31 sierpnia 2015

Przeminęło z sierpniem

Sierpień był miesiącem dziwnym. A jego czytelniczy początek bardzo chciałabym wymazać z pamięci... Pod koniec nieco się rozleniwiłam i nawet momentami miałam całkowity odrzut od czytania. Mimo to udało mi się przeczytać sześć książek. To i tak wynik lepszy od standardowego i to o połowę tego standardowego (teraz uczniaki liczą ile to jest "standard", skoro sześć jest wynikiem o połowę lepszym. Nie no, taka okrutna nie będę, ale miesiąc wakacji jeszcze przede mną...).


A dokładniej to przeczytałam:
  1. Front burzowy (Jim Butcher)
  2. Obietnica mroku (Maxime Chattam)
  3. Pierwsze dni (Rhiannon Frater)
  4. Upadek króla Artura (J. R. R. Tolkien)
  5. Poczet skoczków świata (Marek Serafin)
  6. Ojciec chrzestny (Mario Puzo)
Zwycięzcy i przegrani:
Najlepsza książka miesiąca: Upadek króla Artura
Najgorsza książka miesiąca: Front burzowy i Pierwsze dni (szczególnie)

Opublikowałam postów: 7
Recenzji pojawiło się: 3
Obserwatorzy: pojawiło się Was pięcioro i w sumie liczycie 218-osobową grupę ;)

Wyzwania:
Grunt, to okładka: 2
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 71,1 cm + 15 cm = 86,1 cm

Co robiłam w sierpniu? Obijałam się. Prawie nic produktywnego - poza wypadem do Rybnika na koncert Linkinów, o którym być może napiszę krótką relację. Jedno wiem na pewno - to zespół, który znaczy dla mnie tak wiele, że na każdy kolejny koncert na pewno będę jeździła. Sporo książek do mnie przybyło, ale w tej sprawie pojawi się osobny post ze stosami. Bo poszło się do biblioteki i zamiast jednej książki wzięło trzy... No i mam do tego zaległych kilka postów, których zapowiedzi figurują gdzieś tu po prawej. Jak już mówiłam - rozleniwiłam się okropnie i to, że mam pomysł na wpis nie oznacza, że go zrealizuję w ciągu tygodnia, dwóch... Do tego pyknęło mi 50000 wyświetleń i z tej okazji... nie zaplanowałam, ani nie planuję nic. Mniej więcej pamiętam tylko, kiedy zaczęłam blogować, ale nie świętuję jakichś dat czy okrągłych ilości wyświetleń.
A teraz poprawka - 9 września trzymajcie za mnie kciuki (o ile ktoś mi życzy dobrze, zmuszać nie mam zamiaru). Myślę, że problemów mieć nie powinnam, bo był to najprostszy egzamin w sesji. A to oznacza tylko jedno - jestem chyba stworzona jedynie do wielkich rzeczy.

27 sierpnia 2015

Salem, sezon 1

Wyprodukowany przez Fox serial, którego akcja (jakby ktoś się po tytule nie zorientował) została umieszczona w Salem. Z miasteczkiem tym nierozerwalnie już kojarzą się czarownice, a w tematyce tej pozostając pisali między innymi Rob Zombie, (Panowie Salem), Maryse Conde (Ja, Tituba, czarownica z Salem) czy też Arthur Miller (Czarownice z Salem). W tym rejonie geograficznym stworzono również jeden z odcinków Scooby-Doo (musiałam - ukochana bajka!), a sam King ma w dorobku powieść zatytułowaną Miasteczko Salem. Tyle słowem wstępu nawiązującego do innych tworów tematycznych, co do samego serialu...

Bohaterami pierwszoplanowymi są John Alden i Mary Sibley. Romans sprzed lat musiał odejść w niepamięć, gdy Alden wyruszył na wojnę i w chwili rozpoczęcia serialu wraca w rodzinne strony. Natomiast Mary Sibley to ciesząca się szacunkiem mężatka człowieka, którego nigdy nie pokochała i która skazana jest na opiekę nad chorym mężem. Niestety, atmosfera w Salem robi się napięta, gdy duchowieństwo zaczyna piętnować winowajców publicznie, a jakiś czas później rozpoczyna się polowanie na czarownice.

Przy okazji mojej opinii na temat Salem chcę napisać coś o openingach. Wszyscy, których znam przewijają je. Ja tego nie robię. Naprawdę lubię openingi i ten do Salem zostanie jednym z moich ulubionych, choć nie tak fajnym jak ten do Gry o tron. Dziękuję za uwagę, przejdźmy do tego, co sądzę stricte o serialu...

Nie należę do osób cierpliwie oglądających różnego rodzaju produkcje. Czy to filmy, czy seriale, jeżeli mam siedzieć przy tym sama, najpewniej po dwudziestu minutach sobie daruję, jest przecież tyle rzeczy ciekawszych niż gapienie się nawet w dobry film, czy serial. A w tym przypadku się zaparłam i przerobiłam cały sezon, długo bo długo, ale to przecież ja. Sezon krótki, bo liczący sobie trzynaście odcinków, jednak nie narzekam na zbyt okrojoną fabułę, czy brak pomysłowości u twórców.

