15 października 2015

Carrie - film (1976)


Za pojawienie się tego posta częściowo ponosi odpowiedzialność Dominika z Dosiakowego królestwa, której na wstępie pięknie dziękuję za zainteresowanie moim odbiorem ekranizacji książki Stephena Kinga.

Żeby napisać opinię, musiałam skonkretyzować moje odczucia po obejrzeniu Carrie. I po krótkim acz głębokim zastanowieniu się podzieliłam ekranizacje na: dobre i wierne, dobre i niewierne, niedobre i wierne oraz niedobre i niewierne. Oczywiście wierność można stopniować, stwierdzić, że film był dobry i w zadowalającym zakresie oddawał elementy książki. Natomiast według mnie Carrie przypisać można do grupy drugiej, bo pomimo tego, że wizja reżysera podobała mi się, dość dużo fragmentów było lekko przekonstruowanych...


W kwestii fabuły, powiem tyle, ile rzekłam przy książce - czyli, że jest to historia dziewczyny dręczonej przez szkolnych rówieśników, nieśmiałej i cichej. Zachowanie to spowodowała swoim wychowaniem jej matka-fanatyczka religijna. Po zajściu ostrych incydentów w szkole dziewczyny z klasy Carrie zostają ukarane, a po pewnym czasie dochodzi do tego, że dziewczyna ma szansę na swoje pięć minut na balu maturalnym, na który zostaje zaproszona. Pełen magii wieczór zamienia się w (posłużę się tytułem z książki) Noc zagłady...

Zacznę od mojego odbioru postaci. Carrie została wykreowana całkiem nieźle, choć mogę nieco przyczepić się do urody aktorki, która najzwyczajniej w świecie nie była wystarczająco ładna i nie pasowała do roli Carrie. Natomiast odtwórczyni roli Margaret White, Piper Lorie wypadła świetnie. Nadal ubolewam nad słabym wyeksponowaniem fanatyzmu religijnego tej bohaterki, ale może po prostu czasem lubię skrajności. Na pewno filmowa Margaret dorównywała tej książkowej.
Co do rówieśników Carrie, nie można się czepiać, bo byli dobrze oddani. Ten, kto miał być okrutny, tak właśnie się zachowywał. Zdziwiło mnie natomiast to, że zupełnie zmieniono nazwisko jednej z bohaterek, mowa o wuefistce. To jest ten moment, w którym wyśmiałam pójście na łatwiznę twórców, bo w papierowej wersji nauczycielka nazywała się Desjardin, a w filmie przerobiono ją na pannę Collins. No błagam, tamto nazwisko nie było aż tak trudne do wymowy...

Pomimo tego, że film należy do kategorii horrorów, dość długo trzeba czekać na sceny, nazwijmy to, rasowe dla gatunku. W książce też tak było, ale klimat niepokoju pojawił się dużo wcześniej, może za sprawą tego, czego reżyser nie ujął, czyli, dla przykładu deszcz kamieni. Owszem, jest trochę... dziwnie, momentami ryje psychę, ale bez zasłaniania oczu w czasie oglądania. Zabrakło mi jednej konkretnej sceny z końcowego etapu historii, a mowa o fragmencie Carrie, która zawędrowała do kościoła. Co więcej finał relacji z matką również został przekombinowany, ale mam w tym miejscu różne odczucia. Bo z jednej strony scena ta to kwintesencja całego sensu tej historii, przyczyna, skutek i uważam, że powinien w tym miejscu reżyser oddać wszystko dokładnie tak, jak w książce. Z drugiej strony TA właśnie scena była w moim przypadku ucztą dla oczu. Wiem, zastanawiacie się w tym momencie, czy nie jest to blog psychopatki. Nie jest. Jeszcze. A wracając do kwestii finałowej sceny, właśnie dlatego określam film, jako dobry, choć niewierny.


Całość przedstawia się bardzo dobrze, choć nie wybitnie. Na pewno należy docenić klimat starych czasów, w których miejsce miała ta historia. Sam motyw telekinezy jakoś bardziej mnie uwiódł w wersji papierowej, tym bardziej, że i w tym miejscu reżyser poszalał i pozmieniał zamysł autora powieści, co jest kolejna nieścisłością. Tak więc, pomimo tego, że nie wszystko się zgadza, śmiem nawet twierdzić, że około połowy kluczowych elementów się nie zgadza, to ekranizacja mi się podobała. Może to jakiś sentyment do książki, może sympatia do Carrie, może fakt, że niektóre zmiany mi się spodobały... Polecam, ale w odpowiedniej kolejności, najpierw czytać, a potem oglądać.

Na marginesie - zaczęłam oglądać wersję z 2013 roku Carrie, ale po około kwadransie odpuściłam, z racji tego, że akurat nie za bardzo mogłam sobie pozwolić na rozsiadanie się przed laptopem. Do tej bardziej współczesnej wersji, w której bohaterowie wrzucają filmiki z Carrie na youtube mam jednak nieco sceptyczne podejście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.