26 maja 2017

Powstanie



Obfitujący w wydarzenia pierwszy tom Wojen Alchemicznych wysoko postawił poprzeczkę swojej kontynuacji. Tregilis pomimo kilku niedociągnięć stworzył bardzo emocjonującą i pełną brutalności powieść, w której toczy się wojna między Królestwem Mosiężnego Tronu, Holandią mającą na podorędziu zastępy mechanicznych żołnierzy oraz Francją, która broni się przed naporem nieprzyjaciela za pomocą chemicznych wynalazków i pozostaje przy katolickiej wierze utrzymując, że zniewolenie klakierów jest zdecydowanie niegodnym działaniem. W tomie drugim narratorami są Daniel (Jax), kapitan Longchamp i niezastąpiona szpiegmistrzyni, Berenice.

Akcja została poprowadzona umiejętnie i z rozmysłem. Tregilis ponownie narzuca szybkie tempo i zaskakuje nas szybkością i natężeniem wydarzeń. Francja się broni, Berenice walczy o to, by odkryć kilka sekretów parających się alchemią przeciwników, a Daniel po wydarzeniach z części pierwszej wyrusza na poszukiwania tajemniczej królowej Mab. O ile w części pierwszej klakierską brać reprezentowali tylko Jax, Lilith, jeden wojskowy klakier i jeszcze jedna epizodyczna postać, tak tutaj więcej się tego namnożyło. W Powstaniu większość wydarzeń ma miejsce właśnie z udziałem mechanicznych i dzięki temu możemy lepiej poznać te stworzenia. Szczerze przyznam, tak jak i miało to miejsce przy lekturze poprzedniej części, mnie mechaniczni nieco przerażają. Szczególnie maszyny wojskowe, które brutalnie i bezwzględnie atakują wrogów. Jako broń powinni z miejsca zapewnić Holendrom podbój i zwycięstwo, jednak Francuzi również mają swojego asa w rękawie - gwardie chemików, którzy w pocie czoła pracują nad ulepszeniem kleistej substancji doprowadzającej do unieszkodliwienia wroga.

Najciekawszym wątkiem wśród tych trzech narracji był oczywiście ten z punku widzenia Jax/Daniela. Zachodzi w jego charakterze zmiana zapoczątkowana jeszcze w Mechanicznym. To świetna postać, bardzo ciekawa i rzeczywiście najbardziej absorbująca uwagę czytelnika. Moralność Jaxa/Daniela to również kwestia dość złożona, a mimo to wątek ten czyta się najlepiej ze wszystkim. Natomiast drugą ulubioną postacią, podobnie jak w części pierwszej została Berenice. Dzięki jej charakterowi w lekturę wkrada się nieco komizmu ale i przebiegłości. Owszem, momentami przekleństwa padające z jej ust drażniły, nie tym, że język stawał się zbyt wulgarny, ale padające określenia były zbyt przekombinowane i książka traciła klimat. Na szczęście nastrojem można było się napawać dzięki lekturze rozdziałów z punku widzenia Kapitana Longchampa. Podczas gdy we wcześniejszym tomie był ona postacią poboczną, tak tutaj wysuwa się na pierwszy plan. Wiemy, co dzieje się na froncie, możemy poczuć jak bardzo kiepska jest sytuacja i poobserwować zmagania Francuzów z mechanicznymi. Longchamp co prawda nie skradł mojego serca i nie wyróżniał się dla mnie jakoś ponadprzeciętnie, ale dzięki tej perspektywie pojawiło się więcej elementów batalistycznych, a co za tym idzie, krwawych.

