26 marca 2014

Studium w szkarłacie

Sherlock Holmes to postać która skradła serca wielu czytelnikom, jak i widzom. Moja kumpela ma na punkcie serialu bzika, a nie jest pierwszą ze znajomych, która za genialnym detektywem szaleje. Postać wykreowana przez Arthura Conana Doyle'a niewątpliwe jest charyzmatyczna i ujmująca. Ale czy ciekawy główny bohater to wszystko, co oferuje cienka, bo nawet nie dwustu stronicowa książka pod tytułem Studium w szkarłacie?

Oczywiście, że nie. Detektywi są od tego, żeby prowadzić śledztwa, a te jak wiadomo, ciekawią czytelników wtedy, gdy dotyczą nietypowej zbrodni. W pewnym londyńskim domu zostaje znalezione ciało mężczyzny, który najpewniej został otruty. Na ścianie detektyw Holmes wraz z Watsonem, do którego zaraz przejdę, znajdują tajemnicze słowo "Rache" zapisane krwią. Obaj towarzysze, choć nie dawno się poznali, zaczynają śledztwo na własną rękę ignorując fakt, że takowe już się toczy z inicjatywy Gregsona i Lestrade - oficerów Scotland Yardu.

Tak w skrócie wygląda fabuła, a pomimo faktu, że książka jest cieniutka, to wciąga bardzo szybko. Bardzo interesującym wydaje mi się fakt, że wszystko obserwujemy z perspektywy Watsona opisującego dziejące się wydarzenia w pamiętniku. Jest fragment, który się wyłamuje z tej konwencji, ale pozostała część to zapiski doktorka, jak go pieszczotliwie nazywał Sherlock. Styl autora jest świetny, ale czym tu się dziwić, skoro seria o przygodach detektywa została zaliczona do klasyki? A wspomniany fragment, choć z początku połapać się nie mogłam o co chodzi z tą zmianą narracji, bardzo mnie wciągnął a sama końcówka niemalże doprowadziła do łez. Bardzo spodobało mi się wyjaśnienie zbrodni (o czym nie napiszę ani słowa, żeby nie spoilerować), jak i odczułam pewną sympatię i smutek w związku z postacią mordercy.

Sama postać Sherlocka jest niesamowita. Jest to osoba specyficzna, charyzmatyczna i inteligentna. Na uwagę zasługują jego "wyścigi" z oficerami ze Scotland Yardu, o których już wspominałam. Nie ma to jak przeciętniacy przypisujący sobie czyjeś zasługi.

Miło wspominam lekturę i z chęcią sięgnę po kolejną książkę o Sherlocku Holmesie. Tutaj zwracam się z pytaniem do Was, zorientowanych bardziej niż ja. Nie do końca rozumiem, jak to jest z książkami o Sherlocku, to jest seria, czy są oprócz niej osobne jeszcze książki? Bo z tego co się zorientowałam, Studium w szkarłacie jest początkiem, ale spotkałam się z różnymi wydaniami, a najczęściej o uszy obijał mi się tytuł "Przygody Sherlocka Holmesa". To jest jakaś "główna książka"? Nie do końca rozumiem jak to z tą serią jest i prosiłabym kogoś kompetentnego o wyjaśnienie. A tym czasem biorę się za polowanie na Znak czterech.

Szkarłatna nić morderstwa przebiega przez bezbarwny schemat życia, a naszym zadaniem jest odsłonić ją, wykryć i ujawnić każdy jej cal.*

Moja ocena: 8/10

Autor: Arthur Conan Doyle
Wydawnictwo: Algo Sp. z o. o.
Ilość stron: 178
Rok wydania: 1887 (oryginał), 2013 (to wydanie w Polsce)

Przeczytane do wyzwań:
1. Przeczytam tyle ile mam wzrosut (+1,4 cm)

