20 czerwca 2017

Skrzydła nocy


Do Roumu przybywa trójka - Lataczka, Odmieniec i Strażnik, jednak to ten ostatni jest narratorem. Losy bohaterów splecione zostały jeszcze przed akcją Skrzydeł nocy i mimo specyfiki ich relacji czytelnik w każdej z postaci jest w stanie odszukać coś, co ujmuje. Sama fabuła zostaje osadzona czasowo w bliżej nieokreślonej przyszłości, w świecie, w którym zadłużona Ziemia znieść musi najazd obcych żądających ukarania upadłej ludzkiej rasy. W chaotycznym, pełnym wszechstronnego ucisku podróżuje Strażnik, szukając swego powołania, zastanawiając się nad sensem otaczającego go świata i tym, w co tak naprawdę warto wierzyć.

Przegraliśmy teraźniejszość, przegraliśmy przyszłość, z konieczności musieliśmy pochylić się nad przeszłością, poświęcić wszystkie posiadane środki na jej potrzeby. Przeszłości nikt nam nie zabierze, musimy tylko objąć nad nią straż.

Robert Silverberg stworzył trzy ujmujące opowiadania, których lektura przenosi czytelnika w niezwykły świat zmuszający do refleksji a równocześnie bardzo łatwy w odbiorze. Pomimo tego, że jest to science fiction to wydaje mi się, że każdy dojrzalszy czytelnik, będąc amatorem bądź nie tego gatunku coś dla siebie w tych historiach znajdzie. Oczywiście wszystkie wydarzenia koncentrują się na postaci Strażnika, to właśnie jego charakter, zarówno pełen prostoty jak i pewnych zawikłań poznajemy najlepiej. To niesamowita postać, wzbudzająca w czytelniku uznanie, ale też żal współczucie. Z tyłu okładki wspomniano o wątku nieszczęśliwej miłości, który sugeruje pewną ckliwość, która wkraść się może w fabułę. Nic podobnego. Oczywiście, motyw ten pojawia się, odgrywa rolę dosyć znaczną, ale jednak nie kłuje w oczy żadnym kiczem czy przesadą.

Opowiadania zostały napisane w bardzo wyważonym stylu. Spodobał mi się język autora, bo Silveberg pisze tak, że przez cały czas utrzymuje takie samo tempo. To taka historia, która nie potrzebuje dynamiki, taka, przez którą możemy płynąć odnajdując w niej coraz to nowe symbole. Równocześnie w dzieje Strażnika wkrada się kilka zwrotów akcji, a więc pomimo raczej stonowanego tempa w Skrzydłach nocy próżno narzekać na nudę. Również przedstawienie realiów przyszłości to nie długi wpędzające w dezorientację opisy najnowszych wynalazków tylko konieczne z racji danej sytuacji informacje na temat działającej technologii. Takie science fiction przekonuje mnie do tego, żeby poznać więcej tego gatunku, jak również żeby sięgać po ambitniejsze tytuły.

W niezwykły stan lekkiego rozczulenia wprowadził mnie wstęp zapisany przez Roberta Silverberga. Przybliża on na kilku pierwszy stronach realia powstawania zbioru i tego, w jak ciężkich relacjach znajdował się wtedy ze swoim wydawcą, z którym łączyła go również przyjacielska więź. Nasunęło mi to na myśl relację łączącą Lewisa i Tolkiena, w przypadku której twórca Śródziemia krytykował narnijskie przygody czwórki rodzeństwa Pevensie. 

Skrzydła nocy na pewno jeszcze długo wspominać będę z uśmiechem, może nieco przyćmionym przygnębieniem, ale jednak uśmiechem. To piękna, pełna delikatności historia przekazująca kilka istotnych wartości, stawiająca pytania o sens trwania w powołaniu. Zdecydowanie polecam, szczególnie, że jest to tomik o niewielkiej objętości, choć na myśl o tylko dwustu dwudziestu stronach robi mi się nie smutno...

Moja ocena: 8/10

12 czerwca 2017

Radio Armageddon

Tak się czasem zastanawiam, jak to jest, że książki, w których przedstawione obrazy zdecydowanie przeczące klasycznej sielance i spokojowi są w stanie dać czytelnikowi jakieś poczucie komfortu. Nie nazwę tego ukojeniem, ale może po prostu wygodą. Mam nadzieję, że każdy książkoholik doświadczył już kiedyś tego uczucia. Podczas czytania stykał się już z takimi fragmentami, które były dla niego po prostu wygodne. Które za pomocą idealnie dobranych słów opisywały coś tak banalnie oczywistego, że nikt inny nie wpadłby na pomysł, żeby o tym wspomnieć. I tutaj leci pierwsza pochwała pod adresem autora - niebanalny, a jednocześnie prosty styl i umiejętność trafienia odpowiednio dobranymi słowami w sedno.

Jakub Żulczyk stworzył historię zespołu muzycznego toczącą się w realiach polskiej codzienności. Nie taki zwykły zespół, bo punkowy i historia też niczego sobie, bo czwórka głównych bohaterów po prostu stawia czoła rzeczywistości w sposób nie podpadający pod żadne popularnie stosowane kategorie buntu. Co więcej Radio Armageddon staje się dla Nadziei, Szymona, Cypriana i Gnata świętością, a równocześnie dla każdego z nich oznacza coś innego. I naprawdę jest o czym opowiadać.

Autor nie snuje nużącej, opowiadającej punkt po punkcie opowieści o tym, jak zespół powstawał. Teraźniejszość przeplata się z rozbudowanymi wstawkami z przeszłości, a narrację prowadzą głównie Nadzieja i Szymon. To oni opowiadają czytelnikowi o szarym, sztucznym otaczającym ich świecie, który po części zna każdy z nas i w którym każdy znajdzie cząstkę swojej rzeczywistości. W zasadzie motyw młodzieżowego buntu wyrażanego przez założenie amatorskiego zespołu punkowego to temat dosyć oklepany, a jednak treść książki potrafi zafascynować i uwięzić czytelnika w tym pozbawionym głębi świecie.

To bardzo mocna powieść. Pełna drastycznych, szokujących obrazów, które wręcz uderzają w świadomość czytelnika. Co więcej, wątek tajemniczego zaginięcia Cypriana, lidera zespołu komplikuje plany całej reszty postaci, wyzwala pragnienia, do których w zasadzie na warto się przyznawać. Równocześnie pomimo mocno postępującej degeneracji bohaterów w jakiś sposób życzy się im jak najlepiej i naiwnie, gdzieś na skraju świadomości liczy na to, że jednak jakoś się to wszystko poskłada.

Momentami obraz bandy zaćpanych licealistów trochę mnie męczył w sensie takim, że nie wierzę, żeby grupce młodzieży tak łatwo było w szybki sposób niemalże nieodwracalnie popaść w nałóg. Miałam wrażenie, że trochę jakby żyją w szklanej bańce (oni chyba też), takiej, której wnętrza nie dostrzega otoczenie. Rodzice, nauczyciele, znajomi - bardzo mało inicjatywy było z ich strony, ale może moje wrażenie jest efektem tego, że w swoich nastoletnich latach nawet nie otarłam się o takie środowiska. Bywa. Rozumiem też, że ta obojętność wszystkich dookoła to smutny dowód na istnienie rzeczywistego problemu społecznego, jednak i tak wygląda na nieco zbyt mocno odbiegający od realiów.

Jakub Żulczyk stworzył oryginalnie napisaną historię, której wydźwięk na pewno nie pozostawi czytelnika niewzruszonym. W jakiś sposób książka trafia w człowieka, pochłania, przekazuje część smutnych prawd o przekomercjalizowanej rzeczywistości, w której praktycznie na wszystkim da się zarobić, a małe, próbujące coś przekazać "świętości" nie mają za bardzo racji bytu. Chyba, że podasz cenę.

Moja ocena: 7,5/10

1 czerwca 2017

Mój Maj

Jednotomowe powieści. To pod ich znakiem upłynął mi maj. Przeczytałam aż sześć tytułów i tylko jedna z nich stanowiła dalszy ciąg przygód pewnej grupy bohaterów. I trafił się jeden tomik poezji (Mleko i miód Rupi Kaur).
Udało mi się zobaczyć aż sześć koncertów, przy czym cztery z nich odbyły się podczas tegorocznej majówki. Miałam mojego Huntera, miałam radochę.
W kwestii zakupów - kupiłam mniej niż przeczytałam, a zatem kolejka lektur uległa uszczupleniu.
Maj wypadł kiepsko pod względem pracy - więcej jej nie było niż było.
Nadrobiłam zaległości książkowe, sięgnęłam po dwa bardzo długo już oczekujące już tytuły.

Cztery z przeczytanych w maju tytułów - i chyba ledwie widoczne Radio Armageddon najlepsze.
Eksperymenty w PhotoScape. Znalazłam sobie nowe hobby.

Popołudnie w parku. Majówkowy występ zespołu Strachy na Lachy. I mój ukochany wrocławski Dworzec.

Monsun, na którym zaczęłam dopiero jeździć i z którym świetnie się dogaduję. Koń marzenie. Bazgroły ze szkolnego zeszytu. Księga dżungli czytana w plenerze i pamiątka z koncertu, na który nie planowałam iść i który bardzo mi się spodobał.

Takie wrocławskie kadry maja. 

Radio Armageddon i niebo zwiastujące Armagedon.

Czytamy Rycerza siedmiu królestw - fantastyka tylko z adekwatnym tłem muzycznym!
Przypływ weny do rysowania (i równie szybki jej odpływ) oraz koncert wrocławskiego This Great End.
Co tak właściwie kupiłam?

