29 czerwca 2015

Podumowanie czerwca + stos na wakacje + Dni Fantastyki we Wrocławiu i Orange Warsaw Festival


Znaczy ta część z "stosem na wakacje" to tak trochę nie do końca, bo pewnie będę czytała jakieś zaległości, ale przynajmniej dwie książki z poniższych chciałabym "zrobić" w nadchodzących miesiącach.


Od góry:
1. Dracula (Bram Stoker) - zobaczyłam to wydanie Draculi i od razu zapragnęłam zabrać je ze sobą, a kosztowało mnie bodajże 9,50? Kocham Dedalusa!
2. Sny bogów i potworów - Część 1 (Laini Taylor) - miało nie być u nas wydane, a jednak się udało, co mnie niezmiernie cieszy. Nie zacznę czytać, nim nie zdobędę drugiej części. Ten podział mnie denerwuje, ale z drugiej strony, wydawnictwo musiało jakoś przecież zarobić, skoro już się ulitowało nad czytelnikami.
3. Nomen Omen (Marta Kisiel) - Kiedyś polecano mi tą książkę. To powód pierwszy, dla którego ją zamówiłam. Powód drugi, to niska cena (coś koło 15 zł?). Powodem trzecim jest moja chęć poznania nowych polskich autorów fantasy. A fabułę osadzono w moim rodzinnym mieście, we Wrocławiu!
4. Po drugiej stronie cienia (Piotr Sender) - kolejna książka z promocji na stronie Empiku, która faktycznie kwalifikowała się do kategorii "Promocja". Co więcej, tę powieść też chciałam przeczytać, autor rodzimy, i tytuł polecany. Z resztą, miałam ochotę raz sobie zaszaleć z książkami.


5. Ponadto, co widać na zdjęciu, zdobyłam jeszcze udostępnioną przez autora za darmo elektroniczną wersję Opowieści niesamowitych. Pana Rusnaka miałam okazję poznać na zeszłorocznych Dniach Fantastyki we Wrocławiu i bardzo go polubiłam, a jego prelekcje były ciekawe. Podobno Opowieści niesamowite są dobre, a może ja przekonam się do czytania w wersji elektronicznej? Zobaczymy.




Teraz będzie podsumowanie czerwca, który wypadł lepiej, niż wypaść miał. Myślałam, że ledwie uda mi się przeczytać dwie książki, czego powodem miała być sesja, która przeszła już do historii. Wyszło więcej i w dodatku zebrałam się i doczytałam coś, co męczyłam od kilku miesięcy. A przeczytało mi się:
1. Na gorącym uczynku (Harlan Coben)
2. Pocałunek żelaza (Patricia Briggs)
3. Pies Baskerville'ów (Arthur Conan Doyle)
4. Łotr (Trudi Canavan)

Najlepszą powieścią pod kątem ocen okazał się Pocałunek żelaza, choć przyznam szczerze, że żadna z książek nie wywołała u mnie jakichś niesamowitych emocji. Łotr był dobry, ale Canavan, mimo tego, że pisze przyjemnie, nie jest w stanie doprowadzić mnie do ekscytacji lekturą. Najsłabszą powieścią okazał się Pies Baskerville'ów, dzięki któremu przekonałam się, że na razie powinnam odpuścić sobie twórczość Doyle'a, która najzwyczajniej w świecie mnie nie kręci.

Postów w czerwcu było: 7 (standard)
Recenzji pojawiło się: 3
Pojawiło się też trzech nowych obserwatorów i jest Was już 208.

Wyzwania:
Grunt, to okładka: - (znów)
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 45,9 cm + 10, 7 cm = 56,6 cm. Co oznacza, że w tym tempie, za pół roku będę miała nie wiele ponad metr przeczytane. Trzeciego podejścia do wyzwania w przyszłym roku nie robię, tym bardziej, że roboty w obliczu ostatniego roku licencjatu będzie więcej. Amen.

Co się działo w czerwcu?

