31 marca 2016

Podsumowanie marca i nowe zdobycze książkowe


Początek nowego semestru był okresem niezbyt intensywnym na uczelni, nie zrobiło się jeszcze gorąco, a więc nie musiałam poświęcać dużej ilości czasu na naukę. A to oznaczało, że na przełomie zimy i wiosny mogę się skupić na lekturach rozrywkowych, których na koncie znów mam zaskakująco dużo, jak na mnie.

W marcu przeczytałam:
1. Uczta dla wron 2: Sieć spisków (George R. R. Martin) < recenzja
2. Nomen Omen (Marta Kisiel) < recenzja
3. Miranda (Antoni Lange)
4. Czerwone gardło (Jo Nesbø) <recenzja
5. Moja walka o każdy metr (Thomas Morgenstern) < recenzja
6. Świńskim truchtem (Joanna Fabicka)
7. Noc blizn (Alan Campbell)

Biorąc pod uwagę kilkudniowy zastój czytelniczy i zdecydowanie zbyt długie czytanie Czerwonego gardła uważam to za niezły wynik. Najlepszymi książkami okazały się Uczta dla wron 2: Sieć spisków i Moja walka o każdy metr. Natomiast najbardziej zawiodłam się na Czerwonym gardle.

Napisałam aż 10 postów, z czego 6 było recenzjami, a jedna z nich dotyczyła serialu - The Following. Oprócz tego odpowiedziałam na nominację do LBA, zrobiłam kawowy tag książkowy i, co najważniejsze, pisałam o Światowym Dniu Czytania książek Tolkiena (a celebrowałam czytając Upadek króla Artura). Bardzo cieszę się, że udało mi się sięgnąć po raz drugi po Noc blizn, którą pierwszy raz czytałam jeszcze zanim powstał blog. Recenzja powinna się pojawić w przyszłym tygodniu.

Przybyło czworo nowych obserwatorów i jest Was już 224.

Na wypadek, gdyby kogoś to jednak zainteresowało - pojawiły się dwie nowe zakładki. W dodatku zmieniłam tło bloga ze zrozumiałych względów - nadchodzi 6 sezon Gry o tron, którego zwiastun wywołał u mnie ciarki na plecach i którego doczekać się już nie mogę.

W marcu zaszalałam również na gruncie zakupów książkowych, bo okazało się, że bonito przeceniło cały swój asortyment, a na pewno jego znaczącą większość na... nie pamiętam ile. W każdym razie powinnam dostać zakaz wchodzenia do księgarń na najbliższe dwa miesiące i zakaz wchodzenia na strony księgarń internetowych, co już nie jest takie proste. W każdym razie planuję mocno ograniczyć zakupy na kwiecień i nie wiem nawet, czy nie wstrzymam się z zakupem Martina i Sandersona do końca miesiąca. A przechodząc już do tego, co najważniejsze, w marcu zdobyłam:


Opisywać zdobyczy mi się nie chce, widać wszystko na zdjęciu. Każdą z nich cieszę się niesamowicie, ale nie wiem kiedy przeczytam i nawet nie chcę na ten temat spekulować. Wyjdzie w praniu. Są tu trzy pierwsze tomy nowych serii, dlatego wypadałoby się ogarnąć i doczytać kilka końcówek. Co będzie w kwietniu, pojęcia nie mam, poza tym, że na pewno w ciągu najbliższego tygodnia chcę napisać o serialu The Last Kingdom. Tymczasem życzę udanych lektur i nabytków na wiosnę!

29 marca 2016

Moja walka o każdy metr


Wśród moich zainteresowań jednym z bardziej nietypowych jest zamiłowanie do skoków narciarskich trwające już ponad dziesięć lat. Śledząc poczynania skoczków w Pucharze świata zdążyłam zapałać sympatią do niektórych popularniejszych postaci, które przez lata utrzymywały się w czołówce zdobywając kolejne trofea. Jedną z takich postaci jest austriacki skoczek, Thomas Morgenstern, który dwa lata temu zdecydował się na zakończenie kariery po tragicznym wypadku, po którym udało mu się podnieść i zdobyć jeszcze olimpijski medal.

Podeszłam do książki bardzo emocjonalnie i z wielką ciekawością. Co więcej, niesamowicie uradowana, że mam możliwość wglądu do sytuacji "za kulisami" z pierwszej ręki. Thomas przez lata był niesamowitym sportowcem, jednak zdobył też sobie uznanie jako sympatyczny, wiecznie uśmiechnięty człowiek. Muszę wspomnieć tutaj, że dzięki niemu kiedyś polska drużyna dostała się na podium, bo Morgenstern zauważył błąd w przeliczeniach komputera i to zgłosił. Jego wypadki zawsze bardzo mnie poruszały i mną wstrząsały, szczególnie, że skoki narciarskie to sport wielkiego ryzyka, w którym czasem nie pomaga dopięcie wszystkiego na ostatni guzik, bo jeden podmuch wiatru może całkowicie zmienić trajektorię lotu i sprawić, że sportowiec wyląduje w szpitalu.