Powiem tylko jedno: jak tak dalej pójdzie, to moje zakładki przejdą na bezrobocie.
A w czerwcu...
Będzie fajnie. Będą na pewno dwa koncerty i to jakich zespołów. Szczegóły w kolejnym podsumowaniu. Czaję się na jedną książkę, zobaczymy jak to wyjdzie z czytaniem, bo kończę aktualnie drugi semestr policealnej. Plan na czerwiec to pięć książek, niezmiennie. Cieszę się z tych Artefaktów - nie dość, że zaczęłam kupować jako takie "nowości" (no, Silverberg ukazał się 26 maja, świeżynka jeszcze) to wpadły mi dwie trochę cieńsze lektury. Tevisa odkładam na jesień. Sandersona raczej na końcówkę lata, mam inne cegły do nadrobienia.

Powodzenia w czerwcu!

26 maja 2017

Powstanie



Obfitujący w wydarzenia pierwszy tom Wojen Alchemicznych wysoko postawił poprzeczkę swojej kontynuacji. Tregilis pomimo kilku niedociągnięć stworzył bardzo emocjonującą i pełną brutalności powieść, w której toczy się wojna między Królestwem Mosiężnego Tronu, Holandią mającą na podorędziu zastępy mechanicznych żołnierzy oraz Francją, która broni się przed naporem nieprzyjaciela za pomocą chemicznych wynalazków i pozostaje przy katolickiej wierze utrzymując, że zniewolenie klakierów jest zdecydowanie niegodnym działaniem. W tomie drugim narratorami są Daniel (Jax), kapitan Longchamp i niezastąpiona szpiegmistrzyni, Berenice.

Akcja została poprowadzona umiejętnie i z rozmysłem. Tregilis ponownie narzuca szybkie tempo i zaskakuje nas szybkością i natężeniem wydarzeń. Francja się broni, Berenice walczy o to, by odkryć kilka sekretów parających się alchemią przeciwników, a Daniel po wydarzeniach z części pierwszej wyrusza na poszukiwania tajemniczej królowej Mab. O ile w części pierwszej klakierską brać reprezentowali tylko Jax, Lilith, jeden wojskowy klakier i jeszcze jedna epizodyczna postać, tak tutaj więcej się tego namnożyło. W Powstaniu większość wydarzeń ma miejsce właśnie z udziałem mechanicznych i dzięki temu możemy lepiej poznać te stworzenia. Szczerze przyznam, tak jak i miało to miejsce przy lekturze poprzedniej części, mnie mechaniczni nieco przerażają. Szczególnie maszyny wojskowe, które brutalnie i bezwzględnie atakują wrogów. Jako broń powinni z miejsca zapewnić Holendrom podbój i zwycięstwo, jednak Francuzi również mają swojego asa w rękawie - gwardie chemików, którzy w pocie czoła pracują nad ulepszeniem kleistej substancji doprowadzającej do unieszkodliwienia wroga.

Najciekawszym wątkiem wśród tych trzech narracji był oczywiście ten z punku widzenia Jax/Daniela. Zachodzi w jego charakterze zmiana zapoczątkowana jeszcze w Mechanicznym. To świetna postać, bardzo ciekawa i rzeczywiście najbardziej absorbująca uwagę czytelnika. Moralność Jaxa/Daniela to również kwestia dość złożona, a mimo to wątek ten czyta się najlepiej ze wszystkim. Natomiast drugą ulubioną postacią, podobnie jak w części pierwszej została Berenice. Dzięki jej charakterowi w lekturę wkrada się nieco komizmu ale i przebiegłości. Owszem, momentami przekleństwa padające z jej ust drażniły, nie tym, że język stawał się zbyt wulgarny, ale padające określenia były zbyt przekombinowane i książka traciła klimat. Na szczęście nastrojem można było się napawać dzięki lekturze rozdziałów z punku widzenia Kapitana Longchampa. Podczas gdy we wcześniejszym tomie był ona postacią poboczną, tak tutaj wysuwa się na pierwszy plan. Wiemy, co dzieje się na froncie, możemy poczuć jak bardzo kiepska jest sytuacja i poobserwować zmagania Francuzów z mechanicznymi. Longchamp co prawda nie skradł mojego serca i nie wyróżniał się dla mnie jakoś ponadprzeciętnie, ale dzięki tej perspektywie pojawiło się więcej elementów batalistycznych, a co za tym idzie, krwawych.

Czytając Wojny Alchemiczne nie odniosłam wrażenia, żeby którejkolwiek ze stron należało się zwycięstwo absolutne. Niemniej jednak autor koncentruje opis batalii ukazując go z punku widzenia tylko francuskiej armii i nieco mnie to zawiodło. Tregilis przedstawia to w ten sposób - Holendrzy to źło wcielone, a biedni Francuzi muszą się bronić. Nie wierzę jednak, że Królestwu Mosiężnego Tronu wszystko idzie jak z płatka i nie zmaga się z żadnymi przeciwnościami. Niestety, w to wglądu czytelnik nie ma i muszę się na autora trochę poskarżyć. Uważam, że dużo ciekawiej wyglądałaby ta wojna, gdyby opisano ją z obu perspektyw, tymczasem obserujemy tylko sytuację ofiar wojny. Właśnie brak ukazania "obozu" Holendrów i, dla przykładu, tego np. jak starają się ulepszyć swoich klakierów, sprawia, że delikatnie się na lekturze zawiodłam. Swoje zrobił też nadal trudny w odbiorze styl autora, do którego się nie zdołałam przyzwyczaić. Toleruję go, ale np. przy scenach bitew się męczyłam i odbierało to przyjemności z lektury. Natomiast same opisy krajobrazów, czy to zalesionych, północy, czy tych zniszczonych po starciu armii były jak najbardziej na plus. Z braku głębszych rozważań moralnych czy filozoficznych historia nieco gubi (ewentualnie - zapomina) swoje przesłanie. To, co zostało powiedziane w pierwszej części nie do końca znajduje odzwierciedlenie w działaniach bohaterów, może tylko postać Jaxa/Daniela nieco kwestię tę ratuje.

Powieść nie pozostawia czytelnika obojętnego na wydarzenia w niej zawarte. Wciąga, angażuje i wywiera naprawdę niezłe emocje kulminacyjnymi momemntami. Nie jest to lektura do końca łatwa, wymaga odrobiny cierpliwości (szczególnie do języka), ale wynagradza to pędzącą akcją. Właściwie nie ma przestojów i nawet gdy któryś z bohaterów jedynie spokojnie się przemieszcza i tak dobrze się to czyta. Tregilis postarał się o dobrą powieść przygodową z elementami clock punku, natomiast jeżeli mowa o alchemii - trochę się jej tu pojawia, ale zainteresowanych serią, których kusi dowiedzenie się czegoś więcej i rozwinięcie wątku muszę rozczarować - za wiele w tym temacie autor się nie rozpisał, wrzucił szczątkowe informacje i o alchemii wiemy tylko tyle, że jest i działa. Na szczęście dzięki tempu, w jakim rozgrywa się fabuła nie ma za bardzo czasu na rozmyślanie o tym, gdzie autorowi powinęła się noga...

Na marginesie - korekta po prostu leży. Już dawno nie czytałam niczego z taką ilością literówek, błędów, narracji nie zaczynającej się od akapitu, tylko w tej samej linijce, w której kończy się dialog. Owszem, takie rzeczy się zdarzają, ale zwróciłam na to uwagę, bo gęsto w Powstaniu od takich niespodzianek i niestety przeszkadza to podczas czytania. Oczywiście ta kwestia nie ma wpływu na moją ocenę historii, ale sama lektura została chwilami tak utrudniona, że nie mogłam tego nie skomentować. Wydawnictwo niestety nie pierwszy raz mnie na tym gruncie zirytowało, ale przy nie dawnej lekturze Królów Dary o tym nie wspominałam, Wtedy było kiepsko, ale jeszcze znośnie. W Powstaniu jest gorzej.

Moja ocena: 7/10

Wojny Alchemiczne:
1. Mechaniczny < recenzja
2. Powstanie
3. Wyzwolenie

20 maja 2017

Rycerz siedmiu królestw


Jak na kogoś, kto nagminnie rozpoczyna, kompletuje i czasami nawet doczytuje serie, rzadko sięgam po wszelkiego rodzaju ich uzupełnienia. Zwykle trafiam na historie takie, które trwają przez określoną ilość tomów i żadne dodatki się nie ukazują, również rzadko się takowymi interesuję. Przykład - dwa zbiory opowiadań ze świata Nocnych Łowców Cassandry Clare, których kijem bym nie tknęła, bo ostatni tom Darów anioła ogromnie mnie rozczarował. Jest jednak seria, na której do tej pory nie zawiodłam się jeszcze ani trochę i w związku z którą będę sięgać po wszelkie "dopiski". Mowa oczywiście o Pieśni Lodu i Ognia. Rycerz siedmiu królestw to zbiór trzech opowiadań ze świata, w którym toczyła się akcja Gry o tron oraz jej kontynuacji. Powracamy do Westeros jednak na chwilę odrywamy się od waśni między Starkami i Lannisterami oraz zapominamy walkę o to, kto zasiądzie na Żelaznym Tronie. Uwagę natomiast warto skupić na innym bardzo znaczącym rodzie, jakim są Targaryenowie.

Bohaterem zbioru opowiadań jest Ser Duncan, którego przygody rozpoczynają się od pożegnania z jego rycerskim mentorem. Po zapewnieniu zwłokom starego należytego pochówku Duncan wyrusza w świat, by zdobywać doświadczenie jako rycerz, poprawiać swoje umiejętności jak i walczyć o sprawiedliwość w pełnym dworskich intryg świecie. No właśnie - pełen honoru, poczucia obowiązku i nieskłonny do wchodzenia w układy bohater to u Martina nowość. Jakże przyjemna i wnosząca świeżość w uniwersum, w którym czytelnik przywykł, że każdy każdemu wbić w plecy nóż może.