KONCERTOWO
Byłam na jednym dniu Orange Warsaw Festival, bo grali Three Days Grace i Papa Roach. Na koncertach bawiłam się świetnie, a wspomnienia z tych chwil pewnie nigdy nie zanikną. I nie żałuję ani trochę, że pojechałam pomimo tego, że po koncercie miałam sześć godzin pod gołym niebem snucia się po Warszawie, bo wcześniejszy wyjazd do Wrocławia mi się nie udał i musiałam wracać zarezerwowanym na godzinę 6 Polskim Busem. Oczywiście, odespawszy eskapadę wróciłam do zasłuchiwania się w twórczości tych dwóch zespołów. "Grejsi" grali genialnie, a i obudził się we mnie sentyment do tego zespołu, bo była to jedna z pierwszych grup, które graly coś ostrzejszego i to między innymi od "Grejsów" zaczęła się moja przygoda z cięższą muzyką. Co więcej, ponownie chwalę sobie artystów, których ściągną Orange Warsaw, bo trzy lata temu również na Orange'u byłam, na moim pierwszym koncercie Linkin Park.
Co do Papa Roach - Shaddix to taki "adehadowiec" na scenie - dużo biega, dużo klnie i świetnie rapuje. Twórczość Roachów bardzo sobie cenię, pomimo tego, że poznałam ich jakoś... dwa lata temu? Jak tak zaczynam wyliczać, ile znam które zespoły, to czuję się staro. W każdym razie karaluchy uwielbiam i podobają mi się też niezmiernie ich teksty. Koncert Roachów oceniam o pół stopnia niżej, niż ich poprzedników, ale zrzucam to na karb mojego zmęczenia (po półtorej godzinnym darciu się przy Painkiller, So what i Human race czy Riot miałam tylko pół godziny na oddech). Poza tym, w nawiązaniu do Three Days Grace warto byłoby wspomnieć o nowym wokaliście, którym został Matt Walst i to jego wokal można usłyszeć na płycie Human. Koleś jest świetny. Co prawda, Adam Gontier miał trochę bardziej charakterystyczny głos, ale Matt i tak wypadł świetnie i marzy mi się najnowcza płyta Grejsów.
Wracając do Roachów - ich kawałki z płyty F. E. A. R. średnio mnie jarają, Dużo bardziej podobają mi się starsze utwory. Jako drugie na koncercie zagrali Between Angels and Insects które najzwyczajniej ubóstwiam i to dzięki temu kawałkowi zainteresowałam się zespołem.
I tak bym mogła pisać o mojej muzyce... akapity... posty... artykuły... książki...

DNI FANTASTYKI
W ostatni weekend wybrałam się na Dni Fantastyki do Leśnicy koło Wrocławia, a moja obecność na tym konwencie najpewniej przejdzie już do tradycji, bo bywam tam od trzech lat. Zaszły pewne zmiany od ostatniej edycji, ale nadal było fajnie. Po raz kolejny przekonałam się, że lubię Jakuba Ćwieka jako osobę i dowiedziałam się trochę o jego planach pisarskich i nie pisarskich. Na przykład o tym, że w świecie Chłopców zaplanował on dwie dodatkowe książki do czteroczęściowej serii, a mają to być opowieści o Kościeju oraz o Skrócie. Szczególnie mnie ta druga ciekawi i muszę koniecznie w wakacje przeczytać tom trzeci Chłopców, bo na jesień ma wyjść ostatnia część.

Ponownie mogłam gościć na panelu Simona Zacka, który już dwa razy zainteresował mnie swoimi prelekcjami, raz na pierwszym Pyrkonie, na którym byłam rok temu (znanym też jako "Ten fajniejszy Pyrkon") i na zeszłorocznym Polconie (panel o Cthulu). Tym razem udało mu się przedstawić historię gatunku fantasy i skonkretyzować czym charakteryzują się podgatunki. Na tym panelu mój stosunek do twórczości Martinia uległ pewnej przemianie, ale o tym napiszę osobny post, kiedyś w dalekiej przyszłości, jak już będę miała za sobą wszystkie wydane do tej pory części Pieśni Lodu i Ognia.

Innym fajnym panelem był prowadzony przez Jacka Komudę blok o koniach. Trochę teorii (dobrze mi znanej) i trochę faktów, o których pojęcia nie miałam. Pojawiło się też trochę anegdotek, których natura jest kwintesencją współpracy z końmi, a mowa o płoszeniu się. Bo koń może przestarszyć się wszystkiego - pnia drzewa, strumyka, szczotki, którą codziennie jest czyszczony, innego konia...

Wbiłam tylko na jeden panel o Grze o tron - taki, na którym prezentowano humorystyczne nawiązania do serialu w postaci memów i parodiujących filmików. Z jednej strony idziesz na taki panel ze świadomością, że będzie to tzw. "youtubeparty" i przeglądanie obrazków zebranych z kewjka, repostuj i innych tego rodzaju kopalnie memów. Z drugiej nie jesteś w stanie się oprzeć atmosferze, jaka zapanuje, gdy w pięćdziesiąt osób będziecie się śmiać z obrazków typu:


Nawet jeżeli suchość niektórych żartów niektórych podłamuje, to dla fanów zarówno sagi jak i serialu o Westeros to czysta frajda. Niestety, podobny panel o Władcy pierścieni nie wyszedł aż tak świetnie, bo prowadząca miała problemy z obsługą laptopa. Ja rozumiem, że nie każdy może sobie radzić z nowoczesną technologią i tak dalej, sama nie jestem fanką nie wiadomo jak ulepszonych wersji różnego rodzaju galaxy, iphone'ów i tym podobnych tworów, ale jeżeli wiadomo, że ktoś będzie prowadził panel, na którym przez sporą część czasu będzie korzystał z laptopa, to nie lepiej sobie to ogarnąć wcześniej?

Pojawiłam się też na panelu u Pani Anety Jadowskiej. Autorka Złodzieja dusz, którego nie znoszę opowiadała o policji w XIX wieku. Przyznam, że słuchało się ciekawie, a styl opowiadania i w ogóle bycia pani Jadowskiej po prostu uwielbiam. I ogromnie żałuję, że nie potrafi ona pisać, o czym przekonałam się na własnej skórze i co napawa mnie ogromnym żalem. Ale do prowadzenia prelekcji w klimacie okołofantastycznym i umiejętnego zainteresowywania słuchaczy Jadowska nadaje się świetnie. Lubię ją jako osobę, ale nie jako autorkę.