Thomas pisze o strachu, bardzo dosadnie, szczegółowo i równocześnie prosto. Czytając jego zwierzenia miałam ciarki na plecach, uświadamiając sobie, jak ciężko było mu zapanować nad psychiką. Musiał walczyć ze sobą samym, podnosząc się krok po kroku po upadku, serii ciężkich urazów i po woli wracając do zdrowia, którego odzyskanie okazało się nadrzędnym celem. Bo żeby pokonać ten strach, Morgi musiał walczyć, a i tą wolę walki można łatwo dostrzec w sylwetce, jaka rysuje się nam przy lekturze.

Bardzo podobało mi się to, że w książce zawarto w pewnym sensie kwintesencję każdego sportu, nie tylko skoków narciarskich. Generalnie między wierszami snuł się motyw pokonywania wszelkich przeciwności, dawania z siebie więcej, niż sto procent, koncentrowania się na celach i drodze do nich. I o radości z osiągania tych szczytów.

Na początku zostaje dokonane rozróżnienie na Thomasa Morgensterna Sportowca i na Thomasa Morgensterna, który jest Człowiekiem. Czytając książkę patrzymy na nich obu, w którym każdy ma w sobie coś z tego drugiego. Połączenie pasji i strachu, ale pasji silniejszej niż ten lęk.

Oprócz tego, że o karierze, Thomas opowiada o trochę o swoim życiu prywatnym, ale według mnie nie jest to aż tak ciekawe zagadnienie. Owszem, na pewno sfera ta miała ogromny wpływ na jego starty, ale jednak wśród innych rzeczy, o których Morgi wspomina blednie i nawet trochę nuży. Na szczęście kwestii tej nie jest poświęcone zbyt wiele papieru i szybko wraca się do delektowania tym, co działo się z Morgensternem po wypadku. W większości jest to relacja z jego ponownego dochodzenia do formy z wtrąceniami na temat trudnych początków kariery, pierwszych zwycięstw i relacjami z trenerem Pointnerem oraz kolegami z reprezentacji.

Wstęp i posłowie napisali dwaj byli trenerzy naszej reprezentacji, Łukasz Kruczek (którego miniony sezon w roli trenera był ostatnim) i Apoloniusz Tajner. Obaj piszą o Thomasie w pozytywach, Tajner nawet wspomina, że Morgenstern był zawsze wyjątkowo sympatycznym i miłym zawodnikiem, który lubił się z naszymi chłopakami w odróżnieniu od reszty Austriaków, co tylko potwierdziło moje podejrzenia o, że tak się wyrażę, stosunkach międzynarodowych wśród zawodników pucharu świata.

Morgenstern w Mojej walce o każdy metr jawi się nie tylko jako zawodnik posiadający klasę i żywiący miłość do niebezpiecznego sportu, jakim są skoki narciarskie, ale też jest człowiekiem. Człowiekiem, który boi się jak każdy, ale który pragnie pokonywać lęk i wspinać się na coraz wyższe szczyty oraz który wiedział "kiedy ze sceny zejść". Wydaje mi się, że pokonał go lęk, ale świadczy to o nim nad wyraz dobrze, bo wspominając wcześniej o intuicji Thomas pisał, że jej nie ufał. I w końcu dorósł i jej zaufał, z pokorą wycofując się ze sportu, który w pewnym momencie zaczął wzbudzać w nim więcej negatywnych emocji, niż tych pozytywnych.

Ale nauczyłem się podejmować decyzje. Trzeba je dobrze przemyśleć, ale należy je podejmować.
Nawet złe są lepsze niż żadne, bo dzięki nim można się uczyć. Te niepodjęte są niczym innym jak ucieczką.


Moja ocena: 8,5/10

Autor: Thomas Morgenstern
Wydawnictwo: SQN
Ilość stron: 238 (Za mało!)
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Cytat pochodzi z książki.


