21 września 2017

Mistrz i Małgorzata

Poniższe akapity to raczej nie recenzja, a garść przemyśleń i odczuć, które wiążą się z lekturą.

Tośmy się z Bułhakowem nie dogadali. Sięgając po Mistrza i Małgorzatę i wiedząc, jakie opinie krążą o tym klasyku nad klasykami nie nastawiałam się na lekturę tak... męczącą. Przynajmniej przekonałam się o tym, że w liceum miałam nosa i zupełnie instynktownie, oszczędzając sobie tych mąk, jakimi było czytanie, porzuciłam plan zapoznania się z dziełem rosyjskiego pisarza. Inna sprawa, że miałabym teraz idealne wyjaśnienie tego, dlaczego nie wsiąkłam w Mistrza i Małgorzatę. Tym czasem jedyny wniosek, jaki jestem w stanie wysnuć to ten, że po prostu twór Bułhakowa do mnie nie przemówił.

Ale że w ogóle nic? Ale jak to? Mistrz, Małgorzata, tyle bohaterów, kot, szatan, Rosja, szaleństwo...? No właśnie... nic. Rozważałam kwestię tego, czy nie sięgnęłam po książkę po prostu w złym momencie, ale wydaje mi się, że moment był dobry jak każdy inny. Nie wydaje mi się też, żebym była nie wystarczająco dojrzała do lektury, bo czytałam już trudniejsze książki i nawet jeśli nie do końca łatwo się je czytało, to potrafiłam się jakoś w nich odnaleźć, znaleźć jakąś cząsteczkę, dzięki której udawało mi się z lektury cokolwiek dla siebie wyciągnąć. Tymczasem proza Bułhakowa, pełna chaosu, obfita w bohaterów (co raczej nie powinno nastręczać aż takich problemów) i mnóstwo niesamowitości (dosłownie) mnie nie porwała. Styl autora, pomimo tego, że nie należał do najtrudniejszych, z jakimi miałam styczność wydawał mi się niewygodny w odbiorze. Nie dało się płynnie brnąć przez fabułę, nie dało się w ogóle w nią w ciągnąć od tego zacznijmy. W pierwszej połowie książki większą tolerancję wykazywałam podczas fragmentów z Piłatem, natomiast brnąc przez kolejne rozdziały czekałam i czekałam, aż w końcu "zaskoczę" i nie będę odkładała książki z ulgą, a ze smutkiem, ale nie zdarzyło się to przez całe czterysta dziewięćdziesiąt stron.

Żaden z bohaterów nie nie urzekł. Żadna ze scen nie wywołała we mnie jakichkolwiek emocji. Żaden opis nie wzbudził sympatii do dziwacznego stylu i z tego wszystkiego wnioskuję, że bez względu na to, jak chwalona wszędzie jest ta powieść ja i tak nie mam powodów do tego, by się nią zachwycać. Nie wykluczam natomiast, że dam jej jeszcze kiedyś szansę w bliżej nie określonej (ale na pewno odległej) przyszłości i może wtedy choć w minimalnym stopniu zrozumiem, z jakim arcydziełem mam do czynienia. Ale jak na razie - po prostu nie.

Gwoli ścisłości - rozumiem, z jakich powodów książka może się podobać. Rozumiem, ale sama tego nie czuję, więc trójkę wystawiam tak, by jednak jakąś ocenę postawić i nie zasłaniać się jej brakiem.

15 września 2017

Zostań przy mnie

Co takiego łączyć może idealne (choć nie zawsze) życie amerykańskiej pary z dwójką dzieci, pasjonata fotografii zarabiającego na życie jako fotoreporter i zbrodnię sprzed siedemnastu lat? Pozornie raczej ciężko znaleźć jakiś wspólny mianownik, ale Harlan Coben udowadnia, że jednak jest to możliwe. Ten autor już nie raz zaskoczył mnie swoimi pomysłami na maksymalne powikłanie wątków, próbował nie raz wywieść w pole (i mu się udawało) i to właśnie dzięki niemu bardziej zainteresowałam się thrillerami. Akurat Zostań przy mnie może nie uplasuje się w moim osobistym rankingu w czołówce, aczkolwiek kilka mocnych stron ta powieść jak najbardziej posiada.

To Megan prowadzi wspomniane wyżej sielskie życie wraz z mężem i to ona stara się nie dopuścić do tego, by jej rodzina dowiedziała się czegokolwiek o jej przeszłości. Problem z przeszłością polega na tym, że ona zawsze jest i nie raz nie dwa o sobie przypomina. Można albo przed nią uciekać albo spróbować się z nią zmierzyć i właśnie tą drugą opcję wybiera Megan. Pomimo posiadania kochającej rodziny wraca do klubu, który kiedyś był jak jej drugi dom (a może i pierwszy) i postanawia zaangażować się w sprawę zaginięcia pewnego mężczyzny. Sprawę prowadzi detektyw Broome, który obiecuje nie wplątywać Megan w sprawę i poprzestać na uzyskaniu od niej kilku informacji. Jak to w powieściach Harlana Cobena, rzecz szybko się komplikuje i nasza bohaterka zostaje pozbawiona drogi odwrotu.

Pomimo tego, że co jakiś czas po twórczość Cobena sięgam i to z przyjemnością nie dzierży on zaszczytnego tytułu mistrza gatunku, przynajmniej w moim prywatnym rankingu. Ma na koncie sporo powieści, ja sama nie zapoznałam się jeszcze nawet z połową, a mimo to coraz lepiej wiem, czego po autorze się spodziewać. Sięgam po jego powieści bez zachowania chronologii, a co za tym idzie, nie do końca jestem w stanie wyłapać niuanse w zmianie stylu czy też konstruowaniu fabuły. Jedno wiem na pewno - nawet jeśli sama wymyślę jakiś prawdopodobny scenariusz, który mógłby być rozwiązaniem zagadki, Coben i tak zrobi to po swojemu. W takich powieściach jak Mistyfikacja, Klinika śmierci, czy Już mnie nie oszukasz dawałam wodzić się na nos i podobało mi się to, w jaki sposób pozwoliłam się autorowi nabrać. Natomiast w przypadku Zostań przy mnie mam wrażenie, że przeciągnie rozwiązania i podanie tak sporej ilości ślepych uliczek zostało trochę gorzej wyważone. Jak najbardziej da się odczuć napięcie, ale chwilami fakt, że od wyjaśnienia zagadki dzielił mnie już krok i nadal go nie uzyskiwałam zaczynał mnie trochę drażnić.

W Zostań przy mnie po raz kolejny doświadczyć można bardzo dobrej kreacji tła, na którym rozgrywa się główna intryga. Każda z postaci uwikłana jest w różnego rodzaju relacje, które zostały realistycznie zapoczątkowane, a autor nie pomija kreślenia ich przebiegu, gorszych i lepszych momentów. Uznać mogę nawet, że jest to powieść w dużej części obyczajowa, co odczułam dużo mocniej niż w przypadku poprzednich powieści. Jak zwykle pojawia się kontrast między cudownym, nieskazitelnym życiem i próbującą wszystko zburzyć powracającą przeszłością. Co do samej przeszłości - motyw ze striptizerkami, paserami, tancerkami egzotycznymi byłby dużo bardziej wiarygodny, gdyby autor nie pominął najbrutalniejszych zagadnień zwrotami typu "robił jej takie rzeczy, że nawet nie chcesz, bym przytaczała szczegóły". Choć wynagradza to uchybienie w jakimś stopniu wątek psychodelicznej pary o przydomkach Ken i Barbie. Charakterystyka tych postaci została całkiem dobrze nakreślona, motywy ich działania i psychologia to jeden z najciekawszych aspektów powieści.

Jak to bywa z twórczością Harlana Cobena, przez powieść dosłownie mknęłam. Przerzucałam kartki czytając w błyskawicznym tempie i nawet jeśli nie do końca związałam się z którymkolwiek z bohaterów, to i tak chciałam znać szczegóły dotyczące zniknięć, zarówno tego najświeższego jak i tych z przeszłości. Natomiast emocjonalnie w los bohaterów się nie zaangażowałam, bo praktycznie nie było w co się angażować. Ot i obrazki znane z seriali, których maraton można sobie fundnąć jesienne wieczory przed telewizorem.

Zostań przy mnie okazało się powieścią przyzwoitą, w pewnym sensie wciągającą, ale czytywałam lepsze tytuły spod pióra autora. Ogólnie dostałam to, czego spodziewałam się po innych jego książkach i raczej nic ponad to. Polecić mogę tę lekturę na wakacje - lekka, można by rzec niezobowiązująca, a jednak nieco zmuszająca szare komórki do pracy. I tak wracać będę do tego autora, bo cenię sobie jego twórczość i żywię wobec niej sentyment, a do tego wierzę, że jeszcze nie raz może mnie zaskoczyć.

Moja ocena: 6,5/10

11 września 2017

Palimpsest


Nieczęsto. Po prostu nieczęsto, jeżeli w ogóle więcej niż raz trafia się książka taka, jak ta. Już dawno w swoich dłoniach nie miałam tytułu, który tak zwinnie wymykałby się wszelkim możliwym określeniom i udowadniał, że istnieją jeszcze autorzy, których twórczość ciężko zaszufladkować. Mogę oczywiście po krótce przytoczyć fabułę, jak to mam w zwyczaju w swoich recenzjach, ale będzie to raczej mało miarodajny obraz tego, jak niezwykłą powieść stworzyła Catherynne M. Valente. Autorka bowiem pisząc o dwóch rzeczywistościach, tej naszej i tej, do której droga prowadzi poprzez cielesne obcowanie z człowiekiem posiadającym fragment mapy na ciele sprawiła, że każdą kolejną kartkę książki przerzucałam przepełniona zachwytem.