*cytat z książki

25 marca 2014

Dzień czytania książek J. R. R. Tolkiena i stosik lutowo - marcowy

Czyli święto w moim przypadku, jak też świętowanie w dniu 25 marca jak najbardziej uzasadnione. Od kiedy przeczytałam Władcę pierścieni - Bractwo Pierścienia (fakt faktem, w najgorszym z możliwych, jak głoszą plotki, przekładzie) zakochałam się w tym jakże popularnym autorze. Dzisiaj na tapecie są u mnie Opowieści z niebezpiecznego królestwa, które zaczęłam czytać tuż po północy. Oprócz tego symbolicznie włożyłam koszulkę z motywem z Trylogii i... za momencik załączę sobie soundtrack z LoTR i wezmę do czytania. Mam za sobą dopiero dwie książki Tolkiena, ale już pierwszą pozycją zdobył sobie u mnie tytuł mistrza.


John Ronald Ruel Tolkien (1892-1973) był autorem wielu książek z gatunku fantasy. Oprócz tego, co wiem z logiki, którą miałam w poprzednim semestrze, Tolkien był twórca wielu definicji do jednego z najpowszechniejszych słowników angielskich. Walczył również podczas I wojny światowej. Był profesorem anglistyki na Oksfordzie i przyjaźnił się z C. S. Lewisem - autorem Opowieści z Narnii. Dzieła Tolkiena to między innymi Hobbit, Silmarillion, Opowieści z niebezpiecznego królestwa, Trylogia Władcy pierścieni i wiele innych, których tytułami już zapełniać miejsca w notce nie będę.


Po raz kolejny powtórzę słowa mojej mamy - do czytania Władcy pierścieni trzeba dorosnąć. Najwidoczniej zaszczyt ten spotkał mnie w zeszłym roku i od tej pory jestem fanką twórczości Tolkiena. Więc radzę dzisiaj świętować wszystkim innym, którzy podzielają moje zdanie. A tym, którzy przygodę z jego książkami dopiero chcieliby zacząć, zachęcam, czy dzisiaj, czy w nadchodzących dniach - polecam, bo naprawdę warto zatopić się w świecie Śródziemia...

Moja kolekcja - jeszcze malutka, ale z czasem na pewno się powiększy. Za jakość przpraszam - telefon mi świruje...


A teraz to, co mole książkowe lubią najbardziej... No dobra, zaraz po czytaniu ;) Czyli nowe nabytki i stosik. Nie umieściłam w nim Pyrkonowych łupów, bo wczoraj się nimi chwaliłam. Jak kogoś intryguje, a wczoraj nie zajrzał, to trzeba się cofnąć o jeden post.


Od dołu, żeby najlepsze zostawić na koniec (w tle moja jakże gustowna nowa pościel... rozkopana nieco, bo dopiero wstałam:)...
1. Anioły Śniegu - James Thompson - zakupione na potrzeby wyzwania i z chęci sięgnięcia po jakiś kryminał nie będący autorstwa Cobena.
2. Poczet skoczków świata - Marek Serafin - jako, że uwielbiam skoki narciarskie (brawo Kamil, gratuluję kryształowej!), a Matras chciał za tę książeczkę jedynie dwa złote, to jakże mogłabym nie wziąć?
3. Wampiry z Morganville Księga 11: Światło dnia - Rachel Caine - W ten oto sposób moja przygoda z serią o Morganville się kończy. Zacząć lektury jeszcze nie zaczęłam, bo to będzie okrutnym doświadczeniem. Naprawdę nie chcę się rozstawać z bohaterami, chociaż z drugiej strony korci mnie, żeby sprawdzić, jakie niespodzianki przygotowała autorka w tej części.
4. Gra o tron - George R. R. Martin - Faza, uzależnienie, nazwijcie jak chcecie. Wsiąkłam w serial, na Pyrkonie byłam na dwóch panelach, w tym na jednym o religiach Westeros i stwierdziłam, że nie ma bata, muszę jak najszybciej mieć książkę. Teraz chyba będę głodowała kilka dni, ale mam pierwszy tom Pieśni Lodu i Ognia. Co gorsza, jeszcze nie mogę się zabrać za lekturę... A w kwestii finansowej poszczęściło mi się, bo dałam za to tomiszcze 29,40 a nie 5 dych, jako to ma miejsce w przypadku ceny rynkowej.