25 marca 2016

Dzień czytania książek Johna Ronalda Reuela Tolkiena

źródło

Obchodzony właśnie dziś, 25 marca dzień czytania książek mistrza fantasy. Wydarzenie to zostało zainicjowane przez stowarzyszenie The Tolkien Society i po raz pierwszy obchodzone było w roku 2003. Wydaje mi się, że to również doskonały dzień na to, żeby zacząć przygodę z twórczością Tolkiena. Ja mam już na koncie kilka jego pozycji, ale na przykład Władcy pierścieni jeszcze nie doczytałam do końca. Po raz drugi już Dzień czytania Tolkiena pokrywa się z pełnym napięcia okresem oczekiwania na kolejny sezon Gry o tron, a co za tym idzie, czytaniem książek autora PLiO. Niemniej jednak mam zamiar poświęcić dzień dzisiejszy Tolkienowi, włączyć soundtrack z Władcy pierścieni i przystąpić do ponownej lektury Upadku króla Artura, poematu, który bardzo mnie urzekł.

Do tej kolekcji należy dodać jeszcze jednotomowe wydanie Władcy Pierścieni, którego chwilowo nie mam pod ręką.
Żeby jednak pozostać w klimacie Śródziemia, chociaż trochę, wrzucę mój ulubiony cytat z Władcy, który rozpoczyna całą przygodę (przekład Marii Skibniewskiej):

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

Kto się dzisiaj chwyta za jakąś książkę Tolkiena?

23 marca 2016

Liebster Blog Award


Tym razem dostałam nominację od Victora z bloga My book Town, za co serdecznie dziękuję ;)
Już przechodzę do zeznań...

1. Miewasz "kace książkowe"? Jak sobie z nimi radzisz?
Rzadko, ale miewam. Albo czytam po kawałku niektórych oczekujących na lekturę książek i wybieram jedną, żeby dalej czytać albo po prostu robię kilka dni przerwy.

2. Bywa tak, że zmuszasz się do czytania?
No, czasem tak, bo jak książka jest nudna, to nie chcę jej odkładać na półkę, bo wtedy szybko do niej nie wrócę. Wolę skończyć jak najszybciej, więc zmuszam się do czytania, choć tego nie lubię. Ostatnio tak było z Czerwonym gardłem.

3. Twoja ulubiona lektura szkolna.
Dzieci z Bullerbyn.

4. Umysł ścisły czy humanista?
Human. Ale matmę lubiłam.

5. Najpiękniejsze miejsce, jakie miałaś okazję odwiedzić.
Półwysep Świętego Wawrzyńca na Maderze. O, tak pięknie było:

Krajobraz księżycowy, ale wszechobecny ocean niesamowicie mnie zachwycił.

6. Czytasz w komunikacji miejskiej?
No jasne.

7. Jak ludzie reagują na Twoją pasję do literatury?
Zależy. Niektórzy chwalą, inni podziwiają, niektórzy uważają to za głupotę.

8. Bywasz na targach książki?
Bywam.

9. Słuchasz muzyki podczas czytania?
Tak, czasem tylko dzięki temu jestem w stanie czytać, gdy otaczają mnie rozmawiający ludzie.

10. Rzecz, która Cię najbardziej denerwuje u innych osób.
Brak szacunku do innego człowieka.

11. Co cię motywuje do działania?
Cel oraz ewentualność pokonania kogoś.

Tym razem nominacji nie będzie. Ale jak ktoś chce się uzewnętrznić w powyższych kwestiach, to Wiecie, co robić.

20 marca 2016

Czerwone gardło


Moją przygodę z książkami Jo Nesbø postanowiłam zacząć z pominięciem chronologii, ponieważ Czerwone gardło to trzeci tom przygód Harry'ego Hole, komisarza z Oslo. Akcję osadzoną w Skandynawii zakotwiczono w okół morderstwa, poszlak wskazujących na użycie nielegalnej broni na terenie Norwegii i porachunków między żołnierzami walczącymi na froncie II wojny. Przyznam, że liczyłam, biorąc pod uwagę powyższe wątki oraz ocenę na LC na trochę bardziej porywającą lekturę.

Żeby nie zaczynać od narzekań, wspomnę na początek o kreacji głównego bohatera, czterdziestoletniego alkoholika o nie łatwym usposobieniu. Czytając o Harrym zaczęłam zastanawiać się, co takiego jest w postaciach... w pewnym stopniu zdegenerowanych. Są to osoby nie radzące sobie z życiem, może nawet trudniejsze w codziennych kontaktach interpersonalnych i które w czytelniku wzbudzają sympatię. Chyba nie tylko swoją niedoskonałością. Litość? Tu też kwestia jest dyskusyjna, bo, jak zwykłam mawiać, każdy kij ma dwa końce i ocenianie po pozorach jest jednym z najgorszych, możliwych do popełnienia błędów. Alkoholizm wiele twarzy mieć może i do stanu tego może doprowadzić nie tylko ciężkie imprezowanie będące jedyną formą spędzania wolnego czasu ze znajomymi, ale z drugiej strony choroba może być efektem nieumiejętności radzenia sobie z codziennością. Działa to, tak jakby, w dwie strony, ale i wymienione przeze mnie powody mogą się uzupełniać. W każdym razie, w przypadku głównego bohatera wiemy, że jest on alkoholikiem, jesteśmy świadkami scen, w których wyeksponowano tę jego niedoskonałość i mimo to stwierdzamy... Kurczę, on jest w porządku. Nie jest to bohater wzbudzający jakąś litość, czy głębokie współczucie, ale jednak, można się o niego martwić, kibicować mu cieszyć się, gdy coś mu wyjdzie.