Bardzo cenię sobie krótką formę, o czym nie raz wspominałam już, czy to przy lekturze innych zbiorów czy z okazji osobnego posta poświęconego właśnie opowiadaniom. Martin sobie jak najbardziej w krótkiej formie radzi. Nie zmienia to faktu, że w czasie kilkudziesięciostronicowych historii przewija się masa nazw i tytułów i ich zagęszczenie jest podobne do tego, które charakteryzuje Pieśń Lodu i Ognia. W powieściach kilkusetstronicowych mamy więcej czasu na przyzwyczajenie i zapamiętanie postaci, W Rycerzu Siedmiu Królestw momentami panuje niezły chaos, a z tyłu książki brak spisu występujących w niej rodów. Część z nich znana jest oczywiście z głównej martinowskiej sagi, jak chociażby wspomniani Targaryenowie czy Freyowie, ale biorąc pod uwagę opis koligacji czasem ciężko się połapać. Dlatego pomimo tego, że opowiadania są krótkie, należy mocno się przy lekturze koncentrować.

Gdy mowa o fabule, najciekawszą Martin popisał się w pierwszym opowiadaniu. Nasz bohater trafia na turniej rycerski, w czasie którego emocje naprawdę sięgają zenitu. W dodatku autorowi, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu sagi udało się ten element opisać bardzo ciekawie i właśnie dlatego uważam, że Wędrowny rycerz to najbardziej wciągające opowiadanie. Natomiast gdy mowa o pozostałych dwóch - nie brak im brutalności, akcji, walk i przygód, ale jednak wydały mi się one nieco mnie oryginalne niż tekst rozpoczynający ten zbiór.

Niewątpliwie warto zwrócić uwagę na giermka Duncana - Jajo, To postać z rodu Targaryenów, której rola nie ogranicza się jedynie do pomocy we wkładaniu zbroi i zajmowaniu się końmi. Jajo służy Dunkowi (skór od Ser Duncana) pomocną radą, jest przebiegły i krnąbrny. Bohater łatwo skrada sympatię czytelnika i wraz z rycerzem, któremu służy tworzy bardzo udany duet.

W Rycerzu Siedmiu Królestw opisano historię sprzed akcji Gry o tron i właściwie treść zbioru w ogóle nie wiąże się z wydarzeniami z Pieśni Lodu i Ognia. Niewiele też w niej elementów typowo fantastycznych - smoki, rytuały związane z R'hllorem czy też Dzieci Lasu się nie pojawiają, choć Martin już zdołał przyzwyczaić nas do oszczędnego używania właśnie elementów nadprzyrodzonych w swoich książkach. Tak więc zbiór ten stanowi ciekawy dodatek dla fanów sagi, natomiast nie wiąże się z główną akcją. Można sięgnąć nawet nie znając książek z Pieśni Lodu i Ognia i sprawdzić, czy po lekturze próbki martinowskiej twórczości mamy ochotę na więcej.

Moja ocena: 7/10

13 maja 2017

Koniec punku w Helsinkach

Jak powszechnie wiadomo, pozory mogą mylić. Pod tą zgrabną okładką w energetyzującym kolorze kryje się opowieść o przygnębieniu. Są takie książki, które zabierając nas w ponurą codzienność nie wprowadzają w kiepski nastrój jak mogłoby się wydawać, a okazują zrozumienie. Realia książki Rudisa to trudny okres powojenny przemian, w których jedni upatrują nadziei na lepsze jutro, a inni z obawą spoglądają w przyszłość zastanawiając się, czy poradzą sobie w nowym świecie. Ale Koniec punku w Helsinkach to też opowieść o buntownikach, którzy w obliczu przyjścia nowych czasów starają się za wszelką cenę nie zatracić swoich ideałów.

Losy Olego w średnim wieku przeplatają się z wpisami w pamiętniku nastoletniej Nancy. Jest to dwójka bohaterów, którzy w jakiś sposób związani są z muzyką punkową. Ole lata temu był członkiem zespołu grającego ten gatunek, wyjechał w trasę, żył jak typowy pasjonat, koncentrując się na tym, że to co gra pomaga mu przetrwać. Podobnie jest z Nancy. Dziewczyna zdecydowanie nie spełnia standardów dobrze wychowanej panienki. W jej wpisach często przewijają się wzmianki o syto zakrapianych imprezach, miłości do punkowej muzyki, problemach w szkole i walce o jej własną tożsamość.

Dwoje zupełnie różnych bohaterów, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego poza nieumiejętnością odnalezienia się w nowych czasach. Ole i Nancy są dla siebie obcymi ludźmi, Każde z nich na pozór szuka sposobu na zaprzyjaźnienie się ze zmianami i równocześnie doskonale wie, że nigdy się to nie uda. Losy Nancy obserwujemy czytając jej sekretny dziennik. Z racji tego, że autorem wpisów jest nastolatka musimy uzbroić się w odrobinę wyrozumiałości co do stylu, w jakim napisano te fragmenty. O dziwo brak znaków interpunkcyjnych i wtręty z języka niemieckiego w ogóle mnie nie drażniły. Oczywiście nie ma możliwości, by w jakiekolwiek zachwyty wpaść czytając tak stylizowany język, ale Rudišowi udało się wyjść obronną ręką przy realizacji tego pomysłu. Nancy pisze o rzeczach typowych dla nastolatków, choć nie cechuje jej aż tak wielki brak rozsądku jak powszechnie zwykło się przyjmować gdy mowa o dorastającej młodzieży. Z jej postacią związane są również pewne ważne aspekty problematyczne, jak choćby trudny kontakt matki z córką i konflikt pokoleń.

Kreacja Olego to taki portret człowieka, który najlepsze lata swego życia ma już za sobą, choć wcale nie jest stary. To bohater o wielkich marzeniach i ukrytych pragnieniach, którego chęć do życia gdzieś po drodze zagubiła się w powojennej rzeczywistości. Jedyne, co mu zostało to bar Helsinki, w którym dobrze poczuje się każdy punk stroniący od konsumpcyjnych luksusów. Knajpa staje się jedynym sensem istnienia Olego, który zrezygnował z walki o zdobycie szczęścia.

Koniec punku w Helsinkach to książka obrazująca pewien wycinek ludzkich żyć. Taki punkt, w którym kilak ścieżek się skrzyżowało, kilka biegnących równolegle nagle postanowiło się rozejść. Nie jest to historia, w której narastające z każdą stroną napięcie prowadzi ku kulminacyjnemu odkryciu większych i mniejszych tajemnic bohaterów. Jest to powieść dosyć statyczna, ale dająca do myślenia. To taka książka, która powie czytelnikowi, że nie ma co się oszukiwać, że te wszystkie nowinki i złudzenie jakie tworzy nowy, coraz nowocześniejszy piękny świat to nie jest rzeczywistość idealna. Że nie wystarczy podążać za najnowszymi trendami stylu życia by zagwarantować sobie szczęście. Może nie jest to mocno dobijająca lektura, po której nabierzemy można przekonania, że nic sensu nie ma i nie warto podejmować żadnego wysiłku, ale niewątpliwie przekazuje jakieś prawdy o rzeczywistości, w której wszechobecny konsumpcjonizm i pęd do bycia takim samym jak wszyscy dominuje, podczas gdy nieliczni starają się żyć po swojemu, we własnym tempie, w zgodzie z własnymi przekonaniami.

Moja ocena: 7,5/10


8 maja 2017

Już mnie nie oszukasz


Chciałam nie zaczynać tej recenzji od kolejnych peanów na cześć Cobena, ale, cholera nie da się. Na prawdę, to nie możliwe biorąc pod uwagę jaki trik zastosował on w swojej najnowszej powieści. Rzadko mam okazję wspominać o tym, że autor "coś" zrobił z czytelnikiem. Rzadko to czuję, zazwyczaj koncentruję się na tym, że po prostu mam styczność z czyjąś koncepcją i mam się do niej ustosunkować, napisać coś o swoich odczuciach. A w przypadku recenzowanej dzisiaj powieści mogę otwarcie rzec - Coben z czytelnikiem zrobił "coś", a konkretnie się z nim zabawił i pewnie w dniu premiery książki podśmiewał się pod nosem na myśl o tym z jakimi rekcjami spotka się powieść gdy już fani zapoznają się z nią w całości.

Bohaterką powieści jest świeżo owdowiała Maya Stern, była wojskowa, kobieta, która musi się teraz zmierzyć z czekającym ją samotnym wychowywaniem córki. Mąż Mai, Joe został zamordowany w parku, a okoliczności zabójstwa nie zostały dokładnie wyjaśnione mimo tego, że Maya była świadkiem i złożyła już zeznania. Niebawem kobieta dowiaduje się, że morderstwo popełnione na jej mężu ma związek z zamordowaniem jej siostry oraz jeszcze dawniejszym wypadkiem - samobójstwem jej szwagra. W całą aferę wplątany jest również szantażysta, który posiada materiały pogrążające karierę wojskową Mai.

Przyznam, że sama historia wyglądała na średnio zawikłaną, ale Coben poradził sobie z poprowadzeniem wątków tak, że w pewnym momencie poczułam lekkie zagubienie. To dosyć znana zagrywka w przypadku tego autora, bo nie pierwszy raz dostałam na zachętę kilka możliwych scenariuszy, które wydawały się potencjalnym wyjaśnienie zagadki i które oczywiście nim nie były. Ale ale - Coben nie bazował w powieści tylko na tym, z czego do tej pory był tak dobrze już znany. Do intrygi zgrabnie udało mu się wpleść motyw konsekwencji postępu technologicznego i wszechobecności kamer, który cechuje jego nowsze tytuły. Pierwszy raz miałam również styczność z książką Cobena, w której wątek sportowy odgrywa mało znaczącą, bardzo poboczną rolę. Wcześniej wielokrotnie wykorzystywał ten motyw i zastanawiałam się, czy kiedyś odpuści. Okazuje się, że pisarze potrafi skonstruować ciekawą fabułę bez udziału drużyny sportowej, ambicji i głodu wygrywania ligi. Choć nie narzekałam na spory udział koszykówki i lacrosse'a w fabule, to uważam ich brak za ciekawą odmianę.