Czerwiec był intensywny, ale teraz są wakacje. A więc teoretycznie sporo czasu na czytanie i robienie rzeczy, na które w czasie roku akademickiego czasu nie znajdowałam. Lipiec zaczynam lekturą drugiej części Nawałnicy mieczy...
Na sam koniec: cytat z Psa Baskerville'ów, którego zapomniałam dopisać w poście z recenzją:

Naprawdę złym jest ten mężczyzna, którego nie opłakuje żadna kobieta.

26 czerwca 2015

Pies Baskerville'ów

Sherlocka Holmesa znają chyba wszyscy. Bohater książek Doyle'a jest lubianym motywem w popkulturze, doczekał się też serialu i filmów. Znam kilka osób, które wręcz szaleją za Sherlockiem, szczególnie tym, którego na małym ekranie odgrywa Benedict Cumberbatch. Przyznam, że trochę nie rozumiem całego tego zamieszania wokół podobno genialnego detektywa. Oglądałam filmy i mi się podobały, choć serial nie zrobił na mnie większego wrażenia. A co z książkami?

Nie jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Doyle'a, bo miałam okazję już zapoznać się z jego stylem w czasie lektury Studium w szkarłacie. Praktycznie zawsze, jeżeli czytam serię, daję autorowi drugą szansę. Podczas czytania Psa Baskerville'ów nie wszystko wypadło idealnie, a ja doszłam do pewnych istotnych wniosków...

Sherlock wraz z Watsonem angażują się w sprawę morderstwa Charlesa Baskerville'a mieszkającego na wrzosowiskach na terenie Dartmoor nieopodal Londynu. Niebawem do posiadłości przyjeżdża bratanek denata - Henry. Akcja książki z Londynu przenosi się do Dartmoor. Wraz z młodym baronetem na wrzosowiska udaje się Watson, który korespondencyjnie składa raporty swojemu przyjacielowi i zarazem partnerowi w śledztwie.

Tą niewielką powieść męczyłam przez jakieś dwa, czy trzy miesiące... Jej rozmiary sprawiły, że pomyślałam "No, to sobie machnę w kilka dni". Utknęłam gdzieś w połowie, przeczytałam kilka innych książek i dopiero wczoraj wróciłam do twórczości Doyle'a.

Śledztwo dotyczy nie tylko morderstwa, ale też pogróżek, jakie młody Baskerville dostaje po przyjeździe do Londynu. Ktoś zaklina go, by trzymał się z dala od wrzosowisk. Bohater w towarzystwie Watsona, który ma służyć mu za swego rodzaju ochronę i towarzystwo. A także za oczy i uszy Sherlocka. Jako, że wyjeżdżamy z Londynu, pana Holmesa zbyt wiele w tej części nie uświadczymy. Pozostaje on w mieście i czytając raporty przyjaciela pracuje nad sprawą. W moim odczuciu wpłynęło to trochę niekorzystnie na książkę, bo pomimo tego, że narratorem jest Watson, to Sherlock jest postacią najbardziej interesującą w powieściach Doyle'a i jego nieobecność sprawia czytelnikowi zawód. Nie jestem amatorką Sherlocka - postać jak postać, nieco się wyróżnia, ale fanatyzm innych wielbicieli detektywa mnie nie owładnął i już raczej się to nie stanie.

Pod kątem kryminalnym mamy dość prostą intrygę, której rozwiązanie jednak nieco intryguje. Zagadka związana jest z grasującym po wrzosowiskach piekielnym psie. Choć nie spodziewałam się oczywiście żadnych elementów nadprzyrodzonych, przez sporą część książki zwierze jest owiane aurą tajemnicy i przerażenia, a w połączeniu z klimatem okolicy, w której umieszczono akcję dostajemy niezły klimat pełen mroku i niepokoju. Co kilka stron Watson wtrąca klimatyczne opisy otoczenia nie zapominając o skałach i mgle. To, oprócz samego psa chyba najbardziej zapadnie mi w pamięć po lekturze - owiane mgłą wrzosowe wzgórza Dartmoor. Nie powiem, bardzo mi ten klimat przypadł do gustu.

Jak już wspominałam, narratorem jest Watson, a w książce można znaleźć listy, które wysyłał do Sherlocka, jak też fragmenty jego dziennika. Lubię takie zabiegi, zawsze doceniam fakt, że monotonna, typowa narracja na chwilę przemienia się we wpis.

Oprócz dwóch stałych bohaterów powieści Doyle'a pojawiają się postaci poboczne, jednak mimo ich nie najgorszej kreacji nie zaciekawiły mnie zasadniczo. Pojawiło się kilka dam, kilku dżentelmenów i kilka zwierzaków. Tak jestem w stanie scharakteryzować grono bohaterów.