Od dawna chciałam sięgnąć po Palimpsest. Ogólnie czaiłam się na serię wydawniczą Uczta wyobraźni, którą wydaje Mag, a właśnie ten tytuł zaplanowałam sobie jako pierwszy, na spróbowanie. Spodziewałam się, że trafię na powieść dobrej jakości, ale nie sądziłam, że styl autorki aż tak przypadnie mi do gustu. Od razu warto zaznaczyć, że książka nie należy do najłatwiejszych i należy czytać utrzymując cały czas skupienie, bo potem od nadmiaru bodźców, lokacji czy bohaterów można trochę się zamotać, tym bardziej, że skaczemy między dwoma światami.

W roli bohaterów autorka obsadziła cztery osoby, które żyjąc w świecie realnym coś utraciły. Przenosząc się do Palimpsestu odkrywają sekrety tego niesamowitego miejsca, w którym każde z nich ma do odegrania pewną rolę. Dla jasności - nie jest to powieść z klasycznie poprowadzoną fabułą, w której grupka bohaterów ma do wypełnienia misję. O, nie. W zasadzie jest to motyw tak wyekspolatowany w literaturze fantasy, że mnie nuży, a w przypadku Valente w ogóle nie zawuażyłam, żeby powielały się jakiekolwiek schematy. Te cztery postaci to bilet do pełnej cudów i niesamowitości krainy, z której zarówno bohaterowie jak i czytelnik nie chce odchodzić.

Tak jak wspominałam, Palimpsest nie należy do najłatwiejszych lektur, choć mnie zahipnotyzował już w pierwszym rozdziale. Nie przeczę jednak, że styl Valente nie każdemu może przypaść do gustu. Opisy, których wiele są napisane bardzo kwiecistym językiem, bogatym w epitety i frazy wymagające użycia wyobraźni. Jeżeli jednak nasza wyobraźnia została już trochę w tej fantastyce potrenowana, wtedy Palimpsest staje się dla niej nie wyzwaniem, a ucztą...

Ten język książki momentami może zdrażnić. Nawet ja, urzeczona piórem Valente sporadycznie stwierdzałam, że przedobrzyła, że mogła sobie to jedno, czy dwa poetyckie porównania podarować, natomiast mieści się to w granicach normy. Fabuła poprowadzona jest w dosyć równym tempie, wszystkiego dowiadujemy się w swoim czasie i nawet liczyć można na kilka ciekawych zwrotów akcji. Na pewno wrażenie robi wyobraźnia autorki, której owoce uzależniają czytelnika od lektury. Do tej pory pamiętam, jak przewracając stronę liczyłam na "Epilog", a dostałam "Podziękowania". I chciałam od razu powrócić do pierwszej strony i czytać od nowa.

Po Palimpsest jak najbardziej warto sięgnąć, dać mu szansę i przy lekturze kolejnych rozdziałów zakochiwać się w stylu i pomysłach Valente. To książka jedyna w swoim rodzaju, natomiast ja z uśmiechem spoglądam na półkę, na której stoją jeszcze trzy jej książki. I jeszcze we wrześniu wychodzi kolejna...

Moja ocena: 8,5/10

31 sierpnia 2017

Mój sierpień


Tak strasznie szybko zleciał, że po prostu tego nie ogarniam. Dopiero zaczynałam przyzwyczajać się do lata, rozmyślać o tym, jak wykorzystać chwile dobrej pogody (nie udało się i nie mam na myśli rozmyślania), a już na horyzoncie pojawiają się pierwsze przebłyski jesieni.

Czytelniczo, dzięki przedłużonemu weekendowi mogłam poszaleć. Udało mi się zapoznać z aż sześcioma tytułami, co więcej, znów zajrzałam do biblioteki, w której walczyłam, żeby zminimalizować listę wypożyczanych książek do dwóch. Zrobiłam też spore zakupy.

Jako studentka mam jeszcze miesiąc wolnego (no, nie cały, bo oprócz magisterki czeka mnie ostatni semestr szkoły zaocznej) i w związku z tym wybywam. Na tydzień wylatuję w sobotę na grecką wyspę Kos, by wyluzować się trochę i odsapnąć przed intensywnym okresem nauki, po intensywnym okresie pracy.

Co zapewne wszyscy odnotowali w swej świadomości, zmieniłam nick, nie udało się to może we wszystkich absolutnie miejscach w sieci, w których się pojawiam, ale jest okej. Już jestem bardziej Blue niż DżejEr.

Wynik, czyli: cztery książki jednotomowe, w tym jeden klasyk. Dodatkowo dwie kontynuacje, w tym jedna będąca finałem serii. Niekwestionowanym mistrzem sierpnia jest Zielona mila, którą przerywałam, żeby nie czytać w pociągu stwierdziwszy, że wolę poprzeżywac sobie tę książkę w samotności.
Recenzja Mistrza i Małgorzaty gdy wrócę. Na razie nic nie zdradzę.

Wypożyczyłam Kullervo i Lodowego smoka, to ostatnie autorstwa Martina. Miałam nie dodawać żadnych zdjęć kotów, bo ogólnie kociarą nie jestem, ale zarys sylwetki pupila mojej sąsiadki mnie urzekł, więc wstawiam ze względu na efekt, nie ze względu na kota. Próbowałam oglądać ekranizację Miasteczka Salem. Próbowałam to słowo - klucz.
A w centrum Wrocławia pojawił się nowy street art.

Uchwycone w sierpniu kadry. Miałam możliwość napatrzenia się na dwa piękne zachody. Nic więcej mi do szczęścia nie jest potrzebne... No, może poza widokiem na morze/ocean, ale to sobie nadrobię we wrześniu.
W sierpniu byłam w kinie trzy razy (ani razu nie płaciłam za bilet...) i w dodatku trafiłam na jeden pokaz z okazji festiwalu Nowe Horyzonty. Ogólnie NH w tym roku były średnie, trochę słabo zorganizowane, szczególnie gdy chciało się dostać na płatny pokaz. Widziałam jeden film, który szczególnie mnie nie porwał, bo mowa o Tonim Erdmannie. Specyficzny obraz. A jeżeli chodzi o komercyjne produkcje, zobaczyłam Valeriana i miasto tysiąca planet, które oglądane w technologii 3D było niesamowitym przeżyciem. Nurkować wraz z bohaterami wśród alejek Miasta tysiąca planet, oglądać te piękne widoki i poznawać obce cywilizacje... Magia! Byłam również na filmie Barry Seal - król przemytu, który zapewnił przyjemną rozrywkę w trochę innym klimacie.
I na sam koniec pokaz ostatniego odcinka 7 sezonu Gry o tron w kinie! Oj warto było zobaczyć GoT na dużym ekranie, szczególnie, że jest to serial z pięknymi widokami. Nie mówiąc już o wciągającej fabule. Mam wrażenie, że powtórka z tej kinowej rozrywki czeka mnie przy okazji finału ostatniego sezonu.
ZAKUPY ORAZ PLANY CZYTELNICZE NA WRZESIEŃ:


We wrześniu też chcę przeczytać minimum pięć książek, najlepiej sześć, bo mam jeszcze wolne. Ogólnie jeżeli chodzi o moje osobiste wyzwanie z klasyką, to sięgnę albo po Doriana Graya albo po Rok 1984. Na Kos zabieram ze sobą Palimpsest (Valente) i Zostań przy mnie (Coben). Bardzo chciałabym przeczytać Atlas chmur, ale nie wiem, czy znajdę na niego chęci. Ponadto oczywiści Wyzwolenie Iana Tregilisa, na które wyczekuję od początku sierpnia (jeśli nie od ukończenia lektury Powstania). Zakładam też oczywiście margines błędu, to, że jedna czy dwie książki mogą z tych planów wypaść za sprawą innych. Valente, Coben i Tregilis to pewniaki. Pewnie zajdę jeszcze do biblioteki i wypożyczę coś, więc reszta planów na bank ulegnie zmianie, bądź przesunięciu. To tylko wstępny zarys.

Jeżeli chodzi o zakupy, to w sumie poszałam z tą Valente i pomimo tego, że nie znam jej twórczości to stwierdziłam, że zakupię wszystkie jej wydane w UW powieści. Na zaś, bo niebawem we wrześniu premiera kolejnego jej tytułu. Kupiłam też chyba najbardziej znaną powieść Kossakowskiej, czyli Siewcę wiatru, tom z serii Zastępy anielskie. Wegner to w sumie coś niebywałego jak na mnie, bo ostatnim razem tak stopniowo dokupowałam tomy PLiO, w sensie tak na zapas. Najpewniej we wrześniu sprawię sobie Pamięć wszystkich słów. W sumie Pandorę pomału odpuszczałam, a potem zobaczyłam, że jest przeceniona, tak też postanowiłam, że warto jednak mieć wszystkie powieści spod pióra Careya na półce. No i dwa klasyki do podczytywania w najbliższych miesiącach.

A teraz idę pakować walizkę.

27 sierpnia 2017

Opowieść o Kullervo

O fascynacji jaką Tolkien żywił wobec mitologii wie chyba każdy, kto miał choć odrobinę styczności z opracowaniami dotyczącymi twórczości pisarza. Nie dziwi fakt, że twórca tak niesamowitego uniwersum jak to z Władcy pierścieni znane na całym świecie wcześniej musiał zagłębić się w teksty pochodzące z przeróżnych kultur oraz okresów rozwoju literatury. Z nich także czerpał inspirację i jednym z efektów jest Opowieść o Kullervo, której lekturę odkładałam już bardzo długo. Przyczyna jest prosta - czytałam bardzo różne opinie dotyczące akurat tego tolkienowskiego tworu, a może nie tyle o sam tekst mistrza fantasy chodzi, co o dodatki zawarte w tomie, w którym historię bohatera z fińskiej mitologii poznajemy na około czterdziestu stronach. Czy warto było przedzierać się przez pozostałe dwieście, żeby łatwiej odczytać sens i okoliczności powstania jednej z pierwszych legend stworzonych przez Tolkiena czy to sztuczne dodawanie objętości? 

