1 marca 2016

Uczta dla wron, część 1: Cienie śmierci


Wroną nie jestem, ale na ucztę przyszykowaną przez George'a R. R. Martina wybrałam się chętnie. Powrót do świata Pieśni Lodu i Ognia okazał się czymś na kształt powrotu w rodzinne strony. Nawet, jeśli niegościnne, niebezpieczne i rojące się od intrygantów. Znane lokacje, postacie i wydarzenia z poprzednich tomów zrobiły swoje. Z uśmiechem przewracałam kartki, a nawet nieco nudniejsze fragmenty nie działały mi na nerwy.

Spoilerów nie zamieszczę. Można czytać nie znając serii.

Po Nawałnicy mieczy i wydarzeń oraz opiniach o czwartym tomie sagi spodziewałam się spowolnienia akcji. W dodatku to, o czym wiedziałam już wcześniej, czyli brak rozdziałów z Jonem, Tyrionem i Daenerys nie zachęcały do lektury. Nadszedł jednak już prawie przełom zimy i wiosny, a to oznacza jedno - niebawem nowy sezon serialu. Tym razem chciałam przed premierą pierwszego odcinka mieć za sobą wszystkie wydane tomy i zabrałam się odpowiednio wcześnie za  nadrabianie. Z mieszanymi uczuciami, które szybko przeminęły, bo przecież Martin tak świetnie pisze!

W Uczcie dla wron duża część akcji skupia się na Królewskiej przystani. Posłużę się wygodnym "po wydarzeniach z poprzedniego tomu". A zatem po wydarzeniach z poprzedniego tomu i sporym uszczupleniu grona ważnych bohaterów umacnia się pozycja Cersei. Jest to bohaterka w większości wzbudzająca niechęć z racji swojej intryganckiej natury i skłonności do zagrywek o wątpliwej moralności. O ile do tej pory wyklinałam na nią wszelkimi możliwymi epitetami, o tyle w tym tomie była jedną z najciekawszych i najbardziej lubianych przeze mnie postaci. Sama się zdziwiłam zmianą stosunku do niej, ale pomimo tego, że nadal w kieszeni otwiera się przysłowiowy scyzoryk przy lekturze poczynań lannisterskiej lwicy, to jeszcze człowiek się uśmiech i myśli "No, to teraz będzie...". Przyznam, że pomimo tych wszystkich okropności z poprzednich tomów jestem skłonna pogodzić się z przeszłością i może nie tyle... kibicować Cersei, co z zaciekawieniem obserwować jej kolejne posunięcia.

Martwą historię spisuje się inkaustem, a żywą krwią.

Kolejnym wątkiem, którego wprowadzenie było nowością ze trony Martina to rozwinięcie akcji na Żelaznych wyspach. W tym tomie dostajemy nawet osobną mapkę, która ułatwia nam wyobrażenie sobie tych rejonów. Moim ulubieńcem został Victarion Greyjoy i to nie tylko z powodu fajnego imienia. I długich czarnych włosów, ale to i tak świadczy na jego korzyść. W każdym razie na Żelaznych wyspach wątek polityczny wzbudza ciekawość i mam nadzieję, że korzystnie rozwinie się w drugiej połowie Uczty dla wron.

Nigdy nie brakowało ludzi, którym łatwiej przychodziło składanie przysiąg niż ich dotrzymywanie.

Z postaci znanych z poprzednich tomów jest Arya i Sansa, które nie należały nigdy do grona moich ulubionych. Nawet zainteresowanie Littlefingerem (obecnym w rozdziałach z Sansą) w moim przypadku zmalało, ale nie twierdzę, że całkowicie zanikło. Ogólnie małe Starkówny nie są aż tak absorbujące, ale zobaczymy, czy jakieś szczególne zmiany zajdą w dalszej części tego tomu. Znaczy, nie oszukujmy się, widziałam piąty sezon i wiem, co spotka obie dziewczęta, ale nie oznacza to, że bez kompletnego zainteresowania będę śledziła ich wątki, choć czemu, to nie powiem.

W poprzednich tomach elementy o charakterze egzotycznym zapewniała Daenerys. Jej wątek był takim pięknym, tajemniczym kulturowo kontrastem dla akcji toczącej się w typowo charakteryzowanym na średniowieczne Westeros. W tym tomie pałeczkę na chwilę przejmuje ród Martellów, którzy też spiskują. Z jednej strony spodobało mi się, że nieco poznałam południe Westeros i panujący tam klimat, a z drugiej niestety zabrakło mi tam bohatera, który w jakiś sposób zyskałby moją bezgraniczną sympatię lub chociażby fascynację. Doran był w miarę w porządku, Arianne też, Żmijowe Bękarcice owszem, najciekawsze, ale i najrzadziej się pojawiały. Potrzebuję więcej, żeby mocniej się w ten motyw wciągnąć. Pomimo tego, że wiem, w którą stronę to zmierza...

Więcej ciekawych i mniej ciekawych wątków opisywać już nie będę. Całokształt rysuje się jak najbardziej na plus. Otwierałam książkę, w głowie włączała mi się ścieżka dźwiękowa z serialu i pochłaniałam kolejne rozdziały. Uwielbiam styl pisania Martina, zdecydowanie bogaty, wymagający odrobiny skupienia i błyskotliwy. Stwarza takie postacie, że nie jesteśmy w stanie do końca określić, czy dany bohater zasługuje całkowicie na nienawiść lub sympatię. Owszem, ten tom wygląda nieco inaczej, niż poprzednie, a i trupów jak na razie za wiele nie ma. Pozostawiam bez oceny (którą wystawię po przeczytaniu Sieci spisków), szczęśliwa z powrotu do Westeros i głodna kolejnej porcji intryg i niebezpieczeństw.

Tytuł oryginału: A Feast of crows
Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 509
Rok wydania: 2005 (oryginał), 2006, 2012 (w Polsce)

Pieśń Lodu i Ognia:
1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków
5. Taniec ze smokami, część 1
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.