Jak widać na powyższym obrazku, smaczne kąski (i kęsy) dołączyły do mojej biblioteczki i w związku z tym... Nie kupuję w kwietniu książek. Nie ma opcji, chyba że tylko jedną jedyną - Mechaniczną księżniczkę. Bo kilka serii trzeba pokończyć, a są to między innymi Diabelskie maszyny. A w stosiku, jak to bywa brakuje Dni krwi i światła gwiazd, która to książka została wypożyczona.

Miłego Dnia czytania Tolkiena życzę!

24 marca 2014

DżejEr była na Pyrkonie...

O Pyrkonie, imprezie dla wielbicieli fantasy pewnie słyszało już wielu. W zeszłym roku byłam zachęcana do spontanicznego wyjazdu (koleżanka wieczór wcześniej pisała "Jedź z nami, fajnie będzie"), ale nie byłam jeszcze gotowa na takie szaleństwo. Jednak szybko postanowiłam, że na kolejnej edycji Pyrkonu zabraknąć mnie nie może. I oto wracam z pozytywnym nastrojem, uśmiechem na wspomnienie o najlepszych panelach i... pustą kieszenią.

Łupy pokażę później, a teraz kilka słów o samym festiwalu. Na organizację narzekać nie można. Zapewnione atrakcje w sporej objętości informatorze powodowały nie małe dylematy - iść na ten panel, czy ten? Koniec końców kilka musiałam opuścić, ale do najciekawszych zaliczam: Jednorożec - 2500 lat legendarnej istoty (okazuje się, że Japończycy i Chińczycy mają własną wersję tego stwora we własnych legendach, a w przypadku Persów było to stworzenie mięsożerne, wabiące swoje ofiary za pomocą dźwięku wydawanego z pustego w środku rogu), Przyszłość głupku! Czy XXI wiek będzie ostatnim w dziejach Polski? (Więcej takich prelekcji! Nie tylko na tego typu konwentach, ale ogólnie, dla młodzieży. Biorąc pod uwagę obecną sytuację polityczną, nie tylko międzynarodową, ale i w kraju warto uświadomić młodzież i wbijać jej do głowy konsekwencje tego, co aktualnie robimy, bądź nie robimy...), [...], czyli zmagania Dona Hertzferldta z filmem animowanym (pośmiałam się nieźle!), Fantasypolis (z udziałem pani Jadowskiej, a więc nie mogłam nie pójść, choć jeszcze nie czytałam jej książek...), oraz dwa panele o Grze o tron, na którą mam niesamowitą fazę. Oglądamy z kumpelą od jakiegoś czasu i akurat skończymy trzeci sezon przed kwietniową premierą czwartego.

Cały Pyrkon przebiegł dla mnie pod znakiem Gry o tron. Wiele zakupionych gadżetów dotyczy tej jakże popularnej produkcji. Dorwałam kilka rzeczy z moimi ulubieńcami, ale nie mogło zabraknąć innych innych serii. Ale i tak najwięcej żartów, nawiązań i wzmianek w rozmowach z kumpelą dotyczyło "Got".

Jednym minusem okazał się brak miejsc w szkole, w której mieliśmy nocować, w wyniku czego moje obozowisko znajdowało się... Tuż przy drzwiach wejściowych do hali noclegowej. Nie powiem jak bardzo zimno było, bo musiałabym użyć brzydkich słów. Ale myślę, że przed wyprawą przyszłoroczną na Pyrkon przygotuję się lepiej.

