21 maja 2016

Taniec ze smokami, część 2


W świecie stworzonym przez Martina dane mi było gościć po raz piąty i co ciekawe, dopiero przy kolejnym pełnym wydarzeń jednak dosyć już późnym tomie dojść do konkretnych wniosków na temat twórczości autora. Spoilerów nie będzie, ale o tym chyba już powszechnie wiadomo.

Do końca serii pozostały dwa tomy i widać, że Martin zabiera się, co prawda w ślimaczym tempie, ale jednak, to doprowadzenia bohaterów ku ich przeznaczeniu. Bardzo ten zabieg u niego lubię, bo kojarząc od kilku tomów konkretne lokacje mogę spekulować, w jakim kierunku pójdzie akcja, równocześnie śledząc adaptację na małym ekranie i... powstrzymywać się przed wytykaniem różnic, bo nie wszyscy jeszcze przeczytali pięć tomów Pieśni Lodu i Ognia.

Taniec ze smokami, jak już pisałam przy okazji recenzji pierwszej części, obfituje w większe niż w poprzednich tomach, pokłady fantastyki, nie ograniczając się do smoka w tytule, co w zasadzie nie koniecznie musi oznaczać przecież użeranie się z ziejącymi ogniem jaszczurami. Smokami bowiem w świecie Martina określani są też przedstawiciele rodu Targaryenów. W przypadku piątego tomu jednak pojawia się więcej elementów fantasy, co cieszy, bo dodaje smaczku wątkom politycznym.

Po Uczcie dla wron na szczęście porzucamy Królewską przystań i udajemy się w ślad za innymi bohaterami. Dopiero w drugiej części Tańca ze smokami opisane są wydarzenia dziejące się po tych z czwartej części. Pojawiają się nie tylko konflikty polityczne, ale również te na gruncie kulturowym, co szczególnie dobrze zarysowano na przykładzie sytuacji w Meereen. Wojna pięciu królów przeszła do historii, ale na horyzoncie widać nowe konflikty, a przyszłość Żelaznego tronu nadal nie jest przesądzona.

Czytało mi się ten tom trochę opornie, ale podejrzewam, że zawinił mój cięższy, bardziej napięty okres wypełniony uniwersyteckimi obowiązkami. Czytałam książkę ponad dwa tygodnie i chwilami sięgałam po nią tylko po to, żeby przewrócić zaledwie dwie, trzy kartki.

Lepiej późno, niż wcale uświadomić sobie, że Martin pisze książki zdecydowanie dla dorosłych. nie dość, że brutalne i nie pozbawione erotyki, to jeszcze w tym drugim przypadku wpasowując się w bezwzględny, pełen okrucieństwa klimat całej sagi tworząc sceny, które naprawdę potrafią zszokować. Mnie to nie przeszkadza, choć dociera do mnie powaga sytuacji. Sama nie wiem, co takiego widzę w tej sadze, może właśnie chodzi o tą bezkompromisowość w prowadzeniu poszczególnych wątków. W zasadzie nie ma w książkach Martina piękna, ewentualnie w śladowych ilościach i okraszone jakąś taką nutką grozy.

Piąty tom Pieśni lodu i ognia był świetną lekturą, która na jakiś czas zaspokoiła mój apetyt na dalsze części, bo chwilowo mam ochotę przenieść się do jakiegoś innego uniwersum. Gdybym miała pod ręką kolejną część, na pewno nie sięgnęłabym po nią od razu, choć może z ciekawości co do konsekwencji wydarzeń z bardzo konkretnego epilogu. Równocześnie chcę i nie chcę więcej, a na pewno potrzebna mi jednak chwila oddechu. Świadomą jestem jednocześnie, że mam ogromnie dużo czasu na ten oddech i to mnie martwi, bo George R. R. Martin stworzył iście narkotyczną historię i teraz jakoś nie spieszy mu się z dostarczeniem nowego towaru...

Moja ocena: 9,5/10

Pieśń Lodu i Ognia:

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci (recenzja)
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków (recenzja)
5. Taniec ze smokami, część 1 (recenzja)
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 683 + około 70 stron dodatków
Rok wydania: 2011 (oryginał i w Polsce)

12 maja 2016

Książkowe zobowiązania

Dzisiejszego wieczoru, tudzież nocy już prawie pojawi się, za chwilę, poniżej, bardzo spontaniczny tekst. Trochę o książkach, trochę o życiu, chociaż w zasadzie sama nie wiem, czym mają się wyróżniać te wstawki o życiu, którym w zasadzie jest wszystko.