O ile główny bohater jak najbardziej przypadł mi do gustu, to tempo rozwiajania się fabuły... już nie. Myślałam, że szybko wciągnę się w książkę, a tym czasem pierwsze sto pięćdziesiąt stron dłużyło się niczym moja ostatnia podróż z Wrocławia do Poznania (a pewna byłam, że nigdy nie dojadę do celu). Z pięć razy miałam ochotę porzucić książkę i wrócić do niej za tydzień, dwa, ewentualnie rok. Czytałam po dwie, trzy strony, z oporami i odkładałam, na rzecz innych, dużo ciekawszych zajęć. Zmuszałam się dalszego czytania i próbowałam podtrzymywać w sobie nadzieję, że jednak te wszystkie wątki, które przedstawił autor zmierzają w jakimś konkretnym kierunku. Niestety, wolne rozpędzanie się lokomotywy zwanej fabułą to nie tylko mój zarzut. Podobne czytałam w innych opiniach i w zasadzie nie miałabym nic przeciwko takiej prędkości, gdyby te elementy, które podsuwa na początku autor w choć minimalnym stopniu mogły jakoś się ze sobą połączyć. A to, co dostałam na samym początku, oczywiście z pominięciem kilku początkowych rozdziałów wiało nudą, nie dawało w zasadzie żadnego punktu zaczepienia i po prostu nie zachęcało do dalszej lektury. To nie jest jednak jedyny poważny zarzut.

Drugim są postacie. A właściwie ich ilość i bark możliwości rozróżnienia. W tym miejscu zaznaczyć trzeba, że Nesbø  w pewnym momencie rozdziela akcję (czy też jej imitację, słabą) na dwa tory - to, co dzieje się z Harrym w roku dwutysięcznym oraz wątek związany z wydarzeniami na froncie drugiej wojny. Nie mam nic przeciwko wielości bohaterów, ale pod warunkiem, że są oni ciekawi, nawet, jeśli szczątkowo opisani. Natomiast pisarz wrzuca nam mnóstwo norweskich imion i nazwisk i nie próbuje w żaden sposób tych postaci rozróżnić. Pojawiają się jakieś tam drobne znaki szczególne, ale w gąszczu Gudesonów, Gudbrandów i Moskenów się one gubią i znacząco utrudnia to lekturę. Pod sam koniec książki w zasadzie brałam wszystko "na wiarę", nie mogąc się połapać wśród tego, kto kim był i jakie wydarzenia w frontu (które przez chwilę "ogarniałam") miały wpływ na taki, a nie inny finał.

W kwestii fabuły, autor zdecydował się na poważny i kontrowersyjny wątek neonazizmu i Norwegów walczących na froncie II wojny po stronie Hitlera. Tutaj przyznać trzeba, że pomimo ciężkiego tematu nie czuje się, że lektura nas męczy, a przynajmniej nie dlatego, że temat nie należy do lekkich. Przy czym fragmenty z frontu też nie wpłynęły jakoś zasadniczo na urozmaicenie akcji, dopiero w połowie wszystkie te skrawki podsunięte przez Nesbø zaczęły przybierać określony kształt.

Nie mogę wyzbyć się przekonania, że Nesbø jednak pisać potrafi. Dało się to oczywiście zauważyć dopiero w drugiej połowie książki, ale jednak koncepcja z wyrównywaniem "rachunków" sprzed kilku dekad do mnie przemówiła. To wszystko było poplątane, odnaleźć się nie mogłam, ale wiem, o co chodziło autorowi. Śmiem twierdzić, że w tym szaleństwie jest metoda, ale znalazł ją tylko Harry Hole, którego postać jest największym plusem Czerwonego gardła. Drugą zaletą i powodem, dla którego nie nakreśliłam w recenzji sylwetek innych postaci jest fakt, że... w Czerwonym gardle giną bohaterowie, których nie polubiłam! Którzy irytowali mnie swoim zachowaniem i zagrywkami i z powodu których odejścia nie uroniłam ani łzy. Owszem, posunięciem autora byłam zaskoczona, ale na szczęście kat dopadł odpowiednie osoby. I tych kilkadziesiąt stron wzmogło mój optymizm, który wcześniej przy lekturze był nieobecny.