Styl Doyle'a opornie mi wchodził. Nie przywykłam do niego w czasie czytania Studium w szkarłacie i teraz też czytałam bez większych zachwytów nad językiem, a i momentami powieść mnie męczyła. Jeżeli nie czytam fantasy, to sięgam po kryminał, I zdecydowanie, po lekturze Psa Baskerville'ów stwierdzam, że wolę ten współczesny. Oczywiście doceniam twórczość Doyle'a i biorę pod uwagę to, że książkę napisano w ubiegłym stuleciu, a i tłumaczenie wpływa na język. Ale Sherlock to chyba nie moja bajka. Nie twierdzę, że do niego nigdy nie wrócę, bo mój gust literacki bywa kapryśny, ale na razie na jednowątkowe kryminaliki z innej epoki szkoda mi czasu.

Moja ocena: 6,5/10

Autor: Arthur Conan Doyle
Wydawnictwo: Rea
Ilość stron: 261
Rok wydania: 1902 (oryginał), 2009 (to wydanie w Polsce)

Przeczytane w ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: + 1,3 cm

15 czerwca 2015

Pocałunek żelaza

Mercedes Thompson jest mechanikiem samochodowym i zmiennokształtną, która uchodzi za ulubienicę stada wilkołaków z Tri-Cities. Bohaterkę zdążyłam już nieco poznać, bo Pocałunek żelaza to trzeci tom serii Obca krew. I fakt, że dotarłam do trzeciej części musi świadczyć o tym, że jednak warto po nią sięgnąć.

Tym razem Mercedes zadziera z potężną siłą, jaką są Pradawni. Zaczyna się niewinnie, potem pojawiają się komplikacje w formie aresztowania Mrocznego kowala, a zarazem przyjaciela Mercy - Zee. Panna Thompson zostaje poproszona o użyczenie swojego nad wyraz czułego węchu w celu zidentyfikowania mordercy, który zabił kilku nieludzi w rezerwacie dla tych odmieńców. Pojawia się kilka fałszywych tropów, a zmiennokształtna Indianka wsadza swój kojoci nos w sprawy, które powinny pozostać na zawsze dla niej tajemnicą.

Nie ma sensu zbyt wielkiego, bym pisała, że Mercedes zachowuje się jak rasowa bohaterka urban fantasy. Ale właśnie to napisałam i jestem ciekawa, czy kiedyś będę recenzowała książkę z tego gatunku i nie będę musiała użyć podobnego stwierdzenia? Przecież to takie oczywiste dla urban fantasy! I tak dobrze znane, że do książek w tym klimacie żywię uczucia niemalże podobne do tych, jakie się pojawiają przy powrocie do domu. Choć ogromnie kocham fantastykę i znam ją całkiem nieźle i czuję się bardzo dobrze w tym gatunku, to jednak jego odłam w postaci urban fantasy jest moim żywiołem.

Tym razem czytając o Mercy nie natkniemy się na wampiry, co staje się miłym akcentem. Pomimo zawirowań miłosnych i niezdecydowania bohaterki w kwestii wyboru między dwoma wilkołakami, dobrze wspominam tą część. Oprócz samego gatunku, wielbię motywy wilkołacze w książkach, a i sama bohaterka nie jest irytującą do tego stopnia, żeby porzucić serię. Zauważyłam, że nawet jeżeli na początku książki Patricia Briggs umiarkowanie potrafi czytelnika zainteresować i raczej nie szaleje w kwestii władających nim uczuć, to z każdym kolejnym rozdziałem wszytsko staje się bardziej złożone. Bardzo dużo emocji możemy doświadczyć właśnie w drugiej połowie Pocałunku żelaza. Same morderstwa nie są niesamowicie skomplikowanymi zagadkami kryminalnymi, ale ciekawią natomiast ich konsekwencje dla polityki prowadzonej przez nieludzi. Jeżeli miałabym się w tym miejscu do czegoś przyczepić, to do faktu, że stanowiska władzy są dość mocno rozdrobnione i właściwie nie zawsze orientowałam, która postać na jakim szczeblu się znajduje. 

Nie są to jedyne wady, bo niestety, ale książkom Patricii Briggsa muszę postawić jeszcze dwa zarzuty. Pierwszym jest trójkąt miłosny, którego przesycenie w pierwszej części powieści i rozkminy nad wyborem partnera Mercy sprawiły, że mocno zwątpiłam w serię. Nawet się zastanawiałam, czy sięgnę po kolejny tom. Na szczęście autorce udało się wybrnąć z tego motywu w ten sposób, że nie zaniechała oczywiście całkowicie opisywania problemów miłosnych Mercy, ale zrobiła to samo, co na końcu drugiego tomu - w pewnym sensie mnie tym wątkiem zachwyciła. I zaczęłam go odbierać jako jeden z ciekawszych elementów książki, ja też jako jeden z takich... działających na moje emocje elementów książki. Bo dużo się dzieje na koniec i wybór Mercedes naprawdę nie należy do prostych, Wszystko jest złożone i pogmatwane i gdyby nie rozchodziło się o istoty nadnturalne, to pewnie bym się znudziła. Ale właśnie ta cząstka paranormalna wprowadza ten chaos i będąc na miejscu Mercy sama nie wiedziałabym, jak postąpić. Prędzej zdecydowałabym, czego nie robić.

Uciążliwość obietnicy nie zwalnia od jej dotrzymania.

