28 lutego 2017

Mechaniczny


Dość długo przed polską premierą wiedziałam, że Mechanicznego będę czytać. Iana Tregilisa nie kojarzyłam z innych powieści, choć niedawno okazało się, że ma na swoim koncie Mroczną genezę, która ukazała się w Polsce, choć bez specjalnego odzewu. Sięgając po pierwszy tom Wojen alchemicznych w zasadzie nie miałam oczekiwań, więc tym łatwiej przyjmowałam wszystko, co autor w swojej powieści o mechanicznych niewolnikach zawarł.

Ian Tregilis postawił na znany już powszechnie motyw buntu maszyn, choć przyznam, że po krótszym zastanowieniu się, ja sama pierwszy raz mam do czynienia z tą tematyką. Być może pominęłam coś oczywistego, ale po przekopaniu pamięci śmiem podtrzymywać swoje stanowisko, wcześniej o tym nie czytałam. Od samego początku lektury towarzyszyła mi ciekawość i... niepokój. Absolutnie nie o to, czy będzie to udana powieść. Mechaniczny okazał się bardzo udaną książką przesyconą ciekawymi intrygami, świetnie ukazanym konflikcie zarówno tym militarnym, między Francją i Holandią jak i tym, który dopiero przybiera na sile, czyli budzącym się dopiero buncie mechanicznych służących. Czytając po prostu od pierwszych stron obawiałam się tego, w jakim kierunku historia się potoczy. Przyznać trzeba, że Tregilisowi udało się stworzyć mroczny klimat, w którym tocząca się akcja poprowadzona została wielowątkowo. Obserwujemy trzy postacie - Berenice, szpiegmistrzynię francuską o ciętym języku i zapale do poznawania mechanicznych od strony naukowej. Oprócz tego śledzimy też losy ojca Vissera, heretyka na holenderskiej ziemi oraz, na deser, najfajniejszy bohater ze wszystkich, Jax, któremu udaje się wyzwolić spod wpływu swoich panów,

Za kreację postaci Tregilisowi należą się brawa - nikt nie jest w pełni dobry. Nie ma bohatera, któremu w stu procentach możnaby kibicować, bo o ile najbardziej polubiłam Jaxa, to myśląc o tym, że wszyscy mechaniczni mieliby pójść jego śladem odczuwam lekkie przerażenie. Berenice natomiast to postać niesamowicie żywiołowa i wnosząca do Mechanicznego mnóstwo energii i nietuzinkowości. Biorąc pod uwagę natomiast samego Vissera - z początku jego losy nie wzbudzały we mnie aż takiej ciekawości, ale pod sam koniec doszło do takiego obrotu wydarzeń, że również i o tego bohatera zaczęłam się troszczyć.

Geneza konfliktu militarnego u Tregilisa to po prostu dwa obozy, Holandia i Francja i ich różne stanowiska odnośnie wykorzystywania mechanicznych sług (będących wynalazkiem Holendrów) oraz odmienne religie. Akurat w tym zakresie mogłabym dostać odrobinę więcej informacji, bo pomimo tego, że nie jest to kwestia marginalna w powieści Tregilisa, to po prostu sam stan około wojenny (bo na moment nastąpiło zawieszenie broni) został trochę słabo zaakcentowany. Podejrzewam, że coś w tej kwestii ruszy się w kontynuacji, na którą oczywiście czekam.

Zaznaczyć trzeba, że książka Tregilisa do najłatwiejszych nie należy. Pisze on dosyć złożonym stylem, wymagającym skupienia i czasami wsparcia wyszukiwarki, która objaśni, czym jest marspikiel. Podobna sytuacja miała już miejsce u autora Władców dinozaurów, więc nie było dla mnie problemu z lekturą nieco toporniejszej powieści. Jedno ważne zastrzeżenie - powieść chwilami skierowana jest do nieco dojrzalszej grupy odbiorców. Nie twierdzę, że w całości, ale fragment, w którym zamieszczono filozoficzno-religijne rozważania na temat duszy ludzkiej i tego, czy mechaniczni duszę posiadają to ciężki rozdział, przy którym sama musiała się naprawdę mocno skupiać. I podejrzewam, że sporo młodsi czytelnicy mogliby się zniechęcić do lektury.

Cóż warta jest wolność, jeśli równa się ona niesieniu na swoich barkach ciężaru winy przez całe stulecia?