Od samego początku możemy śledzić losy kilku postaci, spośród których wiele zdobyło moją sympatię. Pomijając fakt, że od czasu ostro wyzywałam niektórych bohaterów w chwilach najciekawszych zwrotów akcji, polubiłam niemalże wszystkich. Niektórych prędzej, inni na mą łaskę zasłużyć musieli później nieco, ale koniec końców prawie każdy z bohaterów miał w sobie coś, co nad wyraz ceniłam, jakąś cechę, może nawet czasem nie do końca wiodącą w charakterze danej postaci, ale jednak ważną.

Mogłoby się wydawać, że akcja dziejąca się w purytańskim miasteczku będzie nudna i raczej uboga. Nic z tych rzeczy - walka z rosnącym w siłę diabelskim nasieniem i czarownicami wyjątkowo absorbuje. Sceny przesłuchań, publicznego piętnowania podejrzanych, próby egzorcyzmów... Przyznam, że kilka z tych scen zmroziło krew w żyłach, szczególnie ten ostatni podany przeze mnie przykład. A na szczególną uwagę zasługują fragmenty poświęcone praktykom samych czarownic, które muszą bezustannie ukrywać się przed ujawnieniem. Ważnym bohaterem jest Cotton, który jest dosyć przewrotną postacią, a gdy w dalszej części serialu pojawia się ktoś silnie z nim związany... Jeżeli miałabym wskazać najbardziej chwytającą z serce, ujmującą i jednocześnie budzącą śmiech postać byłby to właśnie Cotton.

Co do samego Johna Aldena (Shane West) - na gościu chyba tkwi klątwa imienia zapoczątkowana przez martinowskiego Snowa. Musiałam to napisać. Pod kątem wizualnym (przepraszam, jeśli urażę czyjeś uczucia religijne, niemniej jednak liczę, że potrafimy się wszyscy do pewnych kwestii zdystansować) John Alden jest bohaterem, na widok którego można krzyknąć "O Jezu!" z powodu przeświadczenia, że sam syn boży przed nami stoi. Gdy w czwartym odcinku protagonista ten musiał się uczesać z powodu zaproszenia na pewną uroczystość, zapunktował w moich oczach co nie umniejsza mu wcale boskości... boskości w mniej powszechnym znaczeniu. Charakterowo jest to bohater obdarzony rozsądkiem (którego w Salem nieco brakuje, ale trudno się dziwić) i równocześnie dosyć naiwny w ważnych momentach serialu, przez co nie mogę Aldena uznać za obiekt godny... głębokiej sympatii.

Świetną postacią jest Mary Sibley grana przez Janet Montgomery. Kobieta o dwóch twarzach, ozdoba Salem i samego serialu. Wierna żona, przykładna dla innych niewiast w mieście i bardzo... tajemnicza. Jej związek z Johnem Aldenem od czasu do czasu wypływa na przestrzeni sezonu, choć nie gra pierwszych skrzypiec, a jest tylko nie wiele znaczącym dodatkiem, do którego pozostaję neutralna. A;e sama Mary to postać, która budzi respekt i szacunek, a jednocześnie potrafi grać niewinną istotkę i użyć swojej pozycji, a także wdzięków, gdy tego trzeba. Aktorka grała w Czarnym łabędziu, z tego co widzę, ale więcej bardziej znanych tytułów na koncie nie ma.

Serial - całkiem nieźle dopracowany, choć mam kilka "ale". Po pierwsze, przygotowania czarownic do Wielkiego rytuału, którego nie chciało się producentom nazwać bardziej... imponująco. To coś jak "koń marki koń" u Tolkiena (wyjaśnić mogę szczegóły z chęcią, ale nie tutaj). Zabrakło mi niestety właśnie tego szczegółu, Wielki rytuał jest Wielki bo się tak nazywa. I ma sprowadzić zło na Ziemię, choć żadnych konkretów również nie podano. Zabrakło mi też większej ilości scen w domu tortur, ale to takie moje... jak napiszę zboczenie, zaraz będzie, że za dużo się naczytałam Greya. Do wiadomości wszystkich czytających - fascynowały mnie sceny tortur i narzędzia do tegoż zanim w popkulturze pojawiło się 50 twarzy Greya, a i znajomością tego tytułu na szczęście "szczycić" się nie mogę. Wracając do serialu - jestem gdżeciarą i jak widzę coś ładnego, choćby i nieprzydatnego to zwracam na to uwagę i pod tym kątem mogę twórców pochwalić. Co więcej, podobała mi się aranżacja i dopracowanie wszystkiego, co miało związek z czarownicami. Praktyki diabelskie wprowadzały odpowiedni klimat do całego serialu (cały czas w powietrzu wisi coś mrocznego, większość scen zaopatrzono w ponurą aurę niebezpieczeństwa), w zasadzie nie dopatrzyłam się żadnej tandety, a krew leje się gęsto, kiedy już zacznie. 


