6 maja 2016

Taniec ze smokami, część 1


Znów Martin gości na moim blogu i znów zachwycała się będę, bo jest czym.

SPOILERÓW BRAK.

Ogromnie żałuję, że przyszło mi czytać piąty tom sagi w tak trudnym pod kątem znalezienia wolnego czasu okresie, ale od dwóch lat już przecież końcówka letniego semestru oznacza nowy sezon Gry o tron, a co z tym idzie, lekturę kolejnego tomu. Nie wiem, co zrobię ze swoim życiem w oczekiwaniu na Wichry zimy, ale chwilowo nie jest to jeszcze moim zmartwieniem.

Akcja Tańca ze smokami ma miejsce mniej więcej w tym samym czasie, co akcja poprzedniego tomu, tylko przyglądamy się bohaterom, których w Uczcie dla wron zabrakło, tak więc powracamy do przygód Daenerys, Jona i Tyriona. Cała trójka znów musi sobie jakoś poradzić w trudnych czasach, jakie nastały. Saga Lodu i Ognia ma mieć części siedem, tak więc nie widać na horyzoncie jeszcze, żeby ktokolwiek zbliżał się do ostatecznego finału, ale nie ulega wątpliwości, że część piąta zmienia nieco pozycję najważniejszych graczy. Zagrożenia, nowe siły i nieustające wątpliwości to dla czytelnika chleb powszedni, ale niektóre postacie, do tej pory nie muszące sobie radzić z takimi problemami stają w obliczu trudnych decyzji. U Martina świetne jest to, że nawet, jeżeli jeden wątek chwilo trochę nudzi, to trzy inne na nowo wzbudzają zainteresowanie i jesteśmy w stanie praktycznie bezboleśnie (oczywiście tak bezboleśnie, jak to możliwe w Pieśni Lodu i Ognia) znieść momenty przestoju. 

Jestem pod wrażeniem tego, że pomimo kolejnej dawki śmierci, brutalności i bezwzględności jestem w stanie odczuwać emocje w związku z nowymi wydarzeniami. Co więcej, biorąc pod uwagę, że jestem na bieżąco z serialem, mogę wysnuwać nowe teorie i próbować odgadnąć, jak wyłapane różnice mogą rzutować na dalszą część historii.

Martin w tym tomie zafundował taką niespodziankę, że nie mogłam z szoku wyjść przez chyba kilka kolejnych dni po dowiedzeniu się TEGO. Pierwszy raz jakaś książka zaskoczyła mnie do tego stopnia i nie pozostaje nic innego jak tylko czekać na to, co będzie dalej.

Pisałam o tym, że jedne wątki są ciekawsze, z inne zdecydowanie mniej, prawda? Z początku rozdziały z Daenerys mnie denerwowały, ale nieoczekiwanie Bran wynagrodził mi te niedogodności. Jon jak zwykle stanął na wysokości zadania, a i Tyrion dorzucił swoje trzy grosze, żebym mogła zapomnieć o tym, jak to Matka smoków zaczęła z lekka irytować.

W Tańcu ze smokami mamy zdecydowanie więcej, a takie przynajmniej odniosłam wrażenie, elementów fantasy, co cieszy jeszcze bardziej, bo przy poprzednich dwóch częściach można z łatwością było zapomnieć, że czyta się właśnie ten gatunek. Oczywiście pomijając fakt, że historia dzieje się w stworzonym przez autora królestwie.

Wiele wydarzeń ma miejsce poza Westeros i w zasadzie nie mam na ten temat zdania, znaczy nie uważam tego ani za wadę ani też za jakąś wybitną zaletę. Ale wiem doskonale, że gdyby przyszło mi czytać tylko o Westeros, to marzyłabym o jakimś wątku "zagranicznym", że się tak kolokwialnie wyrażę. Niechaj więc zostanie, jak jest. Na szczęście, w tomie pierwszym nie ma nudnego dla mnie wątku Dorne, choć teraz, przy okazji tomu drugiego już się on pojawia i nic więcej na razie nie powiem. Zabrakło mi też trochę rozwoju akcji na Żelaznych wyspach, ale to nic nowego, bo ja przy tych cegłach Martina zawsze jestem niecierpliwa i chcę, żeby wszystko zadziało się "już", przy czym po fakcie i tak zachwycam się nie tylko niesamowitymi wydarzeniami, ale też tym, że nim do nich doszło i tak delektowałam się lekturą.

Finał, czyli półmetek całości nieźle mnie ruszył emocjonalnie, nawet się łzy w mych oczach pojawiły, ale ja tak zawsze, jak jakiś nowy brat z Nocnej straży składa przysięgę. Nie zabrakło również kilku elementów komicznych, błyskotliwych i porywających dialogów i oddechu od wydarzeń w Królewskiej przystani.

Pełna obaw i płonnych nadziei przystępuję do lektury części drugiej tego niebezpiecznego tańca, a gdybym "aktowi pierwszemu" miała wystawić ocenę, dobrze wiecie, jaką bym postawiła.

Ludzie przez całe życie są uwięzieni w wiecznej teraźniejszości, między mgłami przeszłości a morzem cienia, które jest wszystkim, co wiemy o przyszłych dniach.

Pieśń Lodu i Ognia:

1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci (recenzja)
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków (recenzja)
5. Taniec ze smokami, część 1
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 630
Rok wydania: 2011 (oryginał i polskie wydanie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.