31 października 2015

Podsumowanie października + stos


Pierwszy miesiąc zmagań uniwersyteckich za mną. I co? I ogarnęła mnie totalna niemoc. Do wszystkiego. Nawet nie chodzi o to, że miałam od progu dużo roboty, bo nie więcej, niż spodziewałam się po czterech semestrach nauki. Tak więc nie chodzi o nawał obowiązków. Do czytania prze cały miesiąc praktycznie się zmuszałam i tylko w fragmentach wciągały mnie czytane tytuły. A co przeczytałam?

1. Ostatnie życzenie (Andrzej Sapkowski)
2. Panowie Salem (Rob Zombie & B. K. Evenson)
3. Cujo (Stephen King)
 Oraz dokończyłam męczonego od trzech miesięcy pdf Opowieści niesamowitych autorstwa Marcina Rusnaka. Na marginesie, bardzo przyjemny w lekturze zbiór, ja po prostu nie jestem przekonana do nie tradycyjnych formatów książki i dlatego tak ciężko mi się czytało.

Najlepszą książką okazała się ta spod numeru 2, a niestety, wielce zawiodłam się na Ostatnim życzeniu i nie wiem, kiedy zechcę kontynuować przygodę z Wiedźminem.

W październiku napisałam: 11 postów
Pojawiło się 7 recenzji, w tym jedna filmowa
W kwestii obserwatorów, wstyd przyznać, ale co tam... jeden uciekł. Jest Was 221. Dziękuję tym, którzy są tu nadal ;)

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 0 (jak na złość, wszystkie czytane przede mnie książki były z wizerunkiem twarzy na okładce...)
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 103,3 cm + 7,3 cm = 110,6 cm

Oprócz gapienia się bezproduktywnie w komputer, żłopania kawy z dodatkiem cynamonu i słuchania Linkinów w październiku miałam ochotę na coś jeszcze. I było to wydawanie pieniędzy na książki, a moje urodziny okazały się idealnym pretekstem do tego, żeby trochę zaszaleć. Bo to, że nie chce mi się czytać, nie znaczy, że mam nie kupować, prawda? I tak oto, moją biblioteczkę zasiliły:

Od dołu:
1. Błękitnokrwista wampirzyca (Jaye Wells) - Ostatni tom wampirzego urban fantasy o pół magu i pół wampirze w roli głównej, żeńskiej. Oby Gighul nadal rzetelnie wypełniał obowiązki należące do sekcji humorystycznej. Ale i tak, jeszcze czwarty tom mam do przeczytania...

2. Atlas chmur (David Mitchell) - czyli jedna, jedyna książka z filmową okładką, Jakoś przebolałam fakt, że musiałam kupić ją w takiej wersji, tym bardziej, że kosztowała tylko dychę, na empiku. To książka jeszcze z września,

3. Koszmar na miarę (Rober Cichowlas & Kazimierz Kyrcz Jr) - efekt wyprawy z przyjaciółką do Dedalusa. Była jeszcze jedna książka tego duetu, co więcej, bardziej mi przystępny ostatnimi czasy zbiór opowiadań, ale grubszy i droższy, więc zdecydowałam się na tytuł z fabułą toczącą się w Poznaniu. A już od jakiegoś czasu planowałam dorwać coś jeszcze spod pióra tej kolaboracji, bo Siedlisko bardzo mi się podobało!

4. Uczta dla wron tom 2: Sieć spisków (George R. R. Martin) - przedstawiać nie trzeba, prawda? Jako, że wszyscy wszędzie piszą, że Uczta dla wron jest nudna, po Nawałnicy mieczy zrobiłam sobie przerwę z PLiO, ale jeszcze w tym roku mam zamiar powrócić do sagi.

5. Misery (Stephen King) - teeeż nie trzeba przedstawiać. Była promocja na bonito, a jako okoliczność łagodzącą dla zakupu książek spod numerów 1, 4 i 5 mogę dodać, że były moje urodziny, a nikt mi książek nie chce kupować w prezencie. Nie, to nie, sama sobie załatwię! A na Misery apetytu narobiła mi Dosiak, pisząc o książce i filmie oraz Ciacho, którego kingowska propaganda (bez urazy za dość ostre określenie, użyte w pozytywnym znaczeniu! xD) i na mnie wpłynęła. Kieszonkowe, za niespełna dychę, biorę!

6. Planeta małp (Pierre Boule) - wypad do biblioteki z dwoma podstawowymi założeniami: Nie brać początku kolejne przerwy i Nie brać grubej, tudzież standardowej wymiarowo książki. A, że Hrosskar mnie zaciekawił recenzją i ktoś tam jeszcze kiedyś zachwycał się filmem, to skorzystałam z okazji. Ale trzymanie się tych dwóch postanowień przy przechadzaniu się po bibliotece łatwe nie jest.

7. Metro 2033 (Dimitry Glukhovsky) - też przy udziale Hrosskara zaopatrzyłam się w pdf. Nie należy się szybko spodziewać mojej opinii, bo nie cierpię czytać na komputerze, czy też telefonie. Więc zacznę niespiesznie i o ile mnie nie wciągnie jakoś niesamowicie, to pewnie ze trzy, cztery miesiące zejdą. Okładki nie wstawiam, bo jestem leniwa.

Nie wiem, co przyniesie listopad, poza tym, że premierę drugiej części Kosogłosa, którą niesamowicie się jaram i o której na sto procent napiszę. Myślę, że sprężę się z czytaniem i machnę raz jeszcze książkę przed premierą, żeby sobie odświeżyć końcówkę. Jedno wiem na pewno, nie ma co się malować do kina, bo będę ryczeć jak głupia. Oprócz tego mam pomysły na posty okołoksiążkowe, może pojawi się coś muzycznego (coś o tym, czego słucham, jak nie słucham ciężkiej muzyki... ^^). A 4 listopada premierę mieć będzie ostatni tom Chłopców Jakuba Ćwieka, więc trzeba sobie znaleźć nową, wychodzącą na bieżąco serię, na której tomy będę oczekiwała co kilka miesięcy. Bo cała reszta tego, co teraz czytam, to coś, co już się ukazało, no może poza Archiwum burzowego światła, które zaczyna mnie w okolicach 160 strony wciągać.
Udanego Halloween, albo spokojnego święta Wszystkich świętych, co kto lubi :)

29 października 2015

Cujo

Cujo to pies. Gwoli ścisłości, bernardyn. Pewnego dnia zwierzak z potulnego pupila, ulubieńca dzieciaków i wiernego kompana zmienia się w potwora. Ukąszony przez nietoperza choruje na wściekliznę. Ale historię, w której Cujo odgrywa niekoniecznie pierwsze skrzypce odebrałam w dosyć specyficzny sposób.

Świat jest pełen potworów i wszystkim im wolno kąsać niewinnych i nieostrożnych.

Dlaczego w specyficzny sposób? Bo sam Cujo staje się takim łącznikiem, punktem w którym historie dwóch rodzin się splatają. Zwierzak należy do Camberów, których głowa rodziny, Joe, jest mechanikiem samochodowym. I do tego mechanika samochodowego udaje się Donna Trenton, matka czteroletniego Tada i żona Vica. Zabiera ze sobą synka i zastając puste podwórko staje się głównym celem ataku wściekłego psa.

Camberowie i Trentonowie nie są to rodzinami specjalnie ze sobą kontrastującymi, a jednak ciężko uniknąć ich porównywania. Wydaje mi się niestety, że te prywatne rozterki, będące fundamentem do stworzenia konkretnej historii wyszły trochę za bardzo na pierwszy plan. Przez prawie połowę książki fabuła bardzo stopniowo nabiera tempa i w końcu zaczynałam się niecierpliwić w oczekiwaniu na coś konkretnego. Oczywiście, King, jak ma to w zwyczaju, skrupulatnie przedstawia wszystkie postacie, które niebawem przemienią się w ofiary krwawej masakry, ale po raz pierwszy, przy okazji lektury jego książki mnie to trochę nużyło. I kiedy to znużenie osiągnęło punkt kulminacyjny, zaczęło dziać się coś innego.