Czytając Wojny Alchemiczne nie odniosłam wrażenia, żeby którejkolwiek ze stron należało się zwycięstwo absolutne. Niemniej jednak autor koncentruje opis batalii ukazując go z punku widzenia tylko francuskiej armii i nieco mnie to zawiodło. Tregilis przedstawia to w ten sposób - Holendrzy to źło wcielone, a biedni Francuzi muszą się bronić. Nie wierzę jednak, że Królestwu Mosiężnego Tronu wszystko idzie jak z płatka i nie zmaga się z żadnymi przeciwnościami. Niestety, w to wglądu czytelnik nie ma i muszę się na autora trochę poskarżyć. Uważam, że dużo ciekawiej wyglądałaby ta wojna, gdyby opisano ją z obu perspektyw, tymczasem obserujemy tylko sytuację ofiar wojny. Właśnie brak ukazania "obozu" Holendrów i, dla przykładu, tego np. jak starają się ulepszyć swoich klakierów, sprawia, że delikatnie się na lekturze zawiodłam. Swoje zrobił też nadal trudny w odbiorze styl autora, do którego się nie zdołałam przyzwyczaić. Toleruję go, ale np. przy scenach bitew się męczyłam i odbierało to przyjemności z lektury. Natomiast same opisy krajobrazów, czy to zalesionych, północy, czy tych zniszczonych po starciu armii były jak najbardziej na plus. Z braku głębszych rozważań moralnych czy filozoficznych historia nieco gubi (ewentualnie - zapomina) swoje przesłanie. To, co zostało powiedziane w pierwszej części nie do końca znajduje odzwierciedlenie w działaniach bohaterów, może tylko postać Jaxa/Daniela nieco kwestię tę ratuje.

Powieść nie pozostawia czytelnika obojętnego na wydarzenia w niej zawarte. Wciąga, angażuje i wywiera naprawdę niezłe emocje kulminacyjnymi momemntami. Nie jest to lektura do końca łatwa, wymaga odrobiny cierpliwości (szczególnie do języka), ale wynagradza to pędzącą akcją. Właściwie nie ma przestojów i nawet gdy któryś z bohaterów jedynie spokojnie się przemieszcza i tak dobrze się to czyta. Tregilis postarał się o dobrą powieść przygodową z elementami clock punku, natomiast jeżeli mowa o alchemii - trochę się jej tu pojawia, ale zainteresowanych serią, których kusi dowiedzenie się czegoś więcej i rozwinięcie wątku muszę rozczarować - za wiele w tym temacie autor się nie rozpisał, wrzucił szczątkowe informacje i o alchemii wiemy tylko tyle, że jest i działa. Na szczęście dzięki tempu, w jakim rozgrywa się fabuła nie ma za bardzo czasu na rozmyślanie o tym, gdzie autorowi powinęła się noga...

Na marginesie - korekta po prostu leży. Już dawno nie czytałam niczego z taką ilością literówek, błędów, narracji nie zaczynającej się od akapitu, tylko w tej samej linijce, w której kończy się dialog. Owszem, takie rzeczy się zdarzają, ale zwróciłam na to uwagę, bo gęsto w Powstaniu od takich niespodzianek i niestety przeszkadza to podczas czytania. Oczywiście ta kwestia nie ma wpływu na moją ocenę historii, ale sama lektura została chwilami tak utrudniona, że nie mogłam tego nie skomentować. Wydawnictwo niestety nie pierwszy raz mnie na tym gruncie zirytowało, ale przy nie dawnej lekturze Królów Dary o tym nie wspominałam, Wtedy było kiepsko, ale jeszcze znośnie. W Powstaniu jest gorzej.

Moja ocena: 7/10

Wojny Alchemiczne:
1. Mechaniczny < recenzja
2. Powstanie
3. Wyzwolenie

20 maja 2017

Rycerz siedmiu królestw


Jak na kogoś, kto nagminnie rozpoczyna, kompletuje i czasami nawet doczytuje serie, rzadko sięgam po wszelkiego rodzaju ich uzupełnienia. Zwykle trafiam na historie takie, które trwają przez określoną ilość tomów i żadne dodatki się nie ukazują, również rzadko się takowymi interesuję. Przykład - dwa zbiory opowiadań ze świata Nocnych Łowców Cassandry Clare, których kijem bym nie tknęła, bo ostatni tom Darów anioła ogromnie mnie rozczarował. Jest jednak seria, na której do tej pory nie zawiodłam się jeszcze ani trochę i w związku z którą będę sięgać po wszelkie "dopiski". Mowa oczywiście o Pieśni Lodu i Ognia. Rycerz siedmiu królestw to zbiór trzech opowiadań ze świata, w którym toczyła się akcja Gry o tron oraz jej kontynuacji. Powracamy do Westeros jednak na chwilę odrywamy się od waśni między Starkami i Lannisterami oraz zapominamy walkę o to, kto zasiądzie na Żelaznym Tronie. Uwagę natomiast warto skupić na innym bardzo znaczącym rodzie, jakim są Targaryenowie.