A teraz deserek, czyli Pyrkonowe łupy (nie wszystkie):


1. Coś na progu - chciałam mieć jeden swój egzemplarz i wybrałam numer którego tematem przewodni są Potwory.
2. Naznaczeni błękitem (Ewa Białołęcka) - spotkanie z autorką na zeszłorocznych Dniach Fantastyki we Wrocławiu sprawiło, że zapragnęłam dorobić się jakiejś jej książki i oto, mam!
3. Złodziej dusz (Aneta Jadowska) - na tą książkę bardzo długo się czaiłam i pojechałam na Pyrkon z zamiarem nabycia jej. Fakt faktem, ustaliłam sobie limit na dwie książki i... no cóż, wyszło jak wyszło. A po prelekcji z Anetą nie mogłam sobie odpuścić pierwszej części serii o Dorze.
4. Rzeki Londynu (Bez Aaronowitch) - niedawno widziałam tą książkę na stronie empikowej i stwierdziłam, że może być bardzo interesująca, po czym zapomniałam tytułu i autora, ale szukałam jej na Pyrkonie mając w myślach obraz okładki i przeświadczenie, że w tytule jest coś... praskiego. Pytam się: "Mózgu, jakim cudem?!"
5. Mój sentyment do "pierdółek" sprawił, że nie mogłam się powstrzymać przed kupieniem zakładek (w tym jednej metalowej), naszyjnika z kosogłosem (po który na Pyrkon pojechałam i na który wzięłam pożyczkę...) oraz brożki namiestnika (bo uzależniłam się od GoT, o czym już wspominałam nie raz i pewnie jeszcze wspomnę nie raz.

Jak na razie to tyle. W marcu powinna pojawić się jeszcze jedna recenzja, ale dodam też stosik, najpewniej jutro lub pojutrze, oraz post z okazji Dnia czytania Tolkiena (jutro). A na kolejny Pyrkon wybiorę się na pewno! I polecam to miejsce niezdecydowanym - tam nie da się nic nie robić, ani nudzić, ani smucić:)

17 marca 2014

Żelazny król

Powieść Julie Kagawy zbierała w większości same pochwały, oklaski i tego rodzaju "ochy" i "achy". Nic więc dziwnego, że podchodziłam do lektury z konkretnymi oczekiwaniami, a nawet rzekłabym, wymaganiami. Czy autorce książki z elfami w roli głównej udało się osiągnąć cel i zauroczyć mnie tak, jak to miało miejsce w przypadku wielu czytelników?

Bohaterką jest szesnastoletnia Meghan Chase, która uważa się za zwykłą, przeciętną dziewczynę. W dniu jej urodzin okazuje się, była ona jednak w błędzie, bo nagle wokół niej pojawia się kilka magicznych istot, jej najlepszy przyjaciel Rob tak naprawdę jest kimś więcej niż tylko człowiekiem, a młodszy brat został... podmieniony. Tą serią paranormalnych niespodzianek jesteś witani już na wstępie książki i jak się później dowiadujemy, to nie koniec. Meghan, żeby odzyskać brata musi się udać do świata zamieszkiwanego przez magiczne stwory. Świat ten nosi nazwę Nigdynigdy i jak utrzymuje większość jego stałych bywalców - jest niebezpieczny, pełen pułapek i zdecydowanie nie jest miejscówką dla nastolatek ludzkiego gatunku. Meghan oczywiście wyrusza na poszukiwania brata i wplątuje się w niesnaski między Dworami, ściąga na siebie uwagę książąt i królów oraz królowych, w dodatku dowiaduje się co nieco o swojej przeszłości...