Wydaje mi się, że akurat tę powieść Kinga należy zakwalifikować nie jako horror, a thriller. Z prostej przyczyny - brak jakichkolwiek wątków nadprzyrodzonych. Motyw wściekłego pas co prawda jest elementem budzącym niepokój, ale to zupełnie rzeczywiste zjawisko. Nie ma tutaj żadnych demonów, żadnej klątwy, czy przedmiotu opętanego diaboliczną siłą.

W kwestii bohaterów, muszę przyznać, że znów autor się popisał, co przyjmę już za pewnik przy jego powieściach. Sam fakt, że ta część "obyczajowa" zajmuje prawie połowę książki świadczy o tym, jak dużych starań King dołożył, żeby wszystko należycie wiarygodnie przedstawić. Nie polubiłam Donny, zdecydowanie nie przypadła mi ona do gustu, bo w porównaniu z drugą "matką" (Charity) wypadła jako beznadziejna panikara. 

Do chwili wejścia na stronę Kinga i zajrzeniu w powiązania nie wiedziałam, jak mam się odnosić do szczątkowego wątku Franka Dodda, który kiedyś terroryzował miasteczko Castle Rock. W Cujo jego postać nie wnosi praktycznie nic i w zasadzie byłam zirytowana wzmiankami o nim. Oprócz tego kolejnym uchybieniem jak dla mnie jest obsadzenie w roli wściekłego psa bernardyna. No błagam. Jak taki wielki, miśkowaty, poczciwy pies miałby wyglądać groźnie? Ja wiem, że gabaryty swoje robią, ale przez cały czas nie potrafiłam sobie wyobrazić wściekłego Cujo.

Czy coś mi się w tej książce podobało? Pewnie. Sportretowanie obu rodzin. Historie pobocznych postaci. Napięcie, w oczekiwaniu na konkretne zdarzenie, choć może niekoniecznie chodzi o atak wściekłego psa. Do listy plusów mogę dodać finał, którego dynamika mnie ożywiła. Zatem biorąc pod uwagę te zalety, subiektywne naturalnie, które wypatrzyłam, Cujo wypada jako lekki, niezbyt klimatyczny, ale dość łatwy do przebrnięcia horror, który horrorem nie jest.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 463
Rok wydania: 1981 (oryginał) i 2015 (III wydanie w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

24 października 2015

Muzyka do czytania urban fantasy

Fantasy osadzone w realiach współczesnych metropolii to coś, co uwielbiam. Ostatnio dość rzadko po takie książki sięgam, ale nadal pałam do tego gatunku sympatią. Powieści spod flagi uf mają specyficzny klimat, nadawany przez duszne knajpy pełne przestępczego półświatka, ciemne zaułki i problemy życia codziennego, których brak w klasycznym fantasy. Jest też więcej pazura w tych książkach, dlatego tak bardzo je lubię. No i dużo walk z użyciem współczesnej broni, nikt po Manhattanie z mieczem nie biega. Oprócz tego, że podoba mi się nastrój, mam kilku wykonawców, czy też same utwory, które idealnie się w ten nurt wpasowują...

1. The Kills
Czyli tzw. garage rock. Bardzo nastrojowe i klimatyczne utwory, a do tego różnorodne. Na przykład DNA nadaje się idealnie do jakiejś konfliktowej scenie w barze albo do pojedynku na pustej, mokrej ulicy o zmroku... Problem polega na tym, że słucham Killsów od dawna i znam ich teksty na pamięć, a więc w czasie lektury mój mózg chce sobie podśpiewywać. Ale jestem w stanie nad tym panować.


2. The Dead Weather
Również garage rock. Zespół w zasadzie poznałam dzięki ekranizacjom książek Meyer, ale śmiem twierdzić, że naprawdę fajne soundtracki zrobiono do wampirzej serii... Za fajne jak na takie filmy. TDW uwielbiam już od kilku lat i bardzo żałuję, że nie chcą 


3. Great Northern
Kolejny wykonawca odkryty dzięki soundtrackowi do serialu, tym razem do Pamiętników wampirów. Tworzą nieco spokojniejsze, ale bardzo przyjemne dla ucha utwory i naprawdę wkręciłam się w ten zespół. Całkiem dobry podkład muzyczny do lektury książek osadzonych we współczesnych realiach.


4. The Bravery
Trochę mocniejszy wykonawca, bardzo energiczny, ale też z nutką czegoś spokojniejszego. Dowiedziałam się o nich dzięki temu, że gdy zaczytywałam się kiedyś w Wampirach z Morganville, autorka podrzucała utwory, które ją zainspirowały. 


5. Pojedyncze utwory innych wykonawców:

Gold on the ceiling - The Black Keys


Dzięki Rachel Caine, która inspirowała się przy pisaniu Morganville muzyką poznałam również ten utwór. Długo nie chciało wyjść z głowy...

All American Boy - X Ray Dog


Mniej liryczny i patetyczny utwór X Ray Dog, ale z tak niepowtarzalnym klimatem jak dla mnie, że najpewniej nie znajdę takiego drugiego już nigdy. I muzyka, i wokal i tempo... Ach, kocham!

Where will you go - Evanescence


Do zespołu tego wracam już teraz rzadko, ale dawno temu, w liceum, kiedy tworzyłam własną powieść i szukałam odpowiedniej muzyki, oczywiście w klimacie urban fantasy, przepadłam po usłyszeniu Where will you go.

Na dzisiaj to tyle. Na chwilę obecną czytam Cujo i głęboko wierzę w to, że skończę zanim nadejdzie czas na podsumowanie miesiąca. Niby tylko dwieście stron, ale dopadł mnie ostatnio taki leń, że z trudem zmuszam się do sięgnięcia po książkę. Może mi się odmieni w listopadzie, bo na razie nie mam za bardzo jak przełamać tej niemocy. Jedyne, na co mam ochotę, to litrami żłopać kawę i bezproduktywnie przeglądać internet. Ale walczę...

18 października 2015

Panowie Salem


Jesteśmy zafascynowani złem. Zastanawiał się ktoś kiedyś, czemu tak nas ciągnie do krwi, okrucieństwa i zezwierzęcenia? Oczywiście nie chcę niczego uogólniać, od każdej reguły istnieją wyjątki, ale miałam to ostatnio na jednym przedmiocie... Jesteśmy kulturą zafascynowaną złem. Bo tak na dobrą sprawę co trzeba zrobić, żeby przyciągnąć do swojego dzieła uwagę? No jak to co, wpakować jak najwięcej okropieństw i wynaturzeń do fabuły. I dowodem na słuszność takiego zabiegu jest książka Roba Zombie i B. K. Evensona.

Akcja zaczyna się w XVII wieku, w Salem, gdzie jesteśmy świadkami polowania na czarownice. Trzy kobiety winne diabelskim praktykom zostają przyłapane na gorącym uczynku i adekwatnie osądzone, oczywiście według wydających wyrok oprawców. Wydawać by się mogło, że zło w Salem od tamtej pory zniknęło, że już nie wróci, a mieszkańcy mogą spać spokojnie. Owszem, mogą... do czasu.

Przenosimy się w czasy współczesne i poznajemy pracującą jako didżejka Heidi. Dziewczyna ma dwóch kumpli, z którymi tworzy zespół muzyczny, a na co dzień musi zmagać się skutkami należącego już do przeszłości głodu narkotykowego. Wyleczona nie jest, ale stara się walczyć z chorobą, Mam słabość do bohaterów walczących z uzależnieniami, więc Heidi polubiłam bardzo szybko. Jest to postać sympatyczna i silna, potrafiąca używać mózgu, kiedy trzeba no i ma zespół muzyczny. Oprócz tego, jak każdy, posiada swoje słabości, które nie zawsze jest w stanie przezwyciężyć...

Autorzy już na samym początku książki wrzucają mocne sceny, budzące u czytelnika niepokój. Zaczynając w konkretny sposób stawiają sobie poprzeczkę bardzo wysoko, jednak z łatwością nie schodzą poniżej wyznaczonego poziomu. Pojawiają się nowe elementy fabuły, inni bohaterowie, jak chociażby tajemnicza sąsiadka Heidi, która wynajmowała jej mieszkanie za śmiesznie niskie pieniądze, czy, to już dalej, pisarz książek historycznych skupiony na kwestii czarownic z Salem. Bardzo podobało mi się wplecenie w fabułę tematów bardziej, lub mniej powiązanych z muzyką, w dodatku klimatycznie odpowiadającą moim upodobaniom. Co prawda nie jestem amatorką black czy death metalu, bo są to raczej tereny dla koneserów, jak uważam, ale chodzi mi raczej o klimat cięższej muzyki, który został utrzymany w książce.