Maya Stern, główna bohaterka to osoba o specyficznym charakterze, w dodatku była wojskowa, którą dręczą demony przeszłości i wspomnienia z frontu. Jej relacje z otoczeniem nie należą do łatwych, ale kobieta za wszelką cenę stara się żyć w tym nowym świecie, w którym nie ma jej męża. Nie przekonała mnie do końca kreacja przyjaciółki Mai, Eileen, ale za to nakreślenie związku z Joem i więzi z siostrą, którzy w powieści pojawiają się jedynie we wspomnieniach bohaterki zostało bardzo dobrze dopracowane. Również przeszłość, do której szczegółów w czasie prywatnego śledztwa dokopuje się Maya szokuje. Cobenowi udało się wpakować do jednej powieści cały szereg typowych problemów społecznych, takich jak chociażby różnice wynikające z stopnia zamożności dzieciaków w jednej szkole. Wśród licznego grona znajomych Mai znajduje się również Shane, jej kolega z frontu, którego postać zaskarbiła sobie moją sympatię. Nawet trochę żałuję, że nie było go więcej, co nie zmienia faktu, że w otoczeniu głównej bohaterki znajdują się zarówno "cywile" jak i mundurowi i to zdecydowanie wprowadza do powieści różnorodność.

Tak jak już wcześniej wspominałam, podczas lektury pojawił się pewien kryzysowy moment wynikający z mnogości niewiadomych, ale na szczęście akcja została na tyle umiejętnie pchnięta do przodu, że niemożliwym jest porzucenie lektury na dłużej. Harlan Coben wywodzi czytelnika daleko w pole i konstruuje złożoną intrygę. Jeżeli ktoś zastanawia się, czy przygodę z pisarzem można zaczynać od jego najnowszej powieści, to z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że się nie zawiedzie.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Fool Me Once
Autor: Harlan Coben
Wydawnictwo: Albatros
Ilość stron: 412
Rok wydania: 2016 (oryginał), 2017 (w Polsce)

4 maja 2017

Królowie Dary


Gdyby liczyła się tylko krew za krew, historię pisałoby się banalnie łatwo.

Bez względu na to, jak wiele czasem powieść wymaga zaangażowania i tak wielbić będę te książki, które napisane są z pomysłem, których świat dosłownie połyka czytelnika i te, których przemyślana konstrukcja fabuły sprawia, że dana historia wykracza daleko poza ramy standardowych schematów. Właśnie tacy są Królowie Dary Kena Liu. Świat delikatnie stylizowany na orientalne realia to niezła zachęta do lektury, ale najbardziej porywa wszystko to, co dostajemy kiedy już rozpoczniemy przygodę.

Nakreślanie fabuły nie do końca ma sens, ponieważ jest ona rozwleczona na bardzo długi okres czasu. Nie powiem dokładnie jak wiele lat upływa od pierwszej do ostatniej strony, ale szacowałabym, że około dwudziestu. Głównymi bohaterami Królów Dary są Mata Zyndu i Kuni Garu, którzy łączą siły i biorą udział w rebelii przeciwko władzy cesarskiej. W zasadzie całą powieść to polityka i wojna, które odgrywają w Królach Dary role pierwszoplanowe, co nie oznacza, że wątki usunięte w tło stają się mniej ważne. Złożoność i symbolika tej historii stanowią niesamowitą mieszankę, w wyniku której zakwalifikowałabym Królów Dary jako baśń wojenną, gdyby oczywiście taki gatunek istniał.

Sam orientalny nastrój powieści jest bardzo delikatny. Szczerze - gdyby w okolicach premiery nie trąbiono o tym na prawo i lewo, to byłabym w stanie nawet go nie zauważyć. Najlepiej jednak dostrzec ten motyw, gdy w powieści mowa o wszelkiego rodzaju tradycji, która, przynajmniej mi kojarzy się właśnie ze światem orientu. W powieści Liu zawarł również gdzieniegdzie pochwałę dla sztuki wojny, przestrzegania zasad honoru i szacunku do wroga.

Użalanie się nad sobą było głupotą: świat szanował człowieka, który szanował sam siebie.

Historia Kuniego Garu i Maty Zyndu, tego, jak ich drogi się ze sobą splotły i to, jak udało się dojść do porozumienia dwojgu ludziom o tak różnych charakterach równocześnie ukazując ich relację jako wiarygodną zasługuje na wiele uznania. Charakter Maty Zyndu w pełni do mnie przemówił, nawet momentami przerażał, ale i wzbudzał wiele szacunku. Natomiast kreacja Kuniego nie do końca do mnie przemówiła, bo został on stworzony jako hulaka o lekko beztroskim podejściu do życia, co w zestawieniu z kultywującym tradycję i rozumiejącym wagę bycia ostatnim z rodu Matą Zyndu wyglądało dosyć osobliwie. Na przestrzeni całej powieści nie raz opinię o bohaterach zmieniałam, zastanawiając się nad tym, czy w ogóle jednoznacznie da się ocenić ich motywy działania.

Nigdy nie będzie końca cierpieniu, jeżeli "zasłużyli sobie" wystarczy ludziom za usprawiedliwienie zadawania bólu.

Jeżeli w jakiś aspekcie książki nie zostałam usatysfakcjonowana, to chyba tylko gdy mowa o fragmentach batalistycznych. Chodzi o to, że styl Liu wymusza na powieści dosyć stonowane tempo, które nie przyspiesza w kulminacyjnych momentach. Przeszkadzało mi to tylko w chwilach kluczowych strać, kiedy to potrzebowałam nieco dynamiczniejszych opisów, więcej krwi i tego, co czyni wojnę okrutną i bezwzględną. Kocham realistyczne opisy bitew i pewnie dlatego ich brak odczułam nieco dotkliwiej.

Poboczne wątki mają duży wpływ na główny nurt akcji i pozostają z nim cały czas w nawiązaniu. Bardzo podobała mi się w pewnym momencie rola, która odgrywała Jia wraz z Soto oraz motyw rozdzielenia dwojga braci podczas wojny. Kolejną świetną rzeczą jest panteon bóstw w Darze. Bogowie są co prawda obserwatorami wydarzeń, w których odgrywają dosłownie symboliczną rolę i zazwyczaj ograniczają się do dywagacji na temat motywów postępowania śmiertelników, ale zostało to przez Liu świetnie opisane. Liczę na to, że w kontynuacji wątek ten zostanie pociągnięty, bo jest świetnym urozmaiceniem.

Dzieło Liu należy jedynie wychwalać, bo to świetna powieść. Rozciągnięcie akcji na lata sprawia, że jesteśmy świadkami ciekawych przemian zachodzących w świadomości bohaterów. Całość tworzy niezły kawał historii wykreowanego przez Liu świata i na pewno z przyjemnością sięgnę po kontynuację, która dopiero co się ukazała. Warto poświęcić nieco więcej czasu i uwagi na lekturę, żeby wynieść z niej nieco mądrości. Ten cytat o użalaniu się mogłabym sobie wytatuować.



Moja ocena: 8,5/10

Tytuł oryginału: The Grace of Kings
Autor: Ken Liu
Wydawnistwo: SQN Imaginatio
Ilość stron: 585
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu:
1. Królowie Dary
2. Ściana burz
3. ?

1 maja 2017

Mój kwiecień

Ach, co to był za miesiąc. Pełen wrażeń, choć nie tylko pozytywnych. Na chwilę pojawiła się wiosna i dalej zmagać się trzeba z chłodem, a zimowa kurtka, która powinna dawno wisieć w szafie pełni wartę na wieszaku w przedpokoju. Nie nastawiam się na specjalnie słoneczną pogodę podczas nadchodzącej majówki, ale niech chociaż nie będzie zimno... Na deszcz mogę pozwolić.

Wielkanoc upłynęła pod znakiem uczenia się obsługi dobrego  aparatu, który planowałam wypożyczyć na wyjazd, o którym mowa trochę niżej. A i jeszcze wskazówka odnośnie miejsca, do którego zaplanowałam wypad...

Co robiłam w kwietniu? Wypoczywałam w święta. Po wielkanocnym śniadaniu pojechałam z wizytą w Stadninie koni Książ pod Wałbrzychem. Corocznej tradycji nie mogło zabraknąć i tym razem.
Pozostając w tematach kopytnych - na początku miesiąca pożegnać się przyszło z jednym z najfajniejszych koni ze stajni, w której jeżdżę. Rogera trzeba było uśpić co wielce mnie zasmuciło, bo na tym siwku naprawdę świetnie się jeździło, a jego zadziorny charakter tylko wzmagał moją sympatię do tego konia. 
Coś się kończy, coś zaczyna i na Krzyżanowicach pojawiła się klaczka z dwoma źrebiętami przygarnięta z Fundacji. Nawiązanie do literatury: źrebaki nazywają się Bianka i BILBO. W mojej stajni jest hobbit!


W przedłużony na własne życzenie weekend 21-24 kwietnia byłam W PRADZE.

Trzy zdjęcia po prawej u góry to Petrinskie Sady, piękna, pełna zieleni okolica z ciekawymi zakątkami. A po lewej od góry: 1 - szczyt wieży  Świętego Henryka, 2 - Słynny Zegar Astronomiczny, 3 - Fragment fontanny w National Park of Awakening oraz 4 - Fasada Ratuszu Nowomiejskiego. Pozostałe dwie fotki na dole to zdobienie gmachu Teatru Narodowego oraz figury przy Fontannie Czeskich Muzykantów. Jak na razie Praga architektonicznie mnie w sobie rozkochała i jest bezkonkurencyjna...

Most Karola oraz jego zakamarki, sam Karol IV (a przynajmniej jego posąg) oraz jegomość na koniu Święty Wacław.

W końcu mogłam coś kupić...