Początek był gładki, polubiłam Meghan, ale bez przesadniej zażyłości. Zwykła nastolatka, trochę pokrzywdzona przez los sytuacja materialną, wyśmiewana w szkole. Określiłabym ją jako typową postać ze znanych nam paranormali młodzieżowych. Gdy przenosi się do Nigdynigdy ani myśli się ogarnąć, zebrać w sobie czy zacząć myśleć racjonalnie. Zdarzają jej się tego przebłyski, ale głębszą przemianę widać dopiero pod koniec książki. W samej końcówce można mówić o jakichś zmianach, ale wydaje mi się, że to jednak troszkę a późno.
Gdy wkraczamy w krainę Nigdynigdy nieodłącznym towarzyszem naszej bohaterki staje się Puk. Niestety, jest to bohater, który zupełnie do mnie nie przemówił. Z jednej strony był wielowiekowym członkiem Jasnego Dworu, a z drugiej dowcipnisiem bardzo infantylnym i trochę nierozgarniętym. Fakt faktem, wkład w pomoc Meghan docenić trzeba, ale niestety, większość jego zagrywek działała mi na nerwy.
Co do Asha, który objął stanowisko czarnego charakteru, nie był ona aż tak irytujący, ale niestety stałam się już bardziej wymagającym czytelnikiem i wiem, że nawet w paranormalach dla nastolatków "Pan Mroczny" może zostać lepiej wykreowany. Ash swoją rolę spełniał nie najgorzej, ale dość płytko...

Żeby nie było tak ponuro i pesymistycznie, opowiem o tym, co u mnie zapunktowało. Na pewno opisy magicznej krainy. Bardzo barwne, całkiem szczegółowe i urzekające. Nigdynigdy to jedna z miejscówek, w których z chęcią spędziłabym kilka dni, pomimo tych niebezpieczeństw czyhających za każdym krzakiem.
Kolejną zaletą jest Grimalkin. Gadający kot, również towarzysz podróżny naszej Meghan. Zwierzak, jak to koty, chadza własnymi drogami i prezentuje postawę pełną pogardy dla ludzkiego gatunku, typowy z kolei dla jego gatunku. Grima polubiłam, bo przecież zwierzęta obdarzone umiejętnościami werbalnymi są genialne.
W Nigdynigdy mamy oczywiście do czynienia z dworami, które nie do końca pałają do siebie sympatią. Spodobało mi się, że oprócz Jasnego i Ciemnego Dworu mamy trzecie stronnictwo, które jest właściwie największym zagrożeniem dla bohaterów. Plus dla autorki za to, że postarała się wymyślić coś więcej niż typowy podział na dobrych i złych, białych i czarnych. Jest jeszcze jedna kwestia, którą Julie Kagawa u mnie zapunktowała i mam tu na myśli tytuły rozdziałów. Niby nic wielkiego, ale miło czytać fragment książki, który został określony bardziej precyzyjnie niż "Rozdział X".

Żelazny król i pierwsza wyprawa do świata elfów może nie do końca mnie zadowoliły, ale nie wywołały odruchu wymiotnego, efektu otwierającego się w kieszenie scyzoryka lub chęci trzaśnięcia książką o ścianę/podłogę. Z Meghan spędziłam kilka sympatycznych dni i oczekiwanie na wizytę u lekarza nie ciągnęło się aż tak bardzo. Czy sięgnę po kolejny tom? Chyba wątpię, bo żaden z bohaterów aż tak do mnie nie przemówił, ale lektura była fajną odskocznią od codzienności.

Moja ocena: 7/10

Autor: Julie Kagawa
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 352
Rok wydania: 2010 (oryginał), 2011 (w Polsce)

Do wyzwań:
1. Grunt to okładka
2. Z półki
3. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,4)

12 marca 2014

Ao No Exorcist - Tom 2 i 3

Stało się, w końcu postanowiłam się pokusić o zrecenzowanie mangi. A nawet dwóch, ale z jednej serii, a lektura ich poszła szybko i zostawiła po sobie sporo wrażeń. Jakich? Właśnie do tego zmierzam...