Salem jako serial polecam. Od czasu do czasu można sobie po bohaterach pocisnąć, ale nie ma opcji na to, żeby odczuwać niechęć do tej produkcji, czy załamanie z powodu debilnych zagrywek z inicjatywy postaci. Pojawia się całkiem sporo wątków, oczywiście poza głównym motywem czarownic, bo jest i przeszłość Tituby, fałszywe oskarżenia, trochę niesprawiedliwości i zrzucanie podejrzeń na innych... Przyznam, że dobrze się oglądało, a i uważam, że taka "długość" sezonu jest optymalna, bo nie potrzeba zapychać fabuły jakimiś bzdetami. Trzynaście odcinków, które nie nużą i które przedstawiają ponadprzeciętnie dobre obrazy klimatycznego niebezpieczeństwa w małym miasteczku purytanów. Końcówka mocno zaskakuje, nawet do tego stopnia, że i mnie szczęka nieco opadła. Pewnie normalny serialomaniak od razu rzuciłby się na drugi sezon, Ale nie ja, choć planuję obejrzenie go we wrześniu.

Przpraszam za ilość dygresji, ale oglądając cokolwiek nie jestem w stanie uniknąć wyszukiwania nawiążań do innych produkcji, czy też tworów literackich. Oglądając Dwie wieże co chwilę się śmiałam i kojarzyłam niektóre sceny z innymi tworami popkultury, więc... Jest to przypadłość, której nie mogę i nawet nie chcę zwalczać. Ze skojarzeniami życie jest ciekawsze.

22 sierpnia 2015

Muzyka do czytania fantasy


Wątpliwości nie ulega, że większość książek, po które sięgam to fantastyka, Gatunek, w którym czuję się najlepiej. Nad jego subiektywną wyższością w stosunku do innych rozwodzić się nie mam zamiaru, bo nie o tym miał być post. Chciałam napisać o zjawisku dopasowania charakteru muzyki do czytanej z wspomnianego cześniej gatunku książki. Odpowiednio dobrane utwory niewątpliwie wprowadzają odpowiedni nastrój, a także pobudzają wyobraźnię. Nie raz słuchając muzyki odpływałam myślami w kierunku epickich bitew, o których kiedyś czytałam, czy pełnych patosu momentach rycerskich starć. A o jakich wykonawcach chciałam przy okazji fantastyki wspomnieć?

1. Two steps from hell - jak podpowiada last.fm wytwórnia zajmująca się oprawą muzyczną między innymi trailerów. W 2010 roku pojawił się pierwszy album, z racji zainteresowania fanów piracących utwory. Osobiści uwielbiam Two Stepsów, choć rzadko ich słucham, ale nie przeszkadza to w zachwycaniu się nimi. Na niektórych utworach wręcz chce mi się płakać od natłoku emocji, a nie jestem osobą łatwo ulegającą napływającym łzom i ogólnie dość rzadko dającą się ponieść. Chociaż, w kwestii muzyki, tej ulubionej, którą w zasadzie czczę i traktuję czasem jako wyznanie... Nic dziwnego.



2. X-Ray Dog - sytuacja podobna jak powyżej - również wytwórnia powiązana z muzyką do trailerów z ta małą różnicą, że to moje własne odkrycie, a nie wykonawca podsunięty przez kogoś znajomego. Któregoś pięknego razu poszukiwałam muzyki pasującej do historii, którą pisałam i znając moje zamiłowanie do muzyki pełnej patosu, epickiej wyszukałam sobie twórców powiązanych z tymi frazami. Właściwie samo wpisanie "epic/fantasy music" nakieruje na bardzo dobra kompilacje takich ścieżek. Polecam do czytania...



3. E. S. Posthumus - kolejny mój wynalazek, w czasie szperania w podsuwanych przez youtube'a propozycjach. Duet braci zajmujących się symfoniczną muzyką wykorzystaną w znanych filmach. Skrót E. S. oznacza Experimental Sounds. Duet działał na przestrzeni lat 2000-2010 i ma na koncie trzy albumy, w czerwcu 2010 pojawiła się informacja o śmierci jednego z braci i E. S. Posthumus przestało istnieć. Nie znam wszystkich utworów, ale sporo mam na telefonie, moimi faworytami są poniższe dwa - Tikal i Nara z pierwszego albumu. E. S. Posthumus inspirowali się filozofią pitagorejską określającą muzykę jako harmonię.



4. Amon Amarth - twórcy death metalu określanego jako viking metal i to do mnie najbardziej przemawia. Nie słucham nagminnie metalu, ale cenię sobie ten gatunek i "Amoni" to jedna z kolejnych ścieżek, na które zabłądziłam w czasie wędrówki po youtube. Bardzo energetycznie grają, a i klimaty wikińskie do mnie przemawiają, choć mam na koncie tylko jedną książkę z tej kategorii. Również nie miałam ochoty poszukiwać innych zespołów grających podobną muzykę. A na last.fm właśnie doczytałam, że nazwa zespołu wywodzi się od tolkienowskiej Góry Przeznaczenia. Człowiek się całe życie uczy...



Oprócz powyższych, które wielbię i często włączam sobie do lektury fantastyki słucham pojedynczych utworów z filmowych kompilacji (od czego to mamy OST z Władcy, Gry o tron i Harry'ego?) i tematycznych mixów na yt. Przewijają się też utwory Paradise Lost i Tiamatu - również metal, który w wydaniu symfonicznym najbardziej pasuje mi do książek spod znaku magii z klingami, epickimi bitwami działającymi na wyobraźnię... Z pojedynczych perełek, które polecam mogę wymienić między innymi Audiomachine - Fallen Army (zajebiste!) i Battle of the night elves Dereka Fietchera.