Drugim zarzutem wobec trzeciego tomu Obcej krwi jest nadmiar bohaterów męskich. Gdy pojawiają się jakieś kobiety, to tylko epizodycznie, lub jako postacie drugoplanowe (Jesse, Honey, Auriel). Tak więc właściwie czytamy cały czas o Mercy i całej bandzie facetów, z którymi musi sobie ona radzić. Owszem, jedni są bardziej przychylni, a drudzy mniej. Ale nadal odczuwam silne przesycenie testosteronu w książkach pani Briggs. Jakieś zboczenie autorki? Nie wiem. Nie chcę niczego przesądzać, ale liczę na to, że w dalszych tomach pojawi się więcej dziewczyn. Tak chociaż... dla równowagi w przyrodzie.

Przypadł mi do gustu motyw z nietypowymi istotami nadnaturalnymi (kelpie, selkie) i wątek odkrywający nieco tajemnic Pradawnych. Fajnymi fragmentami okazały się wzmianki o różnorodnych artefaktach (takie rzeczy zawsze mi się podobają) i ich użyciu. Ciekawi mnie natomiast, ile zapamiętam z fabuły do czasu lektury kolejnego tomu, bo muszę przyznać, że zaczynając część trzecią słabo pamiętałam losy bohaterów z Więzów krwi. Wiem natomiast już o możliwościach autorki i nie obraziłabym się, gdyby czymś mnie jeszcze zaskoczyła, ale to, co dostałam do tej pory wystarczająco mnie również zadowala.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Patricia Briggs
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 405
Rok wydania: 2010

Seria Obca krew:
1. Zew księżyca < recenzja
2. Więży krwi < recenzja
3. Pocałunek żelaza
4. Znak kości
5. Zrodzony ze srebra
6. Piętno rzeki

Przeczytane w ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 3,0 cm)
Cytat oczywiście pochodzi z książki.

14 czerwca 2015

Muzycznie ostatnimi tygodniami


U góry zdjęcie  koncertu Three Days Grace na Orange Warsaw Festival na którym byłam w piątek. Chyba najlepsze jakie mi się udało zrobić... 
Chyba w nawyk i tradycję wejdzie publikowanie postu muzycznego w okolicach połowy miesiąca. Dzisiaj przyczłapałam z kolejną porcją muzyki, od której ostatnio jestem uzależniona. Tak, uzależnienie to dobre słowo. Szczególnie w przypadku pierwszego kawałka. Tym razem trochę mniejszy rozrzut gatunkowy. co nie oznacza, że będzie monotematycznie...

1. The Offspring - You're gonna go far, kid
Bardzo długo katowałam tą piosenkę i słuchałam jej do porzygu i odtwarzałam po dziesięć razy pod rząd. Narkotyk, uzależnienie jak wspominałam... Ale w tym przypadku terapii zdecydowanie nie potrzeba... Zanim nie nadszedł piątek i Oraneg Warsaw Festival, zasłuchiwałam się w Offspringach.


2. Kings of Leon - Use somebody
Jeden z bardziej znanych utworów tego zespołu. Zespołu, którego nie słucham, choć ten kawałek bardzo cenię za niesamowity klimat. I szczególnie jeden moment w piosence mi się podoba, a konkretnie ten chórek (?) w tle w 2:51 ;) Polecam jako bardzo klimatyczny utwór.


3. Laurel - Blue blood
W ramach odwrotu w kierunku dużo lżejszych utworów zainteresowałam się bardziej twórczością właśnie Laurel, której jeden kawałek znałam z soundtracku do Pamiętników wampirów. A w Błękitnej krwi bardzo spodobał mi się zarówno wokal jak i podkład. W przypadku żeńskich wokali to naprawdę nietypowa sytuacja, bo zwykle ich nie toleruję. Próbowałam przesłuchiwac inne utwory Laurel, ale na razie jeszcze żaden mi nie przypadł do gustu... Wybredną jestem, niestety.



4. Three Days Grace - Home
Chwilę musiałam się zastanowić, czy faktycznie ten utwór wrzucić. Bo byłam na absolutnie świetnym koncercie tej kanadyjskiej grupy muzycznej i co? I zagrali, jak na moje życzenie, same świetne kawałki, które oczywiście znałam, a więc gardło miało prze... rąbane. A potem robiło nadgodziny w czasie występu Papa Roach. Ale o tym za chwilę.
Wracając do Home, jest to utwór dla mnie bardzo... prawdziwy. Nawet jeżeli smutny, to jednak w pewnym sensie pocieszający. Uwielbiam TDG. Nie wiem czy już o tym wspominałam, ale jest to zespół do którego mam ogromny sentyment, bo był to jeden z moich pierwszych "cięższych" wykonawców, których słuchałam na początku mojego zainteresowania rockiem. Myślałam, że już do nich nie wrócę, aż tu nagle coś mnie tknęło, a potem się okazało, że będą na OWF przed Papa Roach. I wróciłam do moich Grejsów. 

No matter how hard I try, you're never satisfied...


