29 lutego 2016

Podsumowanie lutego i nowe zdobycze


Ten dziwny, krótki miesiąc w roku, co cztery lata o 24 godziny dłuższy. Luty. I co się działo przez minione cztery tygodnie? Czytałam. Jak opętana...

Była sesja, jeden egzamin, który o dziwo zdałam w pierwszym terminie (jak nie ja...). A to oznaczało prawie trzy tygodnie wolnego, które powinnam była poświęcić na pisanie pracy licencjackiej. Wyszło trochę inaczej, ale szybko nadrobię zaległości. Po jakże intensywnym okresie końcowosemestralnym potrzebowałam odpoczynku. Bez zbędnego przedłużania pochwalę się moimi osiągami lutowymi:

1. Pełnia księżyca (Jim Butcher) < recenzja
2. Droga królów (Brandon Sanderson) (dokończone w lutym, czytane od... września) < recenzja
3. Linia uskoku (Barry Eisler) < recenzja
4. Przewodnik po świecie Narnii (Andrea Monda-Paolo Gulisano)
5. Beowulf (J. R. R. Tolkien & Christopher Tolkien) < recenzja
6. Uczta dla wron (George R. R. Martin)

Najgorsze książki z powyższych napisali Jim Butcher i Barry Eisler, a najlepszą (zdziwi to kogoś?) George R. R. Martin. Jakoś tak dosyć często się dzieje, że jeżeli w jednym miesiącu sięgam po Tolkiena, to zaraz sięgnę też po Martina. Albo na odwrót. Recenzja Uczty dla wron pojawi się najpewniej jutro. A za chwilę biorę się za drugi jej tom.

W lutym napisałam 8 postów, w tym 5 recenzji, wśród których znalazła się jedna filmowa.

Obserwatorów przybyło dwóch i jest Was już 220.

Teraz pora na to, co tygryski lubią najbardziej, czyli moje lutowe zdobycze. Nie ma ich wiele, a zakupów tym bardziej. Dwie książki pożyczone, trzy kupione. Pokus trochę było, ale się im oparłam, trwając w postanowieniu o zmniejszaniu kolejki lektur do przeczytania. Mam ich teraz 30. Nadal marzę o uszczupleniu tej liczby o dyszkę. Zdobycze z litego prezentują się tak:


Od góry:
1. Nieznajomy (Harlan Coben) - Od dłuższego czasu zabierałam się do kupienia kolejnej książki tego autora. Akurat pojawiła się nowa książka, a że i tak nie czytam chronologicznie powieści tego autora i czytam bardzo wolno, w tempie jednej książki na rok, to stwierdziłam, że tym razem sięgnę po Nieznajomego.
2. Tuzin czarnych róż (Nancy A. Collins) - pożyczone od kumpeli. Nie wiem, czy zrecenzuję, ale od kilku lat już ten tytuł za mną chodzi i ciągle go widzę w Dedalusie, ale przypominam sobie, że mogę pożyczyć i nie ma co na niego wydawać pieniędzy.
3. Świńskim truchtem (Joanna Fabicka) - drugi tom przygód Rudolfa. Przy pierwszym uśmiałam się niesamowicie a mam ochotę na luźniejszą lekturę. Po tych wszystkich high i low fantasy z lutego przyda się odskocznia. Również pożyczone.
4. Moja walka o każdy metr (Thomas Morgenstern) - Moja fascynacja skokami narciarskimi trwa od kilku lat i w związku z tym każda książka o tej tematyce jest dla mnie ciekawa. A skoczka z Austrii nie tylko ja darzę wielką sympatią.
5. Lewis, człowiek, który stworzył Narnię (Michael Coren) - Za dychę w poznańskim Matrasie. Kocham Narnię, no jakże ja bym mogła nie wziąć ze sobą książki o jej twórcy?


To by było na tyle. Oprócz przechwałek, kto ile przeczytał w lutym chciałabym dostać komentarz odnośnie autorskiej grafiki na samej górze posta. Powodzenia w marcu!

27 lutego 2016

Misery (1990) - film

Niedawno pisałam o ekranizacjach, które mam zamiar obejrzeć i wśród nich znalazła się przeczytana w grudniu (miesiącu Kinga) Misery (recenzja). Nie bez drobnej sugestii padło na filmowy wieczór z produkcją o przeciętnym pisarzu uratowanym przez swoją psychofankę. Spoilerów nie będzie, postaram się tylko zaznaczyć, co najbardziej w filmie mi się spodobało i czy coś zgrzytało.


Misery to bohaterka książek Paula Sheldona (granego przez Jamesa Caana), który po skończeniu nowej książki, nie związanej z popularnym cyklem wyrusza z maszynopisem do swojej agentki. Po drodze przytrafia mu się wypadek, a wybawicielką z opresji okazuje się Annie Wilkes (na marginesie, nienawidzę tego nazwiska, ma okropnie niewygodną wymowę), której troskliwość przemieni się w, na nieszczęście Paula, obsesję spowodowaną obrotem akcji w ostatniej książce o Misery.