Po dwóch miesiącach zakupowej abstynencji, kiedy to moja silna wolna była wielokrotnie wystawiana na próbę (myślenie: "Raz to przecenili, przecenią i kolejny..." - pomaga!) mogłam sobie pozwolić na lekkie szaleństwo. I mam! Jeden tom pierwszy, nowa seria - Mai Lidii Kossakowskiej (Żarna Niebios), dwie kontynuacje - Victor Milan (Jeźdźcy dinozaurów) i Ian Tregilis (Powstanie) oraz dwie jednotomówki - Oscara Wilde'a (Portret Doriana Garya) i Harlana Cobena (Już mnie nie oszukasz). 

Przeczytałam...

Cztery książki. Nie jest źle, choć planowałam wyrobić normę, którą sama sobie ustaliłam i zabrakło mi do niej jednego tytułu. Mam w planach zrehabilitować się w maju i po prostu przeczytać sześć książek. Co do kwietniowych tytułów - Coben i Liu zdecydowanie najlepsi, ich recenzje pojawią się niebawem na blogu. Loureiro i Sender to zadowalające lektury, a szczególnie cieszy utrzymanie przyzwoitego poziomu w drugim tomie Apokalipsy Z.

W maju sześć książek postaram się przeczytać - w tym jednego Shakespeara. Powodzenia wszystkim życzę!

29 kwietnia 2017

Apokalipsa Z: Mroczne dni

Tom pierwszy spod pióra Manela Loureiro okazał się powieścią na przyzwoitym poziomie, w której przetrwanie w ciężkich czasach apokalipsy zombie nie zostało odrealnione. Zastrzeżenia miałam w zasadzie tylko co do formy przedstawienia wydarzeń, które spisane w formie dziennika nie współgrały z sytuacją walki o przeżycie. W tomie pierwszym główny bohater większość czasu spędza sam (nie licząc towarzystwa pupila - kota Lukullusa) i to ulega zmianie w Mrocznych dniach. Prawnik wraz z Ukraińcem Pritczenką, zakonnicą Cecilią i nastoletnią Lucią (oraz kotem) wydostaje się za pomocą helikoptera ze stałego lądu i szuka szczęścia w okolicach Wysp Kanaryjskich. Natrafia tam na zbieraninę ocalałych, wśród których odnajduje pozornie bezpieczne schronienie.

Już na samym początku wspomnę, że autor postanowił porzucić zapis fabuły w formie pamiętnika i obsadzić na stanowisku zwykłego narratora właśnie głównego bohatera, przy czym w tym miejscu należy dodać, że perspektywa skacze momentami między prawnikiem a Lucią. Uznać należy to za zdecydowaną poprawę i dobre posunięcie, bo obserwujemy wydarzenia z różnych punktów widzenia i to przydaje się, gdy dochodzi do rozdzielenia się bohaterów. Natomiast autor nie stworzył kontynuacji pozbawionej wad i nie ma zamiaru pominąć ich podczas dzielenia się swoją opinią o książce.

Walka z zombie trwa nadal, jednak teraz czwórka ocalałych odnajduje bezpieczną przystań, w której może zacząć wieść nieco bardziej zbliżone do normalności życie. Owszem, na gruncie umowy społecznej dochodzi do ponownej organizacji, w której władzę sprawują ci, którym z racji posiadania broni udało się przejąć kontrolę nad cywilami. Autor postanawia wprowadzić wątek kryminalny do powieści, ale nie na zasadzie zagadki wzbogacającej fabułę, lecz na zasadzie walki bohaterów o udowodnienie prawdy, której czytelnik jest świadom. Co do tego zabiegu nie mam żadnych zastrzeżeń - może nie zmroził krwi w żyłach, ale dał możliwość lekkiego skomplikowania fabuły.

Manel Loureiro odsłania karty, pod którymi kryje się tajemnica pojawienia się zombie na świecie. Nie jest to nic nowatorskiego, ale na pewno uwiarygodnia historię bezimiennego prawnika i stwarza do niej solidne ramy. W drugim tomie dochodzi również do podziału społeczności na pewne stronnictwa polityczne, przy czym we wprowadzanie tego motywu dochodzi do chaosu i lekkiej dezorientacji czytelnika, co wpłynęło nieco na mój odbiór lektury. 

Co do kreacji bohaterów, za bardzo nie mam się czego czepić, ponieważ fakt zirytowania postacią Lucii zrzucam na jej wiek. Nastolatka. Poza tym, kiedy przychodzi co do czego, dziewczyna odnajduje w sobie zagrzebane wcześniej pokłady rozsądku i działa z głową. To, do czego jestem w stanie się przyczepić to dwie kwestie - mam wrażenie, że autor poszedł na łatwiznę i etap budowania relacji między głównym bohaterem i dwójką kobiet, które dołączył do niego i Pritczenki pominął. Na początku drugiego tomu prawnik rozmyśla o tym, czy romans z Lucią to dobry pomysł, nawet stwierdza, że to chyba nie są odpowiednie okoliczności, a kilkanaście stron dalej narracja sugeruje, że tak, że on i Lucia będą ze sobą i wszystko w tej kwestii dzieje się jak powinno. Śmieszy mnie również fakt, że Lucia opowiadając o swoim wybranku nie używa jego imienia i dzięki temu główny bohater nadal nie ujawnia przed czytelnikiem swojej tożsamości. W dodatku w postrzeganie świata przez prawnika wkrada się pewna rasistowska, pozbawiona sensu rysa, ponieważ główny bohater opisując Pritczenkę jego chęć walki z zombie określa jako domenę typowo słowiańską. Tego kompletnie nie skumałam, a kilkakrotnie pojawiło się stwierdzenie, że Pritczenko, jako rodowity Słowianin pragnie przetrwać. Bo tylko Słowianie zachowali resztki instynktu samozachowawczego. W sumie dobrze nam to wróży na przyszłość.

Jak pisałam w tej części sporo się dzieje, bohaterowie walczą z różnymi zagrożeniami, a zombie nie są jedynym niebezpieczeństwem czyhającym na ocalałych. Wydaje mi się, że w tej części trochę ulatnia się klimat grozy, do na pierwszy plan wysuwają się kwestie zorganizowania i przetrwania w tym na nowo stworzonym świecie. Raczej standardowa procedura po fali pierwszego szoku i chaosu spowodowanego apokalipsą. Ciekawi mnie jak potoczą się dalsze kosy bohaterów i liczę na to, że tom trzeci trylogii nie zaniży poziomu swoich dwóch przyzwoitych poprzedniczek. 

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z: Los días oscuros
Autor: Manel Loureiro
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 349
Rok wydania: 2010* (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia Zombie:

1. Apokalipsa Z: Początek końca < recenzja
2. Apokalipsa Z: Mroczne dni
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

* Nie wiem, czy to błąd w druku, czy jakieś inne zamieszanie, ale z dat oryginalnych wydań pierwszych dwóch tomów Apokalipsy Z wynika, że tom drugi został wydany przed pierwszym. 

15 kwietnia 2017

Po drugiej stronie cienia

Wspominałam już niedawno o eksperymentach z mniej znanymi nazwiskami. Dzisiaj przychodzę z opinią o kolejnej takiej próbie - sięgnęłam w końcu i zlitowałam się nad książką, która leżała u mnie chyba ze dwa lata. Po drugiej stronie cienia zapowiadało się na lekką powieść, a że ostatnio w drodze do pracy czytuję te mniej wymagające książki, to zabrałam ją w teren. Ani chwili nie zastanowiłam się nad znaczeniem tytułu i jak się okazuje, wpakowałam się w mroczną lekturę na samym początku okresu wiosennego. W dodatku w książkę, która może uchodzić za polskie Nigdziebądź.

Piotr Sender osadził akcję swojej powieści w Olsztynie, jednak nie spędzamy w tam zbyt wiele czasu. Bardzo szybko czytelnik wraz z bohaterem przenosi się do mrocznej, nieznanej wersji miasta w celu odnalezienia zaginionej przed kilkoma miesiącami żony Magdaleny. Jego przewodnikami staje się grupka tajemniczych ludzi posiadających nadnaturalne moce i stosujących niekonwencjonalne techniki walki. Nasz bohater, Aleks błądzi wraz z nimi po ulicach alternatywnego Olsztyna i naraża swe życie po to, by odnaleźć ukochaną i za wszelką cenę powrócić do normalnego życia, w którym czeka na niego dobrze prosperująca firma...

Po lekturze otwarcie mogę powiedzieć, że autor Po drugiej s tronie cienia całkiem nieźle poradził sobie ze stworzeniem mrocznego klimatu. Ten wszechobecny mrok jest zasygnalizowany czytelnikowi bardzo dosadnie. Do Miasta Cienia trafiają wyrzutki, zagubieni i zapomniani, więc nic dziwnego, że aura niepokoju o przygnębienia nieustannie towarzyszyła mi podczas lektury i okazała się tym, co najbardziej zapadło mi w pamięć już po zakończeniu czytania.

Żeby było jasne, ta książka spodobała mi się bardziej niż wspomniane wyżej Nigdziebądź, ale nie uznam jej również za wybitną. Sam ponury nastrój to jednak trochę za mało, żebym mogła się do reszty w lekturze zatracić, a niedoskonałość powieści powoduje nieco kulejąca kreacja bohaterów. Na początku zostaje zarysowana relacja między Aleksem i Magdą i tutaj dowiadujemy się tyle, że byli oni zapatrzonymi w siebie małżonkami, nic więcej. A gdy Aleks będący narratorem przechodzi do przedstawiania samego siebie, w pomysł na jego postać wkradają się nieco rażące sprzeczności. Bohater jest bowiem współudziałowcem w firmie, w której opracowuje się nowoczesną technologię, w dodatku skończył studia ścisłe i... kilka stron dalej przyznaje, że brakuje mu Magdy, bo od kiedy byli ze sobą to ona o wszystkim decydowała, jak choćby o tym, co powinien zjeść na kolację. Inżynier nie jest w stanie zorientować się, że ciężkostrawne jedzenie lepiej odpuścić w przypadku wieczornego posiłku. I właśnie dlatego samego Aleksa może nie tyle co nie polubiłam, co wydawał mi się mało wiarygodną postacią, bo przecież takie cechy charakteru zwyczajnie się ze sobą gryzą.