Przyznam, że z tym tytułem mam problem z dwóch powodów. Po pierwsze, Opowieść o Kullervo, pierwsza tolkienowska legenda to, jak łatwo wywnioskować, początki twórczości literackiej człowieka, który stał się mistrzem za sprawą dużo późniejszych tekstów. Fabuła Opowieści, pomimo tego, że napisana przystępnym językiem i przyjemna w odbiorze na kolana nie rzuca. W związku z tym skłonna jestem twierdzić, że najlepiej potraktować ten tekst jako ciekawostkę dla fanów tolkienowskiej twórczości. Inspiracja fińską mitologią to na pewno coś wyróżniającego się na zdominowanym przez grecką i nordycką mitologię rynku. Podtrzymuję jednak to, że najlepiej po Opowieść o Kullervo sięgnąć będąc już nieco bardziej zaznajomionym z tym, jak Tolkien tworzy i, co więcej, będąc zaznajomionym z tym, jak bardzo mocno Tolkien z mitologii czerpał. 

Kullervo to bohater Kalevali, którego Tolkien sobie zapożyczył i bazując na motywach fińskiego eposu przerobił jego historię, opowiadając na nowo w formie legendy. Czyta się przyjemnie, w niektórych fragmentach da się z łatwością zauważyć dar Tolkiena do snucia historii, natomiast nie jest to wielce porywająca lektura. Gdy doda się do tego wykład o Kalevali, który w książce zawarto nieco bez sensu w dwóch wersjach, brudnopisu i maszynopisu oraz wstęp i przedmowę mamy trochę niepotrzebnych treści wnoszących nieco chaosu i też trochę nudy. To, co przy oryginalnym tekście Opowieści o Kullervo  jest najbardziej pomocnekoniecznych treści zostało do książki przemyconych. Dlatego też z końcową oceną mam problem i  to komentarze Verlyn Flieger oraz końcowy wywód uwypuklający konteksty i powiązania między Kalevalą, Opowieścią o Kullervo i Silmarillionem. Z tego prosty wniosek, że kilka mniej koniecznych treści zostało do książki przemyconych. Dlatego też z końcową oceną mam problem i traktuję tytuł jako ciekawostkę, coś, z czym i tak wcześniej czy później bym się zapoznała, aczkolwiek nie uważam, by należało akurat Opowieść o Kullervo wymieniać wśród czołowych dzieł Tolkiena. To też zależy od kontekstu, bo niewątpliwie dla niego samego styczność z Kalevalą i stworzenie swojej wersji historii Kullervo mocno rzutowało na to, jaki kształt przybierze jego dalsza twórczość.

23 sierpnia 2017

Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

Od zeszłego roku podtrzymuję postanowienie o próbie przeczytania w całości przynajmniej jednej serii rocznie. Nie ważne, niech to będzie i trylogia (w sumie trylogia w szczególności), ale niech przeczytanie wszystkich tomów odbędzie się na przestrzeni tych dwunastu miesięcy. Zatem gdy mowa o roku 2017, to się udało i pewnie nie zostanie pominięty ten wyczyn przy okazji podsumowania, ale to jeszcze hen, hen w przyszłości. Przechodząc do kwestii zasadniczej, sięgając po finał Trylogii Zombie miałam wobec autora pewne oczekiwania, jak sądzę adekwatne do tego, co prezentował jakością swych powieści w przypadku poprzednich tomów, czyli Początku końca i Mrocznych dni. Bardzo chciałam, żeby przynajmniej utrzymał poziom, bo po zakończeniu lektury drugiej części podtrzymywałam stanowisko o tym, że Loureiro stworzył bardzo przyzwoitą historię. Czy wyszedł obronną ręką?

Powieści Lourerio są nastawione przede wszystkim na akcję. Widać to już na pierwszych stronach Gniewu sprawiedliwych, bo trójka głównych bohaterów żeglując po oceanie wpada w sztorm. Ratunkiem okazuje się tankowiec, na którego pokładzie prawnik, jego ukochana i były wojskowy zostają powitani przez załogę płynącą z Ameryki. Nasi bohaterowie szybko dowiadują się, że na "Itace" nie wszystko wygląda jak raj dla ocalałych, a za działaniami kapitana i jego ludzi stoją pobudki o charakterze religijnym. Akcja przenosi się go Gulfport, w którym stworzono ostoję bezpieczeństwa, ostatni bastion dawnego świata, który jeszcze nie padł. U władzy znajduje się fanatyczny duchowny Greene.

W ostatnim tomie widocznie mniejszą rolę odgrywają Nieumarli. Owszem, nadal są obecni, w końcu to apokalipsa zombie, ale jednak w finale autor koncentruje się najbardziej na samym wirusie TSJ, który jest przyczyną zarazy niż na hordach żywych trupów. Niemniej jednak jak wspominałam, akcja jest dynamiczna, Loureiro nie szczędzi czytelnikowi opisów walk oraz wszelkich innych działań mających za zadanie zapewnić bohaterom przetrwanie. Funduje również kilka bardzo ciekawych obrotów sytuacji, w dodatku wplatając do książki wątki społeczne. Mam tu na myśli motyw tworzenia się nowej społeczności, pojawienie się nowej władzy, której działań nie sankcjonuje żadna instytucja, a i do głosu dochodzi też utrzymywanie podziałów rasowych i manipulacja masami okryta płaszczykiem przejawów głębokiej religijności. Nadaje to wszystko pewnej głębi całej fabule, natomiast elementy te nie mają potencjału do wprowadzania czytelnika w stan poważniejszych refleksji.

Co do kreacji bohaterów i ich relacji, w tym przypadku było tak pół na pół. Prawnika i Pritczenkę darzyłam sympatią, która swoje źródło ma w wydarzeniach z poprzednich dwóch tomów, ale Lucii tak jak nie polubiłam od początku tak i teraz nie uległo to zmianie. Zarówno charakterystyka tej postaci jak i więź łącząca ją i głównego bohatera to bardzo pobieżnie potraktowane przez autora elementy. Z powodu nastolatki książka trochę zgrzyta i irytuje. Lucia jest nad wyraz impulsywna, a jej związek z głównym bohaterem nie ma praktycznie żadnych podstaw w wydarzeniach, jakich świadkiem jesteśmy na przestrzeni tych trzech tomów. Bohaterowie deklarują sobie dozgonną, głęboką miłość, co zupełnie nie odzwierciedla powierzchownej, pustej relacji zrodzonej z powodu spotkania tych dwojga w trudnych czasach. W dodatku Lucia jest najzwyczajniej w świecie głupia i jej działania mające na celu ochronę ukochanego nie mają w sobie ani krztyny heroizmu, nie wzbudzają też żadnych pozytywnych uczuć u czytelnika.

Na szczęście kiepsko wykreowaną Lucię równoważą dwie ciekawsze postacie które z łatwością się toleruje - Pritczenko i Mendoza w duecie są po prostu mistrzowscy. W dodatku Ukrainiec nie po raz pierwszy daje popis prawdziwej przyjaźni, która w połączeniu z brawurowością charakterystyczną dla bohatera daje wręcz wymarzonego podczas apokalipsy kompana. Mendoza, który z tomie trzecim zalicza debiut w moich oczach rysuje się jako jeden z bohaterów o mocniejszych, bezkompromisowych charakterach.

Finalnie powieść Loureiro w moich oczach najbardziej zyskuje dynamiką i brutalnością. Cieszę się, że koniec przygód prawnika z Pontevedry nie zawiódł mnie. Z samej końcówki i sposobu w jaki autor rozwiązuje historię wylewa się trochę kiczu i wygląda to tak, jakby autorowi odechciało się ten finał jakoś sensownie przedstawić, ale trochę było to do przewidzenia. Ogólnie Apokalipsę Z uznaję za bardzo przyzwoitą literaturę postapokaliptyczną zapewniającą przede wszystkim rozrywkę. Co zasługuje na pochwałę, w tomie trzecim Loureiro w końcu radzi sobie z narracją, dzięki czemu styl staje się bardzo przystępny i można na spokojnie cieszyć się lekturą mając na uwadze, że książka ma zapewnić przede wszystkim rozrywkę.

Moja ocena: 7/10

Za zachęcenie do serii bardzo dziękuję Dominice z Dosiakowego Królestwa, z którą również czytałam tom trzeci i którą namówiłam do zakończenia Trylogii razem ze mną. Polecam się na przyszłość!

Trylogia Zombie:
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

15 sierpnia 2017

Zielona mila


Już dawno nie trafił mi się tytuł, który tak ciężko byłoby mi wrzucić do konkretnej kategorii, zaszufladkować gatunkowo i mieć z głowy. Problem w tym, że nawet gdyby mi się to udało, nie miałabym Zielonej mili "z głowy". King stworzył bowiem powieść, która zagnieżdża się w świadomości czytelnika, sprawia, że przeżywa on emocjonalny Armagedon i nie potrafi się po lekturze do końca pozbierać. I tak też pisząc o sobie w trzeciej osobie uzewnętrzniłam się już w pierwszym akapicie, warto jednak napisać co dokładnie sprawiło, że historia przesiadującego w więzieniu Johna Coffeya (i nie tylko jego) skazanego na śmierć aż tak bardzo mnie poruszyła.

Na samym początku lęk wzbudzało we mnie samo miejsce akcji. Narratorem jest Paul Edgecombe, więzienny strażnik pracujący w Cold Mountain na bloku E. To tam przesiadują skazani na najwyższy wymiar kary. Śmierć na krześle elektrycznym. Podczas kolejnych rozdziałów zdołałam się oswoić nieco z przewodnim motywem okrutnych egzekucji, co nie zmienia faktu, że i tak odbierałam ten aspekt jako drastyczny element świata przedstawionego. W dodatku, śledząc wspomnienia Paula nie raz dostawałam na tacy podane szczegóły związane z przeprowadzaniem kary.

Zielona mila jest historią, którą wszyscy w moim otoczeniu już znali (szczególnie w wersji filmowej), ale na szczęście nikt nie zdradził mi istotnych faktów dotyczących fabuły. Mniej więcej w połowie książki zorientowałam się, w jakim kierunku podążają wydarzenia i... na szczęście nie wszystko przewidziałam.