Patrząc na ten film zastanawiałam się, czy z fascynacji jakąś serią mogłabym stać się taką Annie i śmiem twierdzić, że to niemalże nieprawdopodobne. I bardzo dobrze! Ta kobieta to wariatka. Co nie zmianie faktu, że darzę ją większą sympatią niż Paula. Tak było już przy okazji lektury i potwierdzam to przekonanie po seansie. Annie wzbudzała we mnie żal, Paul w zasadzie coś na kształt współczucia, ale niezbyt silnego. Co prawda to, czym uraczyła go Annie nie należało do przyjemności, zdecydowanie i nie chciałabym się na jego miejscu znaleźć... Oj nie.


Co do kwestii wizerunkowych filmu. Wyszło naprawdę dobrze. Twórcy się postarali o klimat, którego zabrakło mi w książce (jak jeszcze ktoś nie zauważył, to tak, owszem, film uważam za lepszy niż książkę). Do tego obserwujemy historię z trzech punktów widzenia, bo oprócz Paula w jego zaginięcie angażują się Buster, okoliczny szeryf i agentka naszego protagonisty, Marcia. Jest to zabieg zrozumiały, bo gdybyśmy prze ponad półtorej godziny obserwowali wszystko z perspektywy Sheldona, ciekawie robiłoby się jedynie co jakieś dziesięć, piętnaście minut. A tak możemy też obserwować starania szeryfa, który dostaje informację o zaginięciu Paula, a dzięki Marcii możemy ujrzeć fragmenty wiążące się z pracą Paula jako pisarza.

Emocjom też dałam się porwać i mimo, że nie kibicowałam Paulowi z całych sił, podczas jego starć z Annie nie pozostawałam beznamiętna. Krzywiłam się, kiedy nic innego nie pozostawało mi w wyniku tego, co zafundowali mi twórcy. Ponadto mruczałam pod nosem i z zainteresowaniem oglądałam film od początku do końca, co też świadczy o jego jakości, bo dość często porzucam oglądanie bardzo szybko, mimo świadomości, że mam przed sobą porządny wytwór. Tak więc Misery to dobry film, bo wytrzymałam od początku do końca i nawet się nie męczyłam. Napięcie podczas oglądania momentami, muszę posłużyć się popularnym określeniem, sięgało zenitu. Pomimo tego, że nie zależało mi specjalnie na ocaleniu Paula, to i tak zastanawiałam się, czy w tej konkretnej scenie uda mu się jakoś Annie przechytrzyć.


Annie została zagrana wręcz świetnie przez Kathy Bates. Jestem pod wrażeniem, bo w książce wizerunkowo inaczej odebrałam tą postać, a wersja reżysera (Roba Rainera) okazała się równie idealna, co ta z mojej głowy. Po kilku minutach patrzenia na Annie i jednym rzucie oka na jej mieszkanie już dało się stwierdzić, jakiego rodzaju jest to osoba oraz, że lepiej trzymać ją na dystans. Bardzo podobała mi się kreacja tej bohaterki w filmie i to chyba jedna z lepszych postaci, jakie miałam okazję poznać.


W kwestii zgodności z książką również jest bardzo dobrze. Nie było większych uchybień, może poza tym, że jak pisałam wyżej, dodano szeryfa i agentkę, którzy w książce głosu nie zabierają, ale było to spowodowane koniecznością urozmaicenia perspektyw. Pozbawieni jesteśmy też występujących w książce rozdziałów autorstwa Paula, ale na ekranie byłoby to trudne do pokazania i wręcz bezsensownie wprowadzajęce zamieszanie. A i tak poznajemy losy Misery, bo przecież ekscytująca się biegiem wydareń Annie dyskutuje o tym z Paulem.

Ekranizacja Misery spodobała mi się, nawet bardzo i w dodatku bardziej, niż książka. Może trochę smutne, może po prostu specyfika pierwowzoru nie wpasowała się wystarczająco w moje gusta. Jakby nie było, jest to dobra historia, wzbudzająca emocje i pochłaniająca i w dużym stopniu zachwycająca. Ale nie pięknem. Nie o to tu chodzi...

Obrazki wykorzystane powyżej pochodzą z interentu ;).

24 lutego 2016

Beowulf


W ręce moje trafiła kolejna książka, która jest trochę inną odsłoną twórczości mistrza literatury fantasy. Beowulf, to staroangielski poemat, który twórca Władcy pierścieni przetłumaczył jak również dodał do niego swój osobisty komentarz. Oprócz tego Beowulf stał się tematem serii wykładów z dziedziny literatury staroangielskiej. Po lekturze stwierdzam, że utwór ten najpewniej został też obiektem fascynacji Tolkiena, a wydany wraz z towarzyszącymi mu komentarzami jest, jak to w książce wspomniano swego rodzaju hołdem złożonym autorowi i upamiętniającym jego osobę.

Podobnie jak w przypadku Upadku króla Artura również tekst Beowulfa zapisano jednostronnie. Na lewej stronie zamieszczono tekst polski, a na prawej wersję angielską, co bardzo mi się spodobało. Nawet, jeżeli nie próbowałam czytać całości po angielsku (nie powiem "w oryginale", bo w oryginale jest w staroangielskim), to momentami przeskakiwałam sobie po skończeniu akapitu tak, żeby kolejny przeczytać tylko w obcym języku, a potem sprawdzić samą siebie. Uważam to za świetne posunięcie ze strony wydawcy, bo przyznam, że angielska wersja brzmi ciekawiej, niż polska. Podobne odczucia miałam przy okazji lektury Upadku króla Artura, do którego pewnie jeszcze nie raz nawiążę.

