4 października 2015

Podsumowanie września + stos z tegoż miesiąca + tydzień spędzony w Grecji (fotorelacja)

Mamy jesień, mnie się już zdarza myśleć o prezentach gwiazdkowych i niestety jakoś z końcem wakacji trzeba się pogodzić. Końcówkę ich spędziłam w Grecji, na Peloponezie o czym wspomnę na dole posta. Mam sporo zaległości, więc musiałam skompresować moje trzy teksty do publikacji w jednym poście. Liczę na to, że do około 10 października uporam się z wrześniowymi recenzjami. A w poprzednim miesiącu było tak:

Przeczytałam:
  1. Trzynaście kotów (Antologia) 
  2. Rok wilkołaka (Stephen King) 
  3. W dziwnej sprawie Skaczącego Jacka (Mark Hodder)
  4. Miasteczko Nonstead (Marcin Mortka) 
  5. Sny bogów i potworów część 1 (Laini Taylor) 
  6. Sny bogów i potworów część 2 (Laini Taylor) 
  7. Zabójcza sprawiedliwość (Ann Leckie)
  8. Carrie (Stephen King)
Sporo więc, jak na mnie. Najwięcej jak do tej pory w roku 2015... I po raz ostatni aż tyle, bo uczelnia mi nie pozwoli wiele czytać. Oczywiście tekstów z nią nie związanych.

Najlepsza książka miesiąca: Sny bogów i potworów (obie części, recenzja nadejdzie niebawem)
Najsłabsza książka miesiąca: Rok wilkołaka (Stephen King)

Postów we wrześniu pojawiło się: 10
Recenzji było: 6
Obserwatorzy: 218 + 4 = 222 (1/3 szatana jest...)

Wyzwania:
Grunt to okładka - 0
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 86,1 cm + 17, 2 cm = 103,3 cm

Zatoka Meseńska. Z lewej widać port w Kalamacie, a przynajmniej jego kawałek. A na prawo od tankowca znajdowała się plaża hotelowa.
Tyle pod kątem statystyk. Wrzesień dla studentów, którzy nie mają poprawek jest miesiącem wolnym. Ja swoją zdałam, co więcej konkretnie, bo z oceny 2 podciągnęłam się na 5. Nie wiem, co myślała wykładowczyni i nie chcę wiedzieć co myśli o takich studentach. Tym bardziej, że zerowego terminu też nie zdałam. A końcówkę wakacji spędziłam w kraju kojarzącym się z oliwkami, starożytnymi bóstwami, klasyką i kryzysem, Tak, wybrałam się do Grecji, Koniec sezonu sprzyja luzowi w hotelach i całkiem przystępnym ofertom.
Również powyżej wspomniana zatoka, ale z innej perspektywy.
Półwysep Peloponez został przez mnie nawiedzony między 25 września i 2 października. Podróż była męcząca, bo niestety moja obecna sytuacja sprawia, że rzeczy mam rozstrzelone na dwa miasta, a w trzecim mieście mieszka ojciec, z którym odbyłam podróż. Tak więc zaczęło się o 7.40 w Wałbrzychu, a poprzez Wrocław, Ostrów Wielkopolski i warszawskie Okęcie dotarłam do Kalamaty. Na drugi dzień, po ponad 24 godzinach podróży i około 7 godzinach oczekiwania na poranny lot.
Dotarłam wymęczona, ale po krótkiej drzemce i posiłku wieczornym wreszcie do siebie doszłam.

Jedno z moich najlepszych i najukochańszych zdjęć. Zatoka o zachodzie słońca.
Grecję już od jakiegoś czasu miałam na podróżniczym celowniku, choć samo wybranie się do niej graniczyło z cudem, bo różnie bywa z możliwościami. Oczarowana rejonami, w których kręcono film Mamma Mia! miałam pewne wyobrażenie o Grecji, które zostało zmodyfikowane. Choć podobno wyspy są miejscami zdecydowanie piękniejszymi, niż stały ląd. Przyznam, że zatoka Meseńska nad którą byłam i w której się kąpałam była bardzo urokliwym miejscem. Inna sprawa, że wymagająca nie jestem. Wystarczy mnie posadzić przed sporym kawałkiem morza/oceanu i pozwolić się gapić. Myślę, że pół dnia byłoby na spokojnie z głowy. Kocham takie klimaty i zazwyczaj wakacje właśnie z morskim bądź oceanicznym bezmiarem mi się kojarzą.