Rin Okumura jest wychowywany przez zastępczego opiekuna, ojca Shiro. Chłopak jest synem samego szatana i... ukończywszy piętnaście lat przystępuje do szkoły dla egzorcystów. Pewnie przyjdzie Wam do głowy, że pomylił adresy. Nic bardziej mylnego. Z powodu wypadku, który miał miejsce w pierwszej części Rin postanawia odpłacić swoje winy i stać się jednym z najlepszych żołnierzy walczących w zastępach wrogich szatanowi.
W drugim tomie śledzimy losy Okumury w szkole dla egzorcystów, jego pierwsze wzloty i upadki, z przewagą tych ostatnich. Klasa w której znalazł się Rin nie do końca pochwala jego działania, a co za tym idzie, chłopak z początku nie ma łatwo. Fakt, że nauczycielem jednego z przedmiotów jest jego brat, Yukio Okumura, nie poprawia sytuacji. Niebawem bohaterów czeka egzamin na exwire'a (exwire - jeden z niższych poziomów wśród przyszłych egzorcystów, potem są młodsi i starsi klas A, B, C, rycerze i na samym szczycie - paladyn. Jeżeli coś pominęłam, to przepraszam, nie mam pod ręką ściągi, żeby dokładnie to opisać). Czy Rinowi uda się utrzymać w tajemnicy swoją prawdziwą naturę, której znakiem są błękitne płomienie, gdy chłopak sięga do swojej mocy? Czy grupa początkujących egzorcystów zbliży się do siebie? Jakie plany wobec swoich uczniów ma dyrektor szkoły, pan Mephisto Pheles?

Zasadniczym plusem mangi są ciekawe i różnorodne postaci. Zacząwszy od Rina, niepokornego łobuza, który jednak ma szczere intencje, poprzez Shiemi, której ciężko jest odnaleźć się w nowej szkole i sytuacji, bo większość czasu spędziła w domu, kontynuując przez poczet nietypowych z charakteru i wyglądu uczniów kończąc na nauczycielach, wśród których znajduje się Yukio Okumura. Ciężko mi znaleźć kogoś, kogo nie lubię i jest chyba tylko jedna osobistość, do której nie żywię sympatii - profesor Neuhaus. Całą reszta to bohaterowie dzielni, chwytający za serducho. Zdarzają się i tacy, których możnaby opisać jako złych, ale w pewnym momencie, gdy dowiadujemy się czegoś o ich przeszłości, już nie jesteśmy w stanie jednoznacznie określić, co na ich temat sądzimy.

Do tego w Ao No Exorcist ważną rolę odgrywają demony. Są wykreowane bardzo szczegółowo,  wyobraźnią i niejednokrotnie stają się bohaterami równie intrygującymi co ludzcy. Mam tu na myśli Kuro, który skradł moją sympatię już podczas oglądania anime.

W obu tomach umieszczono opisy postaci, ich metryczki, upodobania i wizerunki. Do tego dodano bonusowe strony z epizodami z udziałem bohaterów i opisy demonów z zaznaczeniem poziomu ich zagrożenia. Lektura całości sprawiła mi niebywałą radochę i wciągnęła, choć w przypadku drugiego tomu początki były oporne, czego już na szczęście nie odczuwałam w przypadku kolejnej części.

Moja ocena: 8/10 (tom 2) i 8,5/10 (tom 3)


Autor: Kazue Kato
Ilość stron: około 160/170 oba tomy
Przeczytane do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 1,2 i +1,3 cm)

9 marca 2014

Tajemnice Sztormowego Dworu


Uskevrenowie to ród uchodzący za najzamożniejszy w Selgaunt - krainie stworzonej na potrzeby między innymi, tego zbioru opowiadań. Ale jest to zbiór specyficzny, bo nie wyszedł spod ręki jednego autora, a siedmiu. Każdy z pisarzy nakreśla nam sylwetkę jednej postaci związanej z rodem Uskevrenów. Wcześniej nie miałam styczności z takim zbiorem i czytanie Tajemnic sztormowego dworu było dla mnie nowym doznaniem.