Fabuła Beowulfa to taka klasyczna historia rycerska, Tolkien określa ją jako poemat dworski. Beowulf jest bohaterem, który dla króla Hrotghara pokonuje nękającego go ogra Grendela, choć oprócz tego heroicznego wątku pojawiają się dworskie intrygi. Szczerze powiedziawszy, nie jest to jakaś nadzwyczajna, epicka opowieść, choć momentami dawałam się porwać klimatowi, szczególnie w przypadku opisów otoczenia, w których rozgrywała się akcja. Sama kolejność wydarzeń jakoś specjalnie w pamięci mi nie zapadła, ale nie wyrzuciłam jej całkowicie z głowy. Podejrzewam, że kiedyś powrócę do tego poematu, a i nawet nie wiem, czy nie zrobię tego po ponownej lekturze Władcy pierścieni, do którego stworzenia jedną z inspiracji był właśnie staroangielski poemat.

Oprócz komentarzy do poszczególnych fragmentów Beowulfa, w których Tolkien ukazał bardzo skrupulatnie (tak bardzo, że nawet nie próbowałam tego spamiętać) konteksty historyczne, kulturowe i religijne, które mogły rzucać światło na realia, w jakich Beowulf powstawał. Właśnie ta część, naukowa okazała się dla mnie za ciężką. Nie spodziewałam się oczywiście lekkiej lektury rozrywkowej, ale w przypadku UKA fragmenty stanowiące opracowanie do poematu mnie fascynowały. Pisałam przy okazji recenzji tamtego tytułu, że wraz z Christopherem bierzemy udział w śledztwie mającym na celu odkrycie tajemnic pracy jego ojca nad tworzeniem tego poematu. Może właśnie dlatego bardziej było to dla mnie zrozumiałe - bo UKA był dziełem Tolkiena, a Beowulf nie. Natomiast to, co John stworzył jako swoją wersję historii Beowulfa bardziej mnie porwało. Czytało się lżej niż sam poemat, ale to ze względu na przepaść czasową między tą wersją a pierwowzorem. A Pieśń o Beowulfie do reszty mnie oczarowała. Nawet rytm podłapałam w czasie czytania i z wielkim uśmiechem na twarzy śledziłam kolejne wersy.

Tak więc Beowulfa pozostawiam bez krytycznej (czy też bezkrytycznej) oceny z racji braków na gruncie naukowym, których raczej nie nadrobię i które nie pozwalają mi ocenić tego tytułu należycie. Niewątpliwie na uznanie zasługuje umiejętność Johna Tolkiena wskazania tych wszystkich kontekstów, w jakich można rozpatrywać Beowulfa. Poza tym autor niewątpliwie był niesamowicie zainteresowany poezją staroangielską, skoro utwór ten posłużył mu między innymi jako inspiracja do stworzenia Władcy pierścieni. Do Beowulfa najpewniej jeszcze wrócę, ale kiedy, tego w stanie nie jestem powiedzieć.

Autor: J. R. R. Tolkien & Christopher Tolkien
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 485
Rok wydania: 2014, 2015 (w Polsce)

20 lutego 2016

Linia uskoku


Przestanę ufać rekomendacjom. Jakimkolwiek, czyimkolwiek. Na prawdę. Nie pierwszy raz się z tego powodu rozczarowuję i nawet jeżeli to nie rekomendacje były powodem zabrania Linii uskoku do domu, to po prostu nie będę już ufała takim zabiegom zamieszczonym na okładkach. Bo nie warto...

Barry Eisler w roli głównego bohater obsadził prawnika Alexa Trevena posiadającego dziesięcioletni staż i szansę na wybicie się i awans w statycznej do tej pory karierze. Wszystko za sprawą klienta i jego programu szyfrującego, który jest w stanie przynieść po podpisaniu umowy z kontrahentem ogromny zysk. Niestety, twórca Obsidiana (wspomnianego wyżej programu) ginie, a Alex Treven orientuje się, że również i na jego życie ktoś może czyhać.

Pomysł na fabułę nie błyszczy, ale to jeszcze niczego nie przesądza. Do zupełnie nudnych również nie należy, ale dałoby się zrobić z tego coś konkretnego, gdyby wiele aspektów dopracować. Barry Eisler na tylnej okładce został porównany do Harlana Cobena, co, po lekturze Linii uskoku wywołuje u mnie pusty śmiech. Nawet nie jestem w stanie irytować się na tą książkę, bo w zasadzie no było tam niczego do bólu głupiego. Praktycznie wszystko było nijakie.

Dokonuję aktualnie starań mających na celu napisanie ciekawej recenzji o nudnej książce. Czy to w ogóle jest możliwe? Nie wiem, zaraz spróbuję sprawdzić. Mam nadzieję, że chociażby moje starania zostaną docenione. Bo książka jest naprawdę nudna i mdła. Nawet, jeżeli w wyniku działań i planów bohaterów dochodzi do jakiejś nieco pobudzającej zainteresowanie sceny to nie trwa to długo. Czytając Linię uskoku nie raz przyłapywałam się na tym, że od kilku linijek bezmyślnie śledzę tekst nie rejestrując jego znaczenia. Wywracając oczyma wracałam do początku fragmentu przekonując się po raz kolejny, że w zasadzie nie wiele mnie ominęło.

