem twierdzić, że seria ta zadaje kłam wcześniej wspomnianym poglądom. Bo oto mamy Gildię magów, która wprowadza nas, co jest bardzo wyraźnie widoczne, w świat magów z Imardinu, Nowicjuszkę, która dodaje sporo wątków jak też budzi w nas nadzieję, na to, że ostatni tom będzie jeszcze lepszy, lepiej dopracowany, bardziej zadbany. Tak, rzeczywiście, pierwsza trylogia Canavan do drugiego tomu prezentuje tendencję wzrostową. Nie dziwi więc, że liczyłam na to, że Wielki mistrz okaże się jeszcze lepszy. I co?

Sonea wiedzie smutny żywot pod opieką... kogoś. Nie mogę napisać kogo. Z racji tego, że jest to recka już ostatniego tomu trylogii, pojawi się wiele informacji o obecnym położeniu bohaterów, ale postaram się nie robić spoilerów z racji tego, że jestem ich wielką antyfanką. Dlatego też dość często będą się pojawiały sformułowania typu "jest gdzieś", "robi z kimś", "doprowadza do czegoś". Liczę jednak na to, że w miarę zgrabnie wszystko mi się uda.

A więc Sonea musi nieustannie spędzać czas z kimś, z kim wcale by tego nie chciała. Natomiast Dannyl prowadzi misję na odległym od Imardinu terytorium Elyne i trzeba przyznać, że wydarzenia w Elyne są bardzo miłą odmianą od akcji toczącej się w Kyralii. Oprócz tego mamy więcej uwagi poświęconej środowisku Złodziei, co niezmiernie mnie ucieszyło i o ile w drugiej części nie pałałam specjalną sympatią do Cery'ego tak teraz stał się on moim faworytem. Wszyscy bohaterowie, jakich poznaliśmy w poprzednich tomach mają swoje pięć minut i to cieszy, bo ja na przykład wielce uradowałam się z obecności Farena, szczególnie w końcowych rozdziałach książki.

Nie da się ukryć, że książki Canavan są obszerne. I cóż tu rzec - nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że jakieś fragmenty jej powieści zostają wycięte. Moim zdaniem wszystko jest tu potrzebne i nie wydaje mi się, żeby skrócenie czegokolwiek byłoby wskazane. A tutaj pojawia się paradoks - bo w pewnych fragmentach Canavan potraktowała zdarzenia i postaci trochę powierzchownie, a z drugiej strony... Po około 450 stronach musiałam sobie zrobić od Wielkiego mistrza dłuższą przerwę. Gdy odsapnęłam od książki, zajęłam się innymi, mniej epickimi tytułami (czytaj: zabrałam się za erotyka Anne Rice) mogłam za jakiś czas na powrót bez przemęczenia śledzić losy postaci stworzonych przez Trudi.

Postaci stworzone przez Trudi? W tym tomie Sonea gdzieś mi się zagubiła. W pierwszej części (przepraszam, nie jestem w stanie uniknąć porównania) była bardziej zawzięta, z większą dzikością walczyła o swoje. W Wielkim mistrzu jednak w drugiej połowie książki trochę się ratuje, szczególnie jej zagrywką na samym końcu pierwszej części książki.

Wśród innych postaci które się wyróżniały, muszę podkreślić oczywiście Cery'ego, do którego odzyskałam sympatię i Savarę. Tajemniczą postać zza gór (tak, z Sachaki), która podsuwa nowe zagadki i wzbudza w czytelniku (mnie) wiele emocji.

A teraz się trochę przyczepię. Tytułowy Wielki Mistrz, cóż, ponownie nie został przedstawiony tak, jakbym tego chciała. Już w drugiej części niespecjalnie dobrze go wykreowano. Z tego, co mówili inni magowie można było się domyślić, że postać ta budzi respekt, szacunek i strach. I na podstawie tej opinii, opinii innych postaci, musiałam odbierać Akkarina, bo niestety jego zachowanie nie do końca zgadzało się z jego powszechnym wizerunkiem. Było jakby wyblakłe. Owszem, lubiłam Akkarina, ale nie był tym charyzmatycznym czarnym charakterem, który uwiódł by mnie swoim mrokiem.
Zadziwiające, że w tak obszernej serii, bo w sumie wychodzi ponad 1500 stron (trylogii), tak małą rolę odgrywa król. Dosłownie raz wspomniane jest jego imię. Moim zdaniem postać, która wydaje ostateczne wyroki i sprawuje nad wszystkimi zwierzchnictwo powinna zostać wyraźniej zarysowana...