Po zakupie książki spojrzałam na jej ocenę na LC i zasmucił mnie fakt, że Tajemnice sztormowego dworu dostały notę mniejszą od piątki. Zaczęłam czytać trochę zniechęcona i... I po raz kolejny przekonałam się, że nie ma co wierzyć w zwykłe cyferki, bo w tym przypadku okazały się zupełnie nieadekwatne do zawartości książki.

Pierwsze opowiadanie, autorstwa Eda Greenwooda szczerze powiedziawszy trochę zniechęca do dalszego czytania. Język jakim posługuje się pisarz jest ciężki, nieco stylizowany na pochodzący z dawnych czasów. W opowiadaniu tym zostaje nam przedstawiony Thamalon Uskevren - głowa rodu. Dostojny patriarcha został wykreowany na surowego, ale mądrego mężczyznę, któremu leży na sercu dobro rodziny, ale i jej pozycja w społeczeństwie. Pomimo, że nie czytało mi się łatwo to zauważyłam w tym opowiadaniu coś niezwykłego i bardzo dobrze dopracowanego, co również przejawiało się w kolejnych historiach - niepowtarzalny klimat, jaki udało się stworzyć autorom. Jest tajemniczy, magiczny i z odrobiną mroczności. Również członkowie rodu wprowadzają aurę podniosłości i dostojności, przez co opowiadania czyta się z zaciekawieniem.

I tak o to od szczegółu, do ogółu, czyli myślenie indukcyjne sprawiło, że przeszłam do omawiania całokształtu Tajemnic sztormowego dworu. Wszystkie opowiadania bardzo mnie zainteresowały, a i nie mogłam dopatrzeć się jakichś większych u chybień. Moimi faworytami wśród postaci stali się młodszy Thamalon Uskevren i Thazienne, jego siostra, oraz pokojówka - Larajin. Każdy z bohaterów skrywał jakąś tajemnicę i co ciekawe, okazały się to dość nietypowe i intrygujące sekrety. Z chęcią sięgnę jeszcze po książki z udziałem postaci związanych z Sztormowym dworem. Polecam jako lekką, ale wciągającą lekturę fantasy. Jest magia, są nietypowe stworzenia, jest niebezpieczeństwo i tajne, oraz nielegalne stowarzyszenia. Czyli nic, tylko polować na inne tytuły o Selgaunt!
Moja ocena: 8/10

Autorzy: Ed Greenwood, Paul Kemp, Clayton Emery, Lisa Smedman, Dave Gross, Richard Lee Bayers, Voronica Whitney Robinson
Wydawnictwo: ISA
Ilość stron: 346
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2003 (w Polsce)

Przeczytane do wyzwań:
1. Grunt to okładka
2. Z półki
3. Przeczytam tyle ile mam wzrostu (+2,3 cm)

1 marca 2014

Więzy krwi

Spontanicznie sięgnęłam po drugi tom przygód Mercedes Thompson i niestety wyszło tak, że nie jestem w stanie zaliczyć tej książki ani do lutego, ani do marca, więc uznajmy, że jest to tytuł z przełomu miesięcy. A teraz do rzeczy...

Kocham wilkołaki. Wiadome jest to nie od dziś, ale lubię się o tym przekonywać po każdej kolejnej udanej lekturze. Pierwszy tom spod pióra Patricii Briggs o Mercy - zmiennokształtnej prowadzącej warsztat samochodowy, która musi się użerać z kłopotami jakie sprawiają jej wampiry i wilkołaki z Tri-Cities nie do końca mnie usatysfakcjonował. Na szczęście w przypadku Więzów krwi sytuacja uległa zmianie na... lepszą.