Kilka dni mnie nie było i chwalę sobie ten urlop. Nadejdzie niebawem moja opinia o Upadku króla Artura (zła książkowa passa się skończyła, ale jakoś książki spod pióra Tolkiena raczej nie można się obawiać. Nawet jeżeli to młodszy Tolkien...) i być może wstawię niebawem stosy (dwie cegły po 800 stron minimum przybyły...) i może w końcu zmuszę się do napisania czegoś na temat pierwszego sezonu Salem. Zaległości na blogach ponadrabiam w nadchodzącym tygodniu i oczywiście zrobię to co zawsze, gdy pojawia się jakiś plan - całkowicie od niego odbiegnę.

15 sierpnia 2015

Pierwsze dni

Szkoda, że nie ostatnie dni w tej farsie...

Dość często zdarza mi się rzec, że lubię książki o zombie. Problem polega na tym, że lubię je, ale czytam niestety rzadko, nawet bardzo. Zmierzch świata żywych kupiłam prawie rok temu i to pod wpływem fascynacji inną postapokaliptyczną książką z żywymi trupami - a mianowicie World War Z. A czytać przyszło mi dopiero teraz, w połowie wakacji (studenci pozdrawiają uczniów...) i to w miesiącu nad wyraz pechowym, jeżeli idzie o dobór lektur.

O książkach Rhiannon Frater słyszałam nie wiele, ale z racji obecności zombie oczywiście się nimi zainteresowałam. Dzięki promocji nabyłam wszystkie trzy tomy za dwie dychy w sumie i bardzo żałuję, że tak szybko zebrałam się do kupna całości. Bo Zmierzch świata żywych w pierwszej odsłonie niemalże mnie dobił.

Opłakiwała swoje dzieci, umarły świat i odzyskaną wolność...

Dwie bohaterki, które towarzyszą nam w Pierwszych dniach muszą uciekać z miasteczka o nazwie owianej tajemnicą z powodu nagłej epidemii zombie. Początek klasyczny, wizerunek żywych trupów również, żadnych unowocześnień w tym temacie. Katie i Jenni przez "i" (tak przedstawia się nam bohaterka, ale nie powiem, żeby mój dopisek nie był pozbawiony nutki drwiny) wydostają się z mieściny i udają z małymi przystankami do fortu w Ashley Oaks. Akcja dzieje się w Teksasie, przez co natychmiast w moje głowie pojawia się obraz spalonej słońcem ziemi, niewielkich mieścin, pustkowi i szwendających się tu i ówdzie mózgożerców. W książkach o tej tematyce oprócz oczywistego wątku postapokalipsy i zombiaków powinny znaleźć się elementy codzienności, które sprawią, że będzie nam zależało na losach bohaterów, że będziemy się o nich martwić, kibicować im i przy okazji (choć w moim przypadku na równi) z entuzjazmem czytać o scenach walk. Te "zwykłe elementy" oczywiście u Rhiannon Frater były. Niestety.

Dawno już nie czytałam książki tak kiepskiej. Styl jest beznadziejny i pomimo mojej sympatii to starć z zombie nie mogłam cieszyć się lekturą, bo co chwilę na nią klęłam! Serio, jakby tak ktoś mnie posłuchał, to mógłby dojść do wniosku, że nie wiem, próbuję pobić rekord w ilości rzucania soczystymi epitetami z bardzo silnym akcentem. Powodem mojej dzikiej irytacji była, już od samego początku JENNI PRZEZ "I". Tak, ta nutka złośliwości nadal nie zniknęła.

W książce tej dialogi są beznadziejne. Opisy otoczenia również, a ciągłe powtórzenia  w pewnym momencie musiały spowodować jakąś reakcję obronną mojego mózgu i całkowite olanie mankamentów stylistycznych. A może po prostu było gorąco i przedmiot pożądania zombie mi się zlasował...

Przyrzeczenie komuś, że się go zabije, nagle stało się czymś świętym.

Pomysłowość u Rhiannon Farter to czysta abstrakcja. W żadnym stopniu autorka nie wysiliła się, żeby stworzyć coś oryginalnego. Nie udzielono też czytelnikowi informacji, skąd żywe trupy w ogóle się wzięły. Jeżeli powstałaby lista błędów karygodnych i niewybaczalnych w literaturze postapokaliptycznej to byłby to brak wyjaśnienia stanu anormalnego.

Jadę po książce jak po łysej kobyle, ale nie wystawię jej ku wielkiemu zdziwieniu najniższej oceny. Dlaczego? Starcia z zombiakami to coś, co uwielbiam (i zawsze mogę mieć nadzieję, że w najbliższym zginie Jenni przez "i"). Doceniam dynamizm tych scen, lubię ich nieprzewidywalność i ciągłe zagrożenie czymś gorszym, niż śmierć.
Kolejną z niewielu zalet Pierwszych dni była postać Katie, dziewczyny opanowanej, ale mimo to zdecydowanej w działaniu i zachowującej się jak przystało na jej domyślny wiek. Oczywiście, ciągłe wzmianki o zaciskaniu dłoni w akcie pocieszenia trochę raziły w oczy, ale to i tak nic wielkiego w porównaniu z innymi zgrzytami w książce. Innym bohaterem, który też wzbudził moją tolerancję (żeby nie szaleć z "sympatią") była Juan, niespokojny duch, trochę nierozsądny, ale o wiele ciekawszy niż zamulony, rozważny Travis.