Bohaterowie stworzeni przez autora to dzieci w skórach dorosłych. Owszem, Barry Eisler wysilił się na stworzenie dramatycznej przeszłości Alexa i jego brata Bena, z powodu której to przeszłości bohaterowi ci od wielu lat nie utrzymują ze sobą kontaktu. W wyniku pojawienia się niebezpieczeństwa zagrażającego Alexowi moim zdaniem i na logikę powinni odpuścić sobie wielostronicowe kłótnie nie prowadzące do niczego produktywnego i skupić się na przetrwaniu. Jeżeli w moim toku rozumowania jest jakiś błąd, to proszę mnie poprawić.

Kreacja tych przeszłych wydarzeń, pomimo że przekładając się na teraźniejszość nie daje dobrego efektu, jako podstawa do pogłębienia charakterów głównych postaci sprawdza się dobrze. Daje złudzenie, że autor poświęcił chwilę namysłu na stworzenie swoich bohaterów. Jest to jeden z nielicznych plusów, który równocześnie sprawia wrażenie, że celem Eislera było stworzenie dobrego dramatu. Dramat z przeszłości momentami za mocno wysuwa się na pierwszy plan, a i kilka rozdziałów jest poświęconych tragicznym wydarzeniom z przyszłości.

Drugą zaletą książki jest Ben. Brat Alexa, jego całkowite przeciwieństwo (na szczęście) i wojskowy do zadań specjalnych. Całkiem konkretny w swoich działaniach i wzbudzający beznadziejnie wypadającą w kontekście braterskiej relacji irytację Alexa. Bez względu na to, jak dobrą (a przynajmniej lepszą niż pozostałe) postacią jest Ben, wdaje się z bratem w kłótnie niczym przedszkolak w piaskownicy walczący o ulubioną łopatkę. Ale bez dwóch zdań, Ben był bohaterem łatwiejszym do zniesienia niż Alex.

Sporą wadą książki jest to, że kompletnie brak w niej napięcia. Zupełnie nie zależało mi na tym, żeby ktokolwiek przeżył tą rozgrywkę. Poza tym w kwestii podejrzanych... gratulacje dla autora. Podsuwa nam on niewielu bohaterów drugoplanowych i nawet nie sili się na wprowadzenie czytelnika w konsternację co do tego, kto jest sprawcą kłopotów Alexa. W pewnym sensie 95% bohaterów, których poznajemy są bezpośrednio zaangażowani w aferę.

Na gruncie wiarygodności autor wypada niezbyt pozytywnie, znów. Jego tłumaczenia dotyczące działania Obsidiana wplecione w dialogi i rozmyślania bohaterów nie trafiały do mnie. Próbowałam to zrozumieć, ale nie mogłam, a próba zainicjowania kontekstu wojny cybernetycznej też do mnie nie trafiła. Najlepszym jest tytuł, który w zasadzie w żadnym wypadku nie nawiązuje to fabuły. Określenie "linia uskoku" pojawia się tylko w  jednym zdaniu dotyczącym historii z przeszłości braci Tervenów i chyba zostało to zdanie wrzucone tylko po to, żeby jakoś wyjaśnić taki a nie inny tytuł książki.

Jak pisałam nie jestem w stanie denerwować się na książkę, bo nie ma na co. Nie ma w niej nic do bólu denerwującego. Można tylko przeczytać, podśmiewając się z jej mdłości i niektórych kwestii głównych postaci. O pseudo romansie nawet nie wspomnę, bo szkoda strzępić sobie klawiaturę... Książka ani mnie mierzi, ani grzeje, jest praktycznie nic nie wnoszącym splotem mało ciekawych wątków i bohaterów, której czytanie na szczęście nie było wielkim marnowaniem czasu, bo była cienka.

Moja ocena: 3/10

Autor: Barry Eisler
Wydawnoctwo: Sonia Draga
Ilość stron: 344
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2011 (w Polsce)

17 lutego 2016

Przeczytać - przeczytałam... Ale ekranizacja przede mną!

Od jakiegoś czasu wpadają mi w ręce książki zekranizowane. Oczywiście, nie tylko i nie wszystkie już przeczytałam, ale dzisiaj przedstawić mam zamiar kilka tytułów, których pierwowzory znam, ale których wersje filmowe czekają na obejrzenie... Kolejność przypadkowa.

1. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (na podstawie powieści Stiega Larssona)

Jedna z niedawnych perełek czytelniczych. Zastanawiam się tylko, czy najpierw przeczytać całą trylogię, a później obejrzeć filmy, czy po każdym tomie oglądać ekranizację.


Co więcej, film powstał w dwóch wersjach, a to oznacza, że będzie co porównywać ;)

2. Misery (Na podstawie powieści Stephena Kinga)

Przy książce trochę się męczyłam, ale i tak chcę obejrzeć ekranizację. Nie rzadko dzieje się tak, że kiedy papierowa wersja mnie nie przekonuje, to i tak oglądam film, żeby przekonać się do historii..


