Obfitujący w wydarzenia pierwszy tom Wojen Alchemicznych wysoko postawił poprzeczkę swojej kontynuacji. Tregilis pomimo kilku niedociągnięć stworzył bardzo emocjonującą i pełną brutalności powieść, w której toczy się wojna między Królestwem Mosiężnego Tronu, Holandią mającą na podorędziu zastępy mechanicznych żołnierzy oraz Francją, która broni się przed naporem nieprzyjaciela za pomocą chemicznych wynalazków i pozostaje przy katolickiej wierze utrzymując, że zniewolenie klakierów jest zdecydowanie niegodnym działaniem. W tomie drugim narratorami są Daniel (Jax), kapitan Longchamp i niezastąpiona szpiegmistrzyni, Berenice.
Akcja została poprowadzona umiejętnie i z rozmysłem. Tregilis ponownie narzuca szybkie tempo i zaskakuje nas szybkością i natężeniem wydarzeń. Francja się broni, Berenice walczy o to, by odkryć kilka sekretów parających się alchemią przeciwników, a Daniel po wydarzeniach z części pierwszej wyrusza na poszukiwania tajemniczej królowej Mab. O ile w części pierwszej klakierską brać reprezentowali tylko Jax, Lilith, jeden wojskowy klakier i jeszcze jedna epizodyczna postać, tak tutaj więcej się tego namnożyło. W Powstaniu większość wydarzeń ma miejsce właśnie z udziałem mechanicznych i dzięki temu możemy lepiej poznać te stworzenia. Szczerze przyznam, tak jak i miało to miejsce przy lekturze poprzedniej części, mnie mechaniczni nieco przerażają. Szczególnie maszyny wojskowe, które brutalnie i bezwzględnie atakują wrogów. Jako broń powinni z miejsca zapewnić Holendrom podbój i zwycięstwo, jednak Francuzi również mają swojego asa w rękawie - gwardie chemików, którzy w pocie czoła pracują nad ulepszeniem kleistej substancji doprowadzającej do unieszkodliwienia wroga.
Najciekawszym wątkiem wśród tych trzech narracji był oczywiście ten z punku widzenia Jax/Daniela. Zachodzi w jego charakterze zmiana zapoczątkowana jeszcze w Mechanicznym. To świetna postać, bardzo ciekawa i rzeczywiście najbardziej absorbująca uwagę czytelnika. Moralność Jaxa/Daniela to również kwestia dość złożona, a mimo to wątek ten czyta się najlepiej ze wszystkim. Natomiast drugą ulubioną postacią, podobnie jak w części pierwszej została Berenice. Dzięki jej charakterowi w lekturę wkrada się nieco komizmu ale i przebiegłości. Owszem, momentami przekleństwa padające z jej ust drażniły, nie tym, że język stawał się zbyt wulgarny, ale padające określenia były zbyt przekombinowane i książka traciła klimat. Na szczęście nastrojem można było się napawać dzięki lekturze rozdziałów z punku widzenia Kapitana Longchampa. Podczas gdy we wcześniejszym tomie był ona postacią poboczną, tak tutaj wysuwa się na pierwszy plan. Wiemy, co dzieje się na froncie, możemy poczuć jak bardzo kiepska jest sytuacja i poobserwować zmagania Francuzów z mechanicznymi. Longchamp co prawda nie skradł mojego serca i nie wyróżniał się dla mnie jakoś ponadprzeciętnie, ale dzięki tej perspektywie pojawiło się więcej elementów batalistycznych, a co za tym idzie, krwawych.
Czytając Wojny Alchemiczne nie odniosłam wrażenia, żeby którejkolwiek ze stron należało się zwycięstwo absolutne. Niemniej jednak autor koncentruje opis batalii ukazując go z punku widzenia tylko francuskiej armii i nieco mnie to zawiodło. Tregilis przedstawia to w ten sposób - Holendrzy to źło wcielone, a biedni Francuzi muszą się bronić. Nie wierzę jednak, że Królestwu Mosiężnego Tronu wszystko idzie jak z płatka i nie zmaga się z żadnymi przeciwnościami. Niestety, w to wglądu czytelnik nie ma i muszę się na autora trochę poskarżyć. Uważam, że dużo ciekawiej wyglądałaby ta wojna, gdyby opisano ją z obu perspektyw, tymczasem obserujemy tylko sytuację ofiar wojny. Właśnie brak ukazania "obozu" Holendrów i, dla przykładu, tego np. jak starają się ulepszyć swoich klakierów, sprawia, że delikatnie się na lekturze zawiodłam. Swoje zrobił też nadal trudny w odbiorze styl autora, do którego się nie zdołałam przyzwyczaić. Toleruję go, ale np. przy scenach bitew się męczyłam i odbierało to przyjemności z lektury. Natomiast same opisy krajobrazów, czy to zalesionych, północy, czy tych zniszczonych po starciu armii były jak najbardziej na plus. Z braku głębszych rozważań moralnych czy filozoficznych historia nieco gubi (ewentualnie - zapomina) swoje przesłanie. To, co zostało powiedziane w pierwszej części nie do końca znajduje odzwierciedlenie w działaniach bohaterów, może tylko postać Jaxa/Daniela nieco kwestię tę ratuje.

Na marginesie - korekta po prostu leży. Już dawno nie czytałam niczego z taką ilością literówek, błędów, narracji nie zaczynającej się od akapitu, tylko w tej samej linijce, w której kończy się dialog. Owszem, takie rzeczy się zdarzają, ale zwróciłam na to uwagę, bo gęsto w Powstaniu od takich niespodzianek i niestety przeszkadza to podczas czytania. Oczywiście ta kwestia nie ma wpływu na moją ocenę historii, ale sama lektura została chwilami tak utrudniona, że nie mogłam tego nie skomentować. Wydawnictwo niestety nie pierwszy raz mnie na tym gruncie zirytowało, ale przy nie dawnej lekturze Królów Dary o tym nie wspominałam, Wtedy było kiepsko, ale jeszcze znośnie. W Powstaniu jest gorzej.
Moja ocena: 7/10
Wojny Alchemiczne:
1. Mechaniczny < recenzja
2. Powstanie
3. Wyzwolenie
Komentarze
Prześlij komentarz
Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.