Bardzo cenię sobie Kinga ze kreację niesamowitych postaci, które umieścił w Zielonej mili. Pierwszy plan wiadomo - Coffey, Edgecombe, Delacroix, ale na przykład jeżeli chodzi o bohaterów pojawiających się epizodycznie, to Janice skradła moje serce. Gratulacje dla autora - nakreślił tę bohaterkę za pomocą może kilku zdań i ukazania kilku reakcji na konkretne sytuacje. Nie wiele, a i tak doskonale wiedziałam, jakiego rodzaju charakter ma Janice i przepadałam za nią. Podobne uczucia wzbudzała we mnie przyjaciółka Paula, Elaine.

King dosyć mocno poznęcał się nad czytelnikiem za sprawą Zielonej mili. Umieścił w książce mnóstwo okrucieństwa, niesprawiedliwości i bezsilności, co przy lekturze wprowadza czytelnika w stan przygnębienia, mniejszego lub większego. Nie raz przy czytaniu mogą zaszklić się oczy, a piszę to ja, zazwyczaj nie wzruszona na nawet najbardziej tragiczne zwroty akcji. Na marginesie - o tym, że podczas lektury nie płaczę zazwyczaj wspominam przy okazji tych nielicznych wyjątków, tytułów, które jednak wycisnęły łzy z moich oczu.

Czy myśli pan, że jeśli człowiek szczerze żałuje tego, co zrobił, może wrócić do czasu, który był dla niego najszczęśliwszy, i żyć w nim całą wieczność? Czy tak wygląda niebo?

Postać Coffeya jest niesamowita. To bohater wykreowany na zasadzie sprzeczności. W dodatku przy okazji jego postaci King przemycił do książki motyw nietolerancji wobec odmiennego koloru skóry, czym dołożył wisienkę na torcie niesprawiedliwości, którym ta powieść po prostu jest. Coffey to taki poczciwy olbrzym z nadnaturalnymi zdolnościami, który mimowolnie zostaje uwikłany w tragiczny ciąg wydarzeń. Jego wiecznie zapłakane oczy i fakt, że boi się ciemności dziwnie wyglądają w zestawieniu z oskarżeniem o podwójny gwałt i morderstwo.

Długo można by wyliczać najsilniejsze elementy chyba jednej z najsłynniejszych powieści Stephena Kinga. Niewątpliwie jednym z najczarniejszych charakterów, jakie w literaturze powstały jest szczycący się koneksjami zimny, kalkulujący drań Percy Wetmore. Jego relacja zarówno z więźniami jak i ze strażnikami to te fragmenty książki, przy których w kieszeni otwiera się scyzoryk, choćby i wirtualny. Również śmiem twierdzić, że Percy to takie uosobienie zła, a zarazem w bohaterem tym wiąże się jeden z niewielu pierwiastków sporadycznie dochodzącej do głosu sprawiedliwości.

Zielona mila niewątpliwie rozwaliła mnie psychicznie i uważam ją za najlepszą powieść Kinga, oczywiście spośród tytułów, które do tej pory miałam okazję czytać. To taka inna odsłona twórczości tego pisarza. Nieco bardziej realna, silniej oddziałująca przynajmniej na moją psychikę. Jasne, elementy nadnaturalne jak najbardziej się pojawiają i tutaj, ale nie wysuwają się na pierwszy plan, co nie umniejsza ich istotności. Całość jest świetnie skomponowana. Książka oprócz tego, że daje do myślenia i mocno podkopuje fundamenty emocjonalnego muru, za którym czytelnik próbuje się schować również niesamowicie wciąga. W zasadzie nie mam żadnych zarzutów co do warsztatu Stephena Kinga. Bardzo chcę jeszcze kiedyś na taką historię trafić, a równocześnie zdaję sobie sprawę z tego, jak trudne to będzie. To powieść jedyna w swoim rodzaju.

Moja ocena: 9/10

Cytat zapisany kursywą oczywiście pochodzi z książki.

14 sierpnia 2017

Jeźdźcy dinozaurów



Jako osoba siedząca w literaturze ogólnie pojętej i zakochana w fantastyce naturalnie zwracam uwagę na nowości, te tytuły, które wchodzą w szeroko pojęty mainstream. Są popularne, dopiero się ukazały, wszyscy o nich mówią, większość po nie sięga. Są i takie powieści, które mam wrażenie kupiłam tylko ja. Jasne, mogę sobie zerknąć na portal Lubimy czytać, zerknąć na to, czy ktoś oprócz mnie zwrócił uwagę na daną pozycję. Mimo wszystko w sympatii do niektórych tytułów jestem odosobniona i wielce boleję nad faktem, że dobrym powieściom trafiła się kiepska promocja lub jej brak, a gnioty są rozchwytywane i dosłownie wszyscy o nich mówią, piszą, niepotrzebne skreślić. Po zakończeniu lektury pierwszego tomu byłam nieco sceptycznie nastawiona do Jeźdźców dinozaurów, ale tradycyjnie dałam szansę sequelowi z kołaczącym się z tyłu głowy przeświadczeniem, że lepiej, by autor skorzystał z okazji i mnie zauroczył, bo ileż potknięć można "równoważyć" dinozaurami?

Jeźdźcy dinozaurów są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z tomu poprzedniego. Nadal obserwujemy tych samych bohaterów, którzy zostali uwikłani w intrygi, swary, wojny. Przede wszystkim śledzimy losy imperialnej księżniczki, Melodii, ale także wyjętego spod prawa Karyla Bogomiskiego i Roba Korrigana. Ten ostatni skradł moje serce swoimi perypetiami w Jeźdźcach dinozaurów i z chęcią sięgnę po kontynuację, choć nie tylko dla tego wesołego poskramiacza. Ach, no i jeszcze są dinozaury. Na urozmaicenie rozdziałów traktujących o losach ludzkich bohaterów mamy też kilka fragmentów poświęconych allozaurzycy o imieniu Shiraa, która konkurować może z Robem o ulubieńca tomu drugiego...

Czytając kontynuację zdziwiła mnie na samym już początku (co prawda kilkudziesięciostronicowym, ale po prostu musiałam się upewnić) przystępność języka. O ile we Władcach dinozaurów z topornością stylu się męczyłam, tak w tej części widać poprawę. Nie jestem co prawda pewna na sto procent, czy jest to kwestia poprawy umiejętności autora, sprawniejszy przekład czy też moje "otrzaskanie" już z pierwszym tomem, ale wydaje mi się, że wkradła się w tej kwestii jakaś pozytywna zmiana. Jak najbardziej nadal pochwalać będę przecudowne sceny batalistyczne z udziałem zarówno koni jak i dinozaurów, szczegółowe opisy starć, wszechobecną brutalność. Milán jest jednym z tych autorów, których zawsze wymienię jako pretendujących do miana mistrza bitewnych opisów. Palce lizać.

Jest i na co pomarudzić, a w zasadzie na kogo. Oczywiście, tak jak na początku całej przygody z Władcami dinozaurów tak i teraz Melodia mnie wkurzała. Może nieco mniej niż w poprzednim tomie, bo zachodzi w niej, pod wpływem traumatycznych wydarzeń pewna zmiana, ale chwilami nadal odzywa się w bohaterce rasowa, rozpieszczona i irytująca księżniczka imperialna. W dodatku w przypadku jej postaci mamy do czynienia z niebywale szybkim nabyciem pewnych zdecydowanie męskich umiejętności. Szczegółów nie zdradzam, na wypadek, gdyby ktoś oprócz mnie jednak chciał sięgnąć po książki Milána.

Autor kreując świat przedstawiony i umieszczając w nim siły sprawcze postawił na ciekawą mieszankę. Bo z jednej strony mamy dinozaury używane jako zwierzęta bojowe i wierzchowe, widocznie przenikające do kultury mieszkańców Raju, a z drugiej w tym udającym Jurajski Park świecie pojawiają się anioły jako motyw zaczerpnięty z wierzeń występujących w naszej rzeczywistości oraz słabo scharakteryzowane demony. W połączeniu z prehistorycznymi jaszczurami to mieszanka co najmniej dziwna, ale i... oryginalna. Milánowi bowiem udało się zachować równowagę między tymi elementami, wpleść do fabuły dosyć już wymęczony na różne sposoby motyw fanatyzmu religijnego i stworzyć świat brutalny, nieco ponury, stojący u progu zagłady. Przy okazji Milán wykazał się odrobiną odwagi i oryginalności również w kwestii relacji między ludzkich dodając fragment o trójkącie w sypialni. Swoją drogą, co do erotyzmu w książce, jest on tym razem dużo mniej żenujący niż w tomie poprzednim, za co również należy się pochwała.

Finalnie jestem w stanie uznać, że kontynuacja Władców dinozaurów jak najbardziej wychodzi ze starcia obronną ręką (albo szponem). Pewne aspekty książki uległy poprawie, niektóre zyskały wiarygodność w moich oczach (motyw z aniołami całkiem nieźle się wkomponował w całokształt) no i niektóre co głupsze zachowania bohaterów (bohaterki) przyćmione zostały tym, co zachwyciło już w części pierwszej - bitwami, krwawymi starciami i walką o władzę. Tak na marginesie, u Milána ciężko szukać powiewu świeżości, bo oba tomy jego serii przypominają dość mocno lekko przekombinowaną wersję Pieśni Lodu i Ognia. Może nie kropka w kropkę, ale klimatycznie i w kwestii niektórych rozwiązań fabularnych nieco się to pokrywa. Da się zauważyć pewną inspirację. Co za tym idzie, mi jako fance tego rodzaju literatury fantastycznej, jak najbardziej się podobało. Wnioskiem końcowym niechaj będzie stwierdzenie, że Jeźdźcy dinozaurów to przyzwoita, nie powodująca rozczarowania kontynuacja, po którą warto sięgnąć szczególnie, jeżeli pierwszy tom nie wypadł do końca przekonująco.