Nie będę dalej się nad tym tytułem rozwodzić. Dobrze, że mam Tolkiena na podorędziu. Nie polecam książki Rhiannon Frater, znajdą się bardziej sensowne powody do tak wielkiej irytacji, nie ma co dokładać do listy tychże powodów grafomanii autorki, która myślała, że umie pisać. 

Moja ocena: 4,5/10

Autor: Rhiannon Frater
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 347
Rok wydania: 2011, 2013 (w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytm tyle, ile mam wzrostu

10 sierpnia 2015

Obietnica mroku

Chciałam zacząć tą recenzję od opisania miejsca, do którego zaprosił nas w Obietnicy mroku Maxime Chattam. Problem polega na tym, że gdy ktoś kogoś zaprasza, to raczej w celu sprawienia mu przyjemności i radochy, a co za tym idzie, w jakiś miłe miejsce lub wydarzenie. A autor thrillera, który ostatnio przeczytałam raczej od takich stroni. Zapraszam na recenzję ponurej historii o zezwierzęceniu i obsesji.

Duchy istnieją tylko poprzez tych, którzy nadal są żywi. I wybierają tych, których będą nawiedzały.

Na początku poznajemy głównego bohatera, Brady'ego O'Donnela, kinomaniaka i dziennikarza. Jego żoną jest policjantka, która natrafia na nietypowe samobójstwo zapoczątkowujące śledztwo prowadzące detektywów (Annabel i Jacka) do branży pornograficznej. Czy jednak zapewnienia o niesamowitości i wynaturzeniu oraz mroku tej historii krzyczące z okładki mają swoje odzwierciedlenie na kartach powieści?

Od razu rzeknę, na wstępie, że tematyka tego thrillera należy do bardzo kontrowersyjnych, bo mowa o przemyśle pornograficznym i ciężko będzie mi pisać tę opinię, nie sugerując w niej mojego osobistego stanowiska w tym temacie. Nie oznacza to jednak, że będę omijała kwestię szerokim łukiem - chodzi mi o to, że potraktuję ją jako element fabuły, jedną z sfer, w której dzieje się wiele zbrodni i w której ciężko mówić o swobodzie wypowiedzi, skoro jest ona sferą tabu. Tak czy inaczej, bez względu na osobisty stosunek, akceptację lub jej brak, traktuję pornografię jako element fabuły, jak każdy inny, a ostatnimi czasy kontrowersyjnych tematów w najnowszych książkach przecież nie brak.

Przedstawiony wcześniej bohater zostaje świadkiem jednego z samobójstw i rodzi się w nim obsesja. Brady za wszelką cenę chce dowiedzieć się, co skłoniło dziewczynę, którą chciał uczynić tematem reportażu do skutecznego targnięcia się na swoje życie. Jak to mówią, ile samobójców, tyle powodów. Bohater wkracza w ponury świat pornografii i dociera do ludzi żyjących pod powierzchnią nowojorskich ulic.

Podczas lektury pierwszych rozdziałów entuzjastycznie stwierdziłam, że mam nowego ulubionego pisarza thrillerów. Niestety stwierdzenie to przeszło do historii w czasie dalszej lektury, bo pomysły pochodzącego z Francji autora nie do końca mnie zadowoliły. Odniosłam wrażenie, że w przypadku wspomnianego wcześniej mroku  więcej był gadania i lania wody, jakie to straszne rzeczy nie spotkają Brady'ego gdy nie odczepi się od tajemniczego Plemienia, niż faktycznie mogliśmy doświadczyć podczas czytania. Nie twierdzę, że książka jest zła. Jednak na samym początku autor zastosował taktykę osaczenia czytelnika - zaprezentował nam szereg dość kontrowersyjnych scen i dialogów i w pewnym sensie spalił za sobą mosty. To coś w stylu pierwszego wrażenia, na które złożyły się wszystkie atuty danego obiektu w efekcie czego później już nic nie zaskakiwało, bo najcięższa artyleria została już wytoczona. Trochę szkoda, bo gdyby te fragmenty były stopniowo dawkowane, zdecydowanie więcej napięcia można by odczuć w czasie czytania.

Ciekawym i godnym pochwały zabiegiem okazało się uwikłanie w sprawę obojga małżonków. Brady wie, że Annabel prowadzi śledztwo, a Annabel nie wie, że Brady wie o nim o wiele za dużo. To taka ciekawa zabawa w kotka i myszkę jak i coś, coś wzbudza niepewność, czy aby w kolejnym rozdziale nie dojdzie do wielkiego "spotkania" męża i żony w złym miejscu i w złym czasie.