Po książki Jo Nesbø sięgnę jeszcze na pewno. Przeczytam tom pierwszy i drugi o Harrym, może sięgnę po jeszcze jeden tytuł i dopiero wtedy ugruntuję sobie mój stosunek do twórczości pisarza ze Skandynawii. Co więcej, postaram się podejść bez żadnych wymagań, z świadomością, że to jeden z tych autorów, którzy długo rozpędzają się i nie za bardzo potrafią zaciekawić czytelnika już od pierwszych rozdziałów. Niestety, powieści kryminalne wymagają wzbudzających zainteresowanie akapitów już od pierwszych rozdziałów. Tymczasem w przypadku Czerwonego gardła w sumie tak zwanej "zagwostki" i tylko momentami książka naprawdę mnie wciągała. Zobaczymy, czy kolejne tytuły spod pióra Nesbø pozwolą mi łatwiej zakwalifikować jego twórczość, bo na razie balansuje on na granicy twórcy przeciętnego i zadowalającego.

Moja ocena: 6,5/10

Tytuł oryginału: Rødstrupe, 
Autor: Jo Nesbø 
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ilość stron: 423 
Rok wydania: 2000 (oryginał), 2013 (w Polsce, to wydanie)

16 marca 2016

The Following, sezon 1

Tym razem będzie o serialu kryminalnym, co nie oznacza, że całkowicie oderwę się od sfery literackiej. O nie. Bo nie bez znaczenia w przypadku produkcji z Kevinem Baconem w roli głównej jest twórczość Edgara Allana Poego.

Nie wiem, czy już wyjdzie cztery, jak napiszę o sektach i trzeba będzie dodać dwa do dwóch, tak więc obok twórczości wymienionego wyżej autora w The Following pojawia się motyw sekty i wysuwa na plan pierwszy. Zagrożeniem okazują się fanatycy pisarza, którzy zostali odnalezieni przez Joe Carolla, byłego wykładowcy, który w hołdzie ulubionemu pisarzowi zaczął... Mordować. W chwili rozpoczęcia serialu Caroll siedzi za kratkami, ale nie oznacza to, że niebezpieczeństwa nie ma.

źródło
Do serialu zostałam zachęcona przez Dominikę z Dosiakowego królestwa i muszę przyznać, że skuszenie się było bardzo dobrym posunięciem. To, co mnie najbardziej z początku do niego przyciągało, to seryjny morderca. Uwielbiam ten motyw, bo żeby zrozumieć sprawcę, trzeba odnaleźć wzór, jakim się kieruje przy wyborze kolejnych ofiar, oczywiście wtedy, kiedy jest to zabójca posiadający konkretny plan działania.

W roli śledczego obsadzono Kevina Bacona grającego postać Ryana Hardy'ego. Jest to człowiek z problemami, którego przeszłość jak i teraźniejszość łączy się z postacią Carolla. Ryan po zamknięciu seryjnego mordercy wszedł w związek z Claire, byłą żoną Joego. W dodatku Hardy jest alkoholikiem, co czyni z niego człowieka niełatwego przy współpracy i codziennym obejściu, ale... ale pragmatyka. Bardzo przypadła mi do gustu jego postać, nawet nie wiem, czy nie najbardziej, bo był to bohater nie wahający się przed działaniem i w dodatku jedyny, który mógł stanąć do gry z Carollem.
Wątek sekty to również raczej rzadkość w serialach sensacyjnych i kryminalnych. Zwykle łączy się ten motyw z religią, a w przypadku The Following obiektem fantyzmu jest postać Poego i jego twórczość. Tutaj mam dużo do napisania! Po pierwsze, to przerażają mnie sekty. Jeżeli istnieje jakieś realne zagrożenie, które mogłoby wywoływać u mnie lęk, to są to sekty. Dzięki The Following ten lęk sobie uświadomiłam. To wręcz niepojęte, żeby dało się tak licznej grupie ludzi wyprać mózgi i wpoić im konieczność popełniania ciężkich zbrodni w hołdzie pisarzowi. W dodatku sekty działają w ukryciu, stosują brutalne metody działania i są nieprzewidywalne, a przy trudnościach w ustaleniu ich liczebności... Nie jest to strach na zasadzie, że ktoś krzyknie "Sekta!" a ja zacznę uciekać z krzykiem, ale jak tak dłużej się nad tym zastanawiam, to dochodzę do uświadomienia sobie jak niebezpiecznym tworem owe sekty są.