Seria Władcy dinozaurów:
1. Władcy dinozaurów < recenzja
2. Jeźdźcy dinozaurów
3. Dinosaur princess
4. ?

5 sierpnia 2017

Ogłoszenie parafialne


W dodatku bardzo nietypowe. Zmieniam tożsamość...

Sporadycznie widywałam w blogosferze sytuacje, w których autorzy blogów zmieniali nicki albo po prostu tego nie zauważałam odpowiednio często, by uznać zjawisko za powszechne. Sama jakiegoś wielkiego szaleństwa nie przewiduję, natomiast pierwsza część tego, czym podpisuję się przy recenzjach i komentarzach jest już nieco przestarzała. DżejEr wzięło się od angielskiej fonetyki liter "JR" i w zasadzie jest to skrót od mojego dawnego pseudonimu. Toteż postanowiłam wymyślić coś innego, co nawiązywać będzie do mego imienia, które, swoją drogą, daje pewne pole manewru przy wymyślaniu nicka. Także tego, teraz tytułuję się Blue. Blue Carmen. Tak, Carmen zostaje. A żeby i nie wprowadzać niepotrzebnego zamętu jeszcze przez około dwa, trzy miesiące podpisywać będę się w takiej mało zgrabnej, acz wiele wyjaśniającej formie: Blue (DżejEr) Carmen. Tyle. Pamiętać należy, że to nadal ja.

Pozdrawiam
Blue (DżejEr) Carmen

2 sierpnia 2017

Rozgwieżdżone niebo

Twórcy wizji potencjalnej przyszłości prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej odjechanych, wykraczających poza wszelkie granice wyobraźni wersji zagłady ludzkości. Lars Wilderäng postanowił odpuścić sobie bieg, nie wziął udziału w tym wyścigu i postawił na bardzo prosty zabieg. Zabrał współczesnemu społeczeństwu prąd, a konkretnie, elektronikę. Cyk, podświetlany napis "CYWILIZACJA" nagle gaśnie, cywilizacji już nie ma. Krzyżyk na drogę.

Historię postępującego upadku codzienności, którą każdy z nas zna obserwujemy z kilku perspektyw. Autor postawił na zróżnicowane charaktery wywodzące się z różnych środowisk i o odmiennych osobowościach. Co prawda rysy konkretnych cech nieco się zamazują gdy mowa o żeńskich postaciach, bo każda z występujących w Rozgwieżdżonym niebie babek jest równie irytująca i już nawet nie chodzi o fakt, że rzadko przypadają mi do gustu bohaterki. Chodzi o to, że zarówno Anna jak i jej matka czy Lena zaliczająca się raczej do drugoplanowych postaci najzwyczajniej mnie denerwowały. Nieco lepiej ma się sprawa z kreacją męskich postaci, które uratowały wizerunek całości.

Realizm i brutalizm, niepotrzebne skreślić. Jasne, to postapokaliptyczna wizja, więc nie ma co liczyć w książce na akapity obrazujące jakikolwiek skrawek sielanki, ale akurat przy oddawaniu realiów świata pozbawionego elektroniki autorowi udało się dopracować klimat. Wilderäng dokładnie opisuje wszystkie aspekty związane z nadejściem ciężkich, surowych warunków dla szwedzkiej ludności. Co więcej, oprócz koszmarnych warunków, w jakich przychodzi żyć każdemu przyzwyczajonemu do stałego dopływu elektryczności mieszkańcowi autor nie zapomina o szwankującej ludzkiej psychice i mrocznych obliczach które prezentuje w chwili, kiedy przychodzi walczyć o przetrwanie. Te różnorodne charaktery postaci, o których wspominałam to źródło najciekawszych wydarzeń, jakie w książce mają miejsce. Kilkukrotne zwroty spowodowane faktem, że niektóre z postaci zwyczajnie nie wyrabiały sprawiły, że poprawiłam swój stosunek do wizji, którą zaprezentował Wilderäng.

Rozgwieżdżone niebo nie jest debiutem autora, więc w zasadzie nie do końca mogę usprawiedliwić pewne niedociągnięcia, które zauważyłam. Wyjaśnienia mam jednak na to dwa - po pierwsze, jest to tom pierwszy cyklu. Po drugie, przekład mógł spowodować, że nie mam możliwości sprawdzenia, w jakim stylu pisze autor miarodajnie. Wiadomo, tłumaczenie może być albo wierne albo piękne, niczym kobieta. Natomiast w warsztacie dostrzegam pewne nieścisłości, na przykład brak wglądu w pewne sytuacje, które mają później wpływ na dalszy bieg wydarzeń. Przeskoki powodują na przykład niezrozumiałą "akceptację" pewnych zajść bez wcześniejszego wglądu w proces przyswajania nowych informacji. Język, którym pisze autor pozostawia trochę do życzenia, szczególnie w pewnych momentach dialogi wydają się sztuczne do bólu, tak jakby autor nie potrafił sobie wyobrazić danej rozmowy i po prostu zapisał schematyczną wymianę informacji. Z racji formy mam z tą książkę problem - nie do końca dobra, ale rozczarowująca również mnie, bo nadrabia szczegółowymi opisami, nagłością i okrucieństwem niektórych scen. Przy lekturze nie można się nudzić. Są pewne dziury w fabule, ale przez cały czas coś się dzieje. Motyw rozgwieżdżonego nieba interpretuję jako słodko-gorzki bonus i nikły, mało pocieszający element niesamowitego niezmiennego piękna, które przetrwało pomimo upadku cywilizacji.

Bardziej jest to literatura postapokaliptyczna niż science fiction, choć i elementy tego drugiego u Wilderänga można znaleźć. Za wiele nie zdradzę, ale wiąże się to ze źródłem fiksującej elektroniki. Dlatego też skłaniałabym się do skategoryzowania tytułu jako traktującego o upadającej cywilizacji, opisującego walkę o przetrwanie w obliczu zagłady.

Cóż jeszcze mogę rzec? Warto sięgnąć, pomimo tego, że chwilami warsztat i kreacja bohaterów (bohaterek) zawodzi. To taka literatura stricte rozrywkowa, bez filozoficznych wywodów, egzystencjalnych wynurzeń, choć odrobina moralnych dylematów może być traktowana jako elementy głębszych rozważań. Rozgwieżdżone niebo jest pełne akcji i liczę na to, że kontynuacja nie zwiedzie, a także wyjaśni czytelnikowi kto stoi za unicestwieniem wszechobecnej w naszym życiu elektroniki.

Seria Stjärnklart:
1. Rozgwieżdżone niebo
2. Stjärnfall
3. Stjärndamm

1 sierpnia 2017

Mój lipiec

Oznaczać będzie już na zawsze tylko jedno i to samo. Owszem, działo się wiele różnych rzeczy, mniej i bardziej ciekawych. Były na przykład Dni fantastyki we Wrocławiu, na których stwierdziłam, że wyrosłam z konwentów. Był jeden dzień Castle Party w Bolkowie i było to jedno z tych miejsc, w których nigdy nie spodziewałabym się, że będę. Był początek siódmego sezonu Gry o tron, który pozostaje jedynym serialem, który oglądam na bieżąco, aczkolwiek nadrabiać wiele innych tytułów mam zamiar od września. 


Wszystkie te wydarzenia przyćmiło jedno, bolesne, niespodziewane, wywołujące we mnie niepisany smutek odejście Chestera Benningtona, o czym już wspominałam dwa posty temu. Zakończył się w ten sposób pewien cudowny, znaczący etap mojego życia i jedyna chwila, w której znalazłam w związku ze śmiercią Chetera odrobinę zrozumienia i ukojenia było spotkanie fanów 27 lipca by wspólnie oddać hołd liderowi Linkin Park. Spotkaliśmy się pod stadionem i naprawdę pocieszającym był fakt, że otaczali mnie ludzie czujący dokładnie to samo, co ja. Na kogo bym nie spojrzała, wszyscy wiedzieliśmy, o co chodzi...


When my time comes
Forget the wrong that I’ve done
Help me leave behind some reasons to be missed
Don’t resent me and when you’re feeling empty
Keep me in your memory
Leave out all the rest
Leave out all the rest
- Leave out all the rest (Minutes to midnight)

Pocieszenie znajdowałam również w książkach i niewątpliwie możliwość skoncentrowania się na fabule wciągających tytułów mi pomogła. W lipcu przeczytałam dwa klasyki, co napawa mnie dumą, doszłam też do kilku refleksji i postanowień związanych z moim czytelniczym życiem, którymi w zasadzie mogę się podzielić...


Utrzymanie tempa średnio pięciu książek na miesiąc to optymalny wynik. Owszem, zdarzy się, że w jednym miesiącu przeczytam mniej, ale wtedy będę nadganiała w następnym. Ponadto ruszyłam klasyki i chcę teraz pilnować się postanowienia, w którym czytać będę przynajmniej jeden tytuł z szeroko pojętego kanonu, czy to fantasy, czy innego gatunku. Jest jeszcze kwestia nowości, które zdarza mi się kupić w dosyć bliskich okolicach premiery. Jeżeli już tak robię, to dołożyć mam zamiar wszelkich starań, żeby daną książkę przeczytać jeszcze w tym samym roku, w którym pojawiła się ona na polskim rynku. Niby rok to sporo czasu, a tymczasem kupione w 2016 roku Dziecko Odyna nadal czeka, Mechanicznego i Królów Dary przeczytałam w lutym i kwietniu, choć też wydane były w 2016.
Kupowałam też w lipcu książki, kilka kolosów dołączyło do biblioteczki...


Wegnerowi i Liu ufam, to kontynuacje znakomitych tytułów z tego roku. Simmonsa nie znam, ale chwalony, toteż się nie lękam. Obawiam się Wilczej godziny, której czytuję różne recenzje, natomiast liczę, że opisy Wilna i steampunk nadrobią ewentualne niedociągnięcia. No i jest jeszcze Inglot - długo wahałam się, czy zamówić, a był na promocji. Natomiast skończyło się tak, że go dostałam. Czaiłam się już kiedyś na ten zbiór opowiadań no i koniec końców, są to właśnie opowiadania, więc czymże jest kolejny tomik krótkiej formy jeżeli nie próbką umiejętności nieznanego jeszcze pisarza z rodzimego podwórka?