5. Papa Roach - Between Angels and Insects
Jeden z moich pierwszych utworów tego zespołu jak też drugi utwór zagrany przez Karaluchy na koncercie, który wywołał mój nieprawdopodobny entuzjazm i wrzask. Serio, jakbym była moim gardłem, to bym mnie chyba zabiła za to, do czego je zmuszałam. Tym bardziej, że na codzień jestem raczej cicha i nie często podnoszę głos. Ale na koncertach i podczas nagrań z koncertów na których się wydzieram... cóż, czasem słychać lepiej mnie, niż wokalistę. Nie zazdroszczę ludziom, którzy koło mnie stoją, ale cóż, życie...
Ładnie się rozpisałam. Co do utworu, to go wielbię i fakt, że w głowie podczas końca semestru miałam "You just can't win" wcale nie uniemożliwiło mi zdobycia pozytywnych wpisów do indeksu. No chyba, że ten fragment tyczył się ćwiczeniowców, którzy chcieli nas usadzić. I nie wygrali...


8 czerwca 2015

Na gorącym uczynku


Książki Harlana Cobena wybieram randomowo. Nie planuję tego, po co sięgnę kolejnym razem. Tym razem trafił mi się kryminał z dość kontrowersyjnym motywem pedofilii. Bohaterką powieści jest Wendy Tynes - dziennikarka NTC, która prowadzi program w którym demaskuje przestępców seksualnych, których ofiarami padają dzieci. Wendy na portalach internetowych podszywa się nastolatki i umawia na spotkania ze starszymi mężczyznami, po czym przyłapuje ich, jak sam tytuł wskazuje "Na gorącym uczynku". Ostatnim celem Wendy staje się Dan Merecer. Jego przypadek, z biegiem czasu i wydarzeń w powieści okazuje się być nieco odmiennym i tak naprawdę przez cały czas nie wiemy, czy Dan jest winnym stawianych mu zarzutów.


Styl Cobena charakteryzuje się tym, że czyta się go naprawdę błyskawicznie. W dodatku posiadam książkę w wydaniu kieszonkowym, a więc strony są małe, czcionka standardowa (no, może jedenastka) i spora interlinia, a więc mkniemy przez kolejne rozdziały. Jednak w przypadku tej powieści mojego mistrza kryminału nie wszystko przypadło mi do gustu. I pomimo zawrotnego tempa czytania Na gorącym uczynku nie zapadnie mi na długo w pamięć.

Główna bohaterka którą opisywałam wyżej nie przypadła mi do gustu. Żywię jakąś niewyjaśnioną antypatię do reporterów i dziennikarzy, choć nikt z mediów nigdy mi się nie naprzykrzał. Co więcej, przechodziłam przez etap wyboru studiów na którym zastanawiałam się nad dziennikarstwem. Może chodzi o to, że reporterzy kreowani są na krwiożercze, wścibskie bestie, które nie cofną się przed niczym, żeby dorwać się do jakiejś sensacji. W dodatku prawie każdą reporterkę postrzegam jako chybocącą się na wysokich obcasach babeczkę w obcisłej spódnicy i z okularami na nosie, która piskliwym głosem prawi "Czy może wypowiedzieć się pan na temat ostatniej afery...". I tak też odbierałam Wendy, która często korzystała ze swojego dziennikarskiego instynktu. Postrzegam ją teraz jako kobietę o dwóch twarzach, bo w domu potrafiła być zupełnie normalną kochającą matką, która próbuje radzić sobie w życiu po przeżytej traumie.

Sama zagadka skupia się wokół zaginięcia siedemnastoletniej Hayley McWaid. Z racji wieku dziewczyny mamy sporo motywów szkolnych, typowych dla nastoletniego okresu życia. Coben porusza tutaj kwestię alkoholu spożywanego przez nieletnich. Klimat licealnego życia, swego czasu bardzo lubiany przeze mnie motyw we wszystkich książkach tym razem był mało wyrazisty. Natomiast rodzina Hayley to wzorzec typowo amerykański. Małżeństwo, trójka dzieci, każde ze swoją pasją i każde przez mamę i tatę wspierane. 

Żyjąc w tym świecie, człowiek zderza się z innymi. Tak to już jest. Zderzamy się i czasem ktoś zostaje zraniony.

To co pisze się o książkach Cobena na tyle okładki to prawda. Autor rzeczywiście podsuwa nam mylne tropy i zagadki na pozór nierozwiązywalne. Nie uważam się za jakieś niesamowicie błyskotliwego czytelnika kryminałów, który po pierwszych dziesięciu stronach będzie wiedział, kto jest ofiarą, kto mordercą i na czyje zlecenie, tudzież z zemsty za kogo. Ale czasem staram się trochę pokombinować i wybiec myślami do przodu. Miałam z dwa albo trzy scenariusze i... i żaden się nie sprawdził. Oto piękno czytania książek tego autora - proszę Cię bardzo, kombinuj ile wlezie. I tak Ci się nie uda.

Na gorącym uczynku, choć przyjemne w odbiorze nie powaliło mnie na kolana. Czytałam raczej z rozpędu, a jedyną postacią, która naprawdę mnie zaciekawiła była Christa Stockwell, o której jednak nie napiszę więcej, bo pojawia się w dość kulminacyjnym punkcie książki. Dodam tylko, że to kobieta posiadająca ogromnie dużo mądrości życiowej i godna podziwu. 