Zacznę może od tego, że moja aktywność na blogu ostatnio trochę kuleje i nie mam zamiaru za to przepraszać. Owszem, stwierdziłam, że "coś" wrzucę, ale po to, żeby zasygnalizować swoje ciągłe istnienie w internecie. Chadzam po Waszych blogach, przypominam się, że jestem, a potem widzę kolejne posty i przypominam sobie, że maju miało być wielkie kończenie serii i że od prawie tygodnia niczego nie publikowałam.

Samo kończenie serii było osobistym zobowiązaniem wobec własnej biblioteczki i wobec samej siebie i na chwilę obecną nic z tego nie wyszło. Na całe szczęście powstrzymałam się przed przystępowaniem do wyzwań książkowych na ten rok, bo poległabym, a po co samej sobie robić źle, kiedy można zrobić dobrze?

Może za chwilę wykminię, do czego zmierzam...

Recenzji nie ma i na razie nie będzie. Z prostej przyczyny - czytam prawie siedemset stronicową cegłę pod tytułem Taniec ze smokami, część 2 i bez względu na to, jak bardzo uwielbiam książki Martina, to chwilowo czas przeznaczam na coś innego. Nawet nie chodzi o to, że tego czasu nie mam, bo taki stan dla mnie nie istnieje. Chodzi o to, że inaczej nim gospodaruję.

Szkoda mi trochę, że nawet zobowiązaniom wobec samej siebie nie umiem podołać, ale płakać z tego powodu nie będę. Podejrzewam, że wybrałam zły miesiąc na szalone czytanie. Zbliża się koniec semestru, dosyć lajtowego semestru, ale jednak coś się na tych studiach czasem pouczyć trzeba. Wracając zamulona (bo nie jakoś specjalnie przemęczona) koło 16-tej czasem i 18-tej godziny do domu albo padam albo nie jestem w stanie uruchomić mózgu i skoncentrować na czytaniu. Zmuszać się nie lubię, a i szkoda by było, gdyby moja percepcja zakłócona była przez znużenie dniem na uczelni.

A z półki patrzą - Dukaj, Tolkien, Wagner, Liu (pozdrowienia dla Hrosskara), Hodder i Stoker. I jeszcze kilkunastu innych autorów, jak nie ponad dwudziestu. Bardzo chciałabym już poznać wszystkie te książki, ale potrzebowałabym miesiąca na bezludnej wyspie całkowicie odcięta od świata, w którym wiecznie mam coś do załatwienia, nawet jeżeli to głupi wypad po wyniki badań.

Nie wydaje mi się jednak, że powinno pojawiać się w tym miejscu jakieś wielkie poczucie winy. Gdybym tylko trochę się postarała, mogłabym inaczej zorganizować sobie czas i jakoś wyłuskać go trochę na przeczytanie tych kilkudziesięciu stron. Nie chce mi się. Może potrzebuję się skupić i dlatego czekam na luźniejszy okres. Inna sprawa, że nie ma niczego lepszego, niż położyć się z książką po ciężkim dniu i... przysypiać po przeczytaniu kilku stron, co zdarza mi się nagminnie.

Co więcej (tutaj pojawia się wstawka humorystyczna), po prawie czterech latach blogowania stwierdziłam, że to wymaga jednak trochę zaangażowania. Pytanie tylko, czy wzrosły moje ambicje, czy jeszcze bardziej się rozleniwiłam. Tak więc konkludując, stwierdzić mogę, że czas jest, ale chwilowo chęci brak. Do czytania i pisania. Najbardziej lubię łazić po innych blogach i w ten sposób się relaksować, gromadząc informacje o książkach, które w dalekiej przyszłości przeczytam.

Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt dramatycznie. Nie przepraszam też za nic ani się nie tłumaczę, chyba tylko głośno myślę :). Podejrzewam, że chęci do czytania nabiorę po nadchodzącym weekendzie, kiedy to uczestniczyć będę w XII Dniach Fantastyki we Wrocławiu. Liczę na to, że ruszy mnie to bardziej do czytania, bo chwilowo jest średnio i to nawet nie jest kac książkowy.

6 maja 2016

Taniec ze smokami, część 1


Znów Martin gości na moim blogu i znów zachwycała się będę, bo jest czym.

SPOILERÓW BRAK.

Ogromnie żałuję, że przyszło mi czytać piąty tom sagi w tak trudnym pod kątem znalezienia wolnego czasu okresie, ale od dwóch lat już przecież końcówka letniego semestru oznacza nowy sezon Gry o tron, a co z tym idzie, lekturę kolejnego tomu. Nie wiem, co zrobię ze swoim życiem w oczekiwaniu na Wichry zimy, ale chwilowo nie jest to jeszcze moim zmartwieniem.