Powodzenia w sierpniu.

29 lipca 2017

Dracula


Mam wrażenie, że tytułowej postaci Hrabiego przedstawiać nie trzeba. W końcu została on inspiracją do tak wielu tworów zarówno literatury jak i filmu, że styczność z sylwetką Draculi miało nie jedno pokolenie. Co prawda w popkulturze funkcjonujący aktualnie obraz wampira został brutalnie wypatrzony przez zmierzchopodobne książki, ale nie przyszłam dziś po to, żeby pisać o przepaści dzielącej Meyer i Stokera. Oczywiście, nadmienić warto, że gdyby nie to pierwsze nazwisko pewnie nie wpadłabym w czytelniczą pasję, ale na tym wyznaniu poprzestanę i oddzielę grubą kreską oboje pisarzy. Dracula mnie urzekł i to w sposób, którego zdecydowanie bym się nie spodziewała...

Zaskoczyła mnie forma, w jakiej napisano książkę. Fabułę poznajemy po pierwsze, z zapisków pamiętnikarskich poszczególnych bohaterów, po drugie, z wzmianek z prasy czytanej przez występujące w Draculi postacie i wreszcie, po trzecie, z listów, za pomocą których dochodzi w powieści do komunikacji. Nic poza tym i właśnie dzięki tak ciekawej formie Stokerowi należą się pierwsze oklaski.

Dracula to historia z gatunku grozy o specyficznym klimacie, który wyciąga po czytelnika szpony już na pierwszych stronach. Obserwujemy losy Jonathana Harkera, młodego prawnika wydelegowanego w zastępstwie do Transylwanii, by omówić formalności związane z nabywanie nieruchomości przez, a jakżeby inaczej, Hrabiego Draculę. Mroczne ruiny zamku, zakamarki i prowadzący pustelniczy tryb życia gospodarz to tylko początek przygód Harkera. Stoker tworzy świetną historię utrzymaną w gotyckim nastroju ze złem czającym się "za rogiem", takim złem, z którym starcia są sporadyczne, które działa całkowicie pod osłoną ciemności.

Dobra, ale co oprócz tego całego wampiryzmu w Draculi się znajduje? Dwie babki w opałach i garstka silnych, walecznych mężczyzn do zadań specjalnych. Ja wiem jak to brzmi, ja wiem, że powiało trochę kiczem, ale w czasie lektury doszłam do wniosku, że te wspomniane przeze mnie sztampowe kreacje są jak najbardziej na miejscu i inne charaktery po prostu w Draculi by się nie sprawdziły. Każdy z bohaterów jest dokładnie na swoim miejscu i w jakiś sposób dla powieści jest ważny. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się Doktor Van Helsing w roli głównego eksperta od wampirów. Postać doktora wnosiła do książki nie tylko tajemniczość, ale także siłę spajającą wszystkich bohaterów. Drugim takim spoiwem zdecydowanie była Mina, której niezłomność, niezachwiana wiara zarówno w Boga jak i odwagę otaczających ją mężczyzn sprawiała, że całe jej otoczenie na skinienie palca zdobywało się na iście bohaterskie czyny. Równocześnie Mina była takim uosobieniem niewinności i czystości, jako idealne przeciwieństwo obrzydliwego krwiopijcy na jakiego Stoker wykreował Hrabiego.

Przy lekturze Draculi natrafiamy na dwa ważne motywy społeczne powiązane ze zjawiskami paranormalnymi. Pierwszym, nieco bardziej błahym jest wyeksponowanie wiary w zabobony zakodowane w ludzkiej mentalności. Akurat w przypadku powieści Stokera te wierzenia nie są pozbawione realizmu, widać doskonale, że przekonania wierzącej ludności mają swoje przełożenie na rzeczywistość. No właśnie, kwestia numer dwa - nierozerwalne przeciwstawienie opatrzności i wiary chrześcijańskiej w stosunku do nieczystych sił diabelskich uosobionych w wampirze. Samo zło wcielone to postać przepełniona tajemniczością, wzbudzająca lęk samą swą obecnością. Przyznam, że pierwsza styczność z tym bohaterem, której doświadczyłam za sprawą wpisów Harkera do dziennika wywoływała ciarki na plecach. Nie czytałam z wielkim przerażeniem, ale klimat zrobił swoje i bardzo dobrze rozumiałam odczucia bohatera... I na tym też polega siła powieści - dzięki wpisom można łatwo poczuć empatię do zmagających się z lękiem postaci. Styl i przekład są bardzo przystępne i pomimo tego, że tekst ciągły zajmuje zdecydowaną większość objętości to i tak czytelnik płynie przez kolejne rozdziały. Do tej pory jedynie chwaliłam Draculę, ale czy wszystko w tej powieści jest takie idealne?

Są i wady. Drobne, nie odbierające przyjemności z czytania, ale jednak. Pierwszą z nich jest fakt, że dosyć lakonicznie w powieści zaakcentowano miejsce akcji. Owszem, jest to teren Europy, bohaterowie pochodzą z Anglii, podróżują do Rumunii i znaczna część wydarzeń rozgrywa się w Londynie, ale kompletnie tego nie czułam. Ja po prostu wiedziałam, że znajduję się w konkretnym mieście i nic poza tym. Drugie moje zastrzeżenie nie do końca nim pozostaje, bo mam pewne podejrzenia co do zastosowania tego zabiegu. Nie jesteśmy bowiem w stanie stwierdzić, w którym roku wydarzyły się wydarzenia, co do epoki również ciężko cokolwiek spekulować. Założyć mogę jedynie, że wszystko rozegrało się mniej więcej w tym samym okresie, co życie Stokera, ale żaden fakt wyłuskany z fabuły mi tego nie potwierdził. Próbowałam wpaść na jakiś trop po wzmiankach o wydarzeniach historycznych, aczkolwiek nie za wiele mi to powiedziało i tak też traktuję Draculę jako historię, która miała miejsce w nieokreślonej epoce. Z jednej strony minus, bo nie do końca można wczuć się w historię, natomiast z drugiej nie jesteśmy w stanie zaszufladkować powieści i wytykać autorowi brak pieczołowicie przedstawionych realiów historycznych. Zatem akurat ten aspekt traktuję z przymrużeniem oka.

Dracula okazał się piękną powieścią z plastycznymi, działającymi na wyobraźnię opisami. Pojawiło się kilka aspektów obyczajowych, na szczęście ani trochę nie nudziły a jedynie wprowadzały do historii kontrast w stosunku do pełnych dynamiki fragmentów wali z wampirami. Wampir u Stokera to obraz, który na zawsze pozostanie częścią klasyki, nie tylko gatunku, ale i literatury w ogóle i to powieść zapewniająca konkretną porcję rozrywki z niesamowicie wciągającą akcją.

Moja ocena: 8/10

Autor: Bram Stoker, Wydawnictwo: Zielona Sowa, Stron: 448, Wydane w: 1897r., 2005r. - polskie wydanie nakładem Zielonej Sowy

23 lipca 2017

Nie wierzę.

Nadal. Minęły trzy dni i wciąż nie przyjmuję w pełni do wiadomości tego, co się wydarzyło. Za bardzo rozwodzić się nie chcę, choć jak finalnie wpis ten będzie wyglądał to jeszcze nie wiem.

Szczerze? Nie sądziłam, że będę tak szybko musiała zacząć godzić się z odejściem Legendy. 20 lipca 2017 roku Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park popełnił samobójstwo. Już o tym i pisałam i mówiłam. Myślałam, czytałam, przeżywałam, dalej w to nie wierzę. Okoliczności jego śmierci są tym bardziej tragiczne, że Chester powiesił się w dniu urodzin swego przyjaciela, Chrisa Cornella zmarłego w taki sam sposób około dwa miesiące temu.

Próbuję przejść nad tym do porządku dziennego, ale udaje mi się to raz gorzej raz lepiej. Jeszcze miesiąc przed tym wydarzeniem byłam na ich koncercie myśląc, że pojadę na każdy kolejny gdy zawitają do nas, z cholernego sentymentu, nie ważne, w jakim kierunku twórczość Linkin Park podąży. Bo na zawsze zostanie to dla mnie zespół życia, zespół którego śmierć wokalisty to dla mnie przeogromna strata. 

And the sun will set for you

The sun will set for you
And the shadow of the day
Will embrace the world in grey
And the sun will set for you

(Shadow of the day)

Serio, straciłam kogoś ważnego i to uczucie do mnie co jakiś czas powraca. Nawet mam czasem nadzieję, że pójdę spać, obudzę się i w tym momencie dopowiedzcie sobie, czego oczekiwałabym po przebudzeniu. Ogólnie nie oczekuję zrozumienia, a jedynie piszę to wszystko ku upamiętnieniu człowieka, który był i na zawsze pozostanie dla mnie inspiracją, podporą, legendą. Ja z tym zespołem w życiu wiele przeszłam, włączając w to zarówno momenty dobre jak i te beznadziejne, w których zarówno muzyka jak i wokal Chestera i chłopaków dawały mi ukojenie, energię do działania albo bezpieczny azyl, w którym mogłam mieć po prostu na wszystko wywalone. Ja tą muzyką żyłam.

Nie będzie już drugiego takiego zespołu, więc pozostaje mi tylko pozostawać dumną, że żyłam w czasach, w których Linkini przeżywali złoty wiek swojej kariery. Nic nie zabierze mi tych czterech razy, kiedy widziałam chłopaków na żywo. Nie spodziewałam się, że to będą tylko cztery razy.

19 lipca 2017

Żarna niebios

Zbiór opowiadań polskiego autora. Zaraz zaraz, czy tego już nie było w poprzednim poście? Ano, racja, pewnie, że było, przy czym forma i pochodzenie twórcy to jedyny wspólny mianownik Żarn niebios i pierwszego tomu Opowieści z mekhaańskiego pogranicza. I obie są dobre, choć z zupełnie innych powodów.