Bohaterem zbioru opowiadań jest Ser Duncan, którego przygody rozpoczynają się od pożegnania z jego rycerskim mentorem. Po zapewnieniu zwłokom starego należytego pochówku Duncan wyrusza w świat, by zdobywać doświadczenie jako rycerz, poprawiać swoje umiejętności jak i walczyć o sprawiedliwość w pełnym dworskich intryg świecie. No właśnie - pełen honoru, poczucia obowiązku i nieskłonny do wchodzenia w układy bohater to u Martina nowość. Jakże przyjemna i wnosząca świeżość w uniwersum, w którym czytelnik przywykł, że każdy każdemu wbić w plecy nóż może.

Bardzo cenię sobie krótką formę, o czym nie raz wspominałam już, czy to przy lekturze innych zbiorów czy z okazji osobnego posta poświęconego właśnie opowiadaniom. Martin sobie jak najbardziej w krótkiej formie radzi. Nie zmienia to faktu, że w czasie kilkudziesięciostronicowych historii przewija się masa nazw i tytułów i ich zagęszczenie jest podobne do tego, które charakteryzuje Pieśń Lodu i Ognia. W powieściach kilkusetstronicowych mamy więcej czasu na przyzwyczajenie i zapamiętanie postaci, W Rycerzu Siedmiu Królestw momentami panuje niezły chaos, a z tyłu książki brak spisu występujących w niej rodów. Część z nich znana jest oczywiście z głównej martinowskiej sagi, jak chociażby wspomniani Targaryenowie czy Freyowie, ale biorąc pod uwagę opis koligacji czasem ciężko się połapać. Dlatego pomimo tego, że opowiadania są krótkie, należy mocno się przy lekturze koncentrować.

Gdy mowa o fabule, najciekawszą Martin popisał się w pierwszym opowiadaniu. Nasz bohater trafia na turniej rycerski, w czasie którego emocje naprawdę sięgają zenitu. W dodatku autorowi, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu sagi udało się ten element opisać bardzo ciekawie i właśnie dlatego uważam, że Wędrowny rycerz to najbardziej wciągające opowiadanie. Natomiast gdy mowa o pozostałych dwóch - nie brak im brutalności, akcji, walk i przygód, ale jednak wydały mi się one nieco mnie oryginalne niż tekst rozpoczynający ten zbiór.

Niewątpliwie warto zwrócić uwagę na giermka Duncana - Jajo, To postać z rodu Targaryenów, której rola nie ogranicza się jedynie do pomocy we wkładaniu zbroi i zajmowaniu się końmi. Jajo służy Dunkowi (skór od Ser Duncana) pomocną radą, jest przebiegły i krnąbrny. Bohater łatwo skrada sympatię czytelnika i wraz z rycerzem, któremu służy tworzy bardzo udany duet.

W Rycerzu Siedmiu Królestw opisano historię sprzed akcji Gry o tron i właściwie treść zbioru w ogóle nie wiąże się z wydarzeniami z Pieśni Lodu i Ognia. Niewiele też w niej elementów typowo fantastycznych - smoki, rytuały związane z R'hllorem czy też Dzieci Lasu się nie pojawiają, choć Martin już zdołał przyzwyczaić nas do oszczędnego używania właśnie elementów nadprzyrodzonych w swoich książkach. Tak więc zbiór ten stanowi ciekawy dodatek dla fanów sagi, natomiast nie wiąże się z główną akcją. Można sięgnąć nawet nie znając książek z Pieśni Lodu i Ognia i sprawdzić, czy po lekturze próbki martinowskiej twórczości mamy ochotę na więcej.

Moja ocena: 7/10

13 maja 2017

Koniec punku w Helsinkach

Jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić. Pod tą zgrabną okładką w energetyzującym kolorze kryje się opowieść o przygnębieniu. Są takie książki, które zabierając nas w ponurą codzienność nie wprowadzają w kiepski nastrój jak mogłoby się wydawać, a okazują zrozumienie. Realia książki Rudisa to trudny okres powojenny przemian, w których jedni upatrują nadziei na lepsze jutro, a inni z obawą spoglądają w przyszłość zastanawiając się, czy poradzą sobie w nowym świecie. Ale Koniec punku w Helsinkach to też opowieść o buntownikach, którzy w obliczu przyjścia nowych czasów starają się za wszelką cenę nie zatracić swoich ideałów.