Dworzec w Kalamacie. Jeden z ładniejszych widoków w mieście.
Na Peloponezie teren należy do zdecydowanie górzystych, co boleśnie odczułam w czasie jednodniowej wycieczki samochodowej, w czasie której częste zakręty o co najmniej 90 stopni i wzloty oraz spadki terenu dobiły mnie z racji mojej nietolerancji na długie podróże. Ale dla widoków było warto! Pod koniec dnia byłam wykończona, ale Amfiteatr w Epidavros i wdrapanie się na samą jego górę zapewniły mi widoki, o których nie szybko zapomnę.
Takie widoki miałam z samochodu, w drodze do...
Sparty! Yes, this is... SPARTA!
Udało mi się wejść na historyczny szlak i dotarłam do Sparty, w której mogłam podziwiać wykopaliska i błądzić po wzgórzach z kołaczącym się w głowie kultowym tekstem z filmu, którego nie widziałam: THIS IS SPARTA.
This is Sparta... too! Patrząc na wykopane szczątki murów i kamloty obudziła się we mnie tęsknota do zawodu archeologa, który kiedyś chciałam zdobyć. Ale marząc o wykopaliskach właśnie w Sparcie albo w Egipcie... a nie w Polsce, w jakiejś wiosze szukać kawałków murków z jakiegoś królewskiego wychodka. Więc jestem socjologiem.
Ruiny w Mistras. Ruiny działają na wyobraźnię, przynajmniej moją. A studenci z UE mają wejście za free. Już dawno tak się nie cieszyłam z posiadania legitymacji studenckiej. Z UE w sumie też.
Pomnik w mieście Napflion. W zasadzie nie wiem kto siedzi na koniu, bo bardziej jarałam się samym koniem.
Amfiteatr w Epidavros z ponoć świetną akustyką. Ciekawe u ilu ludzi jestem na zdjęciu w tle...
I widok z góry amfiteatru. Dobrze, że lęk wysokości mi nie dokuczał nigdy.
Sama Kalamata nie była miastem godnym uwagi. Niezbyt zadbana i z atrakcjami praktycznie znikomymi. Największą z nich był chyba port, w którym mogłam pogapić się na kutry i katamarany (katamaran to fajne słowo, pewnie dlatego je lubię) i znów pomarzyć sobie i wyprawach przez morza.
Najpewniej Korynt, ale głowy nie dam... Ale to to, bo co innego zaraz po starcie mogło się pod samolotem pokazać?
Wyjazd uważam za udany, bo jaram się każdym nowym kawałkiem świata, który zobaczę. Do tego pojadłam trochę dobrego jedzonka, poopalałam się i popływałam. Z chęcią wybrałabym się kiedyś na jedną z wysp, żeby móc się zachwycić Grecją.

Stos z września!
A nawet dwa, bo po raz kolejny mam "rozstrzał" i robiłam zdjęcia moim nowym nabytkom "w częściach". Jednej książki niestety brakuje, ale myślę, że przerzucę ją po prostu do następnego stosu. A w październiku z racji tego, że mam urodziny nieskromnie przyznając, może się pojawić kilka fajnych tytułów.
Od góry:
1. Zabójcza sprawiedliwość (Ann Leckie) - egzemplarz recenzencki, książka przeczytana, polecana i szczegóły post wcześniej ;)
2. Sny bogów i potworów - część 2 (Laini Taylor) - jak się pozbieram z uczelnią w miarę, to pojawi się recenzja. Cudowna powieść.
3. Potomek kusziela (Jacqueline Carey) - pierwszy tom drugiej trylogii o kuszielu. Nie skończyłam jeszcze trylogii o Fedrze, więc nawet nie patrzę na opis, choć kojarzę co mi tam kiedyś migało. Ale pierwszą trylogię mam zamiar dokończyć jeszcze w tym roku.

Od góry również:
4. Cujo (Stephen King) - poszło się do Dedalusa... Miało się ochotę kupić Kinga. I wybrało się, kolejną książkę na "C" z dorobku tego autora.
5. Carrie (Stephen King) - owoc wizyty w bibliotece, do której poszłam z ciężkim postanowieniem nie rzucania się na wszystko. Bo niektóe książki chcę kupić i nie mam zamiaru ich pożyczać. Ale myślę, że akurat tę sobie kiedyś kupię. Carrie przeczytana i polubiona. Recenzja w sprzyjających okolicznościach pojawi się w październiku.
6. Ostatnie życzenie (Andrzej Sapkowski) - planowałam lekturę Wiedźmina, ale nie był to jeden z pilniejszych tytułów. Zobaczyłam i stwierdziłam... no dobra, skoro i tak kończę akurat jedną serię, to czemu nie zacząć nowej. Zacznę czytać jutro...

A teraz cześć i chwała tym, któzy do końca posta wytrwali nie ograniczając się do przejrzenia fotografii ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.