Na uwagę zasługuje również staranność z jaką autor przedstawił kontrowersyjny temat w swojej powieści, Nie ma ogólników w zasadzie, w większości można dowiedzieć się tego, co powinno być jasne przy poruszaniu się po brudnym, nieprzyjaznym świecie pornobiznesu. Słowo "pornobiznes" bokiem mi wychodzi. To, co zwróciło moją uwagę to ukazanie aktorek porno w dwóch światłach - jako chętne do rozbierania się przed kamerą dziewczyny, ale i, z drugiej strony pełne uczuć, lęków i życiowych porażek zagubione osoby.

Zabrakło mi klimatu grozy. W pewnym momencie aż musiałam odłożyć książkę na bok, bo była tak nudna i tak bardzo nijaka. Właściwie tylko w jednym momencie udzielił mi się typowy dla thrillera nastrój i uważam, że autor całe to "niebezpieczeństwo" po prostu trzymał za bardzo na dystans. 

Czy polubiłam bohaterów? Musze powiedzieć, że żaden nie wzbudził we mnie cieplejszych uczuć, traktowałam je jako nośniki historii i pionki występujące w tym przedstawieniu. Problemy małżeńskie Brady'ego i Annabel obchodziły mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg, choć pewne spostrzeżenie bardzo do mnie przemówiło:


(...)miłość może przetrwać tylko wtedy, gdy ma swój tajemniczy ogród z małym cmentarzykiem pod murem, by było gdzie grzebać codzienne urazy - te, które potrafią zniszczyć uczucie. A potem trzeba pilnować, żeby ten cmentarz nie ogarnął całego obszaru.


Intryg tutaj prawie nie ma, za to sporo jest błędnych ścieżek. Zakończenie wywołało u mnie dość mocne zaskoczenie i za to autorowi należą się brawa. Nie ma to jak do ostatniej, ostatniusienkiej (ja normalnie nie używam takich słów...) chwili nie odkrywać wszystkich kart. I zrobić to na przedostatniej kartce. Brawo.

Obietnicę mroku uważam za całkiem dobry thriller, nie bez wad, ale jednak ponadprzeciętny. Samo "wielkie wynaturzenie" prezentowane na kartach powieści nie uważam za coś niesamowicie szokującego. Myślałam, że będzie to coś mocniejszego. a okazało się, że to tylko wodzenie za nos i nic spektakularnego w nagrodę za cierpliwość. Nie mówię, że Plemię to mili kolesie. Ale liczyłam na coś bardziej drastycznego.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Maxime Chattam
Wydawnistwo: Sonia Draga
Ilość stron: 468
Rok wydania: 2009 (oryginał), 2011 (w Polsce - wydanie pierwsze)

Do wyzwań: Grunt, to okładka i Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
Cytaty zapisane kursywą pochodzą z książki.

[POZA TEMATEM]
Czy ktoś oprócz mnie ma Windowsa 10 i problemy z bloggerem? Bo Blogger mi zastrajkował, jak chciałam dodać grafikę do tej recenzji, a co za tym idzie, okładki przedstawionej nie ma. Pojawił się komunikat o błędzie i informacja o złym żądaniu. Cierpię wielce i blogować mi się nie chce na myśl o wstawianiu smętnych, pozbawionych obrazków postów. Czy to kolejny pomysł na życie mojego kompa, czy komuś się jeszcze tak zadziało?

5 sierpnia 2015

Front burzowy


Zakup jak i lektura tej książki były dość spontanicznymi czynami, choć nie ukrywam, że na Akta Dresdena moją uwagę zwróciła ostatnio Ivy z Bluszczowych recenzji. W związku z jej opinią i faktem, że Front burzowy był w pewnym momencie mojego życia jedyną dostępną lekturą, zabrałam się do czytania.

Wszyscy mamy swoje demony.

Książek z gatunku urban fantasy (czy też podgatunku) nie traktuję jako trudnych powieści, ale jak to zwykle bywa, można trafić na tytuły bardziej i mniej znośne. Lubię takie książki - fantastyka osadzona w współczesnych, miejskich realiach to coś, co zawsze przyciągało moją uwagę i nie inaczej stało się w przypadku książek Butchera. Po lekturze w mojej świadomości zaczął figurować więcej, niż jeden Harry, a ten nowy osobnik też potrafi władać różdżką.

Skoro seria nosi miano Akt Dresdena, czas przedstawić podejrzanego. Harry Copperfield Blackstone Dresden, mag, detektyw, posiadacz kota o imieniu Mister jak również właściciel kilku zwojów mózgowych pod czaszką. Podobno. Wiek nieokreślony, rodzina w stanie wiecznego spoczynku. Przyjaciele? Ilości znikome, przesycone pogardą w stosunku do podejrzanego, Urok osobisty i poczucie humoru? Odnotowano, nadaje się na osobny akapit...

Tak naprawdę nie za bardzo wiem, co mam myśleć o tej książce. Z jednej strony dostałam dokładnie to, czego oczekuję, bo akcja jest zawiła i wartka, pojawia się wiele przeciwności, którym nasz protagonista musi sprostać i to, co tygryski lubią najbardziej, a więc sporo magii, zaklęć, wampir na zagryzkę i duchy oraz magiczne kręgi. Dlaczego nie jestem w stanie od tak zakwalifikować tej książki do kategorii tych lubianych i z miejsca, w ciemno polecanych...?