Losy Olego w średnim wieku przeplatają się z wpisami w pamiętniku nastoletniej Nancy. Jest to dwójka bohaterów, którzy w jakiś sposób związani są z muzyką punkową. Ole lata temu był członkiem zespołu grającego ten gatunek, wyjechał w trasę, żył jak typowy pasjonat, koncentrując się na tym, że to co gra pomaga mu przetrwać. Podobnie jest z Nancy. Dziewczyna zdecydowanie nie spełnia standardów dobrze wychowanej panienki. W jej wpisach często przewijają się wzmianki o syto zakrapianych imprezach, miłości do punkowej muzyki, problemach w szkole i walce o jej własną tożsamość.

Dwoje zupełnie różnych bohaterów, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego poza nieumiejętnością odnalezienia się w nowych czasach. Ole i Nancy są dla siebie obcymi ludźmi, Każde z nich na pozór szuka sposobu na zaprzyjaźnienie się ze zmianami i równocześnie doskonale wie, że nigdy się to nie uda. Losy Nancy obserwujemy czytając jej sekretny dziennik. Z racji tego, że autorem wpisów jest nastolatka musimy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości co do stylu, w jakim napisano te fragmenty. O dziwo brak znaków interpunkcyjnych i wtręty z języka niemieckiego w ogóle mnie nie drażniły. Oczywiście nie ma możliwości, by w jakiekolwiek zachwyty wpaść czytając tak stylizowany język, ale Rudišowi udało się wyjść obronną ręką przy realizacji tego pomysłu. Nancy pisze o rzeczach typowych dla nastolatków, choć nie cechuje jej aż tak wielki brak rozsądku jak powszechnie zwykło się przyjmować gdy mowa o dorastającej młodzieży. Z jej postacią związane są również pewne ważne aspekty problematyczne, jak choćby trudny kontakt matki z córką i konflikt pokoleń.

Kreacja Olego to taki portret człowieka, który najlepsze lata swego życia ma już za sobą, choć wcale nie jest stary. To bohater o wielkich marzeniach i ukrytych pragnieniach, którego chęć do życia gdzieś po drodze zagubiła się w powojennej rzeczywistości. Jedyne, co mu zostało to bar Helsinki, w którym dobrze poczuje się każdy punk stroniący od konsumpcyjnych luksusów. Knajpa staje się jedynym sensem istnienia Olego, który zrezygnował z walki o zdobycie szczęścia.

Koniec punku w Helsinkach to książka obrazująca pewien wycinek ludzkich żyć. Taki punkt, w którym kilak ścieżek się skrzyżowało, kilka biegnących równolegle nagle postanowiło się rozejść. Nie jest to historia, w której narastające z każdą stroną napięcie prowadzi ku kulminacyjnemu odkryciu większych i mniejszych tajemnic bohaterów. Jest to powieść dosyć statyczna, ale dająca do myślenia. To taka książka, która powie czytelnikowi, że nie ma co się oszukiwać, że te wszystkie nowinki i złudzenie jakie tworzy nowy, coraz nowocześniejszy piękny świat to nie jest rzeczywistość idealna. Że nie wystarczy podążać za najnowszymi trendami stylu życia by zagwarantować sobie szczęście. Może nie jest to mocno dobijająca lektura, po której nabierzemy można przekonania, że nic sensu nie ma i nie warto podejmować żadnego wysiłku, ale niewątpliwie przekazuje jakieś prawdy o rzeczywistości, w której wszechobecny konsumpcjonizm i pęd do bycia takim samym jak wszyscy dominuje, podczas gdy nieliczni starają się żyć po swojemu, we własnym tempie, w zgodzie z własnymi przekonaniami.

Moja ocena: 7,5/10


8 maja 2017

Już mnie nie oszukasz


Chciałam nie zaczynać tej recenzji od kolejnych peanów na cześć Cobena, ale, cholera nie da się. Na prawdę, to nie możliwe biorąc pod uwagę jaki trik zastosował on w swojej najnowszej powieści. Rzadko mam okazję wspominać o tym, że autor "coś" zrobił z czytelnikiem. Rzadko to czuję, zazwyczaj koncentruję się na tym, że po prostu mam styczność z czyjąś koncepcją i mam się do niej ustosunkować, napisać coś o swoich odczuciach. A w przypadku recenzowanej dzisiaj powieści mogę otwarcie rzec - Coben z czytelnikiem zrobił "coś", a konkretnie się z nim zabawił i pewnie w dniu premiery książki podśmiewał się pod nosem na myśl o tym z jakimi rekcjami spotka się powieść gdy już fani zapoznają się z nią w całości.