Drugą kwestią jest fanatyczne uwielbienie żywione do Poego. Nie znam twórczości tego autora, ale w chwili, w której próbowałam sobie wyobrazić, że mogłabym z racji silnej sympatii do jakiegoś pisarza zachowywać się tak, jak bohaterowie serialu... To jest chore. I łączy się bezpośrednio z tym, co pisałam u góry, czyli z motywem sekty, która jest tworem co najmniej niepokojącym. A więc chore i przerażające i niepojęte również.
W serialu pojawia się kilka godnych uwagi postaci, oczywiście oprócz Carolla i Hardy'ego toczących swoją osobistą bitwę. Bój toczy się o kogoś, o kim nie wspomnę, ale zmusza to Ryana do zaangażowania emocjonalnego, przez co i u widza pojawia się więcej napięcia. Natomiast do grona moich ulubieńców dostali się Mike Weston, również agent oraz Paul i Jacob. Tych dwóch ostatnich nie sądziłam, że polubię, a jednak się tak stało. Bardzo wyrazistą, irytującą i dobrze zagraną postacią okazała się niepozorna Emma, która wzbudzała swego czasu bardzo negatywne uczucia i z wściekłości wychodziłam z siebie.

Nie jest to serial idealny i w pewnych momentach pojawiała się pewna przewidywalność. Niektórych rzeczy domyśliłam się przed Ryanem i na jego miejscu nie wepchałabym się w tarapaty, których on musiał doświadczyć. Nie były to częste chwile, bo jednak większość odcinków oglądałam z napięciem, ale jednak się takie momenty pojawiły. W pewnym momencie szaleństwo Carolla trochę szwankowało, ale również nie trwało to długo i mogę jego postać zaliczyć do grona tych lepszych, których siłą rzeczy jednak nie wrzucę w poczet ulubionych. Bohater dobrze skonstruowany, ale jednak czegoś mi u niego zabrakło, co jednak specjalnie nie wpłynęło na odbiór całego serialu.

źródło
The Following mogę polecić jak najbardziej, szczególnie osobom, które cenią twórczość Poego, której ja wciąż nie znam i któą mam zamiar w końcu poznać. Miałam z nią tylko pośrednią styczność przy okazji lektury jednego tomu Nevermore, do której to trylogii nie wiem, czy wrócę. Natomiast kolejne sezony serialu poznać zamierzam i liczę na to, że niebawem mi się uda, tym bardziej, że zakończenie okazało się niesamowicie... zaskakujące.

13 marca 2016

Nomen omen

Znana jest Wam mniej więcej zależność między treścią i formą, prawda? Chodzi o to, żeby forma treści nie przerastała i aby obie pozostawały w jako takiej równowadze względem siebie. Natomiast przy lekturze książki Pani Kisiel na pierwszy plan, przynajmniej pozornie wysuwa się forma. Pytanie tylko, czy treść za nią nadąża?

W roli głównej bohaterki została obsadzona Salomea Klementyna Przygoda i każdy z tych trzech członów miana rudowłosej dwudziestopięciolatki sugeruje nietuzinkowość, przynajmniej powiązaną z nią samą. Salka przeprowadza się do Wrocławia, a jej współlokatorkami zostają trzy starsze panie, siostry Bolesne - Mila, Jadwiga i Matylda. Trojaczki mają swoje tajemnice, a w domu przy Lipowej pięć zaczynają dziać się powszechnie znane z opisów wszelkich horrorów i powieści paranormalnych dziwne rzeczy. Przy okazji możemy poznać brata Salomei i zacząć zastanawiać się, co ma on wspólnego z serią napadów na blondwłose wrocławskie piękności.

Po lekturze Nomen omen bardzo się ucieszyłam, że dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam i o czym czytałam w opiniach o tej książce. Spodziewałam się, że autorka zafunduje nam przystępną powiastkę z kategorii tych traktujących o początkujących łowcach duchów (albo innych istot paranormalnych) i doda do tego kilku zapadających w pamięci bohaterów oraz kilka tajemnic z przeszłości. Język, jakim posługuje się Pani Kisiel jest bardzo bogaty i plastyczny. Proste rzeczy zostają opisane w dość niekonwencjonalny sposób i w pewnym momencie lektury pomimo lekkiego przestoju akcji byłam po prostu ciekawa, jak zabawi się autorka językiem w kolejnych wersach.

Do pewnego momentu wszystko, co dzieje się w książce jest seria mniej lub bardziej śmiesznych przypadku Salki, która próbuje radzić sobie w nowym mieście i nie zwariować w tajemniczej posiadłości, do której się wprowadziła. I w pewnym momencie klimat robi się o kilka stopni cięższy, nawet o zbyt wiele. Ten jeden, jedyny raz, kiedy skrzywiłam się podczas czytania, to był ten przeskok z codziennych błahostek do nieco bolesnych wspomnień sprzed lat.