Kilka lat temu Rothen wytłumaczył jej, że magia nie jest ani dobra, ani zła: liczy się tylko co czyni ten, który się nią posługuje.*

A teraz pozytywy. Przeszłość Akkarina, która porusza czytelnika pod kątem emocjonalnym. Oprócz tego książka tak jak poprzednie części ma świetny klimat, pełen magii i nutki niepewności. Są magiczne walki, zagrożenie i wszechobecny nastrój zbliżającej się wojny. Książki Canavan nie są ambitnym fantasy, ale utrzymują się na przyzwoitym poziomie. Idealnie nadają się na wakacje, z resztą pierwsze dwa tomy czytałam podczas minionych wakacji i chyba podświadomie czekałam na upały i wypady nad wodę, żeby w odpowiednim otoczeniu czytać Wielkiego mistrza. Język autorki jest lekki, ale zasada pierwszego zdania, o której wspominałam podczas recenzji pierwszego tomu rozwinęła się do zasady pierwszego akapitu. Początek rozpoczynającego ostatni tom rozdziału wprowadza nas w odpowiedni nastrój i budzi ciekawość. Nie wyczułam w tym tomie aż tak wielkiej przewidywalności i śmiem twierdzić, że autorka nieco przyłożyła się do książki pod tym kątem.

Choć nie idealny, Wielki mistrz jest dobrą książką dla fanów fantastyki pragnących zapoznać się z czymś mniej wymagającym. Na szczęści Canavan nie popada w banały i nie próbuje nam wcisnąć prostej historyjki o dziewczynie ze slumsów, która zrządzeniem losu staje się gwiazdą wśród elity, ale przemyślanie i nie bez przeszkód prowadzi naszą bohaterkę na szczyt. Prowadzi, ale czy doprowadzi? I czy Sonea odniesie stuprocentowe zwycięstwo? Tego już musicie dowiedzieć się sami, najlepiej z pomocą książki. Polecam jako dobre zakończenie serii.

Widzę to, czego się najbardziej boję, ponieważ tego właśnie wypatruję.*



Moja ocena: 7,5/10

Autor: Trudi Canavan
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 651
Rok wydania: 2002 (za granicą), 2008 (w Polsce pierwsze wydanie)

Trylogia czanrego maga:
1. Gildia magów - recenzja
2. Nowicjuszka - recenzja
3. Wielki mistrz

Do wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,5 cm)

*cytaty z książki

17 lipca 2014

Na stos na stos na stos...

A więc udało mi się nabyć wystarczająco dużo książek w ostatnim czasie, żeby ułożyć je ładnie w stosik i się pochwalić ;) Kiedyś takie zestawy pojawiały się u mnie co tydzień. Niestety tempo czytania i możliwości finansowe trochę podupadły i dlatego nie kupuję już książek w tak szaleńczym tempie jak kiedyś. Ale nadal zdarza się dokupić tytuł albo dwa co miesiąc;)


Od dołu:
1. Upadek króla Artura (J. R. R. Tolkien) - prezencik na imieniny. Zaczęłam już czytać, samo wprowadzenie i już mnie nieco wchłonęło, ale niestety, nie mogę zaczynać czytać... piątej książki? Dlatego Musi poczekać.
2. Klucz do otchłani  (Jose Carlos Samoza) - Reklamowana jako powieść futurystyczna, zaintrygowała mnie opisem fabuły i okładką (której, haha, nie widać...) no i ceną obniżoną o ileś tam procent. No to czemu nie?
3. Zieleń szmaragdu (Kerstin Gier) - zakup w ramach osobistej kampanii mającej na celu ukończenie kilku serii w trakcie których jestem. Z resztą Trylogia czasu to jedna z fajniejszych serii, jakie czytałam.
4. Mechaniczna księżniczka (Cassandra Clare) - kampania ta sama co powyżej, plus ostrzeżenie, że lepiej czytnąć najpierw ostatnią część DM nim przystąpi się do lektury Miasta niebiańskiego ognia. Co nie zmienia faktu, że ostatniego tomu obawiam się (pod kątem poziomu jaki udało się osiągnąć autorce)
5. Przebudzenie śpiącej królewny (Anne Rice) - to jest książka zakupiona ponad rok temu. Zostawiłam ją w poprzednim miejscu zamieszkania i gdy ostatnim razem tam byłam, przypadkiem sięgnęłam po tę książkę i zabrałam do czytania. I co? Wciągnęła, choć... dobra, o tym co po "choć" będzie kiedyś tam w recenzji.
6. Dwie wieże (J. R. R. Tolkien) - Tolkienem rozpoczęłam i Tolkienem kończę. Ale czytać jeszcze nie mogę pożyczonej od kumpeli drugiej części Władcy pierścieni, bo czytanie dwóch epickich książek fantasy nie wychodzi nigdy na dobre. A zajęłam się już lekturą Gry o tron. Więc Dwie wieże jeszcze poczekają...