Bohaterką powieści jest świeżo owdowiała Maya Stern, była wojskowa, kobieta, która musi się teraz zmierzyć z czekającym ją samotnym wychowywaniem córki. Mąż Mai, Joe został zamordowany w parku, a okoliczności zabójstwa nie zostały dokładnie wyjaśnione mimo tego, że Maya była świadkiem i złożyła już zeznania. Niebawem kobieta dowiaduje się, że morderstwo popełnione na jej mężu ma związek z zamordowaniem jej siostry oraz jeszcze dawniejszym wypadkiem - samobójstwem jej szwagra. W całą aferę wplątany jest również szantażysta, który posiada materiały pogrążające karierę wojskową Mai.

Przyznam, że sama historia wyglądała na średnio zawikłaną, ale Coben poradził sobie z poprowadzeniem wątków tak, że w pewnym momencie poczułam lekkie zagubienie. To dosyć znana zagrywka w przypadku tego autora, bo nie pierwszy raz dostałam na zachętę kilka możliwych scenariuszy, które wydawały się potencjalnym wyjaśnienie zagadki i które oczywiście nim nie były. Ale ale - Coben nie bazował w powieści tylko na tym, z czego do tej pory był tak dobrze już znany. Do intrygi zgrabnie udało mu się wpleść motyw konsekwencji postępu technologicznego i wszechobecności kamer, który cechuje jego nowsze tytuły. Pierwszy raz miałam również styczność z książką Cobena, w której wątek sportowy odgrywa mało znaczącą, bardzo poboczną rolę. Wcześniej wielokrotnie wykorzystywał ten motyw i zastanawiałam się, czy kiedyś odpuści. Okazuje się, że pisarze potrafi skonstruować ciekawą fabułę bez udziału drużyny sportowej, ambicji i głodu wygrywania ligi. Choć nie narzekałam na spory udział koszykówki i lacrosse'a w fabule, to uważam ich brak za ciekawą odmianę.

Maya Stern, główna bohaterka to osoba o specyficznym charakterze, w dodatku była wojskowa, którą dręczą demony przeszłości i wspomnienia z frontu. Jej relacje z otoczeniem nie należą do łatwych, ale kobieta za wszelką cenę stara się żyć w tym nowym świecie, w którym nie ma jej męża. Nie przekonała mnie do końca kreacja przyjaciółki Mai, Eileen, ale za to nakreślenie związku z Joem i więzi z siostrą, którzy w powieści pojawiają się jedynie we wspomnieniach bohaterki zostało bardzo dobrze dopracowane. Również przeszłość, do której szczegółów w czasie prywatnego śledztwa dokopuje się Maya szokuje. Cobenowi udało się wpakować do jednej powieści cały szereg typowych problemów społecznych, takich jak chociażby różnice wynikające z stopnia zamożności dzieciaków w jednej szkole. Wśród licznego grona znajomych Mai znajduje się również Shane, jej kolega z frontu, którego postać zaskarbiła sobie moją sympatię. Nawet trochę żałuję, że nie było go więcej, co nie zmienia faktu, że w otoczeniu głównej bohaterki znajdują się zarówno "cywile" jak i mundurowi i to zdecydowanie wprowadza do powieści różnorodność.

Tak jak już wcześniej wspominałam, podczas lektury pojawił się pewien kryzysowy moment wynikający z mnogości niewiadomych, ale na szczęście akcja została na tyle umiejętnie pchnięta do przodu, że niemożliwym jest porzucenie lektury na dłużej. Harlan Coben wywodzi czytelnika daleko w pole i konstruuje złożoną intrygę. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy przygodę z pisarzem można zaczynać od jego najnowszej powieści, to z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że się nie zawiedzie.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Fool Me Once
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 412
Rok wydania: 2016 (oryginał), 2017 (w Polsce)

4 maja 2017

Królowie Dary


Gdyby liczyła się tylko krew za krew, historię pisałoby się banalnie łatwo.

Bez względu na to, jak wiele czasem powieść wymaga zaangażowania i tak wielbić będę te książki, które napisane są z pomysłem, których świat dosłownie połyka czytelnika i te, których przemyślana konstrukcja fabuły sprawia, że dana historia wykracza daleko poza ramy standardowych schematów. Właśnie tacy są Królowie Dary Kena Liu. Świat delikatnie stylizowany na orientalne realia to niezła zachęta do lektury, ale najbardziej porywa wszystko to, co dostajemy kiedy już rozpoczniemy przygodę.