Nie twierdzę, że powieść jest zła, ale wiem bardzo dobrze, że Coben potrafi pisać lepiej. A jakby nie było, pisze bardzo dobrze i konstruuje ciekawe intrygi, które swoje źródło mają zazwyczaj w odległej przeszłości bohaterów. Dlatego nie odradzam, choć nie należy za pomocą tej książki mierzyć możliwości autora.

Chce się podzielić ludzi na wyraźne kategorie, zrobić z nich potwory lub anioły, ale to się prawie nigdy nie udaje. Trzeba radzić sobie z różnymi odcieniami szarości i to naprawdę jest nieco męczące. Skrajności są o wiele łatwiejsze.

Moja ocena: "tylko" 7/10

Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 479
Rok wydania: 2010 (oryginał), 2014 (wydanie V w Polsce)

5 czerwca 2015

Nie bądźmy jak gęsi! Dbajmy o język!

Do napisania tego posta skłoniły mnie moje własne obserwacje, które trochę mnie martwią, a trochę męczą i z każdym kolejnym wejściem na youtube'a czy też bloggera (bo kwestia jest iście blogerska) powracają ze zdwojoną siłą.

Wiemy, że panuje wszechobecny postęp. Nowinki techniczne, pędzący do przodu świat (nawet się o tym uczyłam) i globalne zjawiska zwracające uwagę ekspertów z całego świata. Jednym z podstawowych elementów życia każdego z nas jest język. Obecnie umiejętność posługiwania się tylko jednym (najczęściej ojczystym) sprawia, że wypadamy z grona jednostek interesujących na rynku pracy, a że każdy goni za pieniądzem jest to niemalże katastrofa. Wszechobecność języka angielskiego nikogo nie dziwi - w reklamach mamy hasła w mowie ojczystej mieszkańców zza oceanu, podobnie w filmach - jak nie znasz za dobrze angielskiego, musisz czytać napisy. O ile jestem w stanie zaakceptować te formy ekspansji obczyzny w naszym kraju, to czego nie jestem w stanie tolerować, to...

Angielski w literaturze, która ukazuje się na naszym rynku wydawniczym i działania "okołowydawnicze", których również po polsku się nie prowadzi.

Przykład pierwszy z brzegu z gatunku mi obcego, aczkolwiek ostatnio panującego na rynku wydawniczym - Meybe someday. Książka, która od kilku tygodni jest wszędzie i kusi zarówno opiniami, jak i okładką. Fabuła niewątpliwie zapowiada się na piękną historię (której najpewniej nie przeczytam). Tylko dlaczego tytuł jest po angielsku? Tak samo jak Hopeless. A wracając do pierwszej książki o której pisałam: czy Meybe someday brzmi o wiele zgrabniej, piękniej i bardziej zachęcająco niż "Może kiedyś"? Nie wydaje mi się. A nie wiem jak Wy, ale ja, wchodząc do księgarni i widząc książkę z tytułem w języku angielskim zlewam ją. Może to niesprawiedliwe. Może świadczy o tym, że odstraszają mnie zwroty w obcym języku (nie, nie odstraszają), może to nawet głupie. Ale dla mnie taka książką jest mniej wartościowa i ciekawa, niż piękna powieść z tytułem zapisanym w naszym ojczystym języku.
Przeglądałam stronę empiku z powieściami dla młodzieży i trafiłam też na Time Riders. Serio? "Jeźdźcy czasu" brzmi tak bardzo źle, że lepiej się nie chwalić, że w słowniku jeżyka polskiego figurują takie słowa? Rozumiem, że wydawcy chcą zdobyć czytelników również za pomocą zgrabnego, "wpadającego w oko" tytułu, ale jest jeszcze jedna ważna kwestia...

Książki są nośnikiem naszego ojczystego języka. Nie chodzi tylko o klasykę literatury. Nie tylko Sienkiewicz. Każda książka u nas wydana zawiera zapis historii w naszym ojczystym, pięknym języku. I czytelnik dzięki każdej książce poszerza zasób swojego słownictwa. A co za tym idzie, również i tytuł ma znaczenia. Bo zwraca uwagę w księgarni i decyduje o tym, co człowiek kupi i będzie czytał, a co odłoży na bliżej nie określoną przyszłość. Nie uczmy się, że to, co ma zagraniczne tytuły, jest fajniejsze. Nie przeczę, że historia faktycznie może być dobra. Ale niech będzie dobra nie dlatego, że już sam tytuł był fajny, w obcym języku.


Zdaję sobie sprawę, że nie każdy tytuł w języku polskim brzmi tak ładnie jak po angielsku. Jestem za tym, żeby wtedy trochę się wysilić, zajrzeć do słownika synonimów i coś wymyślić. Na przykład ku tej kwestii niech posłuży mi kolejna książka z rozchwytywanego ostatnio gatunku new/young adult (jestę hipokrytą. Bo gatunku to już na polski nie przełożę. Ale czytałam kiedyś o tym jakiś wpis, że tego chyba się nie da przełożyć na polski, bo u nas taka kategoria wiekowa nie figuruje). Chodzi mi o Byliśmy łgarzami. Coś zgrzyta w tym tytule, przyznaję. Oryginał to We were liars. może i wersja polskiego tłumacza wyróżnia książkę wśród innych tytułach, w których ktoś ma problemy z mówieniem prawy, a z drugiej strony "Byliśmy kłamcami" nie brzmi odstraszająco...