Mercy znów pakuje się w tarapaty. Zamiast cieszyć się spokojną egzystencją w towarzystwie przyjaciela z dawnych lat, zostaje poproszona przez krwiopijcę Stefana o zaprezentowanie się w roli świadka przy spotkaniu z innym wampirem. Nietypowym wampirem, którego obecność w Tri-Cities zafunduje jego mieszkańcom trochę większe niż dzienne zalecane dawki adrenaliny, strachu i trupów. Nasza bohaterka udaje się w skórze kojota na audiencję u Littletona i zostaje, nie z własnej woli, postacią w krwawym i obfitym w zwłoki spektaklu. Niebawem znikają jej przyjaciele, a pani okolicznej wampirzej chmary wyznacza Mercy na stanowisko odpowiedzialnej za przywrócenie ładu w okolicy.

Urban fantasy ma to do siebie, że dość szybko jesteśmy wrzucani w szybką akcję, która na dodatek często zalicza zwroty o przynajmniej sto osiemdziesiąt stopni. Chwali się, gdy autor potrafi umiejętnie poprowadzić wątki, nie namieszać zbytnio w wydarzeniach i jeszcze stworzyć postaci dające się dość łatwo od siebie odróżnić. Pani Briggs, z racji tego, że postawiła na silną przewagę płci brzydkiej w swojej powieści, zadanie ma utrudnione, ale wychodzi z niego obronną ręką. Przy recenzowaniu poprzedniej części marudziłam na zbyt dużą ilość facetów w otoczeniu Mercy. Ale skoro już autorka postanowiła tak zagrać, niech jej będzie. W Więzach krwi tak bardzo nie przeszkadzał mi fakt, że główna bohaterka co rusz wchodzi w interakcje z facetami, tym bardziej, że pojawiło się nieco więcej kobiet niż poprzednio. Czyli pani Briggs zmierza w dobrym kierunku.

Dlaczego lubię ten gatunek? Bo zaistniały wątek romantyczny nie powoduje mdłości, zapobiega nabawieniu się cukrzycy, a mimo wszystko bohaterowie mają dodatkową motywację do działania. Tak też dzieje się i w tym przypadku, choć przewidywany przeze mnie trójkącik miłosny... ziścił się. Śmiem nawet wysunąć teorię, że poszerzył się do kwadracika, ale... ale zliczając wszelkie wzmianki na temat miłosnego życia Mercedes w tomie liczącym ponad czterysta pięćdziesiąt stron jest stosunek porównywalny do kropli w oceanie. Nie więcej jak trzy kartki by się tego znalazły i wielce mnie to cieszy.

Więzy krwi czytało mi się szybko, może też z racji trochę zbyt prostego momentami języka, jakim posługiwała się autorka, ale mimo to sama końcówka mnie oczarowała i wydałam z siebie donośny jęk na myśl o tym, że nie posiadam trzeciej części. Swoją drogą, jak na książkę o wilkołakach, zaskakująco sporo w niej wampirów, ale przynajmniej w dającym się przełknąć wydaniu. Zwrócić nalezy też uwagę na klimatyczną okładkę, która prezentuje się lepiej niż w przypadku tomu pierwszego.

Jestem bardzo zadowolona z tej części, a i z chęcią zapoznam się z kolejnymi częściami serii jak i Wilczym tropem. Dzięki Więzom krwi autorka wkradła się w poczet moich ulubionych pisarzy i mam nadzieję, że się to już nie zmieni. Polecam fanom dobrej akcji, ciekawych bohaterów i wilkołaków oczywiście.

Moja ocena: 8/10

Autor: Patricia Briggs
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 454
Rok wydania: 2007 (oryginał), 2010 (wydanie II w Polsce)

Seria o Mercedes Thompson:
1. Zew księżyca (recenzja)
2. WIĘZY KRWI
3. Pocałunek żelaza
4. Znak kości
5. Zrodzony ze srebra
6. River marked
7. Frost burned

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:
- Z półki
- Przeczytam tyle ile mam wzrostu (+3,4 cm)