Nakreślanie fabuły nie do końca ma sens, ponieważ jest ona rozwleczona na bardzo długi okres czasu. Nie powiem dokładnie jak wiele lat upływa od pierwszej do ostatniej strony, ale szacowałabym, że około dwudziestu. Głównymi bohaterami Królów Dary są Mata Zyndu i Kuni Garu, którzy łączą siły i biorą udział w rebelii przeciwko władzy cesarskiej. W zasadzie całą powieść to polityka i wojna, które odgrywają w Królach Dary role pierwszoplanowe, co nie oznacza, że wątki usunięte w tło stają się mniej ważne. Złożoność i symbolika tej historii stanowią niesamowitą mieszankę, w wyniku której zakwalifikowałabym Królów Dary jako baśń wojenną, gdyby oczywiście taki gatunek istniał.

Sam orientalny nastrój powieści jest bardzo delikatny. Szczerze - gdyby w okolicach premiery nie trąbiono o tym na prawo i lewo, to byłabym w stanie nawet go nie zauważyć. Najlepiej jednak dostrzec ten motyw, gdy w powieści mowa o wszelkiego rodzaju tradycji, która, przynajmniej mi kojarzy się właśnie ze światem orientu. W powieści Liu zawarł również gdzieniegdzie pochwałę dla sztuki wojny, przestrzegania zasad honoru i szacunku do wroga.

Użalanie się nad sobą było głupotą: świat szanował człowieka, który szanował sam siebie.

Historia Kuniego Garu i Maty Zyndu, tego, jak ich drogi się ze sobą splotły i to, jak udało się dojść do porozumienia dwojgu ludziom o tak różnych charakterach równocześnie ukazując ich relację jako wiarygodną zasługuje na wiele uznania. Charakter Maty Zyndu w pełni do mnie przemówił, nawet momentami przerażał, ale i wzbudzał wiele szacunku. Natomiast kreacja Kuniego nie do końca do mnie przemówiła, bo został on stworzony jako hulaka o lekko beztroskim podejściu do życia, co w zestawieniu z kultywującym tradycję i rozumiejącym wagę bycia ostatnim z rodu Matą Zyndu wyglądało dosyć osobliwie. Na przestrzeni całej powieści nie raz opinię o bohaterach zmieniałam, zastanawiając się nad tym, czy w ogóle jednoznacznie da się ocenić ich motywy działania.

Nigdy nie będzie końca cierpieniu, jeżeli "zasłużyli sobie" wystarczy ludziom za usprawiedliwienie zadawania bólu.

Jeżeli w jakiś aspekcie książki nie zostałam usatysfakcjonowana, to chyba tylko gdy mowa o fragmentach batalistycznych. Chodzi o to, że styl Liu wymusza na powieści dosyć stonowane tempo, które nie przyspiesza w kulminacyjnych momentach. Przeszkadzało mi to tylko w chwilach kluczowych strać, kiedy to potrzebowałam nieco dynamiczniejszych opisów, więcej krwi i tego, co czyni wojnę okrutną i bezwzględną. Kocham realistyczne opisy bitew i pewnie dlatego ich brak odczułam nieco dotkliwiej.

Poboczne wątki mają duży wpływ na główny nurt akcji i pozostają z nim cały czas w nawiązaniu. Bardzo podobała mi się w pewnym momencie rola, która odgrywała Jia wraz z Soto oraz motyw rozdzielenia dwojga braci podczas wojny. Kolejną świetną rzeczą jest panteon bóstw w Darze. Bogowie są co prawda obserwatorami wydarzeń, w których odgrywają dosłownie symboliczną rolę i zazwyczaj ograniczają się do dywagacji na temat motywów postępowania śmiertelników, ale zostało to przez Liu świetnie opisane. Liczę na to, że w kontynuacji wątek ten zostanie pociągnięty, bo jest świetnym urozmaiceniem.

Dzieło Liu należy jedynie wychwalać, bo to świetna powieść. Rozciągnięcie akcji na lata sprawia, że jesteśmy świadkami ciekawych przemian zachodzących w świadomości bohaterów. Całość tworzy niezły kawał historii wykreowanego przez Liu świata i na pewno z przyjemnością sięgnę po kontynuację, która dopiero co się ukazała. Warto poświęcić nieco więcej czasu i uwagi na lekturę, żeby wynieść z niej nieco mądrości. Ten cytat o użalaniu się mogłabym sobie wytatuować.