W Żarnach niebios skoncentrowano się na świcie aniołów, ich relacjach z Panem i mniej lub bardziej poważnych przygodach skrzydlatych. Motyw anioła w fantastyce pojawiał się często, szczególnie gdy mowa o tej stricte młodzieżowej literaturze. Natomiast Maja Lidia Kossakowska postanowiła w kilku krótszych tekstach przedstawić czytelnikowi perypetie niebiańskich bohaterów o całkiem ludzkich problemach. I to też jest motyw przewodni całego zbioru. A skoro są anioły, kilka pięter niżej muszą też pojawić się diabły...

Autorka opisuje niebo i piekło dokonując podziału na kręgi. Przedstawia hierarchię obu światów, wspomina o charakterystyce istot pochodzących z konkretnych miejsc i zależności między nimi. Wszelkie mitologie i wierzenia to konik Kossakowskiej i daje ona temu wyraz również w Żarnach niebios dokładnie zagłębiając się w zawiłości niebiańskie. Najciekawsze jest to, że sama postać Pana się w książce nie pojawia, natomiast gdy mowa o przywódcy zastępów piekielnych już sprawa wygląda nieco inaczej. W jednym z opowiadań na szczęście wszystko zostaje wyjaśnione.

Podoba mi się twórczość Kossakowskiej, choć cieszę się, że pierwszą jej książką po którą sięgnęłam była Ruda sfora, która mnie w sobie rozkochała. Jeżeli chodzi o Zastępy anielskie, zamieszczone w pierwszej części opowiadania to zdecydowanie wstęp do dalszej historii. Przy lekturze można otrzaskać się z tym, co dzieje się w niebie, piekle i pomiędzy nimi, poznać nieco bohaterów, których jest cała masa (i z których do gustu najbardziej przypadli mi Asmodeusz i Razjel) i sprawdzić, czy takie angel fantasy w ogóle wpisuje się w nasze gusta. No właśnie, angel fantasy... serio? Takie katalogowanie kompletnie do mnie nie trafia, bo przecież ciężko np. powieść o trolach nazwać troll fantasy. Co nie zmienia faktu, że próba skatalogowania Żarn niebios to dosyć ciężka sprawa i nic ponad określenie "fantastyka" do głowy mi nie przychodzi. W niektóry opowiadaniach spotkać można śladowe ilości urban fantasy, natomiast nie decyduje to o kategorii do której można by wrzucić książkę za całokształt.

Styl w jakim napisano zbiór jest lekki, plastyczny, z wtrąceniami humorystycznymi i... całą masą określeń dotyczących jednej postaci. Tym sposobem Asmodeusz jest również Modem, ale i Zgniłym chłopcem, co wprowadza lekki przesyt nazw rozpoczynających się wielką literą. Co więcej pojawia się trochę chaosu i pomimo, że sama narracja jest napisana przystępnie, to i tak skupić trzeba się przy lekturze nieco bardziej, by wiedzieć który bohater przedsięwziął konkretne działania.

Jestem pozytywnie nastawiona do lektury Siewcy wiatru, którego mam zamiar machnąć jeszcze w tym roku. Ogólnie z jednej strony obawiam się tego, co mogę w nim zastać, a z drugiej czytanie o Daimonie Freyu zanosi się na wciągającą lekturę koncentrującą się już tylko na jednym wątku. Przyznam się bez bicia, że Kossakowską traktuję jako taką odskocznię od bardziej wymagających tytułów, choć daleka jestem od uznania jej książek za mniej wartościowe lektury.

Moja ocena: 7/10

Seria "Zastępy Anielskie":

1. Żarna niebios 
2. Siewca Wiatru 
3. Zbieracz burz t. 1
 4. Zbieracz burz t. 2 
5. Bramy światłości t. 1

9 lipca 2017

Opowieści z mekhaańskiego pogranicza. Północ - Południe


Wśród nazwisk polskich fantastów Wegner uchodzi za to znane i słusznie, bo autor zdobył już kilka nagród i fani gatunku nie mogą obojętnie przejść obok jego sago o Mekhaanie. Zdarza się, że po tych osławionych pisarzy sięga się z obowiązku - bo to kanon, bo to klasyk, bo to znane i wypada wiedzieć, co ich dzieła zawierają. Taką lekturą dla mnie było Ostatnie życzenie Sapkowskiego. Przeczytałam jeden tom, sprawdziłam, nie porawło mnie, bez entuzjazmu myślę o lekturze kolejnego tomu, który dla formalności przeczytam. Natomiast Wegner...

Mekhaan to imperium rządzone przez władze cesarskie. W tomie pierwszym przyglądamy się konkretnie północy i południu. Autor napisał do każdego rejonu po kilka opowiadań koncentrując się w przypadku północy na losach kompanii Górskiej straży dowodzonej przez porucznika Kennetha-lyw-Darawyta. Natomiast na południu skupiamy się na losach Yatecha, Issara, który zostaje ochroniarzem szlacheckiej rodziny. Niby nic w tym nadzwyczajnego, jednak nie może on w żadnym wypadku pokazywać twarzy ludziom nie należącym do jego ludu. Gdyby przez przypadek to zrobił, musiałby zabić albo siebie albo wszystkich, którzy zobaczyli jego oblicze.

Zapoznając się najpierw z losami Kennetha i jego ludzi musiałam trochę opornie przebrnąć przez początek wprowadzający w nowy, nieznany świat powstały w umyśle autora. Po kilkudziesięciu stronach czułam się już swobodniej przy lekturze i nawet nie zrażały mnie te trzyczłonowe tytuły noszone przez bohaterów. Z resztą, porucznik korzystał tylko z samego "Kenneth", a reszta była formalnością tylko sporadycznie przewijającą się przez lekturę. Losy Górskiej straży skojarzyły mi się, niemalże natychmiast ze znanym mi z martinowskiej sagi braćmi z Nocnej straży, ale nie potraktowałam tego w żadnym wypadku jako chamską "zgapę", a jako motyw, który darzę sympatią. Ponadto klimat jest też nieco inny, bo ta północ aż tak zimna i bezwzględna jak w wymienionym wcześniej dziele nie jest. Natomiast i tak powieść Wegnera zawiera w sobie sporą dawkę bezwzględnej surowości, która kupiła mnie już w pierwszej połowie. To takie porządne, męskie fantasy, za którym przepadam i mogę czytać w ilościach hurtowych (przeplatanych oczywiście z innymi gatunkami). 

Bardzo dobrze u Wegnera wypada kwestia religii, bóstw i kultów. Szczególnie ta ostatnia kwestia zwróciła moją uwagę. W ogóle autor w tym temacie wysilił się na oryginalność, stworzył nazewnictwo nie kojarzące się żadną znaną nam i powszechnie zapożyczaną do literatury mitologią. Ciekawi mnie ogromnie wszystko, co w tym temacie autor stworzył, na te wątki będę pewnie zwracała uwagę najbardziej przy kolejnych tomach jak również najwięcej będę od tych wątków oczekiwała.

Prezentuje się świetnie. Tylko nie spełnia swojego zadania...
Zakulały dwie rzeczy w zasadzie. Pierwsza - mapa. Ciężko było mi umiejscowić akcję w konkretnym miejscu, pomimo tego, że w narracji i wypowiedziach bohaterów padały nazwy geograficzne. Owszem, w książce znajduje się przepiękna mapa na wklejce, która naprawdę robi wrażenie. Odnaleźć się na niej nie umiałam niestety. Ni to po rzekach, ni to po miastach, ni to po łańcuchach górskich, a mapy uwielbiam i podejrzewam, że jest to jeden z wyznaczników mojej miłości do fantastyki. Inna sprawa, że po przerobieniu Władcy pierścieni i pięciu tomów Pieśni Lodu i Ognia wymagam szczegółowych mapek od autorów. Wiem też, że u Wegnera w dalszych tomach (tomie?) pojawiają się inne mapy i może ulegnie to poprawie.

Druga rzecz, która trochę mi przeszkadzała, to słabo wyeksponowana władza. Z opowiadań dowiadujemy się tylko, że jest, w zasadzie epizodycznie się o niej wspomina, nic nie wiadomo na temat tego kto i gdzie ją sprawuje. Mam ogromną nadzieję, że w kwestii tej więcej informacji autor zawrze w kontynuacji (którą już zamówiłam), bo przecież postać cesarza w świecie pełnym politycznych intryg to kwestia konieczna do starannego nakreślenia.

Na koniec wisienki, które potwierdzają wysoki poziom fantastyki, jaką pisze Wegner. Sceny batalistyczne. Uwielbiam dobrze rozpisane, oddane z należytym realizmem, dramaturgią i dynamiką fragmenty bitew. Za to kocham gatunek i tego od niego oczekuję. Autor spisał się świetnie opisując walkę między siłami cesarskimi a koczownikami, która rozegrała się na Północy, co prawda jedynie w opowieści jednego z bohaterów. Niemniej mój głód bitewnej literatury został zaspokojony, a i jestem po wrażeniem stylu Wegnera. No właśnie, styl. Bardzo przystępny, precyzyjny i dobrze dopracowany. Opowiadania czyta się świetnie, ciężko się oderwać, tym bardziej, że fabuła pędzi do przodu i cały czas coś się dzieje.

Gdybym miała porównać Północ i Południe i opowiedzieć się po którejś ze stron, to wybieram to pierwsze. Fakt faktem, rządzi w tym przypadku trochę sentyment z racji tego, że to od tego rejonu zaczęłam poznawać Mekhaan. To, co działo się na Południu było niemniej ciekawe, więcej tam pojawiło się takiego mistycznego klimatu, bardzo spodobał mi się wątek kasty Issarów specjalizujących się w kulcie zabijania i śmierci. Natomiast Północ to dawka takiego klasycznego fantasy, stricte przygodowego, przy którym ciężko się nudzić. Czekam również na nieco bardziej pogłębioną kreację niektórych bohaterów. Postacie pojawiające się na scenie są wiarygodne, niestety w przypadku niektórych bohaterów zabrakło mi umiejscowienia ich w historii, wzmianek o tym, kim byli zanim dotarli do momentu, w którym się z nimi stykamy. Oczywiście jest to pierwszy tom i generalnie rzecz biorąc czekam na takie wstawki w kontynuacji. I jak najbardziej polecam, co pewnie da się wywnioskować z powyższych akapitów, bo pierwszy tom Opowieści z mekhaańskiego pogranicza to kawał porządnej literatury fantastycznej.