Pierwszy tom Wojen Alchemicznych bardzo przypadł mi do gustu oryginalnością, niejednoznacznością i wyczuwalnym mrocznym klimatem. Świetni bohaterowie, którzy nie mają w sobie nic z papierowych kukiełek fundują kilka dni znakomitej lektury, która jednak przeznaczona jest dla czytelników obdarzonych odrobiną cierpliwości i umiejętnością koncentracji. Najważniejsze, że już sam początek bardzo wciąga, bo dzięki niemu ewentualne drobne niedogodności są mniej odczuwalne i nie pozostaje nic innego, jak tylko zagłębić się wa dalszej lekturze.

Moja ocena: 7,5/10

Tytuł oryginały: The Mechanical
Autor: Ian Tregilis
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 480
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Wojny alchemiczne:
1. Mechaniczny
2. Powstanie
3. Wyzwolenie

Cytat zapisany kursywą pochodzi z książki.

24 lutego 2017

Nigdziebądź

Neil Gaiman to jedno z, jak mi się wydaje, bardziej znanych i ważniejszych nazwisk, gdy mowa o literaturze fantasy. Nie jest to może pisarz cechujący się niesamowitą popularnością, ale większość książkomaniaków go kojarzy i chwali. Nigdziebądź to moje trzecie spotkanie z twórczością Gaimana, w dodatku po lekturze dwóch tytułów, które na kolana mnie nie rzuciły. Sięgając po jedno z czołowych dzieł autora liczyłam na to, że w końcu zaskoczę, dotrze do mnie fenomen jego twórczości.

Nigdziebądź to opowieść o Londynie Pod, do którego trafia nieco fajtłapowaty miłośnik figurek w kształcie troli Richard. Dzieje się tak za sprawą tajemniczej dziewczyny o imieniu Drzwi, która zostaje przez naszego bohatera uratowana przed niemałymi kłopotami. Wędrówkę po Londynie Pod temu duetowi umilają bądź uprzykrzają bohaterowie o dziwacznych zdolnościach i nietypowej aparycji.

Generalnie rzecz ujmując, z Gaimanem mam spory problem. Jest to twórca z widocznie ciekawymi pomysłami, obdarzony nietuzinkową wyobraźnią i niewątpliwie, dużym tez potencjałem. Stworzył przyjaznego czytelnikowi głównego bohatera, bowiem Richard swoją niezdarnością skradł mi serce i nawet ani przez chwilę nie zirytował, co jest godne pochwały, bo zazwyczaj nieudolność nieźle mnie irytuje. Tymczasem główna postać Nigdziebądź wzbudzała sympatię będąc po prostu uroczą fajtłapą. Niestety jednak, Richard to jedyny bohater, który w jakikolwiek sposób zapisał się w mojej pamięci, bo cała reszta wydała mi się dość oszczędnie wykreowaną grupką... sama nie wiem jakich ktosiów. Ale pomijając już tę kwestię nie do końca dopracowanych sylwetek postaci - Gaiman pokazał w Nigdziebądź kilka dobrych pomysłów, ale zdecydowanie za słabo je rozwinął. Richard, Drzwi i ich obstawa (np. Łowczyni) tułają się po Londynie Pod, wpadają w większe i mniejsze tarapaty, ale wszystko co ich spotyka to świetnie wymyślone, ale słabo rozwinięte pułapki. Po raz kolejny czytając Gaimana nudziłam się. Niektóre fragmenty, a i owszem, wzbudzały we mnie nieco mocniejsze uczucia, ale długo stan ten się nie utrzymywał i niestety, ale nie specjalnie interesował mnie los bohaterów.

Domyślałam się jakiego pokroju powieści mogę się spodziewać, lecz po ilości zachwytów, jakie o Gaimanie słyszałam liczyłam na coś, przy czym faktycznie będę się dobrze bawiła. Niestety, nie dostałam wciągającej, lekkiej powieści fantastycznej, która porwałaby mnie do swojego świata. Nie twierdzę również, że Gaiman to zły pisarz, Być może po prostu nie trafia do mnie jego styl, bo podeszłam do tej książki dosyć neutralnie, wyrzucając z pamięci poprzednie średniej jakości tytuły. A najlepsze jest to, że i tak Amerykańskich bogów chcę spróbować. Nie ma autora, któremu po trzech raczej przeciętnych i niezadowalających powieściach dawałabym dalej szansę, a tu się okazuje, że to jednak możliwe. Przy czym - czekam najpierw na serial. Obejrzę, zobaczę o co się rozchodzi i być może dopiero po obejrzeniu polubię historię na tyle, że zechcę ją też poczytać. A od oceny Nigdziebądź się wstrzymuję, bo najzwyczajniej w świecie do mnie powieść ta nie trafiła - ot, była, coś kojarzę, ale bez uniesień.