Mowa była już o podejrzanym, prawda? No właśnie, to jest odpowiedź na pytanie z końcówki ostatniego akapitu. Harry wzbudził we mnie wiele ambiwalentnych uczuć. Sympatię - owszem. Z początku naprawdę go polubiłam i w zasadzie to pozytywne nastawienie nie zniknęło podczas zagłębiania się w kolejne rozdziały, może jedynie przyblakło. Przyblakło, bo chwilami Harry tak bardzo mnie rozwalał swoim brakiem pomyślunku, że trochę mnie to dobijało. Podobno, jak wnioskuję z rozmowy z wampirem, pochodzi z innych czasów, nie twierdzę, że bardzo odległych. Niestety, nie zbiega się to  doświadczeniem bohatera, którego mu brak i o którym tylko wiemy z jego monologów. Podobno chodził do szkoły magów, czy też pobrał jakieś wykształcenie. I mimo to nikt mu nie wpoił zasad BHP przy pracy z wampirem. Kolejnym, po sympatii i rozczarowaniu oraz irytacji uczuciu, jakie wzbudził we mnie Harry jest współczucie. Wszyscy w jego otoczeniu nim gardzą. Na palcach połowy dłoni można policzyć, kto do Harry'ego ma stosunek neutralny. I ta połówka tyczy się postaci, która zwyczajnie się nie określiła. W tymże miejscu chciałam płynnie przejść do kilku zdań na temat bohaterów drugoplanowych.

Murphy niesamowicie działała mi na nerwy. Policjantka (ja chyba mam po prostu problem ze stróżami prawa), którą Harry uważa za przyjaciółkę i która ja na mój gust, nie zachowuje się jak przyjaciółka. Okazuje co prawda litość (i całkowity brak zaufania), ale na nic Harry więcej liczyć nie może. Susan chce go wykorzystać (dziennikarek też nie darzę sympatią). Bob jest śmiesznym duchem, który pomimo doświadczenia i wiedzy pozostawia Harry'ego na rzecz gołych studentek w akademiku, podczas gdy mag musi się zmagać z mordercą grasującym po Chicago i znającym podstawy magii. Morgan, nadzorca maga w zasadzie z urzędu pała nienawiścią do Dresdena i koniecznie chce go przyskrzynić. Biała rada, szefostwo magiczne, również nie życzy Harry'emu zbyt dobrze. Milutko.
Natomiast bohaterami, którzy mi się spodobali byli Johnny Marcone, elegancki typ w pewnym sensie wyjęty spod prawa. A zaraz obok niego Bianka, wampirzyca prezentująca bardzo zachęcający, mroczny i w pewnym sensie nietypowy wizerunek krwiopijcy.

Jim Butcher uzbroił Dresdena w niekoniecznie wysokiej jakości poczucie humoru. Dla mnie to żaden problem, lubię suchary i większość żartów Harry'ego i mnie śmieszyła, aczkolwiek racjonalizując sytuację - zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdego bawiłoby takie poczucie humoru. Ale koleś się starał, naprawdę...


W tym momencie byłem na tyle zdeterminowany, że potrafiłbym żuć gwoździe i wypluwać biurowe spinacze.

To co naprawdę mi się spodobało w książce, od początku do końca to wątek kryminalny z udziałem wątka magicznego. Nawet nie przeszkadzało mi, że na pierwszy ogień autor zakręcił się wokół najlepiej sprzedającego się tematu, czyli seksu. Później to w pewnym sensie się zatarło, a na pierwszy plan weszła magia. Nie było to nic wyszukanego, ale w sporych ilościach i całkiem logicznie pomyślane. Co więcej, autor wprowadził rozróżnienie na białą i czarną magię. Pojawiły się też elementy voodoo (ścinanie włosów, żeby kogoś dopaść). Całkiem dobrze rozpisane sceny dynamiczne, dużo utrudnień, zmutowane pajęczaki... Lubię takie zestawy, dla rozrywki wręcz idealne. Ciekawi mnie również przeszłośc głównego bohatera, więc na pewno będę o niej wzmianek szukała w kolejnych częściach...

Nie ma lepszego wskaźnika czyjegoś charakteru niż sposób, w jaki wykorzystuje swoją siłę, swoją moc.

Z racji tego, co napisałam wyżej, nie wiem, co mam myśleć o książce. Bardziej skłaniam się ku pozytywnej opinii, ale niestety kilka kwestii wywołało u mnie zgrzytanie zębami. Dla relaksu i rozrywki w wersji nie koniecznie banalnej Front burzowy nadaje się idealnie. Ale jeszcze nie powiedziałam Harry'emu "Tak" (nie, nie sakramentalnego). Muszę umiejętności Butchera sprawdzić za pomocą lektury tomu drugiego, który już posiadam, wtedy zdecyduję się, czy seria jest warta dalszej uwagi, czy sobie ją odpuszczam.