3. Planeta małp (Na podstawie powieści Pierre Boulle)

Powracamy do fantastyki. Film był mi polecany przez mamę, a i sama jestem ciekawa, jak odbiorę tę historię w wersji filmowej.


4. Cujo (Na podstawie powieści Stephena Kinga)

I tutaj pojawia się taka mała dygresja - tego filmy wyjątkowo nie mogę się doczekać, bo uwielbiam produkcje i ogólnie, historie, w których głównym zagrożeniem są zmutowane/chore (jak w tym przypadku) lub wymarłe i ponownie powstałe z martwych zwierzęta. 


5. Carrie, wersja z 2013 roku (Na podstawie powieści Stephena Kinga)

O Carrie z 1976 już pisałam, tutaj, natomiast tą współczesną wersję zaczęłam oglądać i... nie jestem przekonana. Ale wrócę do niej zapewne i postaram się wytrwać do końca.


6. Ojciec chrzestny (Na podstawie powieści Mario Puzo)

Taka wisienka na torcie. Książka była naprawdę niezła, co więcej, chciałabym sięgnąć po inne książki o rodzinie Corleone (dlatego też mój dziadek dostaje je ostatnimi czasy w prezencie...), ale również nadrobić ekranizację. Jestem ciekawa, jak wygląda stopień dokładności odwzorowania w tym przypadku.


Jakieś propozycje, od czego by tu zacząć? Nie wiem, czy będę miała energię do tego, żeby szybko nadrobić te zaległości ekranizacyjne. Poza tym na mojej półce stoją jeszcze ze trzy książki, na podstawie których filmy też powstały, więc to nie jest mój pełny repertuar filmowy na najbliższe tygodnie. Ale jak wiadomo... książka najpierw, Skoro już niektóre tytuły posiadam.

Wszystkie grafiki pochodzą z interentu.

10 lutego 2016

Droga królów


Nie wiem, czy jest coś jeszcze do powiedzenia o Sandersonie, co byłoby w jakiś sposób odkrywcze. Naczytałam się o nim i o jego twórczości wielu pozytywów, ujętych w bardzo przekonujące słowa. Nie wiem też, czy jest sens starać się wymyślić coś nowego na jego temat, co powiedziane nie zostało, ale liczę na to, że w poniższych akapitach uda mi się wyrazić moje odczucia po lekturze Drogi królów.

Opowieść nie żyje, dopóki nie zostanie przez kogoś wyobrażona.

Z cegłami tak to już jest, że sięgnąć po nie ciężko, a i wkręcenie się chwilę zajmuje. W przypadku powieści Sandersona udało mi się wciągnąć w tę historię po około stu pięćdziesięciu, może dwustu stronach. Przyznam, że liczyłam na to, że nie pogubię się przy rozróżnianiu bohaterów, bo mam już praktykę po lekturze innych książek z szeroką gamą postaci. Na szczęście u Sandersona nie trzeba aż tak bardzo się wysilać. bo głównych postaci jest czwórka, a towarzyszącym im bohaterom drugoplanowym nadano cechy wyróżniające ich i sprawiające, że łatwo ich zapamiętać.

Niech bronią cię twoje czyny, nie słowa.

Co do postaci głównych - z nimi mam problem. Nie wiem, kto jest moim faworytem. Oczywiście, na kandydata do pierwszego miejsca wysuwa się od razu Sheth, skrytobójca w bieli, który szybko zdobywa zainteresowanie czytelnika tylko po to, żeby przez kolejne nieliczne rozdziały ujawniać o sobie szczątkowe informacje, I pozostać wielką tajemnicą do końca tomu. Zaraz za nim powinien uplasować się Kaladin, ale w zasadzie nie wiem też, czy nie powinien to być Dalinar. Pierwszy z nich jest kojarzący mi się z inną znaną mi postacią niewolnik o umiejętnościach chirurga, a drugi to szanujący starodawne zasady honoru Arcyksiąże z Odpryskiem. Odpryski to w ogóle tematem na osobny akapit, ale połączę je z innymi wątkami fantastycznymi, o których chcę napisać. Zatem stawkę ulubieńców zamykać powinna Shallan, ale w obliczu tego, jak zakończył się jej wątek w Drodze królów śmiem twierdzić, że ciężko ją obsadzić na stanowisku najmniej lubianej wśród lubianych. Problem pozostaje bez rozwiązania.

Walczymy w tej wojnie, jakbyśmy byli dziesięcioma różnymi narodami, walczymy obok siebie, ale nie razem.

Coś o stylu autora. Z początku wydawał mi się on nieco... za prosty. Naprawdę. Nawet w czasie dalszej lekturami momentami stwierdzałam, że pewne kwestie zostały ujęte trochę nieprecyzyjnie, ale w morzu literek składających się na pierwszy tom Archiwum burzowego światła to nie jest zbyt mocno odczuwalne. Z czasem uznałam, że gdyby język powieści był bardziej skomplikowany, nie chciałoby mi się sięgać po cegłę. Samo zdjęcie jej z półki wymagało nieco determinacji, ale dzięki łatwemu, ale nie zbyt uproszczonemu stylowi łatwo wgłębiałam się w dalsze losy postaci. Specjalnie zajrzałam na mój profil na LC, żeby sprawdzić, kiedy zaczęłam swoją Drogę królów. Wychodzi na to, że czytałam ją prawie pięć miesięcy. Ani trochę nie żałuję, że zajęło mi to tyle czasu. To tak, jakbym pomieszkiwała sobie w świecie Sandersona przez ten okres i co kilka dni, czasem po większych przerwach wracała w coraz lepiej mi już znane miejsce. Sympatyczne uczucie.