Przyznam szczerze, że w Panach salem zawarto naprawdę sporo mocnych fragmentów. Polecam czytać z klimatyczną muzyką, czymś w stylu Mansona, żeby jeszcze lepiej się wczuć. W każdym razie autorzy dobrze się spisali jeżeli mówimy o podtrzymywaniu aury grozy i wszechobecnego strachu. Żałuję jedynie, że klimat ten nie został trochę rozciągnięty, żeby można go było wyczuć też w momentach, kiedy pozornie nie działo się nic strasznego. W ogóle wydaje mi się, że książka była za krótka. Kulminacyjny moment i sam finał stworzono na... piętnastu stronach? Coś koło tego... Zakończenie mi się podobało (nowość), ale zbyt szybko przez nie przemknęłam...

Język, jakim napisano Panów Salem jest lekki, momentami trochę za słabo rozwinięty, bo nawet jeżeli nie ma powtórzeń, to do opisu używano tych samych określeń. Mimo tej wady czytało się dobrze i chwilami to co miało mnie zszokować, zadziałało poprawnie. Książkę mogę zarekomendować na pewno tym, którzy lubują się w klimatach grozy. nie dopatrzyłam się żadnych rażących błędów i nawet jeśli chciałam, żeby mocniej mną ten tytuł wstrząsną, to odpowiednią dawkę horroru dostałam.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Rob Zombie, B. K. Evenson
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 372
Rok wydania: 2013 (oryginał i w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

15 października 2015

Carrie - film (1976)


Za pojawienie się tego posta częściowo ponosi odpowiedzialność Dominika z Dosiakowego królestwa, której na wstępie pięknie dziękuję za zainteresowanie moim odbiorem ekranizacji książki Stephena Kinga.

Żeby napisać opinię, musiałam skonkretyzować moje odczucia po obejrzeniu Carrie. I po krótkim acz głębokim zastanowieniu się podzieliłam ekranizacje na: dobre i wierne, dobre i niewierne, niedobre i wierne oraz niedobre i niewierne. Oczywiście wierność można stopniować, stwierdzić, że film był dobry i w zadowalającym zakresie oddawał elementy książki. Natomiast według mnie Carrie przypisać można do grupy drugiej, bo pomimo tego, że wizja reżysera podobała mi się, dość dużo fragmentów było lekko przekonstruowanych...


W kwestii fabuły, powiem tyle, ile rzekłam przy książce - czyli, że jest to historia dziewczyny dręczonej przez szkolnych rówieśników, nieśmiałej i cichej. Zachowanie to spowodowała swoim wychowaniem jej matka-fanatyczka religijna. Po zajściu ostrych incydentów w szkole dziewczyny z klasy Carrie zostają ukarane, a po pewnym czasie dochodzi do tego, że dziewczyna ma szansę na swoje pięć minut na balu maturalnym, na który zostaje zaproszona. Pełen magii wieczór zamienia się w (posłużę się tytułem z książki) Noc zagłady...

Zacznę od mojego odbioru postaci. Carrie została wykreowana całkiem nieźle, choć mogę nieco przyczepić się do urody aktorki, która najzwyczajniej w świecie nie była wystarczająco ładna i nie pasowała do roli Carrie. Natomiast odtwórczyni roli Margaret White, Piper Lorie wypadła świetnie. Nadal ubolewam nad słabym wyeksponowaniem fanatyzmu religijnego tej bohaterki, ale może po prostu czasem lubię skrajności. Na pewno filmowa Margaret dorównywała tej książkowej.
Co do rówieśników Carrie, nie można się czepiać, bo byli dobrze oddani. Ten, kto miał być okrutny, tak właśnie się zachowywał. Zdziwiło mnie natomiast to, że zupełnie zmieniono nazwisko jednej z bohaterek, mowa o wuefistce. To jest ten moment, w którym wyśmiałam pójście na łatwiznę twórców, bo w papierowej wersji nauczycielka nazywała się Desjardin, a w filmie przerobiono ją na pannę Collins. No błagam, tamto nazwisko nie było aż tak trudne do wymowy...

Pomimo tego, że film należy do kategorii horrorów, dość długo trzeba czekać na sceny, nazwijmy to, rasowe dla gatunku. W książce też tak było, ale klimat niepokoju pojawił się dużo wcześniej, może za sprawą tego, czego reżyser nie ujął, czyli, dla przykładu deszcz kamieni. Owszem, jest trochę... dziwnie, momentami ryje psychę, ale bez zasłaniania oczu w czasie oglądania. Zabrakło mi jednej konkretnej sceny z końcowego etapu historii, a mowa o fragmencie Carrie, która zawędrowała do kościoła. Co więcej finał relacji z matką również został przekombinowany, ale mam w tym miejscu różne odczucia. Bo z jednej strony scena ta to kwintesencja całego sensu tej historii, przyczyna, skutek i uważam, że powinien w tym miejscu reżyser oddać wszystko dokładnie tak, jak w książce. Z drugiej strony TA właśnie scena była w moim przypadku ucztą dla oczu. Wiem, zastanawiacie się w tym momencie, czy nie jest to blog psychopatki. Nie jest. Jeszcze. A wracając do kwestii finałowej sceny, właśnie dlatego określam film, jako dobry, choć niewierny.


Całość przedstawia się bardzo dobrze, choć nie wybitnie. Na pewno należy docenić klimat starych czasów, w których miejsce miała ta historia. Sam motyw telekinezy jakoś bardziej mnie uwiódł w wersji papierowej, tym bardziej, że i w tym miejscu reżyser poszalał i pozmieniał zamysł autora powieści, co jest kolejna nieścisłością. Tak więc, pomimo tego, że nie wszystko się zgadza, śmiem nawet twierdzić, że około połowy kluczowych elementów się nie zgadza, to ekranizacja mi się podobała. Może to jakiś sentyment do książki, może sympatia do Carrie, może fakt, że niektóre zmiany mi się spodobały... Polecam, ale w odpowiedniej kolejności, najpierw czytać, a potem oglądać.

Na marginesie - zaczęłam oglądać wersję z 2013 roku Carrie, ale po około kwadransie odpuściłam, z racji tego, że akurat nie za bardzo mogłam sobie pozwolić na rozsiadanie się przed laptopem. Do tej bardziej współczesnej wersji, w której bohaterowie wrzucają filmiki z Carrie na youtube mam jednak nieco sceptyczne podejście.

11 października 2015

Ostatnie życzenie


Miewamy oczekiwania, czasem większe, czasem mniejsze, to zależy od sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Kiedy rzeczywistość, którą zastaniemy przerasta nasze oczekiwania, nie pozostaje nic innego, jak tylko delektować się tym stanem. Gorzej dzieje się, gdy jest na odwrót. Nasze nadzieje okazują się zbyt wybujałe w stosunku do tego, co zastajemy i... i wtedy przychodzi rozczarowanie. W związku z powyższym, czas przejść do recenzji, w której... zamiar mam prawić herezje.

Kto o Wiedźminie nie słyszał? Sądzę, że bardzo ciężko taką osobę znaleźć. Już nie wspominając o fantastach, którzy chcąc uchodzić za fanów gatunku powinni go co najmniej znać. I właśnie między innymi z racji chęci poznania Geralta z Rivii sięgnęłam po Ostatnie życzenie. Z jednej strony zachęcona licznymi pochwałami pod jego adresem, a także publiką, która pojawiła się na spotkaniu z autorem podczas wrocławskich Dni Fantastyki w zeszłym roku. Z drugiej strony byłam lekko sceptycznie nastawiona, bo słyszałam od kilku osób, że ogólnie Wiedźmin dupy nie urywa. Pomimo tego, że do lektury podeszłam starając się wyzbyć tego drugiego, nieco negatywnego nastawienia, to... potwierdzam, Wiedźmin dupy nie urywa. Nie bijcie, proszę!