Dziękuję za uwagę i pozdrawiam :)

13 lipca 2014

Dreszcz 2: Facet w czerni


Są takie serie i tacy autorzy, których książki kupuje się na bieżąco, choćby się waliło i paliło. Wiedziałam doskonale, że w okolicach Dni Fantastyki będzie też premiera kontynuacji zbioru opowiadań pana Ćwieka. Niedługo po tym wydarzeniu z kiepskim humorem zawędrowałam do Media Marktu i dostrzegłam Faceta w czerni. Nastrój oraz pragnienie oderwania się od epickich fabuł przemówiły jak najbardziej za kupnem jak i natychmiastowa lekturą. I jak tym razem wypadło moje spotkanie polskim fantastą?

Wręcz znakomicie. Opowiadania o herosach oraz tytułowym Dreszczu, Ryszardzie Zwierzchowskim Ćwiekowi się udały. Zachował się doskonale rock'nrollowy klimat, który dobrze widoczny był w części pierwszej. Nawet mi się on nieco udzielił, bo z chęcią załączyłam sobie AC DC na youtubie jako podkład muzyczny do książki. 

Bardzo spodobały mi się pomysły na opowiadania zawarte w tym tomie. Moimi faworytami stały się Hard as a Rock, Sin City, Rock'n'roll train i Spellbound. Ale pozostałe też były genialne. Jak zwykle w książkach Ćwieka uświadczyć można było wiele barwnych porównań, sporo humoru i rozrywki. Dzięki temu Dreszcz 2 sprawdził się świetnie jako lekki odrywacz od rzeczywistości. Styl Ćwieka idealnie nadaje się do tego rodzaju książek, choć nie wątpię, że autor jest w stanie napisać coś poważniejszego. Swoją drogą, muszę się rozejrzeć za innymi powieściami autora, a nie tylko z utęsknieniem czekać na kolejną część Chłopców i Dreszcza.

Teraz kilka słów o okładce. Pokuszę się o porównanie z tą z części pierwszej. Jest dużo lepsza moim zdaniem, pomimo niespecjalnie zachęcającej twarzy Dreszcza. Cała reszta prezentuje się naprawdę nieźle kolorystycznie i moim zdaniem lepiej niż pierwsza część. A ta tortilla dzierżona przez Rycha w lewej dłoni... cóż, rozłożyła mnie na łopatki.

Bohaterowie. Najciekawszymi okazali się Cieniasz, Yuri oraz Ekumen. Tego ostatniego polubiłam już przy pierwszym zetknięciu z nim w pierwszej części. Cieniasz i Yuri dopiero w Facecie w czerni weszli pierwszy raz na scenę. Musze przyznać, że obaj są wielce intrygujący, a w posłowiu (którego nie radzę czytać przed lekturą książki, żeby nie zepsuć sobie pewnego fragmentu fabuły) autor zapowiada, że chciałby o nich opowiedzieć więcej. I liczę na to, że z okazji skorzysta w kolejnej części.

Wspomniany w poprzednim akapicie fragment fabuły jest... drastyczny. I budzi nietypowe uczucia podczas lektury. Nie napiszę nic więcej, żeby nie psuć przyjemności z lektury (tak... przyjemności...), ale powiem tyle, że było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Po prostu.

Słowem podsumowania rzeknę: Dreszcz 2 jest świetny. Dostarcza rozrywki i szczyptę zmartwień o losy ulubionych postaci, jak i nieco refleksji dotyczącej ówczesnych kwestii problematycznych na naszym, polskim podwórku. Owszem, pojawiają się postaci trochę męczące, ale występują sporadycznie i można na nie przymknąć oko. Z niecierpliwością czekam na tom trzeci.