A teraz przyczepię się trochę do tego, co robimy my, blogerzy. Jesteśmy jedną z najważniejszych grup odbiorców wydawanych w Polsce książek. I co? I wchodząc na youtube'a lub bloggera zostaję zasypana "haulami, wrap up-ami, TBRami.." Skrót tego ostatniego rozszyfrowałam dopiero przed kilkoma kwadransami. Miło... Nie ogarniam tej idei kolokwialnie rzecz ujmując. Już popularnie kiedyś stosowane "must have" wywoływały u mnie grymas na twarzy. Co się stało ze "stosami, planami czytelniczymi i podsumowaniami"? Uważam, że jako wielcy miłośnicy książek i jako blogerzy promujący te książki w internecie powinniśmy się trzymać naszej ojczystej mowy. Że nawet, jeżeli, rzeknę z ironią, pisanie w tytule posta "podsumowanie..." nie jest cool to powinniśmy się właśnie tego trzymać. Promować nasz język i naszą kulturę i dbać o szacunek do niej i do niej zachęcać. Pokazywać, że jako osoby oczytane mamy świadomość tego, że nasz język jest piękny i najważniejszy. Że warto go pielęgnować i bronić przed wtrąceniami zza granicy. Że w dobie tweetowania, snapowania, swag i yolo są jeszcze osoby, którym radość sprawia przeczytanie książki i delektowanie się różnorodnością form funkcjonujących w języku polskim.

Może ten post miał charakter nieco... staroświecki. Ale może warto jednak wysilić się na refleksję w związku z silnymi wpływami zagranicznych formuł do naszego języka. Szczególnie, że jako książkoholicy powinniśmy stać na straży poprawnego używania polszczyzny i dbać o to, żeby język pozostał nietknięty i jedyny w swoim rodzaju, zachwycający nas i napawający dumą, że nasza mowa jest tak piękna. Nie przeczę, że znajomość angielskiego jest bardzo ważna i bez tego CV jest praktycznie bezwartościowe, ale... Ale nie we wszystkich wymiarach naszej codzienności. A literatura to ten wymiar, który powinien całkowicie oprzeć się zagranicznym wtrąceniom i przekształceniom.

A co Wy o tym myślicie? Podzielacie mój punkt widzenia, czy nie? Otwartą na krytykę jestem. Acz konstruktywną. I na dyskusje również.

1 czerwca 2015

Podsumowanie maja



Bardzo szybkie i nawet nienajgorsze jak na taki natłok nauki. Żeby nie przedłużać i móc w całości oddać się lekturze materiału na kolokwium z Teorii zmiany społecznej już spieszę donieść, że:

Przeczytałam:
1. Atramentowa krew (Cornelia Funke) < recenzja
2. Cyrk (Alistair MacLean) < recenzja 
3. Błękitny księżyc Część II (Simon R. Green) < recenzja
4. Klub siodło: Oczarowane końmi (Bonnie Bryant)

Najlepsza była Atramentowa krew, a najsłabszy koniec końców okazał się Błękitny księżyc i choć bardzo nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę to więcej po twórczość Simona R. Greena nie mam zamiaru sięgać. W dodatku tytuły numer 3 i 4 sugerują fakt, że mam taki zapieprz na uczelni, że nie mogę czytać dużych, ambitnych, wymagających książek. I może chwilę oddechu będę miała w czwartek,


Blogowo:
Postów opublikowałam: 7
Recenzji pojawiło się w liczbie: 4 (w tym jedna zaległa z kwietnia
Obserwatorów dołączyło: dwoje, bo 203 + 2 = 205 (Witam państwa!)


Dołączyły 4 książki do biblioteki, w tym jeden PDF (e-book) co do którego mam pewne obawy, bo nie znoszę czytać na kompie. Ale może to będzie takie fajne, że zapomnę, że nie jest to wersja papierowa? W każdym 

Wyzwanka:
Grunt to okładka: -
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 36 cm + 9,9 cm = 45, 9 cm (Nadal słabo. Albo jestem za wysoka, albo czytam za wolno.)


Coś jeszcze? Namiętnie tęsknię za Grą o tron, której nie mam nawet czasy oglądać (!!!), a co dopiero czytać, Dobrze, że druga połówka Nawałnicy mieczy spoczywa na parapecie u kumpeli z uczelni i nawet mnie nie nęci. Znaczy Nawałnica mieczy, nie kumpela.
Udało mi się doczytać jeszcze jedną książkę z mojego projektu sprzed dwóch lat pt. Czytam niebieskie. Brakuje mi jeszcze jednej, sporej książki do tego osobistego wyzwania i może na wakacje zrobię sobie inny kolor. Z drugiej strony mam na wakacje tyle planów czytelniczych, że najpewniej skończy się na jednym pseudo projekcie, a tak to będę czytała to, co randomowo wybiorę. 
Wracam do tych cudownych kserówek, które przecież są dużo ciekawsze, niż powieści fantasy, ja nie wiem co to w ogóle ma być to fantasy... Dobra, wiem, że nikt mi nie wierzy. Ale czasem muszę się oszukiwać.