Pierwszy z dwóch tomów opowiadań opowiada przygody Geralta, który w swej wiedźmińskiej profesji tuła się po świecie i walczy z wszelkim plugastwem nocy, demonami, potworami, czasem i urokami. Przywodzi mi to zajęcie po prostu egzorcyzmy, lecz w wydaniu słowiańskim, bo w zasadzie na słowiańskiej mitologii opiera się autor i z niej czerpie stwory, które Geralt spotyka na swojej drodze. Od razu napiszę, że akurat ten zabieg mi się spodobał i był jedną z nielicznych zalet, jakie w Ostatnim życzeniu wyłapałam.

Przechodząc do sedna, mnie zbiór ten najzwyczajniej w świecie lekko znudził. Nie było przy czym zgrzytać zębami, bo styl autora nie daje powodów do nadwyrężania kondycji szkliwa zębnego, ale pomijając to, zabrakło mi błyskotliwości. Przyznam szczerze, że po tak dużej ilości entuzjastycznych opinii na temat twórczości Sapkowskiego i po przeczytaniu jego opowiadania w innej antologii spodziewałam się inteligentnego humoru i bardziej porywającej lektury. Tymczasem nadeszło rozczarowanie, bo nie dostałam tego, czego nie dało mi już wiele innych książek z gatunku, które za sobą mam. Może właśnie w tym tkwi problem? Naczytałam się fantasy tak dużo, że naprawdę ciężko mnie zaskoczyć...? Co nie zmienia faktu, że liczyłam, że Sapkowskiemu się uda.

Autor pisze językiem pełnym wyrażeń, których już dzisiaj się nie używa, choć nie jest specjalnie trudno zorientować się, co te dziwne słowa określają. W tym przypadku zaliczam to na korzyść autorowi, bo pomimo tego, że od czasu do czasu trzeba było się bardziej skupić, to mogłam się cieszyć niebanalnym, unikalnym wręcz stylem.

Bohaterów odebrałam w dosyć negatywny sposób, bo praktycznie nikt, włączając w to wysławianego wszędzie Geralta nie przypadł mi do gustu. Sam Wiedźmin dość często jest umieszczany wśród najlepszych bohaterów fantasy i być może zasłużenie, ale jestem w stanie tylko podejrzewać, że dalsze jego przygody zmienić moje podejście do niego. Wydał mi się dosyć nudną postacią, choć w fragmentach Głosu rozsądku, w których można się o nim więcej dowiedzieć, trochę bardziej mnie on zaciekawił. Niestety, w pozostałych opowiadaniach w których miał jakąś robotę do odwalenia, bądź pakował się w kłopoty bez entuzjazmu czytałam o jego kolejnych pomysłach i przedsięwzięciach. Trochę lepiej wypada Jaskier, choć momentami jego nierozgarnięcie mnie dobijało. Koleś ma kumpla, któremu ufa. Kumpel wrzeszczy, żeby Jaskier zaprzestał swoich działań, bo wpakuje ich obu w kłopoty. A Jaskier nie reaguje. Z oślim uporem dąży do swojego celu mając głęboko w poważaniu zalecenia kogoś zdecydowanie mądrzejszego.
W przypadku Yennefer, spodziewałam się, że będzie ona bardziej dojrzałą bohaterką. Bo upór do pewnego momentu może się wydawać zasadny, ale po pewny czasie to już zakrawa na ośli sprzeciw wobec niepodważalnych faktów. Chociaż jak się tak nad tym zastanowię, to Yennefer jestem chętna poznać lepiej w stopniu dużo większym niż Geralta.
Na kolejny plus, choć niewielki chciałabym zaliczyć motyw Nivellena, który przywodzi na myśl historię pięknej i bestii. Przy tym opowiadaniu niemalże się wzruszyłam, więc jakieś emocje we mnie lektura wywołała. Oczywiście oprócz znudzenia.

Moje pierwsze spotkanie z sławnym cyklem o wiedźminie nie wypadło najlepiej, ale nie skreślam jeszcze Geralta z Rivii. Pomimo tego, że często odkładałam książkę, lektura mi się dłużyła i czekałam na coś, co wyróżni w jakiś sposób Ostatnie życzenie spośród grona tytułów, które mam już za sobą, to chcę spróbować raz jeszcze. Może to przesyt literaturą fantasy, może to niekorzystna pora lektury, bo czas, kiedy większą ochotę mam na mocny horror niż na powiastki o słowiańskim egzorcyście, a może najzwyczajniej fenomen wiedźmina do mnie nie trafił? Zamysł mam taki, żeby przedrzeć się przez drugi tom opowiadań i potem zabrać się za tom pierwszy właściwej sagi. Jeżeli Krew elfów mnie nie zainteresuje bardziej, niż Ostatnie życzenie, porzucam Geralta, Sapkowskiego i wyruszam na poszukiwania lepszych cykli fantasy, które być może okażą się mniej niż Wiedźmin przereklamowane.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNOVA
Ilość stron: 286
Rok wydania: 1993

Saga o wiedźminie:
0.1 Ostatnie życzenie
0.2 Miecz przeznaczenia
1. Krew elfów
2. Czas pogardy
3. Chrzest ognia
4. Wieża jaskółki
5. Pani jeziora
6. Sezon burz

8 października 2015

Muzycznie jesienią... i relacja z występu Linkin Park w Rybniku

Dawno postu z kategorii muzycznej nie było, z bardzo prostej przyczyny. Słuchałam tylko czterech zespołów, moją świętą ekipę i nie chciałam najzwyczajniej w świecie przeładowywać posta utworami z repertuaru jednej kapeli. A niestety całe wakacje i wrzesień (dalej wakacje, dla niektórych) ze słuchawek leciało na przemian Bullet for my valentine, Three Days Grace, Papa Roach i naturalnie Linkin Park. I pomimo, że w żadnym stopniu mnie od tych zespołów nie odrzuciło, wspominam koncerty trzech z powyżej wymienionych to wpadłam w nieco inny nastrój, bardziej... straszny? W tym sensie, że ciągnie mnie w klimaty krwawych horrorów, ponurych, cięższych, ale i hipnotyzujących melodii... Podejrzewam, że to przez zbliżające się Halloween i może przez Kinga. Ale nastrój się utrzymuje. Nie zabraknie jednak jednej piosenki bardziej skocznej i zdecydowanie chwytliwej.

1. The Devil Beneath My Feet - Marilyn Manson
W zasadzie to nie wiem, czemu Mansona słucham, naprawdę. Owszem, klimaty moje, ale nigdy nie byłam zafascynowana jego twórczością, poza Sweet Dreams w jego wykonaniu i No evidence, które niesamowicie mi się spodobało, nie ciągnęło mnie do Mansona. Przypomniała o nim autorka bloga Wyznania książkoholiczki i co? Przepadłam. Wraz z Cupid Carries a gun i Killing Starngers The Devil... tworzy mój ulubiony zestaw utworów Mansona. Ale nadal nie wiem, czemu go słucham. Trochę niepokojące...


2. Hard Rock Hallelujah - Lordi
Bardzo energiczny utwór, bardzo fajny teledysk (tak jak i kiedyś z książkami, tak teraz mam słabość do klipów kręconych w szkole...) i dosyć nietypowy wokal... Dla odkrywania takich ciekawostek słucham radia internetowego. Nie miałam na razie okazji przesłuchać innych utworów tego zespołu, ale jeżeli są podobne, to chyba mam nowe odkrycie.


3. In The Army Now - Sabaton
Czyli cięższa wersja utworu stworzonego przez Status Quo. W zasadzie nie słucham jakoś bardzo Sabatonu, znam tylko pojedyncze utwory w niewielkiej ilości, ale to mi się w jakiś sposób wkręciło i jeszcze wokal... Ciężkie brzmienie i dużo energii i można przepaść w takim utworze.


4. Venom - Bullet for my Valentine
Musi być! Naprawdę, musiałam! Wyszła w sierpniu nowa płyta Bulletów. Gratulacje dla Matthew i chłopaków, że zrobili coś dużo lepszego od Temper Temper... Cały krążek nazywa się tak jak wspomniana przez mnie piosenka, Venom. Słuchając wielce ubolewam nad faktem, że oni nie chcą przyjechać do Polski. Wszystkie utwory z Venom brzmią świetnie. I te pierwsze, które ukazały się przed premierą (zapowiadając coś dobrego, ale nie sądziłam, że aż tak dobrego...) i te, które przesłuchałam już po premierze. Cudo. A Venom jest moim aktualnym faworytem.