Nie umknęło mi ani przez chwilę, że akcję autorka osadziła w swoim i moim rodzinnym mieście, czyli we Wrocławiu i już nawet z tego tytułu z większą sympatią podchodziłam do książki. Most Piaskowy, Grunwald i plac Nankiera, czyli kilka lokacji z książek to miejsca, w których nie tylko Salka, ale i ja bywałam i zdzierałam tam podeszwy. Przyznam się szczerze, że przyjemnie było czytać o Wrocławiu w książce, uśmiechać się na myśl o znajomych miejscówkach, które teraz będą mi się kojarzyły z przygodami... Przygody!

Kilka słów o bohaterach też wypadałoby skrobnąć. Salomea to taki typ dziewczyny przeciętnej, która jednak nie jest nieśmiała i niezaradna. W końcu z racji tego, że rodzina ją wykańczała, postanowiła się przeprowadzić z Kotliny Kłodzkiej do Wrocławia. W dodatku wychowywana przez rodziców, którzy większą uwagę poświęcali jej bratu, mniej samodzielnym i dużo mniej... kumatym. W tym miejscu mogę przejść do fragmentu o Niedasiu, którego momentami chciałam udusić i nie wiem, czy jego kreacja nie jest trochę przesadzona. Bez względu na wszechobecne słowne zabawy w dialogach niektórych kwestii bohater ten nie łapał i wydaje mi się, że była to lekka przesadza, bo chyba nawet największy pacan proste rzeczy tłumaczone dosłownie by zrozumiał. A Niedaś nie rozumiał...
Moją faworytką została chyba, oprócz Salki, pani Jaga, która wraz z wyżej wymienionym młodym Przygodą grywała sobie w Warcrafta. Motyw gry obył by się bez zarzutu, gdyby ktoś, niekoniecznie autorka, posilił się na wytłumaczenie kilku bardziej fachowych określeni związanych z graniem w Warcrafta. No, ale wszystkiego mieć nie można, a i ten brak jest do zdzierżenia, bo jakby nie było, jest to poboczny wątek.

Nomen omen okazało się przystępną, bardzo przyjemną lekturą, którą wspominać będę z uśmiechem na twarzy i co więcej, z planami na lekturę innych tekstów Pani Marty Kisiel. Autorka zwraca na siebie uwagę za sprawą swojego stylu i ciekawych, choć niekoniecznie rzucających na kolana epizodów prowadzących do konieczności zabawienia się w pogromców duchów. Bohaterowie tworzą bardzo nietypową ekipę, a pilnie strzeżona tajemnica sióstr Bolesnych wywołuje u czytelnika zaskoczenie. Jako niezobowiązującą lekturę z nitką cięższego i łatwego do rozładowania dzięki bohaterom klimatu polecam jak najbardziej.

Wśród delikatnych i nielicznych zarzutów mogłabym wymienić zbyt częste okrzyki typu "Rany boskie", czy "Jezus Maria". Ja wiem, że powszechnym jest stwierdzenie: "Jak trwoga, to do Boga", ale no bez przesady, a momentami zbyt duże stężenie tychże wezwań może irytować. A są lepsze i mniej bogobojne frazy. Wiem, bo używam.

Ach, no i jeszcze okładka. Rzadko zwracam na to uwagę, ale tym razem muszę, bo uważam, że to jedna z ciekawszych grafik i jeden z mniej konwencjonalnych pomysłów. Bardzo fajnie wygląda to kolorystycznie i zachęca do sięgnięcia dzięki efektowi wizualnemu. Przynajmniej ze mną tak właśnie było. A skoro mowa o dopracowaniu graficznym, na końcu książki są dwie mapki Wrocławia z zaznaczeniem najważniejszych miejsc, w których rozgrywały się co ważniejsze wydarzenia. To, że akcja dzieje się w świecie współczesnym nie oznacza, że nie trzeba dorzucać mapki, bo przecież po Nomen omen sięgać mogą czytelnicy z całej Polski. Tak więc i na tym gruncie oprawa historii o Salomei Klementynie Przygodzie się spisuje.

Moja ocena: 7/10

Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: 331
Rok wydania: 2014

11 marca 2016

Z miłości do książek i kawy: Coffee Book Tag


Generalnie rzecz biorąc nie robię tagów sama z siebie na blogu i w sumie jeżeli jakiekolwiek się pojawiają, to z racji nominacji, które traktuję z szacunkiem i na nie odpowiadam. Ale:

1. Bardzo, ale to bardzo kocham kawę
2. Chce mi się spać, więc może ten kawowy tag mnie obudzi, bo wypiłam już dwa kubki, a to moja dzienna norma
3. Trzeba się czasem trochę pobawić, no nie?