Tytuł oryginału: Neverwhere
Autor: Neil Gaiman
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1996 (oryginał), 2009 (to wydanie w Polsce)

7 lutego 2017

Tengu


Nie spodziewałam się wcale dobrej lektury po Tengu i muszę przyznać, że ryzykowałam przy pierwszym spotkaniu z Mastertonem odpuszczając sobie trud rozeznania wśród jego powieści. Wiedziałam o tym pisarzu wcześniej tylko tyle, że można go kochać lub nienawidzić i że miał w swojej twórczej karierze poradniki seksuologiczne nim nie zabrał się za pisanie horrorów. Masterton to nazwisko dosyć znane i będąc fanem grozy wypada przynajmniej otrzeć się o jakiś tytuł spod jego pióra. No to się otarłam...

Tengu to wielowątkowa historia z próbą wyrównania rachunków za II wojnę światową w tle. Japońska organizacja stworzona przez pokrzywdzonych w wyniku zrzutu bomby na Hiroszimę stwarza za pomocą rytuałów ludzkie potwory o niesamowitych zdolnościach gotowe zabić na rozkaz. Mowa o niezniszczalnych Tengu, ludziach opętanych przez demona o tej enigmatycznej nazwie. Powieść zaczyna się bardzo dobrą sceną, w której można zaobserwować metody działania maszyny do zabijania, jaką jest właśnie człowiek opętany przez siły zła. Niestety, ten niesamowicie realistycznie napisany fragment jest ostatnim dobrym w powieści.

Już dawno nie czytałam książki, która jednocześnie podłamywałaby mnie, ale nie na tyle, by wzbudzić jakąś szerszą gamę negatywnych uczuć, które przekładałyby się na potok przekleństw z moich ust. Ta książka w większości jest po prostu bardzo przeciętna i ciężko żywić wobec niej jakiekolwiek emocje.

Masterton sili się na kreację kilku nie najgorzej przedstawionych, odróżniających się od siebie nawzajem postaci, których nijak nie da się polubić. Znienawidzić też się nie da. Jak na przeciętne czytadło, którego spodziewałam się trochę bardziej niż dobrej lektury Tengu jest bardzo nijaką powieścią. Owszem, gdy mowa o scenach akcji, faktycznie coś można "dostrzec", leje się trochę krwi, padają serie strzałów, ale co z tego, gdy kompletnie mnie nie obchodzi, kto przeżył a kto nie, bo los wszystkich postaci jest mi dokładnie obojętny.

Również więcej jest w powieści swego rodzaju materiału nadającego się do książki sensacyjnej a nie horroru. Nawet ciężko mi było poczuć, że czytam choćby we fragmentarycznych częściach grozę, bo wszystko było sztuczne. Najbardziej dialogi - momentami kompletnie nie wiedziałam, o co w nich chodzi, lub stwierdzałam, że ludzie przecież tak nie rozmawiają.

Pewne drobiazgi mi się jednak spodobały, a mowa o wspomnianej scenie początkowej, bardzo mocnej i zaostrzającej apetyt na więcej takich fragmentów. Początek był na tyle drastycznym fragmentem, że nie zdziwiłabym się, gdyby co słabszych i mniej odpornych na realistyczne opisy zniechęciło do dalszego czytania. Ponadto powiedzmy, że docenić mogę motyw mitologii japońskiej zastosowany przez Mastertona i samo wplecenie tego wątku do powieści.

Kolejnych błędów mogłabym jeszcze trochę powymieniać, przytaczając przykłady ze słabo rozpisaną warstwą kryminalną (czytelnik dowiaduje się na samym początku, kto zabił, ale musi potem śledzić marnej jakości śledztwo i jego "ślepe zaułki" wiedząc, że są ślepe) lub brak choćb y cząstkowego budowania relacji ("No siema, widzimy się pierwszy raz w życiu, ale w sumie stańmy do walki z tymi złymi jako najlepsi przyjaciele!"), ale chyba łatwo się domyślić, że nie polecam Tengu. Szkoda czasu na tak beznamiętną lekturę. Żebym chociaż miała się nad czym poużalać...

Moja ocena: 4,5/10

Tytuł oryginału: Tengu
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Rebis
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1990 (oryginał), 2015 (drugie wydanie w Polsce)