5. Die my bride - Murderdolls
Powrót do zespołu, którego słuchałam w liceum i w zasadzie nie do końca dobrze mi się kojarzył, A potem dałam sobie spokój, bo nie mogę sobie odpuszczać słuchania dobrej muzyki z powodu skojarzeń niekoniecznie dobrych. Tak więc wróciłam do Murderdolls i z uśmiechem wsłuchiwałam się w ten jakże energiczny i psychodeliczny utwór. Polecam ;)


6. Come with me now - Kongos
To jest ta skoczna, chwytliwa piosenka, która pozostała mi w głowie już po pierwszym jej przesłuchaniu. Bardzo pozytywna, bardzo... bardzo wkręcająca się i uzależniająca. Na poprawę humoru, na spacer, na drogę z przystanku na uczelnię idealna!


Wspomnienia z koncertu Linkin Park w Rybniku, 26.08.2015.


Mam z Linkinami taki trochę dziwny układ, bo zawsze boję się ich nowej płyty i kolejnego koncertu. Szczególnie, że ich współpraca z Stevem Aoki sugerowała bardzo niebezpieczny kurs w kierunku klubowej rąbanki, której tak bardzo nienawidzę. Ten skok w bok chłopaków im wybaczyłam, w czasie zeszłorocznego koncertu we Wrocławiu. Od tamtej pory zdołali się już bezpiecznie oddalić od przesyconych elektroniką klimatów, co nie oznacza, że Joe Hahn jako DJ nie ma nic do roboty. Do Rybnika zdecydowałam się jechać i teraz już doskonale wiem, że na każdym kolejnym koncercie chłopaków, bez względu na wszystko, się pojawię.

Koncert w Polsce został zorganizowany w ramach trasy promującej szósty studyjny album zespołu, czyli The Hunting Party. Co do płyty - jest dobra, jest dużo partii "krzyczących" Chestera i utwory są dosyć różnorodne. To co uległo pogorszeniu, to rap Mike'a Shinody, ale nie w stopniu nieznośnym. Nie robi już na mnie takiego wrażenia jak chociażby w utworach z Living Things, choć już wtedy coś było inaczej.

Setlista? Prawie ta sama, którą można było usłyszeć we Wrocławiu. Ogólnie jest tak, że 95% utworów tego zespołu mi się podoba, więc na koncercie tak czy siak, będę bawiła się dobrze. Zagrali zremiksowaną wersję Castle of Glass czego żałuję, bo remiksów po prostu nie lubię. No i był jakiś tam fragment Darker than Blood (czyli owoc kolaboracji z Aokim, najgorszy utwór w ich wykonaniu), ale nie zepsuło mi to całego występu. Bardzo pięknie Mike śpiewał w Line in the sand, piosence z najnowszego albumu, w której to piosence zakochałam się właśnie na tym koncercie. Oswajam się jeszcze z THP i nie jest tak, że wszystkie utwory od progu mi się spodobały. Oczywiście sklejka ballad czyli Shadow of the day, Leave out all the rest i Iridiscent to coś, nad czym można się najzwyczajniej tylko zachwycać. Kocham wszystkie trzy utwory, kocham ten wokal Chestera to jest... cudo. Skończyli trzema pewniakami koncertowymi, a na samiutkim finiszu zagrali Bleed it out, mój największy faworyt od zawsze na zawsze. Rozciągnęli lekko ten utwór i zakończyli w naprawdę dobrym stylu.

Niespodzianka. Reaktywacja niedawna projektu Mike'a - Fort Minor zaowocowała włączeniem Welcome do występów Linkin Park. Nie jestem jakąś wielką fanką tego zespołu, ale znam ich utwory i spodziewałam się, że najnowszy kawałek pojawi się w setliście Linkinów. To było fajne, jak Mike z uśmiechem wykonywał utwór, a fani pod sceną trzymali kartki z napisem "Welcome".

Zabrakło mi Gulity all the same i Until it's gone, ale wynagrodziły mi to Rebellion (jeden z faworytów z najnowszego albumu) i Wastelands, tak samo świetne i bardzo energiczne. Podobało mi się to, że chłopaki na scenie się bawili. Nie było tego, co miało miejsce w 2012 roku w Warszawie - samo "Thank you" po utworach i jakieś kilka zdań w jednej, dłuższej przerwie. Chester biegał, skakał, Mike gestykulował z publiką... Miło było i dało się zobaczyć, że nie wychodzą tylko po to, żeby odwalić swoje i iść spać.

Pomimo tego, że to nie był tak samo cudowny koncert jak w Warszawie trzy lata temu i tak nie mogę powiedzieć, że był choćby przeciętny. Był naprawdę dobry, urozmaicony i tylko te elektroniczne wstawki mi się nie podobały. Przy Waiting for the end i From the inside miałam łzy w oczach, bo tak emocjonalnie traktuję moją muzykę i po prostu utwory ten znaczyły dla mnie, szczególnie na żywo coś naprawdę... nie do opisania. Tak już mam, że w życiu ogólnie się nie wzruszam, nie płaczę i nawet przy czytaniu ciężko mi się wzruszyć, ale na koncertach dość często płaczę. Bawiłam się dobrze, na pewno nie odpuszczę kolejnych wizyt chłopaków u nas, a że w przyszłym roku znów ma wyjść płyta... a płyta oznacza trasę... Gdzie, kiedy i z ile? Nie ważne, jadę.


6 października 2015

Carrie


Ostatnimi czasy coraz częściej sięgam po Kinga, głównie z racji tego, że wokół mnie panuje swego rodzaju bardzo pozytywna nagonka na czytanie twórczości tego autora. Wciąż trafiam na recenzje jego książek, z resztą był przecież organizowany na blogu Kącik z książką dzień czytania Kinga, więc nie jestem w stanie uwolnić się od obecności autora. I bardzo dobrze! Bo zaległości z nim trzeba by nadrobić, to jest kwestia pierwsza, a druga, że sięgając po Kinga mam w zasadzie gwarancję dobrej lektury.

Carrie różni się od swoich rówieśników, głównie z powodu tego, jak wychowała ją matka. Pani Margaret White jest fanatyczką religijną i nawet swoją własną córkę tratuje jako owoc popełnionego grzechu. Carrie nie ma przyjaciół, nie chodzi na imprezy i nie nosi modnych ubrań, co oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że podziela stanowisko swojej matki. Brak jednak dziewczynie siły do tego, żeby się rodzicielce przeciwstawić i ten stan rzeczy zmienia się dopiero w okresie zbliżającego się balu maturalnego. Bajkowy wieczór ma szansę przerodzić się jednak w wieczór krwawej zemsty...

Ludzie z wiekiem nie stają się lepsi, stają się tylko sprytniejsi.

Jest to jedna z bardziej znanych historii spod pióra Kinga i choć krótka, zdecydowanie treściwa. Bardzo sobie cenię, gdy powieść, nie ważne, jakiego gatunku wzbudza we mnie silne emocje. W przypadku Carrie bardzo się zaskoczyłam, bo nie dość, że mnie poruszyła, to nie dokładnie w taki sposób,w jaki na czytelnika działają horrory. W Carrie oprócz szaleństwa jest też okrucieństwo, które wzbudziło we mnie... żal. Akcja w pewnym momencie doprowadziła do tak tragicznej sytuacji, że po prostu z jękiem pod nosem wymruczałam "No nie", ze zbolałą miną i perspektywą łez czytałam dalej. Bo jak się każdy może domyślić, całość zmierza w kierunku krwawego końca, ale King daje czytelnikowi nadzieję. Wiemy, jak to się skończy, a i tak liczymy, że wszystko potoczy się inaczej.

Dopingowałam Carrie. W zasadzie może dlatego, że kiedyś byłam taką stojącą z boku nieśmiałą osóbką, choć z powodów zupełnie innych. Może to stąd moje lekkie utożsamianie się z główną bohaterką, która na długo zapadnie mi w pamięci.