Akcja Tańca ze smokami ma miejsce mniej więcej w tym samym czasie, co akcja poprzedniego tomu, tylko przyglądamy się bohaterom, których w Uczcie dla wron zabrakło, tak więc powracamy do przygód Daenerys, Jona i Tyriona. Cała trójka znów musi sobie jakoś poradzić w trudnych czasach, jakie nastały. Saga Lodu i Ognia ma mieć części siedem, tak więc nie widać na horyzoncie jeszcze, żeby ktokolwiek zbliżał się do ostatecznego finału, ale nie ulega wątpliwości, że część piąta zmienia nieco pozycję najważniejszych graczy. Zagrożenia, nowe siły i nieustające wątpliwości to dla czytelnika chleb powszedni, ale niektóre postacie, do tej pory nie muszące sobie radzić z takimi problemami stają w obliczu trudnych decyzji. U Martina świetne jest to, że nawet, jeżeli jeden wątek chwilo trochę nudzi, to trzy inne na nowo wzbudzają zainteresowanie i jesteśmy w stanie praktycznie bezboleśnie (oczywiście tak bezboleśnie, jak to możliwe w Pieśni Lodu i Ognia) znieść momenty przestoju. 

Jestem pod wrażeniem tego, że pomimo kolejnej dawki śmierci, brutalności i bezwzględności jestem w stanie odczuwać emocje w związku z nowymi wydarzeniami. Co więcej, biorąc pod uwagę, że jestem na bieżąco z serialem, mogę wysnuwać nowe teorie i próbować odgadnąć, jak wyłapane różnice mogą rzutować na dalszą część historii.

Martin w tym tomie zafundował taką niespodziankę, że nie mogłam z szoku wyjść przez chyba kilka kolejnych dni po dowiedzeniu się TEGO. Pierwszy raz jakaś książka zaskoczyła mnie do tego stopnia i nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na to, co będzie dalej.

Pisałam o tym, że jedne wątki są ciekawsze, z inne zdecydowanie mniej, prawda? Z początku rozdziały z Daenerys mnie denerwowały, ale nieoczekiwanie Bran wynagrodził mi te niedogodności. Jon jak zwykle stanął na wysokości zadania, a i Tyrion dorzucił swoje trzy grosze, żebym mogła zapomnieć o tym, jak to Matka smoków zaczęła z lekka irytować.

W Tańcu ze smokami mamy zdecydowanie więcej, a takie przynajmniej odniosłam wrażenie, elementów fantasy, co cieszy jeszcze bardziej, bo przy poprzednich dwóch częściach można z łatwością było zapomnieć, że czyta się właśnie ten gatunek. Oczywiście pomijając fakt, że historia dzieje się w stworzonym przez autora królestwie.

Wiele wydarzeń ma miejsce poza Westeros i w zasadzie nie mam na ten temat zdania, znaczy nie uważam tego ani za wadę ani też za jakąś wybitną zaletę. Ale wiem doskonale, że gdyby przyszło mi czytać tylko o Westeros, to marzyłabym o jakimś wątku "zagranicznym", że się tak kolokwialnie wyrażę. Niechaj więc zostanie, jak jest. Na szczęście, w tomie pierwszym nie ma nudnego dla mnie wątku Dorne, choć teraz, przy okazji tomu drugiego już się on pojawia i nic więcej na razie nie powiem. Zabrakło mi też trochę rozwoju akcji na Żelaznych wyspach, ale to nic nowego, bo ja przy tych cegłach Martina zawsze jestem niecierpliwa i chcę, żeby wszystko zadziało się "już", przy czym po fakcie i tak zachwycam się nie tylko niesamowitymi wydarzeniami, ale też tym, że nim do nich doszło i tak delektowałam się lekturą.

Finał, czyli półmetek całości nieźle mnie ruszył emocjonalnie, nawet się łzy w mych oczach pojawiły, ale ja tak zawsze, jak jakiś nowy brat z Nocnej straży składa przysięgę. Nie zabrakło również kilku elementów komicznych, błyskotliwych i porywających dialogów i oddechu od wydarzeń w Królewskiej przystani.

Pełna obaw i płonnych nadziei przystępuję do lektury części drugiej tego niebezpiecznego tańca, a gdybym "aktowi pierwszemu" miała wystawić ocenę, dobrze wiecie, jaką bym postawiła.

Ludzie przez całe życie są uwięzieni w wiecznej teraźniejszości, między mgłami przeszłości a morzem cienia, które jest wszystkim, co wiemy o przyszłych dniach.