Czy ostatnie lata spędzone na na udawaniu, że kieruje się zasadami lepszych ludzi, mogły wymazać całe życie rzezi?

Sanderson stworzył zupełnie nowy świat, krainę Roshar, w której każde państwo z tego, co zdołałam się zorientować, wierzy w inne bóstwa. Poszczególni obywatele również różnią się między sobą wyglądem, o czym w przypadku opisu drugoplanowych bohaterów ze Strzaskanych równin autor zawsze wspomina. W tym momencie nasuwa się pytanie, czym są Strzaskane równiny. To teren walki, współzawodnictwa i wojny równocześnie. Wiąże się to z rywalizacją o zdobywanie Odprysków (mieczy i zbroi), prowadzeniem Paktu zemsty na Parshendich i również siedliskiem intryg politycznych. Generalnie zmierzam do tego, że Sanderson splótł ze sobą wiele wątków i zgrabnie wkomponował je w wojenne klimaty. Na Strzaskanych równinach stacjonuje Elhokar, król Alethkaru i wraz ze swoimi dziesięcioma arcyksiążętami mści się na tajmeniczym ludzie Parshendich. Przyznam, że z początku ciężko było mi się połapać wśród gąszczu religii, kultur, zasad panowania klasowego (dahny, nahny i niewolnicy) oraz wzmiankach o wymyślonych przez autora przedstawicielach fauny i flory. Tutaj pojawia się mój największy zarzut pod adresem Drogi królów. Nie ma żadnego bestiariusza, brak również przewodnika po świecie Rosharu. O ile na mapy za bardzo narzekać nie mogę, to akurat oprócz nich w książce rzadko pojawiają się dodatki pomagające rozeznać się w uniwersum Archiwum burzowego światła. Na samym końcu umieszczono jedynie informacje o rodzajach wiązań i zasadach z nimi związanych, czyli czegoś w rodzaju reguł magicznych działających w powieści Sandersona.

Chcemy wierzyć, że kiedyś żyli lepsi ludzie. Dzięki temu możemy myśleć, że znowu tak będzie. Ale ludzie się nie zmieniają. Teraz są zepsuci. Wtedy też byli.

W tak obszernej książce nie łatwo jest uniknąć schematów. Sanderson niejednokrotnie mnie zaskakiwał, nie raz czytałam z zapartym tchem, ale również zdarzało się, że w głowie nasunęła mi się myśl "to było tam i tam". Nie twierdzę, że to błąd, bo do stworzenia fundamentów do porządnej historii potrzeba prostych, znanych zagrywek. Zdrad, rozłamów politycznych, zemst i bohatera, który pociągnie za sobą tłumy. Nie chcę za wiele zdradzać, ale przyznać muszę, że po kilku nudniejszych fragmentach, chwilach przestoju i budowania podwalin pod zwroty akcji końcówka tomu naprawdę zmienia układ sił. To ten smutny moment, w którym oczy zaświecają się na myśl o tym, w jakim kierunku może to wszystko pójść oraz serce boli, bo człowiek właśnie opuścił intrygujący, pełen tajemnic świat z kilkoma odpowiedziami i całym mnóstwem nowych pytań. A wspomniane wcześniej zbroje Odpryskowe kojarzyły mi się niejednokrotnie ze zbroją Iron Mana, mając podobne zasady działania, choć bez zastosowania elementów elektronicznych. Niemniej jednak osoba w pancerzu Odpryskowym miała możliwości dużo większe, niż zwykły żołnierz.

Nie jesteśmy istotami celu. To podróż nas kształtuje. 

Sanderson nie pozostawił swojej książki bez nutki rozważań o charakterze egzystencjalnym, a nawet filozoficznym. Umieścił w Drodze królów bohaterów, którzy prezentują różne stanowiska odnośnie Kodeksu i jego zasad honorowych. Niejednokrotnie doprowadził do sytuacji, w której słynące z wątpliwej moralności postacie dopinały swego, a wtedy musiałam wyzywać pod nosem z racji niekorzystnego obrotu sytuacji. Pod koniec lektury ostatecznie zdecydowałam, że nie darzę sympatią króla Althekaru, Elhokara. To paranoiczny i mało rozgarnięty bohater, przynajmniej w moim odczuciu, który nie powinien znaleźć się na czele dziesięciu żądnych tantiemów i uznania, czasem nie zasługujących na swe miano arcyksiążąt.

Droga królów okazała się świetną lekturą. Pomieszkiwałam w tym świecie ponad cztery miesiące i już chcę do niego wrócić, choć nie mogę. Pomimo nielicznych wad i trochę małej mobliności bohaterów, dałam się wciągnąć i obdarzyć autora sympatią oraz uznaniem. Potrzebuję jednak tego świata więcej. Zakończenie mnie zaskoczyło i pomimo skończonej lektury moje myśli i tak podążają w kierunku ewentualnych dalszych losów bohaterów i możliwości, jakie mogą w uniwersum Sandersona zaistnieć. To oryginalna, przemyślana powieść, która pochłania, więc czym jeszcze mogłabym zachęcić do jej przeczytania?