To, co zdecydowanie ratuje tę powieść to ciągła akcja. Przez cały czas coś się dzieje i czytelnik praktycznie nie ma prawa się nudzić. Ponadto autor wprowadził w pewnym momencie tak nieoczekiwany obrót zdarzeń, że z miejsca wykrzesałam z siebie trochę sympatii do głównego bohatera, co więcej, przeszłość Skiza została wpleciona w historię tak boleśnie łamiącą serce, że cieszę się, że udało mi się z moją odpornością na bardziej emocjonalne fragmenty w książkach powstrzymać od płaczu.

Piotr Sender pisze lekkim, nie wymagającym językiem, więc pomimo ciężkiego klimatu powieści przeczytać ją można stosunkowo szybko. W powieści pojawiają się pewne mankamenty, trochę drażnić może jedna wielka niewiadoma, w której utrzymywany jest zarówno główny bohater jak i czytelnik. Owszem, tajemnice są zawsze cenione, ale te zbyt długo nie wyjawiane po prostu wkurzają, a tutaj ma momentami miejsce właśnie taka sytuacja. Książka nadrabia ciekawymi zwrotami akcji, przesyceniem mroku i ciągle pędzącą do przodu akcją. Zachęcam do lektury, bo to całkiem niezły kawałek polskiego urban fantasy.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Piotr Sender
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 329
Rok wydania: 2012

8 kwietnia 2017

Apokalipsa Z: Początek końca

Każdy kto interesował się literaturą postapokaliptyczną, nawet w niewielkim stopniu wie doskonale, ile przeróżnych scenariuszy o końcu świata powstało. Specyficznym nurtem tego gatunku są powieści poruszające tematykę żywych trupów, które z dnia na dzień opanowują tereny zasiedlone przez ludzi. Również i na tym obszarze ciężko czytelnika (i widza, bo filmów o tej tematyce jest w bród) zaskoczyć. Pozostaje zaciekawić go wartką akcją i niekonwencjonalną formą, bo przecież same zombie, bez względu na to, co spowodowało ich pojawienie się pozostają tymi samymi potworami polującymi na żywe mięso.

Manel Loureiro (prawnik z Pontevedery) w roli głównego bohatera obsadził owdowiałego prawnika z Pontevedery. Na szczęście pierwszy tom Apokalipsy Z to nie pomnik postawiony przez autora na jego cześć, bo główny bohater (do końca książki bezimienny) w obliczu inwazji zombie nie zostaje super herosem, który staje na czele zbieraniny ocalałych. Przez około połowę książki mężczyzna w głównej mierze musi radzić sobie sam, a jego kontakty z niezarażonymi jeszcze jednostkami ogranicza się do krótkich wzmianek o tym, że doszło do jakiegoś spotkania i wymiany informacji. Na pozór taka zagrywka - koncentracja fabuły na jednej tylko, osamotnionej postaci wydaje się strzałem w stopę fundującym mozolną, nudną lekturę. I tutaj zaskoczę Was tak, jak i sama się zaskoczyłam podczas czytania. Książka mimo wszystko wciąga i śledzenie losów głównego bohatera i jego kota nie powoduje odruchu ziewania. Co ciekawe, czułam się wyjątkowo komfortowo czytając tylko i wyłącznie o tym, jak radzi sobie prawnik w obliczu apokalipsy. Miałam wrażenie, że jestem tylko ja i on z kotem, a wokół nas opuszczone miasto ze szwendającymi się tu i ówdzie zombiakami. Cudo. Wszystkie triki konieczne do utrzymania się przy życiu były pomysłami (bardziej lub mniej udanymi) tylko głównego bohatera i nadal wychodzę z podziwu, że mimo to książka utrzymała moje zainteresowanie i jeszcze wytworzył się bardzo fajny klimacik grozy. Zapewne spowodowany całkowitym odosobnieniem.

Powieść napisana została w formie pamiętnika i tutaj pojawią się moje zastrzeżenia co do warsztatu Loureiro. Generalnie nie jest to forma łatwa, bo, po pierwsze, trzymając się tego, jak wyglądają realia, takie codzienne, nikt nie opisuje w pamiętniku dokładnie krok po kroku całego dnia tak, żeby oddać pieczołowicie przebieg wszystkich kolejnych czynności. W ten sposób piszemy, gdy miały miejsce jakieś wyjątkowe wydarzenia. Oczywiście nie uogólniam tutaj - nie przeczytałam przecież wszystkich pamiętników świata, ale znam to z autopsji. Sama prowadzę pamiętnik od kilku lat i wiem, że np. dzień powiedzmy, moich urodzin opisałam szczegółowo, od rana, a to, co wydarzyło się w ciągu tygodnia spisywałam bardziej lakonicznie, robiąc tylko wzmianki. I przekładając to na realia powieści Loureiro, wątpię, żeby główny bohater w obliczu apokalipsy zombie miał czas niemalże codziennie, ewentualnie kilka razy w tygodniu siadać i spisywać dokładnie wydarzenia, szczególnie te w których otarł się na śmierć. Tu się pojawia kolejna kwestia - forma pamiętnika zdradza nam niechybnie fakt, że cokolwiek się nie wydarzy, główny bohater na pewno przeżył, bo przecież spisał wydarzenia. Pochwalić mogę w tym miejscu za urozmaicenia w postaci urwanych wpisów, które sugerowały, że podczas pisania coś naszego prawnika zaskoczyło i czytamy dalej, żeby się dowiedzieć, co to było. Powracając do błędów - w styl pisania Loureiro wkradła się bardzo irytująca niekonsekwencja. Przez trzy czwarte książki mamy wpisy do pamiętnika tekstem ciągłym, w którym zapisano, że ktoś coś powiedział (kiedy już oczywiście na scenę wkraczają kolejne postacie). Tymczasem pod koniec powieści autor pamiętnika stwierdził, że chyba chce go trochę urozmaicić i wejść na wyższy poziom pamiętnikarstwa zaczynając spisywać dialogi żywcem. To jest ten największy błąd, który koresponduje z tym, co pisałam wyżej. Przy pisaniu pamiętnika, takim codziennym nikt przy zdrowych zmysłach nie spisuje dialogów, bo nie da się ich oddać wiernie. Pomijając oczywiście takie kwestie jak, przykładowo, oświadczyny, kiedy to dziewczyna chce zanotować jak dokładnie ten wyjątkowy moment przebiegł, ale te wypowiedzi, które przytoczył autor nie wnosiły niczego nadzwyczajnego. Z racji tego, co wspomniałam wyżej, nie przekonała mnie fabuła spisana w tej konkretnej formie, choć domyślam się, jaki efekt chciał autor osiągnąć, ale niestety, w przypadku literatury postapokaliptycznej takie zagranie się nie sprawdza.

Apokalipsa Z pomijając powyższe niedociągnięcia, w przypadku których trochę ciężko było mi zbyć je machnięciem dłoni jest książką bardzo dynamiczną. Wciąga, może nie od samego początku, ale i tak już po kilku pierwszych wpisach widać, że "coś jest na rzeczy". Główny bohater może nie wzbudził we mnie wielkiej sympatii i niektórego jego pomysły wydawały mi się trochę niemądre, ale generalnie to dosyć ciekawa postać. Doświadczona przez życie, nie pozbawiona chęci walki, gotowa do działania. Nie wiele dowiadujemy się o rodzinie prawnika, ale nie uważam tego za wielką wadę. Najwidoczniej autor nie chciał się skupiać na kreacji postaci, które nie wnosiły zbyt wiele do fabuły. Sama sytuacja apokalipsy, wszechobecnego zniszczenia i grozy została bardzo dobrze przedstawiona i czytając odczuwałam gdzieś pod skórą autentyczny lęk o to, czy zdolności przystosowawcze głównego bohatera mu wystarczą. Jeżeli chodzi o kreację zombie - nie wyróżnia się ona niczym nadzwyczajnym, ale też nie jest specjalnie uboga. Nieumarli zostali przedstawieni oczywiście jako niebezpieczne, bezwzględne i odrażające istoty pragnące się wgryźć w tych, którzy żyją (jeszcze).

Po lekturze stwierdzam, że trafiłam na powieść, która mnie nie rozczarowała i mogę odetchnąć z ulgą. Właśnie z racji tej przygodowej otoczki lubię powieści o zombie, a moje poprzednie spotkanie z taką literaturą wywołało ogromne zgorszenie tym, co zaprezentowała autorka Zmierzchu świata żywych. Na szczęście są jeszcze dobre książki traktujące o apokalipsie zombie i Początek końca jest jedną z takich właśnie.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Apocalipsis Z. El principio del fin
Wydawnictwo: Muza
Ilosć stron: 413
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2013 (w Polsce)

Trylogia zombie:
1. Apokalipsa Z: Początek końca
2. Apokalipsa Z: Mroczne dni
3. Apokalipsa Z: Gniew sprawiedliwych

6 kwietnia 2017

Miasteczko Salem

Z nieco już większą ufnością podchodzę do kolejnych tytułów Kinga. W końcu mogę powiedzieć, że trochę z jego twórczością się otrzaskałam. Miasteczko Salem to ósma jego książka, po którą sięgnęłam, więc mogę rzec, że już wiem z czym mam doczynienia. Owszem, w mojej głowie dosyć długo Salem kojarzyło się z etykietką "czarownice" i przestawienie się na wampiry trochę trwało.

Historię Salem śledzimy w wielu perspektyw i również z wielu perspektyw obserwujemy rozgrywający się w miasteczku horror. Ta na pozór spokojna mieścina staje się domem groźnego i bezwzględnego krwiopijcy, który stopniowo zacieśnia pętlę wokół mieszkańców Salem. King prezentuje nam świetny, bardzo urozmaicony przekrój małej społeczności, w której czytelnik znajduje swoich faworytów jak i antybohaterów, których działania wywołują ciary na plecach.