Moja ocena: 7/10

Autor: Jim Butcher
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 344
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2011 (w Polsce)

Akta Dresdena:
1. Front burzowy
2. Pełnia ksieżyca
3. Śmiertelna groźba
4. Rycerz lata
5. Śmiertelne maski
6. Krwawe rytuały
7. Dead beat
8. Proven guilty
9. White night
10. Small Favor
11. Turn coat
12. Changes
13. Ghost story
14. Cold days
15. Skin Game

Cytaty pochodzą z książki. Książka przeczytana do wyzwań: Grunt, to okładka i Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

1 sierpnia 2015

Władca pierścieni: Dwie wieże


Czyli jak tu ekscytować się wędrówką?

Znów nie będzie to recenzja - wydaje mi się, że tolkienowskie dzieło nie zasługuje na coś o tak sztywnych ramach jak recenzja. Nie umiałabym recenzować Mistrza. Mogę natomiast o moim kolejnym spotkaniu z nim opowiedzieć.

Władca pierścieni nie jest trylogią. To jedna powieść podzielona w okresie jej debiutu rynkowego na trzy części. Dlatego też, sięgając nawet po osobny egzemplarz Dwóch wież (ja mam wydanie jednotomowe) wkraczamy w środek historii, którą brutalnie urwano nam za pomocą twardej/miękkiej okładki lub pustej białej kartki na końcu Bractwa pierścienia. W związku z tym nie będę szczegółowo przybliżała stanu fabuły - kto czytał/oglądał wie, co się stało. Kto nie czytał, teraz mogę mu wyrzucać, że ma co nadrabiać (bo ja już nadrobiłam, przynajmniej 2/3 całości). Jak jednak odebrałam kolejna porcję historii o hobbitach, pierścieniu i wielkim, wszystkowidzącym okiem gorejącym pośród ponurych terenów Mordoru?

[...]nie kocham lśniącego miecza za ostrość jego stali, nie kocham strzały za jej chyżość ani żołnierza za wojenną sławę. Kocham tylko to, czego bronią miecze, strzały i żołnierze: kraj ludzi z Númenoru. I chcę, żeby go kochano za jego przeszłość, za starożytność, za piękno i za dzisiejszą mądrość.

Do Tolkiena trzeba dojrzeć, jak prawi moja mama. Jego styl jest godnym zachwytu, ale tylko wtedy, gdy delektujemy się tymi opisami, mamy do nich cierpliwość, jesteśmy w stanie się na nich skoncentrować i pobudzić wyobraźnię. To nie jest książka, której stronę można ledwie musnąć wzrokiem i przeskoczyć pozbawione dialogów fragmenty. Na uwagę zasługuje w moim mniemaniu szczególnie scena batalistyczna, której opis chłonęłam z niemałym zainteresowaniem. Może też dzięki temu trzecią księgę (każda "część" Władcy jest podzielona na dwie księgi, Dwie wieże rozpoczyna księga trzecia co tylko potwierdza fakt o jednolitości tej historii) przeczytał z o wiele większym entuzjazmem, niż czwartą.

Wiadomo tylko o tych, którzy wytrwali do końca, choć nie zawsze ten koniec był szczęśliwy.

Porównałam mój entuzjazm przy lekturze na początku i na końcu, więc coś musiało nie zagrać, prawda? No właśnie. Czwarta księga, w której skupiono się na poczynaniach Froda i Sama nie do końca mnie zadowoliła, co zrzucam na karb tego, że to zwyczajnie środek historii, który jest pomostem do wielkiego finały. Właśnie przyszła mi do głowy jeszcze jedna teoria, dużo bardziej mroczna i wydawać by się mogło, logiczna, zważywszy na moje Mordorowe upodobania. Ale wolę się nią nie chwalić. W każdym razie początek lektury cieszył się większym zainteresowaniem z mojej strony, nawet jeżeli całość i tak określam mianem znakomitej. Zdarza się, nawet najbardziej mistrzowskie dzieła mogą w niektórych fragmentach okazać się nużące, nadal pozostając mistrzowskimi.

Oprócz niejednokrotnie zachwycających opisów przy lekturze tolkienowskiego tomiszcza można zapałać sympatią do bohaterów. Moją zdobyli, już wcześniej, a teraz utwierdzili w przekonaniu o jej słuszności Gandalf i Gimli oraz Frodo, a co ciekawe, Golum. Tak, tą szarą wkurzającą pokrakę też polubiłam, co mnie zastanawia, nie wiem, czy nie najbardziej, po lekturze Dwóch wież.

Może jest prawym człowiekiem, a może nie. Pod maską pięknych słów potrafi się skryć bardzo szpetna dusza.

Tolkien zawarł wiele mądrości we Władcy pierścieni. Myślę, że jest to coś równie ważnego, jak cała historia, a może i nawet coś bardziej znaczącego niż cała historia, oczywiście nie umniejszając znaczenia tej wędrówki, walk i przygód, które napotykają bohaterowie. Ale czy byłaby to ta sama historia bez odwagi, poświęcenia i pragnienia jej bohaterów? Czy bez honoru i lojalności wszystko potoczyłoby się tak, jak miało to miejsce w książce? Na pewno nie i za takie wartości, umiejętnie wplecione w fabułę należy cenić dobrą literaturę, a na takie miano Władca pierścieni na pewno zasługuje!