Moja ocena: 8,5/10

Tytuł oryginału: The Grace of Kings
Autor: Ken Liu
Wydawnistwo: SQN Imaginatio
Ilość stron: 585
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu:
1. Królowie Dary
2. Ściana burz
3. ?

1 maja 2017

Mój kwiecień

Ach, co to był za miesiąc. Pełen wrażeń, choć nie tylko pozytywnych. Na chwilę pojawiła się wiosna i dalej zmagać się trzeba z chłodem, a zimowa kurtka, która powinna dawno wisieć w szafie pełni wartę na wieszaku w przedpokoju. Nie nastawiam się na specjalnie słoneczną pogodę podczas nadchodzącej majówki, ale niech chociaż nie będzie zimno... Na deszcz mogę pozwolić.

Wielkanoc upłynęła pod znakiem uczenia się obsługi dobrego  aparatu, który planowałam wypożyczyć na wyjazd, o którym mowa trochę niżej. A i jeszcze wskazówka odnośnie miejsca, do którego zaplanowałam wypad...

Co robiłam w kwietniu? Wypoczywałam w święta. Po wielkanocnym śniadaniu pojechałam z wizytą w Stadninie koni Książ pod Wałbrzychem. Corocznej tradycji nie mogło zabraknąć i tym razem.
Pozostając w tematach kopytnych - na początku miesiąca pożegnać się przyszło z jednym z najfajniejszych koni ze stajni, w której jeżdżę. Rogera trzeba było uśpić co wielce mnie zasmuciło, bo na tym siwku naprawdę świetnie się jeździło, a jego zadziorny charakter tylko wzmagał moją sympatię do tego konia. 
Coś się kończy, coś zaczyna i na Krzyżanowicach pojawiła się klaczka z dwoma źrebiętami przygarnięta z Fundacji. Nawiązanie do literatury: źrebaki nazywają się Bianka i BILBO. W mojej stajni jest hobbit!


W przedłużony na własne życzenie weekend 21-24 kwietnia byłam W PRADZE.

Trzy zdjęcia po prawej u góry to Petrinskie Sady, piękna, pełna zieleni okolica z ciekawymi zakątkami. A po lewej od góry: 1 - szczyt wieży  Świętego Henryka, 2 - Słynny Zegar Astronomiczny, 3 - Fragment fontanny w National Park of Awakening oraz 4 - Fasada Ratuszu Nowomiejskiego. Pozostałe dwie fotki na dole to zdobienie gmachu Teatru Narodowego oraz figury przy Fontannie Czeskich Muzykantów. Jak na razie Praga architektonicznie mnie w sobie rozkochała i jest bezkonkurencyjna...

Most Karola oraz jego zakamarki, sam Karol IV (a przynajmniej jego posąg) oraz jegomość na koniu Święty Wacław.

W końcu mogłam coś kupić...


Po dwóch miesiącach zakupowej abstynencji, kiedy to moja silna wolna była wielokrotnie wystawiana na próbę (myślenie: "Raz to przecenili, przecenią i kolejny..." - pomaga!) mogłam sobie pozwolić na lekkie szaleństwo. I mam! Jeden tom pierwszy, nowa seria - Mai Lidii Kossakowskiej (Żarna Niebios), dwie kontynuacje - Victor Milan (Jeźdźcy dinozaurów) i Ian Tregilis (Powstanie) oraz dwie jednotomówki - Oscara Wilde'a (Portret Doriana Garya) i Harlana Cobena (Już mnie nie oszukasz). 

Przeczytałam...

Cztery książki. Nie jest źle, choć planowałam wyrobić normę, którą sama sobie ustaliłam i zabrakło mi do niej jednego tytułu. Mam w planach zrehabilitować się w maju i po prostu przeczytać sześć książek. Co do kwietniowych tytułów - Coben i Liu zdecydowanie najlepsi, ich recenzje pojawią się niebawem na blogu. Loureiro i Sender to zadowalające lektury, a szczególnie cieszy utrzymanie przyzwoitego poziomu w drugim tomie Apokalipsy Z.

W maju sześć książek postaram się przeczytać - w tym jednego Shakespeara. Powodzenia wszystkim życzę!