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 954 + kilkanaście stron dodatków
Rok wydania: 2010 (oryginał), 2014 (w Polsce)

Cytaty pochodzą z książki.

Archiwum burzowego światła:
1. Droga królów
2. Słowa światłości
3. ?

Na marginesie: Podziękowania dla Hrosskara za namówienie mnie na Sandersona, takie ostateczne :) Opłaciło się, dzięki!

3 lutego 2016

Pełnia księżyca

Czy Jim Butcher nie wie, że przy lekturze jego książek mogą polecieć takie epitety, że nie powinno się dawać jego książek kobietom? Bo też będą klęły. I nawet nie jakoś różnorodnie. Za to często, głośno i... nie bez powodu.

Kupiłam dwa tomy. Bo wszyscy i wszystko zasługuje na szansę. Nawet jeżeli pierwszy tom był kiepski, głównie z racji kreacji głównego bohatera, która momentami dobijała. Cała reszta - zadowalająca, ciekawa i całkiem nowatorska. Nie specjalnie pionierska, ale taka dość oryginalna. A drugi tom został na całej linii zjebany. Tak, będę wyklinała w tej recenzji, uprzejmie przepraszam, ale inaczej się po prostu nie da.

Jakże oryginalny tytuł sugeruje powiązanie nowych problemów Harry'ego z wilkopodobnymi tworami. Niestety, Harry ma problem i czytelnik też, bo rozróżnić na przestrzeni jednej strony trzy rodzaje wilków nie jest specjalnie łatwo. I to zamieszanie trwa do chwili, kiedy spotykamy po okazie z każdej "podgrupy". Co więcej, główny bohater zadarł z chicagowskim swego rodzaju szefem mafii, narkotykowym bossem i zadrą w oku policji i federalnych. 

Nie od dziś czytam urban fantasy, znam schematy, co więcej, odnajduję się w tym gatunku na tyle dobrze, że nie nudzą mnie kolejne porachunki magicznych ras w realiach współczesnej metropolii, zatargi na linii policja - istoty nadnaturalne i podoba mi się klimat ciemnych zaułków, zadymionych pubów i przestępczego półświatka. Naprawdę, nie od dziś to przerabiam i nie mam nadal dość. To co opisałam, to tylko baza - punkt wyjściowy dla autora, który powinien dodać jeszcze CIEKAWYCH bohaterów i inteligentnie rozegrać akcję. 

Nic w tej książce mnie nie zaciekawiło. Kompletnie. Na początku moja czujność była jeszcze uśpiona, bo Harry darował sobie swoje typowo "Dresdenowe" żarty. Pomyślałam nawet, że to dobrze wróży. Pomyliłam się i to jak cholera. Po kilku nudniejszych rozdziałach, w których bohater manifestuje swoje niedojebanie mózgowe nadchodzi moment, w którym na scenę wkracza Murphy, uchodząca za przyjaciółkę głównego bohatera. To mniej więcej był ten moment, w którym podniosło się stężenie rzucanych przeze mnie do książki fraz typu "Ja pierdolę" dobitnie obrazujących to, jak bardzo ta książka mnie dobija. Wszyscy bohaterowie zachowywali się jak dzieci z przedszkola, które odgrywają dramaty rodem z opery mydlanej dla samego ich odgrywania. W zasadzie żadne ich zachowanie nie było logiczne, a rozmowy sztuczne i głupie.

Autor pisze dość monotonnie. W większości fragmentów, gdzie pojawia się bohaterka imieniem Tera, pojawia się również wzmianka o tym że była ona "naga i jakaś tam jeszcze". Rozumiem, że trzeba to zakomunikować, ale nie odtwarzając z taśmy to samo, co wspominano już rozdział i dwa i trzy temu. Z resztą przytoczę kilka końcówek rozdziałów, które w założeniu miały pewnie trzymać w napięciu:

Ostatnie wersy rozdziału 12: "Nie próbowałem walczyć ani się tłumaczyć. To nie miało sensu."
- rozdział 13: "A potem wszystko przesłoniła czerń."
- rozdział 14: "Nie miałem żadnych szans."
- rozdział 18: "I wtedy rozpętało się piekło."
- rozdział 22: "Nie cierpię, gdy moje plany się rozsypują."
- rozdział 23: "Co tu gadać o deszczu i rynnie."

Jedyny promień ewentualnych pozytywów pojawił się na sam koniec, kiedy to miały miejsce sceny z pewnym ładunkiem emocjonalnym oraz pewna bardzo konkretna scena walki z udziałem głównego bohatera. I tyle, Więcej złych stron nie było, bo książka się skończyła, co też włączam w poczet jej zalet i uznaję za składową oceny końcowej, którą jest:

4/10

1 - za znośny początek
1 - za scenę walki na końcu
1 - za szczątkowe emocje które nieco mnie poruszyły, również z końcówki.
1 - za to, że to tylko 400 stron.