Głównym bohaterem staje się pisarz, Ben Mears, który po dłuższej nieobecności powraca do Salem. Jego ścieżka splata się z losami nastoletniej Susan, dziewczyny z dobrego domu, która niespodziewanie go w sobie rozkochuje. Celem Bena staje się napisanie książki o pewnej mrocznej posiadłości na obrzeżach Salem, domu, w którym przed laty doszło do dramatu. Mroczna przeszłość, którą zgłębić chce pisarz splata się z nadejściem mrocznych dni dla Salem. Nadchodzi bowiem moment, w którym pora wykrzesać z siebie nieprzeciętne ilości odwagi i uwierzyć w to, co wydaje się całkowitym absurdem.

Od początku zaznaczyć należy, że akurat ta powieść Kinga, to nic odkrywczego. Owszem, być może w okresie, gdy Miasteczko Salem się ukazało, faktycznie poruszało tematykę mało popularną i w dodatku idealnie nadającą się na dobry horror. I pomimo faktu, że autor w tym przypadku nie zaskakuje nowatorskim podejściem, to i tak wychodzi ze swojego pomysłu obronną ręką. Stephen King nieco mozolnie snuje swoją historię bardzo powoli wprowadzając czytelnika w realia Salem. Koncentruje się na pieczołowitym przedstawieniu co ciekawszych mieszkańców, ale i samego miasta, nadając mu rysy typowej spokojnej mieściny, w której społeczność charakteryzuje się typową małomiasteczkową mentalnością. Poznajemy sporo postaci, znajdujemy sympatyków i antybohaterów, a potem związujemy się z nimi w takim stopniu, że z przykrością przychodzi przyjąć do wiadomości fakt nadchodzącej zagłady.

Początki lektury były oporne. Podejrzewam, że to z racji tej niezbyt świeżej tematyki, bo o małych, zapomnianych mieścinach czytałam już nie raz i po raz kolejny wgryzając się w podobne realia po prostu nieco się nudziłam. Owszem, motyw ten nie stał się całkowicie przeze mnie znielubionym, ale moja cierpliwość w oczekiwaniu na to, aż akcja ruszy do przodu została nieco nadwyrężona. Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że aby zbudować tę wszechobecną atmosferę niepokoju trzeba położyć solidne fundamenty, a do tego odpowiednio rozeznać czytelnika w sytuacji.

Jeżeli chodzi o kolejne elementy książki - stworzenie grupy "do zadań specjalnych" złożonej z osób, które przypadkowo natknęły się na siebie i udało im się zaprzyjaźnić, to i w tym temacie oryginalności nie znajdziemy. Jednak King stworzył tu bardzo różnorodny bukiet osobowości, ludzi w różnym wieku i o różnej wierze. O Benie rzec mogę tyle, że jego kreacja była według mnie jak najbardziej zadowalająca, natomiast na wyróżnienie zasługuje ojciec Callahan, którego chwiejne fundamenty wiary zostają zachwiane jeszcze bardziej. Dzięki jego postaci w Miasteczku Salem zostają przemycone treści o charakterze lekko filozoficznym, co na pewno dodaje tej historii pewnej głębi. Również postacią godną sympatii i zainteresowania okazała się szkolny nauczyciel Matt, z którego autorowi udało się zrobić zarówno człowieka poświęconego swojej idei jak i luzaka, który swoim charakterem zdobył jakiś skrawek mojego serca. Zakończę nieco nieprzyjemnym akcentem - Susan. Wiek panny Norton wyjaśniałby pewne naiwne zachowania i kłótliwy charakter, choć pewna jej konkretna akcja po prostu niesamowicie mnie zirytowała i wydaje mi się, że można tą akcję zakwalifikować jako taką z pogranicza logiki. Na Susan trochę jednak przymykam oko, bo raz, że nastolatka, dwa, że na gigancie, trzy, jest wiele innych charakterów, którym warto się przyjrzeć.

Rzadko kiedy sięgam po horror z obawą, że się go przestraszę. Książki chyba nie są w stanie siąść mi tak mocno na psychikę i jedynie chyba udało się to Cmętarzowi zwieżąt i Lśnieniu. Miasteczko charakteryzuje się oczywiście swoim tajemniczym, mrocznym klimatem, który jak najbardziej warto docenić, Natomiast nie przeraża w takim sensie "ryjącym". Co do samych wampirów, w ich wizerunek wkrada się delikatna karykaturalność, ale chyba nie powinnam się jednak odzywać w tej kwestii biorąc pod uwagę, że rozpoczynałam przygodę czytelniczą ze Zmierzchem. Och, jak ja chciałam nie nawiązywać ani razu do tego tworu... Niemniej jednak Miasteczko Salem polecić należy - jako klasykę horroru, klasykę literatury wampirycznej i klasykę samego Kinga. Po przebrnięciu przez nieco dłużący się wstęp dostajemy literaturę z górnej półki.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Salem's lot
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilosć stron: ok. 540
Rok wydania: 1975 (pierwsza publikacja), 2009 (w Polsce)

2 kwietnia 2017

Mój marzec

Zaraz trzeba będzie malować pisanki, a przecież dopiero co cieszyłam się faktem, że zima w tym roku dopisała. Owszem, śnieg mnie cieszył, ale we wszystkim należy zachować umiar, toteż plusowe temperatury i budząca się do życia przyroda również wprawiają mnie w znakomity nastrój. Marzec był również intensywnym miesiącem, bo we znaki dało mi się ciągłe zajęcia pracą i szkołą. Udało mi się cudem doczytać pięć książek w dodatku pięć bardzo zadowalających jakościowo tytułów. No i miesiąc z Rowling i Kingiem!

Sądziłam, że za kolorowanki nigdy się nie wezmę, a tu się okazuje, że na odstresowanie w pracy działają świetnie. Równie dobrze działa na odstresowanie dobry koncert - wrocławskiego zespołu Salto. No i lektura całkiem dobrej pod kątem dynamicznej Obietnicy raju.

Zdobywanie Harry'ego w tym wydaniu staje się coraz większym wyzwaniem...

Cudowny zachód słońca w okolicach mojego miejsca zamieszkania i pierwszy tom trylogii o apokalipsie zombie, która mam nadzieję utrzyma poziom!

King musiał być, bo chcę w tym roku przeczytać przynajmniej trzy jego książki. A Miasteczko Salem to już ósma powieść tego autora, którą przeczytałam.

Potrzebowałam w marcu dobrego koncertu i zapewnił mi to występ Huntera. Co prawda bywało, że grali lepiej, ale i tak wyszłam z Starego klasztoru usatysfakcjonowana. I co najważniejsze - na majówkę będzie powtórka!
Jak już wspominałam, w marcu przeczytałam pięć książek i powalczę, żeby tę tendencję utrzymać. Oczywiście jeśli uda się więcej, będę w niebo wzięta, ale do takich ekscesów będę potrzebowała trochę więcej wolnego. Najlepszym tytułem marca zostaje niesamowity Juliusz Cezar. Pozostałe książki były co najmniej zadowalające, więc nie wskażę czarnej owcy.

Zaległości...
Są. Spore. Mam zamiar w tym tygodniu, kiedy to już nie muszę uczyć się na bhp, systematycznie co trzy dni dodawać recenzje. Bo jak tu nie wspomnieć na blogu nic o tym, jak odebrałam lekturę drugiej części Harry'ego Pottera, kolejnego Kinga, tym razem w wampirzym wydaniu i pierwszego tomu Apokalipsy Z? Poza tym chciałabym nadrobić trochę blogowe zaległości, ale z tym to może być różnie. W każdym razie radzę uzbroić się w cierpliwość i odrobinę wiary w moje możliwości zorganizowania się. Idzie ku dobremu.

Ach, no i nic nie kupiłam, ale właśnie mijają moje dwa miesiące powstrzymywania się od zakupów książkowych. I za tydzień wypłata...

Powodzenia w kwietniu.
DżejEr Carmen!

28 marca 2017

Juliusz Cezar


Do tej pory nie rozpisywałam się szerzej an temat mojego zamiłowania do poematów Williama Shakespeare'a, bo uważałam, że nie do końca jest o czym pisać. I stało się - trafiłam na sztukę, która spowodowała, że jednak coś do powiedzenia o klasyku literatury angielskiej mam. Juliusz Cezar traktuje bowiem o mordzie dokonanym na tytułowym bohaterze, rozgrywa się naturalnie w antyku i wzbudza niesamowite emocje.

Nie ukrywam, że dramaty sobie cenię. Czyta się je szybko, zazwyczaj swoją treścią są w stanie co najmniej zaciekawić i w dodatku stanowią ciekawą odskocznie od czytanej na codzień prozy. Nawet fakt, że w szkole uczyli o tym, jak wszystkie dramaty się kończą nie zniechęca mnie do porzucenia tego rodzaju literackiego.

W Juliuszu Cezarze dochodzi do dramatycznych wydarzeń, ale to, co najbardziej mnie w czasie lektury "dręczyło" był fakt, że nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić, po której "stronie" się opowiadam. Zarówno Cezar jak i jego otoczenie nie cechowali się jednoznacznie dobrymi bądź złymi charakterami (akurat o samym Cezarze nie dodwiadujemy się wiele i szybko schodzi on ze sceny, jednak nie byłam w stanie do reszty go znienawidzić) i ciężko dokonać tu jasnego podziału bohaterów. Owszem, widać co robią i łatwo ocenić ich jednostkowe działania, ale w szerszym ujęciu, gdy spojrzymy na kontekst tych działań okazuje się, że już nie tak łatwo bohaterów poprzydzielać do konkretnych kategorii.

Ach, gdyby można ducha tego zabić,
A szabli ostrzem ciała nie rozdzierać!
Lecz duch Cezara z krwią tylko wypłynie;
Więc, przyjaciele, zabijmy Cezara
Dłonią bez trwogi, lecz bez nienawiści.