Pieśń Lodu i Ognia:

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci (recenzja)
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków (recenzja)
5. Taniec ze smokami, część 1
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 630
Rok wydania: 2011 (oryginał i polskie wydanie)

5 maja 2016

Jeden z najpiękniejszych koncertów, na jakich byłam - Within Temptation (Wrocław, 1.05.2016 r.)

Pewnie nie raz zostało to już przemycone wśród innych treści, jakie pojawiały się na blogu, ale powtórzę - kocham muzykę na żywo. Jeżeli oprócz książek mam na coś wywalać kasę, to są to koncerty. Nie po raz pierwszy z okazji Gitarowego Rekordu Guinessa (w którym udziału nie brałam, bo grać umiem tylko na nerwach) do Wrocławia zostały zaproszone gwiazdy muzyki światowej, a że w tym roku stolica Dolnego Śląska jest również Europejską Stolicą Kultury wszystkie sezonowe imprezy odbywają się z większym przytupem. Z okazji 1 maja zorganizowano w wrocławskiej Hali Stulecia koncert gwiazd i zaproszono między innymi Within Temptation.


Od razu wspomnieć chciałam o dwóch rzeczach - po pierwsze, na dłuższą metę damski wokal mnie męczy, a i sam holenderski zespół znanym mi był, miałam kilkanaście utworów zgranych, ale nigdy nie należał do czołówki, której słucham na co dzień. Niemniej jednak na sam koncert pójść chciałam, choć z początku bardziej interesował mnie support.

Jak na koncert wykonawcy, którego tekstów za dobrze nie znam, a jak już to szczątkowo, gardło nieźle miałam zjechane. Przypłaciłam z resztą tę atrakcję jakimś przeziębieniem czy też lekkim zapaleniem krtani, ale to nie tylko z racji nieustannego "śpiewu". Ani trochę nie żałuję tego, że postanowiłam się wybrać występ Within Temptation.

Muzyka na żywo to jest moja osobista, zupełnie legalna substancja odurzająca. Będąc na koncercie zapominam całkowicie codzienności, o wszystkich troskach, obowiązkach, planach. Na te cudowne półtora godziny mnie nie ma.

źródło
Spodziewałam się dobrego widowiska, ale nie spodziewałam się aż tak dobrego widowiska i w dodatku pięknego widowiska. Na żywo głos Sharon Den Adel zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale nie tylko on, ale też sama wokalistka. To jest niesamowite, że obcy człowiek z zagranicy wychodzi na scenę i śpiewa, a ja, znajdując się w odległości kilkudziesięciu metrów od sceny jestem w stanie zapałać do tej osoby ogromną sympatią. Nie każdemu wykonawcy się to udaje, ale Sharon jak najbardziej. Specjalnie na prośbę polskich fanów (w których poczet do tej pory się nie wliczałam, ale nie umiem w chwili obecnej bez uwielbienia myśleć o WT) zagrano The Last Dance, utwór posiadający w sobie taką magię, że trudno to opisać, szczególnie grany na żywo. Doskonale bawiłam się na Faster, What have you done i And we run, a słuchając Whole world is watching, o którym będzie za chwilę, prawie się popłakałam.

Sama scena też robiła wrażenie, bo oprócz telebimów w tle była ustawiona grafika z płyty z 2014 - Hydry, co widać na zdjęciu.

W kwestii Whole world is watching - bardzo po cichu liczyłam na to, że pojawi się Piotr Rogucki i na żywo wykona wraz z Sharon ten utwór. Sharon przepraszała z to, że Piotr nie mógł się pojawić, wykonała piosenkę sama i wyszło równie świetnie, tak bardzo, że łza zakręciła mi się w oku.


Od koncertu minęły cztery dni, a ja dalej się na myśl o występie uśmiecham, w duchu sobie wzdycham, bo to było po prostu piękne. Scenicznie, wokalnie, muzycznie w każdym aspekcie. Sharon miała dwa piękne stroje, na scenie cały czas biegała, gestykulowała i pozdrawiała publikę. Po takim koncercie nie można wyjść nie usatysfakcjonowanym, a moje obawy w odniesieniu do zmęczenia damskim wokalem okazały się zbędne. Było pozytywnie, magicznie i urzekająco. Rzadko to mówię o koncertach - było pięknie, Dla mnie zwykle koncerty są zajebiste, epickie, ale w kategoriach piękna nigdy ich nie postrzegałam, co najwyżej pojedyncze balladowe utwory. A teraz byłam świadkiem czegoś, co skradło mi serce.