King oczywiście oprócz tytułowej postaci przedstawia nam całkiem sporo innych, różnorodnych, ciekawych charakterów. Są bohaterowie ze skrupułami, ale wśród nich przewijają się postaci ich pozbawione. King kreuje po raz kolejny całą gamę osobowości, które nie są skleconymi na kolanie posklejanymi w kupę kilkoma cechami charakteru. Na pewno bohaterką wyrazistą i wzbudzającą od progu konkretne emocje jest matka Carrie, Margaret White. Jej fanatyzm religijny doprowadzał mnie momentami do szału, a z drugiej strony, przewrotnie rzeknę, że tej irytacji miałam... za mało. W ogóle uważam, że ta książka jest za krótka. Gdybym mogła przeczytać o większej ilości przypadków, w których Margaret terroryzowała swoją córkę... Brakowało mi większego wyeksponowania tego motywu, co zakrawa na sadyzm i specjalnie dobrze o mnie nie świadczy.

Trochę muszę przyczepić się do wstawek reportażowych w książce. Z jednej strony uznałam je za ciekawe urozmaicenie, a z drugiej przedwcześnie zdradzały mi finał. Pomijając fakt, że kilka lat temu wzmianki o głównym gwoździu programu zostały przemycone w pewnej młodzieżowej serii i jak na złość pozostały mi w pamięci. Dlatego też czytałam wiedząc, co i jak się wydarzy, co nie znaczy, że lektura była nudna. Połykałam kolejne akapity i strony, nie zważając na to, ile zostało do końca.

Co do elementów grozy w książce - pojawia się kilka obrazów która nie spowodowały, że po plecach przeszły mi ciarki, ale... uśmiechałam się. Finał był świetnie napisany, naprawdę krwawo i gdy czytałam tak wkręcona w lekturę miałam przed oczami wszystkie wydarzenia. Czytałam książkę, która powinna mnie przestraszyć, może zdołować, może w jakiś sposób poryć mi psychikę i nie doznałam tego, Carrie poruszyła we mnie zupełnie inne obszary emocjonalne i to mi się niesamowicie spodobało. A i klimatu grozy skosztowałam, choć jego kwintesencja została umieszczona na końcowym etapie książki.

Carrie bardzo przypadła mi do gustu i z chęcią obejrzę teraz ekranizację. Jestem w nastroju na mocne, krwawe historie, więc lektura tej książki Kinga miała miejsce w idealnym momencie. Czytało się szybko, bo autor pisze bardzo przystępnie i pomimo moich powyższych uwag z ulgą przyznaję, że to bardzo dobra książka. Szkoda tylko, że tak krótka.

Moja ocena: 7/10

Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 232
Rok wydania: 1974 (oryginał), 2003 (w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

5 października 2015

Sny bogów i potworów - część 1 i 2


Trudne. To będzie po prostu trudne. Bardzo chciałabym być dobrze zrozumiana, oczywiście w związku z tym, co napiszę. Bo boję się, że wpadnę w schemat sypania banałami o książce, której można wyrządzić krzywdę pisząc o niej za pomocą powszechnych fraz i stwierdzeń, które każdemu już bokiem wychodzą. Starać się postaram na pewno, ale nie wiem co z tego wyjdzie, bo myśląc o Snach bogów i potworów mam w wyobraźni całą paletę obrazów tak magicznych, niepowtarzalnych i niesamowitych, że obawiam się, że w żaden sposób nie zdołam tego należycie oddać.

Nie chcę zbyt wiele zdradzać na temat fabuły, bo komuś zepsuję radochę z czytania. Jak to bywa w ostatnich tomach - dwie strony stają ze sobą do ostatecznego starcia, każdy ma swoje asy w rękawach, a w całym tym chaosie dwoje kochanków walczyć musi o swoje szczęście i przyszłość. Widzicie? Już mamy banał. Już napisałam o teoretycznym szkielecie tej książki, który nijak nie odzwierciedla jej kwintesencji. Który mylnie podsuwa czytelnikowi motywy powielane w jakże wielu książkach młodzieżowych z gatunku paranormal. Problem polega na tym, że chociaż na pozór książka Laini Taylor mogłaby być zakwalifikowana jako wyżej wspomniany młodzieżowy paranormal, co bardzo krzywdząco ją spłyca, to... nie jestem w stanie powiedzieć nic innego, jak sięgnijcie po nią i sprawdźcie sami.

Tak, to jest książka o miłości. Ale jest to uczucie bardzo trudne, z którym główni bohaterowie muszą sobie radzić przez cały czas. Niełatwa akceptacja pochodzenia, brak jakichkolwiek skoków na żywioł, niczego w stylu: Kocham cię, mam w dupie swoich, mam w dupie wszystko, ucieknijmy. W tym przypadku bohaterowie są dojrzali, nawet zbyt dojrzali jak na domniemaną grupę docelową dla książki. Bohaterowie są świadomi zobowiązań wobec swoich ras i pobratymców. Karou i Akiva nie rzucają się sobie ślepo w swoje ramiona. Ten romans mogę zaliczyć do jednych z najpiękniejszych, najdojrzalszych, najbardziej ujmujących, jakie w literaturze poznałam. Nie wiem nawet, czy nie wskoczy na miejsce pierwsze, bo za wiele tych romansów nie poznałam, a i o oryginalne ciężko.

Tak, to jest książka o wojnie. O trudnych przymierzach, o budowaniu zaufania (ech, znów banały) i o lojalności wobec swoich. O trudnym wyrzekaniu się swoich własnych korzyści na rzecz ogółu. To książka o poświęceniu i o zmianie, których najlepszym przykładem okazała się moja nowa ulubiona postać drugoplanowa, czyli Liraz (Każdy, kto zechce starać się o rękę mojej siostry, będzie musiał zmierzyć się... z moją siostrą).

Tak, to jest świetna książka. Wciągająca. Książka, przy której można wyklinać, śmiać się i płakać w zależności od tego, o ile stron już się w głąb Snów... posunęliśmy. Czytając się uśmiechałam. Rosła coraz bardziej moja sympatia do Karou i o ile zazwyczaj w tego rodzaju powieściach myślę sobie "Dobra, bądźcie sobie już razem, nie nudźcie" chciałam, żeby to trwało dalej i dalej. Chciałam dostać więcej cudownej wyobraźni autorki podanej na papierowych, prostokątnych talerzach posklejanych między okładkami. Naprawdę jest to coś zupełnie innego, niż znałam z podobnych książek. Jedyny motyw, jaki się już wcześniej pojawił to anioły. Sama rola Karou, chimery, hamsy, odległe nowe wymiary... Moje zachcianki na więcej naprawdę są uzasadnione. Nie chodzi o to, że dostałam zbyt ubogą wersję, co to to nie. Chodzi o to, że można by wszystkie te pomysły rozwinąć na tyle sposobów, że marzy mi się jakiś prequel i sequel i... nawet karzę milczeć mojemu rozsądkowi, który podpowiada, że w pewnym momencie to wszystko mogłoby się zepsuć.

Co więcej - bohaterowie. Wszyscy co najmniej dobrze wykreowani. Karou, Zuzanna, Mik, Liraz, Ziri, Issa wśród moich faworytów. Postaci nad losem których można płakać, które można dopingować i które zapadają w pamięci. Znów banały.

Nie mówię, że nie było żadnych zgrzytów, Końcówka trochę mnie wybiła z rytmu. Była dobra, była bardzo zaskakująca, ale można to było jeszcze pociągnąć. Na pewno nie pozostał mi żaden niesmak, nie mam wrażenia, że czegoś zabrakło, ale z drugiej strony ja bardzo często wymyślam sobie inne zakończenia wielu serii i zwykle te dla mnie ciekawsze. Nie przypominam sobie, żeby jakiekolwiek zakończenie w pełni mnie usatysfakcjonowało. Serio, ja się leczyć chyba powinnam.

Mam stuprocentową pewność, że drugiej takiej serii nie znajdę. Wyjątkowość trylogii pani Taylor jest dla mnie bezdyskusyjna i z chęcią wrócę do niej raz jeszcze i zachwycać się będę początkiem przygody. Wrócę myślami do mojej wycieczki do Pragi i słynnego mostu Karola. Pomarzę o niebieskich włosach, odżałuję, że takowych nie mam...