Moja ocena: 8/10

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 270
Rok wydania: 2014

Do wyzwań: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,1 cm), Grunt to okładka (budynek), Fantastyczna Polska

7 lipca 2014

HIGH FIVE: Moje ulubione serialowe pary

HIGH FIVE! to nowa akcja, w związku z którą na blogu pojawiać się będą rankingi ulubionych, najlepszych, najbardziej interesujących, bądź najgorszych książek, filmów, gier, postaci, itp...
Dzięki temu zarówno czytelnicy mogą poznać bliżej blogerów, jak i blogerzy czytelników, jeśli ci będą chętni na podzielenie się swoimi przemyśleniami i opiniami. Info o akcji: TU

Seriale zazwyczaj swoją długość zawdzięczają właśnie rozterkom miłosnym ich bohaterów. A co za tym idzie, w każdym serialu pojawia się przynajmniej kilka par. Jedne kochamy i im kibicujemy, innych nienawidzimy i życzymy z całego serca niepowodzeń. Ale dzisiaj postaram się przedstawić Wam te bardziej sympatyczne zestawienia damsko męskie;)

1. Damon i Elena.
Jak wiadomo, przystojniejszy Salvatore kocha Gilbertównę podobnie jak jego brat. Pomimo tego, że w moim i zapewne mniemaniu i innych Damon zasługuje na kogoś lepszego niż Elena, to w opozycji śmiem twierdzić, że nikt Damona nie uczynił ostatnio tak szczęśliwym jak Elena. Tak więc, z racji mojej ogromnej sympatii do lepszego Salvatore'a dopinguję związek jego i Eleny.


2. Jon i Ygritte
Z serialu Gra o tron, którego fanką stałam się jakoś na przełomie poprzedniego i obecnego roku. Związek bękarta i dzikiej od początku napotykał na przeszkody i... i mimo wzlotów i upadków miewa się świetnie. Tak, jestem już po czwartym sezonie, ale i tak nic ujawniać z niego zamiaru nie mam. W każdym razie wielce żałuję, że przed Pyrkonem nie dowiedziałam się, w jakich okolicznościach padła fraza "You know nothing Jon Snow", bo z przyjemnością wydałabym ostatnie pieniądze na torbę, lub koszulkę z tymże tekstem :)


3. Klaus i Caroline
Pozostajemy w klimacie fantastycznym. Od samych zaczątków tegoż wątku byłam ogromną zwolenniczką tego zestawienia i do dzisiaj się to nie zmieniło. Uprzejmie donoszę, że i z Pamiętnikami na bierząco jestem. Szkoda że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło, ale Klaroline swego czasu było najciekawszym wątkiem serialu o ile mnie pamięć nie myli.



4. Alex i Jo
Schodzimy na ziemię, co więcej, wkraczamy do szpitala. W Greys Anatomy pojawiło się naprawdę wiele różnych historii miłosnych, ale jedną ze świeższych i bardziej zakotwiczonych w mojej pamięci jest wątek Jo i Alexa. Pomijając fakt, że uwielbiam Careva, choć czasem potrafił okazać się niezłym skubańcem, to jego przyjaźń z Jo, która niepozornie przeradzała się w miłość niesamowicie mnie urzekła. Uwielbiam takie transformacje relacji i nie wiem, czy kiedykolwiek się to zmieni.


5. Phil i Stevie
A tutaj odskocznia w kierunku dawniejszych lat, fascynacji jeździectwem i miłości do wszelkich produkcji z udziałem kopytnych. Chociaż Przygody w siodle głównie skupiały się na końskiej stronie serialu, nie zabrakło odrobiny romantyzmu. Owszem, Phil ze swoją prezencją niekoniecznie musi wywoływać efekt mięknących kolan, ale wtedy, gdy byłam fanką serialu lecącego bodajże w każdą niedzielę na Polsacie, wielce podniecałam się wątkiem właśnie Phila i Stevie.



I to by było tyle w kwestii moich zauroczeń serialowych. Chwilowo nie mam możliwości czasowych i technicznych, żeby wkręcić się w jakiś serial, chociaż jak tak teraz myślę, to z chęcią umieściłabym jeszcze kilka par w zestawieniu z ulubionymi. A książkowo? Zostało mi około 220 stron Wielkiego Mistrza, a potem jeden dzień podczytywania Gry o tron i biorę się za coś z naszego podwórka fantastów. A co będzie dalej, to się jeszcze okaże ;)

6 lipca 2014

Ao No Exorcist Tom 5


Kolejna część przygód Rina Okumury - potomka szatana niesie ze sobą zmiany. Akcja przenosi się do Kioto, gdzie uczniowie Akademii prawdziwego krzyża wraz ze swoimi opiekunami wybierają się na misję. Skradziony został bowiem demoniczny artefakt - Prawe Oko Nieczystego Króla. Ten, kto znalazł się w jego posiadaniu nie może mieć dobrych zamiarów i nasi dzielni egzorcyści muszą szybko go złapać. Jednak obecność Rina, który jest potomkiem szatana (to nie jest spoiler) powoduje nie małe zamieszanie w grupie jego przyjaciół. Kto bowiem z walczących z demonami uczniów z Akademii Prawdziwego Krzyża będzie chciał zaufać potomkowi diabła?