Uwielbiam patos i uwielbiam dramaturgię, więc ciężko dziwić się, że akurat ta sztuka Shakespeare'a tak przypadła mi do gustu. Nie ma w niej zbyt wiele humoru, który doceniałam w innych działach tego autora, ale podoba mi się ta klasyczna twórczość w obu wydaniach. Juliusz Cezar skradł mi jednak serce i jestem ogromnie ciekawa, czy któraś ze sztuk równie mocne emocje we mnie wzbudzi. Na uwagę niewątpliwie zasługuje również błyskotliwy styl, którym napisano dzieło. Oczywiście zachęcam do lektury, nie tylko tego, ale też innych dzieł Shakespeare'a. Trafiłam już i na te bardziej rozrywkowe, te bardziej baśniowe i tą tutaj, o Juliuszu, która należy do poważniejszych, więc sądzę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Moja ocena: 9/10

Tytuł oryginału: Julius Ceasar
Autor:William Shakespeare
Wydawnictwo: Wolne lektury
Ilość stron: 88
Rok wydania: ok 1599.

Cytat zapisany kursywą pochodzi ze sztuki.

17 marca 2017

Obietnica raju

Od czasu do czasu sięgam po książki zupełnie przypadkowe. Takie, których lektury nie planowałam, albo nawet nie wiedziałam, że dane tytuły istnieją. Oczywiście, zdarzyło mi się kilka razy na takich tytułach naciąć, żałować, że znów trafiłam na beznadziejną historię i nie ma co nawet sięgać po jakieś mało znane twory autorów, którzy mają tylko jedną pozycję w swoim dorobku. I chyba właśnie wykorzystałam wszystkie synonimy słowa "książka". Wracając do kwestii przypadkowych zakupów - takimi było właśnie nabycie Obietnicy raju, której tematyka sugerowała walkę upadłych aniołów z niebiańską potęgą. Mogę powiedzieć na wstępie tyle, że tym razem ryzyko całkiem się opłaciło!

Robert Browne postawił na splot historii dwóch nieznających się osób w realiach, które wieszczą szybki upadek ludzkości. Rozmach? Tak to pozornie wygląda. Wracając do bohaterów - są nimi Callahan i Batty. Pierwsza osoba to wyszkolona agentka tajnych sił specjalnych, która dostaje zlecenie zbadania okoliczności zamordowania znanej gwiazdki muzyki pop. Batty to wykładowca w collage'u, naukowiec zafascynowany Rajem utraconym Miltona. Z resztą, właśnie na motywach Raju utraconego Browne oparł swoją historię i to nie tylko wrzucając co kilkadziesiąt stron cytaty z tego poematu. Batty ma wręcz obsesję na punkcie miltonowskiego dzieła i nie raz nie dwa dało się to w czasie lektury zauważyć gołym okiem.

Fakt iż nie pożałowałam zakupu Obietnicy raju został spowodowany bardzo dynamiczną i ciekawą akcją. Myśląc o gatunku powieści z marszu zakwalifikowują ją jako książkę sensacyjną, dopiero potem dodaję etykietkę "paranormal". W powieści Browne'a naprawdę sporo się dzieje, ale nie powiedziałabym, że da się odczuć przesyt akcją. Jest odpowiednio wyważona, ilość tych szybkich, pełnych działania fragmentów jest spora, ale dzięki temu przykuwa uwagę i zachęca do dalszej lektury. W kwestii kreacji postaci też nie ma na co narzekać. Co prawda Batty wydał mi się lepiej nakreśloną sylwetką i polubiłam go bardziej, niż Callahan, w której odnalazłam kilka sprzeczności, ale generalnie jestem w tej materii zadowolona. Pochwała się również należy autorowi za pominięci najbardziej oczywistego wątku miłosnego w książce, bo między dwójką wspomnianych bohaterów nie zachodzi praktycznie nic, więc jeżeli ktoś pragnie lektury całkowicie pozbawionej elementów romantycznych, może śmiało sięgać po Obietnicę raju.

Oczywiście Robert Browne nie ustrzegł się błędów, w dodatku jednego merytorycznego, który kole w oczy. Mowa o określenie symbolu anarchii jako znaku okultystycznego. I o ile mogę zrozumieć tok myślenia, w którym anarchia = bezprawie, czyli chaos, to doskonale wiem, że z żadnymi wierzeniami symbol ten się nie łączy i na widok takich bzdur zgrzytać chcę zgrzytać zębami. Co więcej, tło, w którym stopniowo narasta napięcie rzekomo ma obrazować coraz większy upadek ludzkości. Nie czuć tego w lekturze. Owszem, gdzieś tam wspomina się raz po raz o zawirowaniach politycznych czy jakichś konfliktach i ogólnie złym stanie kondycji ludzkiej, ale nic poza tym. Autor w fabule skupia się konkretnie na dwójce głównych bohaterów i ich walce w imię dobra, a nie na wszechobecnym, coraz bardziej dającym się we znaki złu. Na szczęście na samym końcu, nieco za późno, ale jednak historia nabiera pewnej wielowymiarowości, ostatnim tchnieniem ratując się na gruncie przekazywania głębszych prawd.


Uznaję powieść Browne'a za dobrą, zadowalającą, choć oczywiście nie pozbawioną poważniejszych błędów. W przypadku jednak takich spontanicznych lektur bardziej stawiam na to, żeby nie zawieść się kompletnie i tym razem tak właśnie było. Przeczytałam przyzwoitą powieść, na którą autor miał jako tako dopracowany pomysł. Polecić mogę na spokojnie jako historię na poziomie, a co najważniejsze - z bardzo szybką akcją. Tylko drobna korekta z mojej strony - pamiętać wystarczy, że 
"a w kółeczku" nie jest w żadnym wypadku symbolem okultystycznym.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: The Paradise Prophecy
Autor: Robert Browne
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 464
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2012 (w Polsce)

7 marca 2017

Pachnidło


Nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać po książce niemieckiego pisarza i podeszłam do Pachnidła bez większych oczekiwań. Nawet specjalnie nie przejmowałam się dosyć podzielonymi opiniami na temat tej powieści i ten mój neutralny stosunek okazał się, nie pierwszy raz, bardzo dobrą postawą wyjściową.

W Pachnidle Süskind zawarł historię bardzo specyficznego człowieka - główny bohater to urodzona na rybnym targu sierota o mało zachęcającym wizerunku. Stroni od ludzi, nie potrzebuje ich i żywi względem nich nienawiść. W jednym jednak Jan Baptysta Grenouille jest niezrównany - jego niezwykle czuły węch pozwala mu na czynniki pierwsze rozłożyć każdą woń i to tym zmysłem kieruje się przy poznawaniu świata. Jego pasją staje się wychwytywanie, poznawanie i utrwalanie zapachów, tych najbardziej unikatowych i wymyślnych. I pewnego razu trafia na woń idealną - tę należącą do rudowłosej dziewczyny. Postanawia dokonać wszelkich starań, by utrwalić ją, na zawsze i w szklanym flakonie zamknąć tę cudowną kwintesencję.

Jak na powieść traktującą o świecie wyrafinowanych mniej i bardziej zapachów Pachnidło jest całkiem dynamiczną książką. Wydaje mi się jednak, że jest to zasługą umiejętności autora, który postać Grenouille'a przedstawił jako niesamowitego pasjonata. W książce jest bardzo mało dialogów - większość to tekst opisujący działania i losy głównego bohatera, który na swojej trudnej życiowej drodze spotyka różnych ludzi. Osobiście uważam, że na największe uznanie zasługuje kreacja Baldiniego - pierwszego perfumiarza, którego Grenouille w życiu spotkał. Baldini to postać bardzo specyficzna, chytra, egoistyczna i momentami wzbudzająca tym nie tyle niechęć, co zainteresowanie - czytelnik zastanawia się nad powodzeniem intryg, które postać wykombinowała.

Pachnidło jest o zapachach i o ile podziwiać należałoby niesamowitą wyobraźnię autora co do wymyślania najróżniejszych aromatów, to trochę męczyć może mozolne wymienianie kolejnych nazw najdziwniejszych woni. Połowy z nich nie potrafiła sobie wyobrazić, bo nigdy nie miałam z nimi styczności, dlatego też litania na temat składu jakiejś konkretnej mikstury kompletnie nie robiła na mnie wrażenia, a wręcz chwilami nużyła.

Ciekawa sprawa jest z postacią głównego bohatera - nie ma w nim praktycznie nic, co wzbudzałoby sympatię czy odrobinę współczucia, a mimo to z zaciekawieniem można śledzić jego losy. Ten motyw z morderstwami ma swego rodzaju specyficzny klimat - kwestię dążenia do zdobycia idealnego zapachu i pasję, z jaką Grenouille to robił.

Kilka razy podczas lektury z racji ironii sytuacji się zaśmiałam. To powieść bardzo surowa, w której próżno szukać estetyki. Zwróciłam również uwagę na charakterystyczną dla dawnych czasów przesądność i nieco inne tory myślenia ludzi XVIII wieku, co momentami nawet lekko mnie szokowało, bo tak było jeszcze trzysta lat temu...

Pachnidło jest powieścią specyficzną, która co wrażliwszym czytelnikom może nieco zepsuć humor albo i apetyt niektórymi fragmentami, ale uznaję ją za książkę naprawdę dobrą. Czyta się ją z zaintrygowaniem, śledząc pokrętne losy antypatycznego głównego bohatera. Jest to dosyć przystępna powieść jak na tekst pozbawiony niemal całkowicie dialogów i uważam, że warto ją znać. Choćby po to, by poznać historię człowieka nienawidzącego ludzi.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: Das Perfum. Die Geschichte eines Mörders.
Autor: Patric Süskind
Wydawnictwo: Świar książki
Ilość stron: 253
Rok wydania: 1985 (oryginał), 2006 (to wydanie w Polsce)