Autorka jak najbardziej zasługuje na uwagę. Pewnie nie pierwszy raz to piszę, ale postaram się zdobyć inne jej książki, w oryginale, bo uwielbiam jej styl i pomysłowość. Jak to napisano na okładce, bardzo trafnie, Laini Taylor pisze lirycznie. Dopowiedziałabym, że to styl nieziemski z idealnie wpasowanymi wstawkami bardziej... przyziemnymi. Kocham to, jak ta kobieta pisze.

Końcowym słowem rzeknę: jak najbardziej polecam! Mam nadzieję, że ktoś oprócz mnie się tą serią zachwyci i niesamowitość tomu trzeciego wyłapie i doceni. Ogromnie żałuję, że to Wydawnictwo Amber wydało u nas te książki. Ten jeden raz uważam, że taka historia zasługuje na dużo lepsze wydanie niż to, jakiego u nas się doczekała. Grunt jednak, że się doczekała. Wiara w sukteczność petycji powróciła. Raz jeszcze do lektury zachęcam.

Moja ocena: 8,5/10

Autor: Laini Taylor
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 304 i 288
Rok wydania: 2014 (oryginał), 2015 (w Polsce)

Trylogia Córka dymu i kości:
1. Córka dymu i kości (recenzja)
2. Dni krwi i światła gwiazd (recenzja)
3. Sny bogów i potworów

Najlepsza część trylogii: Sny bogów i potworów
Najsłabsza część trylogii: Dni krwi i światła gwiazd
Najlepsza okładka trylogii: Córka dymu i kości
Najsłabsza okładka trylogii: Dni krwi i światła gwiazd

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu

4 października 2015

Podsumowanie września + stos z tegoż miesiąca + tydzień spędzony w Grecji (fotorelacja)

Mamy jesień, mnie się już zdarza myśleć o prezentach gwiazdkowych i niestety jakoś z końcem wakacji trzeba się pogodzić. Końcówkę ich spędziłam w Grecji, na Peloponezie o czym wspomnę na dole posta. Mam sporo zaległości, więc musiałam skompresować moje trzy teksty do publikacji w jednym poście. Liczę na to, że do około 10 października uporam się z wrześniowymi recenzjami. A w poprzednim miesiącu było tak:

Przeczytałam:
  1. Trzynaście kotów (Antologia) 
  2. Rok wilkołaka (Stephen King) 
  3. W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka (Mark Hodder)
  4. Miasteczko Nonstead (Marcin Mortka) 
  5. Sny bogów i potworów część 1 (Laini Taylor) 
  6. Sny bogów i potworów część 2 (Laini Taylor) 
  7. Zabójcza sprawiedliwość (Ann Leckie)
  8. Carrie (Stephen King)
Sporo więc, jak na mnie. Najwięcej jak do tej pory w roku 2015... I po raz ostatni aż tyle, bo uczelnia mi nie pozwoli wiele czytać. Oczywiście tekstów z nią nie związanych.

Najlepsza książka miesiąca: Sny bogów i potworów (obie części, recenzja nadejdzie niebawem)
Najsłabsza książka miesiąca: Rok wilkołaka (Stephen King)

Postów we wrześniu pojawiło się: 10
Recenzji było: 6
Obserwatorzy: 218 + 4 = 222 (1/3 szatana jest...)

Wyzwania:
Grunt to okładka - 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 86,1 cm + 17, 2 cm = 103,3 cm

Zatoka Meseńska. Z lewej widać port w Kalamacie, a przynajmniej jego kawałek. A na prawo od tankowca znajdowała się plaża hotelowa.
Tyle pod kątem statystyk. Wrzesień dla studentów, którzy nie mają poprawek jest miesiącem wolnym. Ja swoją zdałam, co więcej konkretnie, bo z oceny 2 podciągnęłam się na 5. Nie wiem, co myślała wykładowczyni i nie chcę wiedzieć co myśli o takich studentach. Tym bardziej, że zerowego terminu też nie zdałam. A końcówkę wakacji spędziłam w kraju kojarzącym się z oliwkami, starożytnymi bóstwami, klasyką i kryzysem, Tak, wybrałam się do Grecji, Koniec sezonu sprzyja luzowi w hotelach i całkiem przystępnym ofertom.
Również powyżej wspomniana zatoka, ale z innej perspektywy.
Półwysep Peloponez został przez mnie nawiedzony między 25 września i 2 października. Podróż była męcząca, bo niestety moja obecna sytuacja sprawia, że rzeczy mam rozstrzelone na dwa miasta, a w trzecim mieście mieszka ojciec, z którym odbyłam podróż. Tak więc zaczęło się o 7.40 w Wałbrzychu, a poprzez Wrocław, Ostrów Wielkopolski i warszawskie Okęcie dotarłam do Kalamaty. Na drugi dzień, po ponad 24 godzinach podróży i około 7 godzinach oczekiwania na poranny lot.
Dotarłam wymęczona, ale po krótkiej drzemce i posiłku wieczornym wreszcie do siebie doszłam.

Jedno z moich najlepszych i najukochańszych zdjęć. Zatoka o zachodzie słońca.
Grecję już od jakiegoś czasu miałam na podróżniczym celowniku, choć samo wybranie się do niej graniczyło z cudem, bo różnie bywa z możliwościami. Oczarowana rejonami, w których kręcono film Mamma Mia! miałam pewne wyobrażenie o Grecji, które zostało zmodyfikowane. Choć podobno wyspy są miejscami zdecydowanie piękniejszymi, niż stały ląd. Przyznam, że zatoka Meseńska nad którą byłam i w której się kąpałam była bardzo urokliwym miejscem. Inna sprawa, że wymagająca nie jestem. Wystarczy mnie posadzić przed sporym kawałkiem morza/oceanu i pozwolić się gapić. Myślę, że pół dnia byłoby na spokojnie z głowy. Kocham takie klimaty i zazwyczaj wakacje właśnie z morskim bądź oceanicznym bezmiarem mi się kojarzą.

Dworzec w Kalamacie. Jeden z ładniejszych widoków w mieście.
Na Peloponezie teren należy do zdecydowanie górzystych, co boleśnie odczułam w czasie jednodniowej wycieczki samochodowej, w czasie której częste zakręty o co najmniej 90 stopni i wzloty oraz spadki terenu dobiły mnie z racji mojej nietolerancji na długie podróże. Ale dla widoków było warto! Pod koniec dnia byłam wykończona, ale Amfiteatr w Epidavros i wdrapanie się na samą jego górę zapewniły mi widoki, o których nie szybko zapomnę.
Takie widoki miałam z samochodu, w drodze do...
Sparty! Yes, this is... SPARTA!
Udało mi się wejść na historyczny szlak i dotarłam do Sparty, w której mogłam podziwiać wykopaliska i błądzić po wzgórzach z kołaczącym się w głowie kultowym tekstem z filmu, którego nie widziałam: THIS IS SPARTA.
This is Sparta... too! Patrząc na wykopane szczątki murów i kamloty obudziła się we mnie tęsknota do zawodu archeologa, który kiedyś chciałam zdobyć. Ale marząc o wykopaliskach właśnie w Sparcie albo w Egipcie... a nie w Polsce, w jakiejś wiosze szukać kawałków murków z jakiegoś królewskiego wychodka. Więc jestem socjologiem.
Ruiny w Mistras. Ruiny działają na wyobraźnię, przynajmniej moją. A studenci z UE mają wejście za free. Już dawno tak się nie cieszyłam z posiadania legitymacji studenckiej. Z UE w sumie też.
Pomnik w mieście Napflion. W zasadzie nie wiem kto siedzi na koniu, bo bardziej jarałam się samym koniem.
Amfiteatr w Epidavros z ponoć świetną akustyką. Ciekawe u ilu ludzi jestem na zdjęciu w tle...
I widok z góry amfiteatru. Dobrze, że lęk wysokości mi nie dokuczał nigdy.
Sama Kalamata nie była miastem godnym uwagi. Niezbyt zadbana i z atrakcjami praktycznie znikomymi. Największą z nich był chyba port, w którym mogłam pogapić się na kutry i katamarany (katamaran to fajne słowo, pewnie dlatego je lubię) i znów pomarzyć sobie i wyprawach przez morza.
Najpewniej Korynt, ale głowy nie dam... Ale to to, bo co innego zaraz po starcie mogło się pod samolotem pokazać?
Wyjazd uważam za udany, bo jaram się każdym nowym kawałkiem świata, który zobaczę. Do tego pojadłam trochę dobrego jedzonka, poopalałam się i popływałam. Z chęcią wybrałabym się kiedyś na jedną z wysp, żeby móc się zachwycić Grecją.