O ile poprzednie tomy bardzo mi się podobały, to na tym niestety się trochę przejechałam. Zabrakło mi kilka kluczowych elementów, za które serię Ao No Exorcist uwielbiam. Jest ich sporo i ich brak... cóż, smuci, a lektura przez to nieco się dłuży.

Rin jest postacią wyrazistą i nadal wszystko co robi jest okraszone rinowatością. Szkoda, że autorka mangi nie poświęciła Rinowi więcej czasu, choć i tak narzekać na braki demonicznego Okumury nie można. Zmiana miejsca akcji i pojawienie się nowych postaci powinno jednak zaciekawić czytelników, a działa... irytująco. Mamy też sporo wydarzeń skupiających się konkretnie w miejscu przebywania naszych bohaterów, a o kwestii Oka Nieczystego Króla wspomniano najwięcej na początku tego tomu.

Żeby nie było, że cały czas marudzę - trochę jednak ta część mi się spodobała. Było kilka śmieszniejszych momentów i udało mi się też dowiedzieć trochę na temat rodzinki Suguro. Uwielbiam tego bohatera i w każdej części bardzo zwracam uwagę na wszelkie wzmianki i akcje z jego udziałem. 
Oprócz tego mamy tutaj doczynienia z ciekawą zamianą ról. Wrogowie stają się przyjaciółmi, a przyjaciele... wrogami, ale nie do końca. Szkoda mi trochę, że ekipa Rina opuściła go bo stało się, to co się stało w trzecim tomie, ale z drugiej strony winić ich za to nie można. Ciekawi mnie, jak wątek tych przyjaźni potoczy się w kolejnych tomach. I czy zaczątki ewentualnych wątków miłosnych rozwiną się i będą miały jakiś finał, albo przynajmniej będą do niego zmierzały.

Jak widać w powyższym wywodzie, piąty tom ma swoje mankamenty, ale daje radę. Może, gdybym czytała go "na raz", a nie przez miesiąc, wyrywkami, po dwie strony, oceniłabym go z mniejszym okrucieństwem. Przyszło mi teraz na myśl, że początek pierwszego tomu też nie zachęcał do lektury, a potem przepadłam bez reszty. Cóż, najwidoczniej autorka, jak każdy, miewa lepsze i gorsze momenty. Z racji przewagi tych pierwszych ani myślę o porzuceniu lektury Ao No Exorcist, a i z chęcią sięgnę po część piątą, bo gorąco wierzę w to, że kontynuacja okaże się lepsza. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, polecam serię o egzorcystach i demonach, bo można się pośmiać, przywiązać do bohaterów i niejednokrotnie rzucić jakieś przekleństwo w reakcji na to, co się w toku akcji nawyprawiało.

Moja ocena: 6/10

Autor: Kazue Kato
Ilość stron: około 200
Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+1, 1 cm)

2 lipca 2014

Przeminęło z czerwcem

Poza tym, że przeminęła sesja, przeprowadzka, zakońćzenie drugiego semestru studiów oraz Dni fantastyki (czyli ogólnie rzecz biorąc sporo rzeczy, które mnie całkowicie pochłaniały), przeminęło jeszcze trochę książek. Jak na tak napięty grafik trzy pozycje i jedna manga to całkiem zadowalający wynik.


Książeczki przeczytane w czerwcu:

1. Numery 3: Przyszłość (Rachel Ward)
2. Marina (Carlos Ruiz Zafon)
3. Pieśniarz wiatru (William Nicholson)
4. Ao No Exorcist Tom 5

Najlepsza książka czerwca: Numery 3: Przyszłość
Najgorsza książka czerwca: -

Przybyło do biblioteczki: 2 książki, więc jeżeli idzie o ilość tego, co zostało do przeczytania - zmniejsza się.