Moja ocena: 8/10

Opowieści z mekhaańskiego pogranicza:
1. Północ - Południe
1.5 Każdy dostanie swoją kozę
2. Wschód - Zachów
3. Niebo ze stali
4. Pamięć wszystkich słów
5. ?

4 lipca 2017

Mój czerwiec

Nie dość, że kolejny intensywny miesiąc za mną to jeszcze dobrnęłam do połowy roku. Pojęcia nie mam, kiedy to zleciało, jak z resztą każdy z nas. Generalnie pierwsza połowa miesiąca oznaczała dla mnie naukę, bo kończyłam drugi semestr i przyszło mi pozaliczać cztery przedmioty. Wszystko się udało, pozostało tylko cieszyć się wakacjami i czterema wolnymi weekendami w miesiącu. Nie wiele czytałam w czerwcu, czego naturalnie się spodziewałam. Bo o ile nie miała czasu za wiele na lekturę przed zakończeniem semestru, to po zakończeniu dopadło mnie rozleniwienie charakterystyczne dla wolnej od edukacji części każdego roku i po prostu czytałam na wyrywki. Niewątpliwie do słabego wyniku dołożył się mało przystępny tytuł...

Klucz do otchłani, który wspominam raczej jako słabą lekturę, z która uporać się nie mogłam przez dwa tygodnie. Zrobiłam też podejście do Amerykańskich bogów. Niestety. Czy to Gaiman, czy jego adaptacja, niestety się nie polubimy. Już dawno nie byłam tak oporna na jakiegoś twórcę, a w przypadku serialu zdzierżyłam jedynie dwa i pół odcinka.

Silverberg! Nim akurat jestem zachwycona. Na pewno kiedyś raz jeszcze po Skrzydła nocy sięgnę, bo naprawdę warto. Już sama lekkość tej książki zachwyca.
Ach, no i nowi mieszkańcy mojej ukochanej stajni. Garder i Rosa pozdrawiają!

Koncert Linkin Park w krakowskiej Tauron Arenie. Czwarty w moim życiu. Najdroższy w moim życiu. I ten, na który przez kilka tygodni nie chciało mi się jechać, zatem dobrze, że bilet zakupiłam jeszcze w zeszłym roku. Powód mojej niechęci był prosty. Nowy materiał Linkinów to coś, czego nie jestem w stanie zdzierżyć mimo ogromnego uwielbienia do eksperymentów Benningtona i Shinody. Tym razem wokal Chestera to po prostu porażka i nawet jak na LP ten materiał nie jest dobry, nie słychać w ogóle, nawet w jednym mikro atomie, że płytę robił zespół z charakterystycznym brzmieniem, który zna się na rzeczy. Natomiast jeżeli mowa o samym koncercie, to jestem nad wyraz usatysfakcjonowana biorąc pod uwagę kiepską formę aktualnych "hitów". Ale jeździć będę na ich występy dalej. W życiu trzeba mieć jakieś świętości.
Zamiast się uczyć, oglądałam bajki. Oczywiście jedynym okiem zerkając na notatki. A kiedy już uczyć się nie musiałam, to oglądać mi się odechciało. I rysowałam... Rysowanie końskich nóg na zawsze pozostanie dla mnie wyzwaniem.
Tak zapowiadały się plany na czerwiec, jeżeli chodzi o czytanie. O ironio, najkrótszej książki nie udało mi się ruszyć... Mekhaan polecam!
Kapryśna pogoda. Nie zliczę ile razy dałam się zlać deszczowi w ostatnim tygodniu...
Koncert wrocławskiego zespołu Strain z okazji piknika organizowanego przez Fundację Centaurus. Muzyka świetna i jeszcze można pomóc zwierzakom.
Na sam koniec nabytki z czerwca. Dotarłam do ciekawego momentu w życiu, w którym mogę kupować nowości i książki, które planowałam zdobyć już lata temu. I w ten oto sposób pojawił się u mnie Palimpsest (pierwszy tytuł z Uczty wyobraźni, który mam) oraz Rozgwieżdżone niebo (z prześwietną okładką. I dwa Cobeny, bo potrzebuję w serii wypraw do wyimaginowanych światów od czasu do czasu poczytać dobrą, relaksującą literaturę, która traktuje o bardziej przyziemnych sprawach, a jednak nie nudzi.Wilderäng będzie przeczytany jakoś w lipcu bądź sierpniu. To zależy od innych... zachcianek. Niektóre z nich widać w tle stosu.


Jak mi się uda zabrać, to napiszę recenzje. Nadchodzą moje opinie o pierwszym tomie Mekhaanu i pierwszym tomie Zastępów anielskich Kossakowskiej. Co do mojej obecności na bloggerze. Widzę wszystko i jestem na bieżąco, natomiast mało mam w pracy na przerwie czasu, żeby napisać te długie, poruszające trzy inne sprawy komentarze, więc wszystko ponadrabiam. Ale czytam wszystko na bieżąco...

26 czerwca 2017

Klucz do otchłani

Czy książka zapowiadana jako futurystyczny thriller inspirowany twórczością Lovecrafta może czytelnika nie zainteresować? Myślę, że to mało prawdopodobne, z racji tego, że sama na taki tytuł zwróciłam uwagę. Bądź co bądź książka swoje odczekała, ale mam wrażenie, że teraz była on dla mnie i tak ciekawszą lekturą niż te cztery lata temu, gdy ją kupiłam. Dlaczego więc męczyłam Klucz do otchłani ponad dwa tygodnie i odkładałam ostatnie kilkanaście stron na kolejne i kolejne popołudnie?

Somoza postanowił opowiedzieć nam dosyć znaną już w literaturze historię bohatera żyjącego jak każdy z nas, szarą codziennością, który wcale się o to nie prosząc zostaje wplątany w intrygę. Ciężko doszukiwać się tutaj przyczyn, dla których to właśnie Daniel Kean został "posłańcem", tym, który w pociągu z Berlina, w którym pracował jako konduktor dostał tajemniczą wiadomość od samobójcy odnośnie klucza do otchłani. Tym samym Daniel zostaje wpakowany w walkę między wyznawcami różnych rozdziałów Najświętszej biblii. Obiecujący początek, dynamiczna akcja i zagadka oraz perspektywa podróży na inny kontynent nie zapowiadały pustki, którą pamiętam po zakończeniu lektury i którą niestety z wnętrzem książki kojarzyć będę.

Widać dobrze, że Somoza pomysł na książkę miał, również i warsztat nie nawalił. Autor przenosi nas do przyszłości, w której można na przykład zaprojektować człowieka, a ludzi dzielą się właśnie na pochodzenia biologicznego, bądź stworzonych w ośrodkach na podstawie prywatnych preferencji rodziców. Brzmi ciekawie, w czasie czytania sprawdza się, również podczas zakreślania różnic między oboma typami ludzkich istot, powodów do wzajemnej nienawiści. Główną rolę odgrywa w książce wspomniana wcześniej Najświętsza biblia, której wyznawcy to fanatycy religijni, żarliwie wierzący w poszczególne rozdziały. Niestety zarzuty mam pod adresem właśnie ich, czyli bohaterów z którymi podróżujemy po emanującym surowością futurystycznym świecie. Motywacją do działania głównego bohatera jest zagrożenie czyhające na jego żonę i córkę. Bardzo dobry motor do działania, z tym, że tak jakby działa tylko przez pół książki. Potem Daniel o swojej rodzinie niemalże zapomina i tylko po części dlatego, że wątek częściowo się rozwiązuje za sprawą korzystniejszego mniej lub bardziej zwrotu akcji. Tak samo inne relacje między bohaterami to słabo zaakcentowane informacje o tym, że jakąś dwójkę łączy silna sympatia bądź jej przeciwieństw. Kreacja bohaterów zdecydowanie mi nie podeszła i jedyną sylwetką, która zdobyła moją sympatię była Maya. Ja oczywiście nie wymagałam rozwlekłych fragmentów ukazujących przeszłość kolejnych postaci, ale te szkice, które dostałam sprawiły, że z żadnym z bohaterów zżyć się nie mogłam.

Wspomniana pustka pojawiająca się mojej głowie po lekturze tyczy się również nudnawej fabuły, niepotrzebnych wprowadzających pewne zagmatwanie wątków i słabo dopracowana kreacja świata. Niewątpliwie Somoza chciał coś tą historią przekazać, ale nie do końca to do mnie trafiło. Widać to też właściwie po recenzji, którą czytacie. Co ja właściwie jeszcze mam o tej powieści napisać? Chyba tylko tyle, że nie jestem w stanie stwierdzić, czy inspiracja Lovecraftem wyszła autorowi na dobrze, bo proza mistrza grozy jeszcze wciąż przede mną. Natomiast jeżeli mowa o elementach będących technologią przyszłości zaliczyć należy tą kwestię na plus, bo nic czytelnika nie przytłacza, w zasadzie większość "nowinek" to ciekawe gadżety o nieskomplikowanym działaniu przydające się w życiu codziennym.

Początek powieści był obiecujący, tym bardziej, że autor postanowił wystartować z mocnym akcentem, który podniósł poprzeczkę najwyraźniej za wysoko. Historia Daniela oraz wyznawców rozdziału siódmego, dziewiątego czy czternastego (niepotrzebne skreślić) to niezbyt wciągająca przygodówka w specyficznym klimacie, który niestety nie nadrabia braków lektury.

Moja ocena: 6/10