Stos z września!
A nawet dwa, bo po raz kolejny mam "rozstrzał" i robiłam zdjęcia moim nowym nabytkom "w częściach". Jednej książki niestety brakuje, ale myślę, że przerzucę ją po prostu do następnego stosu. A w październiku z racji tego, że mam urodziny nieskromnie przyznając, może się pojawić kilka fajnych tytułów.
Od góry:
1. Zabójcza sprawiedliwość (Ann Leckie) - egzemplarz recenzencki, książka przeczytana, polecana i szczegóły post wcześniej ;)
2. Sny bogów i potworów - część 2 (Laini Taylor) - jak się pozbieram z uczelnią w miarę, to pojawi się recenzja. Cudowna powieść.
3. Potomek kusziela (Jacqueline Carey) - pierwszy tom drugiej trylogii o kuszielu. Nie skończyłam jeszcze trylogii o Fedrze, więc nawet nie patrzę na opis, choć kojarzę co mi tam kiedyś migało. Ale pierwszą trylogię mam zamiar dokończyć jeszcze w tym roku.

Od góry również:
4. Cujo (Stephen King) - poszło się do Dedalusa... Miało się ochotę kupić Kinga. I wybrało się, kolejną książkę na "C" z dorobku tego autora.
5. Carrie (Stephen King) - owoc wizyty w bibliotece, do której poszłam z ciężkim postanowieniem nie rzucania się na wszystko. Bo niektóe książki chcę kupić i nie mam zamiaru ich pożyczać. Ale myślę, że akurat tę sobie kiedyś kupię. Carrie przeczytana i polubiona. Recenzja w sprzyjających okolicznościach pojawi się w październiku.
6. Ostatnie życzenie (Andrzej Sapkowski) - planowałam lekturę Wiedźmina, ale nie był to jeden z pilniejszych tytułów. Zobaczyłam i stwierdziłam... no dobra, skoro i tak kończę akurat jedną serię, to czemu nie zacząć nowej. Zacznę czytać jutro...

A teraz cześć i chwała tym, któzy do końca posta wytrwali nie ograniczając się do przejrzenia fotografii ;)

3 października 2015

Zabójcza sprawiedliwość

Zwykle autorzy w roli głównych bohaterów swoich powieści stawiają ludzi, albo, jak ma to miejsce w przypadku książek paranormal i fantasy, postacią, której losy śledzimy jest jakiś nadnaturalny stwór, osoba ze zdolnościami magicznymi bądź inny osobnik mniej lub bardziej nienormalny. Na marginesie zaznaczę, że oczywiście normalność jest pojęciem względnym. A co jeśli sięgamy po science fiction i okazuje się, że czytelnik poznaje losy... statku? I to właśnie statek oraz jego podjednostki są bohaterami. To one prowadzą narrację i uczestniczą czynnie w rozgrywających się w książce wydarzeniach? Rzadkość z jaką się tak dzieje można porównać do częstotliwości mojego sięgania po książki z gatunku sf.

Breq jest jedną z Esk Jeden - segmentu należącego do statku o nazwie Sprawiedliwość Toren. A Statek ten to jeden z najeźdźców planety Shisurna, która została podbita wiele lat temu i która przeszłą aneksję. Pomimo sporego odstępu czasu między akcją książki, a wspomnianymi wydarzeniami na Shisurnie nadal pojawiają się buntownicy, a i przywódcy radchaańskich najeźdźców nie można uważać za postać... jednoznaczną.

Przybliżyłam fabułę w sporym skrócie, bo nie chcę się wdrażać w zbyt wiele szczegółów i zasypywać Was nawałem skomplikowanych nazw. Samo wyjaśnienie kim jest główna bohaterka książki sprawiało mi lekki problem, bo sama autorka nie od razu przejrzyście wszystko wyjaśnia. Ann Leckie prowadzi narrację w pierwszej osobie, ale z trzech punktów widzenia... należących do tego samego tworu, choć i to nie do końca, bo sama Breq nie podlega już statkowi i nie jest sterowana przez sztuczną inteligencję, Podczas czytania pierwszej połowy książki bardzo często się niestety myliłam i w gąszczu nazw, miejsc, ras i terminów nie potrafiłam do końca stwierdzić, o czym czytam. Dopiero w połowie autorka zdecydowała się pisać wszystko... wyraźniej. Narrator zaznaczał, kim w tej chwili jest, rozróżniając obserwację z punktu widzenia Esk Jeden, lub Sprawiedliwości Toren. Gdyby zostało to lepiej rozgraniczone już na początku książki, szybciej wciągnęłabym się w wydarzenia...

A jednak się wciągnęłam, Bo Ann Leckie stworzyła powieść niedopracowaną, ale dobrą. Nie sądziłam, że aż tak wkręcę się w czytanie czegoś z literatury science fiction, bo mam nadal nieuzasadnione opory względem tego gatunku. A tu się okazuje, że nawet i w taką książkę jestem w stanie się wkręcić, ogarniać co się dzieje i odnaleźć się w tym świecie. Żałuję, że autorka, wbrew temu, co twierdziła w umieszczonym na końcu Książki wywiadzie, tak skąpo opisała otoczenie, do którego postanowiła wrzucić czytelnika. Stworzyła zupełnie nowe rasy, zupełnie nowe planety i historię i gdy nam to przedstawia, to w bardzo uszczuplonej wersji. Dorzuca do tego dosyć niejasny podział płci, bo w zasadzie wszyscy na Shisurnie, to osobniki żeńskie, ale jak wywnioskowałam z relacji Esk Jeden, nie zawsze jest to takie oczywiste. Jako niedoszły, acz dochodzący (bez skojarzeń, proszę) socjolog jestem zaciekawiona wszelkimi społecznościami, tym jak działają, jaka jest hierarchia, niuanse, dewiacje i tym podobne w nich występują. Tutaj tego nie dostałam w odpowiedniej dawce i boleśnie to odczułam...

Bardzo spodobał mi się motyw porozumienia między statkiem i kapitanem. Coś w rodzaju więzi, a nawet faworyzowania niektórych kapitan i antypatii do innych ze strony maszyny. To dosyć nietypowy motyw, który potwierdza pomysłowość Ann Leckie. Przyznam, że nie spodziewałam się po kobiecie (tak, jako kobieta nie spodziewałam się...) dobrej powieści z gatunku sf, który, co tu kryć, uważam za bardziej męski gatunek. Co prawda na polu tym dopiero raczkuję, a i nie twierdzę, że mam zamiar dużo więcej literatury sf czytać od tej pory, ale nie mówię nie. Pewnie, gdybym czytywała romanse równie zaskoczona byłabym znakomitą powieścią tego gatunku spod pióra faceta.

Myśli, które prowadzą do działania, bywają niebezpieczne. Myśli, które tego nie robią, znaczą mniej niż nic.

Ann Leckie wprowadza kilka bardzo ciekawych zwrotów akcji, nie raz byłam zaskoczona tym, co autorka zaserwowała. Oczywiście niewłaściwie ulokowałam swoją sympatię w bohaterce, która zakończyła przedwcześnie swój żywot. Zacznę się do tego niebawem przyzwyczajać. W drugiej połowie czytało się lepiej, choć pewne informacje mogłyby zostać powtórzone, ale myślę, że w przypadku kolejnych tomów będzie lepiej. Liczę na to, że się pojawią, choć jak na razie nie wyczekuję kontynuacji z utęsknieniem. Ale z chęcią zobaczę, czy Ann Leckie poprawiła swój warsztat, jak też z ciekawością poczytam o dalszych losach bohaterów. 

Moja ocena: 7/10

Autor: Ann Leckie
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 468
Rok wydania: 2013 (oryginał), 2015 (w Polsce)

Trylogia Imperium Radch:
1. Zabójcza sprawiedliwość
2. Ancillary Sword
3. ?

Za książkę bardzo dziękuję Pani Annie z Bussines and Culture