Nie muszę dodawać, że kontynuacji czytać nie zamierzam?

Autor: Jim Butcher
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 400
Rok wydania: 2001 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Seria "Akta Dresdena":
Akta Dresdena:
1. Front burzowy (recenzja)
2. Pełnia ksieżyca
3. Śmiertelna groźba
4. Rycerz lata
5. Śmiertelne maski
6. Krwawe rytuały
7. Dead beat
8. Proven guilty
9. White night
10. Small Favor
11. Turn coat
12. Changes
13. Ghost story
14. Cold days
15. Skin Game

1 lutego 2016

W styczniu było tak... (Podsumowanie i stos)

W styczniu nie było tragicznie, a przynajmniej sądziłam, że będzie gorzej. Niemniej obowiązki uniwersyteckie nie pozwalały mi czytać... Wróć, pozwalały. Ale nie to, co mogłabym później recenzować tu, na blogu, bo nikt nie chce czytać o politykach rozwoju wsi polskiej. W każdym razie wykształcił się na szybko mechanizm obronny - czytać nie mogłam, ale kupować... To inna sprawa. Poszalałam trochę i trochę niżej pojawi się pięknie uwieczniony stos moich zdobyczy ze stycznia.

Przeczytałam trzy książki:

1. Posłaniec strachu (Michael Grant)
2. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, część 1 (Stieg Larsson)
3. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, część 2 (Stieg Larsson)

Najlepszą książką okazało się dzieło Stiega Larssona, natomiast najgorszej nie wskażę, bo jej nie ma. 

W styczniu pojawiło się 7 postów i 2 recenzje, tak więc liczę na poprawę w lutym. 

Obserwator przybył 1 i jest Was już 218.

Pierwszy raz od roku nie dopisuję fragmentu o książkach, które przeczytałam do wyzwań, bo nie biorę w sumie w żadnych udziału.

Mam nadzieję, że jeszcze ktoś się tutaj będzie pojawiał w lutym, bo w styczniu marnie było niestety z moją aktywnością na blogu i w lutym zamierzam to zmienić, jak zdam już ten jeden cholerny egzamin. Napisałabym, co jeszcze w styczniu się działo, ale nie ma o czym pisać, bo tylko się uczyłam. Czas na The Last Battle (aluzja do C. S. Lewisa) i później nadrabianie zaległości czytelniczych. A trochę się ich nazbierało, bo były okazje do zakupów, o proszę, tu są dowody:


Od dołu:

1. Obietnica raju (Robert Browne) - walka dobra ze złem i tematyka biblijna, czyli coś, co mnie zaciekawiło pomimo odmiennych poglądów religijnych.

2. Opowieści z Narnii: Podróż "Wędrowca" do świtu (C. S. Lewis) - moja duma, zdobyłam brakujący mi w serii tom, którego dorwanie w tym wydaniu to cud. Od czego są jednak strony typu "olx"...

3. Apokalipsa Z tom 2: Mroczne dni (Manuel Loureiro) - planowałam już od dawna lekture tej serii, ale jakoś nie po dordze było kupienie, a dorwałam ją za jakieś kilka złotych w Dedalusie. Teraz trzeba dokupić tom pierwszy i zrobić sobie jakiś maraton z zombiakami.

4. Taniec z smokami (George R. R. Martin) - Czyli kolejny krok do skompletowania całości wydanych do tej pory części PLiO. W ogóle to planuję doczytać te dwa tomy (Ucztę dla wron i Taniec ze smokami) przed premierą kolejnego sezonu, ale nie wiem, czy mi się to uda. Sięgnęłabym już, gdyby nie to, że czytam inną fantasy wymagającą skupienia. Ale tęsknię już za Westeros...

5. Decathexis (Łukasz Śmigiel) - opis zwrócił moją uwagę, objętość nie przeraziła i cena też tego nie uczyniła, a że lubię sięgać po nieznanych mi autorów polskiej fantastyki... :) Jak kumpela przeczytała opis, stwierdziła, że dużo motywów zerżniętych jest z mitologii nordyckiej, czego niestety nie wyłapałam, ale to dlatego, że na tym gruncie jestem w tyle. W każdym razie przeczytam z chęcią i tak.

6. M jak magia (Neil Gaiman) - podebrałam kumpeli, która chciała się jej pozbyć. Zobaczymy, czy będzie w porządku, czytałam już jedną książkę, której Gaiman był współautorem i jakoś mnie nie uwiodła, może w tym przypadku będzie lepiej. Tak czy siak, może na wakacje poszukam sobie jeszcze jakiejś książki tego autora.

Na luty mam tyle planów, ile może zrobić człowiek nie mający przez miesiąc czasu na nic. Chciałabym poczytać, pooglądać, połazić, bo od siedzenia przed kompem i nad książkami już mnie szlag trafia, ale nie wiem, co uda mi się zrealizować. Pomysłów na to, co czytać w pierwszej kolejności miałam mnóstwo, ale priorytetem staje się Droga królów, którą chciałabym skończyć i to jak najszybciej, bo czytam ją już chyba trzy miesiące. A w między czasie przydałoby się przeczytać jeszcze jakieś inne cztery tytuły, bo znów mam niespecjalnie zadowalającą swoją długością kolejkę książek do przeczytania.