Postów było: 4
Recenzji opublikowałam: 4
Liczba obserwatorów na chwilę obecną: 165

Wyzwanka:
1. Z półki: 3
2. Grunt to okładka: 20
3. Fantastyczna polska: 0
4. Dystopia 2014: 00
5. Przeczytam tyle ile mam wzrostu: + 7,7 więc jest już 62,6 cm. Albo dopiero...

A czytać czytam teraz dwie cegły (Grę o tron i Wielkiego mistrza) i najpewniej pierwsza recenzja pojawi się gdzieś w połowie lipca. Ewentualnie pokonam moje lenistwo i postaram się skończyć pisać moją opinię o piątym tomie Ao No Exorcist. W lipcu życzę wszystkim powodzenia ;)

1 lipca 2014

Pieśniarz wiatru


Tytuły literatury fantastycznej bardzo często opierają się na pewnym zestawie słów i konfiguracji słów z tegoż zbioru w najróżniejszych kolejnościach. Miecze, smoki, ogień, wybrańcy, łowcy, przeklęci, wyklęci... no mogłabym wymieniać bez końca. Ciężko czasem zaskoczyć czytelnika tytułem i wydaje mi się, że autorowi Pieśniarza wiatru się ta sztuka udała.

Kesterl i jej brat Bowman są mieszkańcami Amaranth. Ich rodzina zamieszkuje pomarańczową (średnio zamożną) dzielnicę. Dzieci chodzą do szkoły, po to, żeby zdobywać wiedzę, która będzie im potrzebna w przyszłości na Wielkim Egzaminie, dzięki któremu zostaje ustalony ranking rodzin. W samym środku Amaranth znajduje się dziwna konstrukcja, która zwana jest Pieśniarzem wiatru i... i milczy. A Kestrel odkrywa tajemnicę i wie, dlaczego tak się dzieje. Do rodzeństwa dołącza Mumpo - kolega ze szkoły. A wyprawa obfituje w spotkania z najróżniejszymi postaciami, przygodami i intrygami.

Historia stworzona przez Nicholsona zaczyna się trochę słabo, ale z czasem orientujemy się, że nie dość, że kibicujemy Kestrel i chłopakom, to jeszcze dopingujemy ich rodzinę w Amaranth, która również nie stroni od kłopotów. Za to rodzeństwo Hathów z początku trochę irytuje, ale z czasem Kestrel naprawdę budzi sympatię, a szczególnie to, jak martwi i walczy o swojego brata. Pięknie została tu ukazana nietypowa więź, jaka rodzi się między rodzeństwem, nie tylko tym książkowym, ale również w większości życiowych przypadków.

Jeżeli jakiś bohater mnie irytował cały czas, to był to Mumpo. Fakt faktem, odgrywał w tej trójcy rolę fajtłapy, któremu zwykle przytrafiają się wszelkie nieszczęścia, ale... ale i tacy bohaterowie potrafią mieć swój urok. A Mumpo wcale go nie miał i praktycznie rzecz biorąc wszytko, co robił nudziło, lub denerwowało. Na szczęście dla książki - jego kwestie nie zdominowały całości. Liczę na to, że w kolejnym tomie też zbyt często nie będzie się pojawiał.

Ponarzekać również mogę nieco na początek akcji, gdy dzieci wyruszają w wędrówkę i trafiają na pustynię, która została zdominowana przez dwa wrogie sobie plemiona. Z jednej strony mamy tu bitwę i trochę dynamicznych scen, a z drugiej, niestety, trochę nużące losy bohaterów.

Pochwalić muszę autora za różnego rodzaju intrygi i zagrożenia jakie wprowadził. Fajnym elementem okazały się również pomysły Nicholsona dotyczące miejsca osadzenia fabuły. Na uwagę zasługują stare dzieci i sposób szukania liści tiksy. 

Pieśniarz wiatru jest prostą lekturą, bez wielowątkowości, o łatwym słownictwie i bez skomplikowanych bohaterów. Kilka zagrywek autora w drugiej połowie książki zasługuje na pochwałę, a i całość prezentuje się naprawdę nieźle. Z chęcią po kontynuację sięgnę, tym bardziej, że w drugiej części bohaterowie są starsi. Pieśniarza wiatru polecam jako średnio ambitne fantasy, z którym miło spędzić kilka popołudni.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: William Nicholson
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 336
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2010 (w Polsce)

Przeczytane do wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,5), Grunt, to okładka (Niebo)

Seria Ognisty wiatr:
1. PIEŚNIARZ WIATRU
2. Niewolni
3. Pieśń ognia