Zatem argumentacja bezsprzecznie przemawiająca za zrobieniem tego tagu została podana powyżej, więc teraz można przejść do kwestii zasadniczej, czyli pytań:

1. Czarna kawa: Książka, w którą nie mogłam się wkręcić:

Zdecydowanie jest to Ostatnie życzenie Andrzeja Sapkowskiego. Próbowałam i w zasadzie żadne opowiadanie nie rzuciło mnie na kolana, a do dalszej lektury w zasadzie musiałam się zmuszać. Niestety, mnie Wiedźmin nie zauroczył, nie zabłysnął w moich oczach niczym.

2. Miętowa mocha: Książka, która zyskała większą popularność w zimowym lub inny uroczystym okresie w roku.

Nie jest to okres uroczysty, bo mam zamiar wspomnieć o Halloween i okresie czytania horrorów, a jak horrory, to Dracula, który wciąż przede mną. Ale już nie długo...

3. Gorąca czekolada:  Moja ulubiona książka z dzieciństwa.

Dzieci z Bullerbyn! Tak jak uciekałam przed wszelkimi lekturami w najdalszy kąt pokoju, to w przypadku książki Astrid Lindgren pytałam się rodzicielki, czy mogę przeczytać więcej, niż wynosiła moja dzienna narzucona "norma" stron do przeczytania.

4. Podwójne espresso: Książka, która trzymała mnie na krawędzi fotela od początku, do końca.

Chyba Klinika śmierci Harlana Cobena. Niesamowicie szybko ją przeczytałam pragnąc się jak najszybciej dowiedzieć, kto jest sprawcą. Co z tego, że nic z tej książki nie pamiętam?

5. Starbucks: Książka którą widzę wszędzie.

Na chwilę obecną jest to Krew i stal, a do niedawna była to Dziewczyna z pociągu. Prześladują mnie te książki.

6. Hipsterska kawiarnia: Książka napisana przez indie (niezależnego) autora.

Pierwsze dni Rhiannon Frater. Nie dziwię się, że wydała tę książkę sama, żaden zdrowy na umyśle wydawca nie powinien dawać temu tytułowi zielonego światła.

7. Ups! Przypadkowo dostałam bezkofeinową!: Książka, po której spodziewałam się więcej.

Linia uskoku Barry'ego Eislera. Dużo, dużo więcej się po tej książce spodziewałam... I może też Obietnica mroku Chattama, ale ta przynajmniej mnie nie zanudziła.

8. Idealne połączenie: Książka lub seria, która była zarazem gorzka, jak i słodka, ale ostatecznie przypadła mi do gustu.

To może cykl o Sabienie Kane rozpoczynany przez Rudowłosą i skończony Błękitnokrwistą wampirzycą. Ma sporo minusów, ale i sporo plusów i to się wszystko w zasadzie równoważy. A, że lubię urban fantasy, to jednak miło lekturę wspominam.


Nikogo nie nominuję, nikogo nie zmuszam, ale jak się ktoś chce uzewnętrznić w powyższych kwestiach, to zapraszam do odpowiedzi w komentarzach! ;)

8 marca 2016

Uczta dla wron, część 2: Sieć spisków


Przyszło mi zatem zakończyć przygodę z Ucztą dla wron i po raz kolejny przekonać się o jednej, ważnej rzeczy, a mianowicie, że lektura Martina wymaga jedynie dwóch rzeczy: zaufania i cierpliwości.

Tutaj też nie będzie spoilerów.

mam tak z moimi ulubionymi pisarzami i zespołami, że po prostu boję się ich kolejnego dzieła. Wiem, że to lęk irracjonalny, że trochę niepotrzebny, bo przecież na status ulubionych musieli zasłużyć, a jednak nie jestem w stanie wyzbyć się tego uczucia przy obcowaniu z kolejnym tworem moich ulubieńców. A potem zachwycam się, jaram i marudzę wszystkim na około, stosując zwroty typu "jakie to było świetneee!", "no, ale jak ja mogłam się tak martwić, że to będzie kiepskie...?" częściej niż znaki interpunkcyjne.

Podobnie było z czwartym tomem Pieśni Lodu i Ognia, który zapowiadał się jako jeden z gorszych, a tymczasem stał się chyba moją drugą ulubioną (po bezkonkurencyjnym Starciu królów) częścią sagi.

Całkiem sporo napisałam już przy okazji recenzji pierwszej połowy, więc nie będę się, po raz pierwszy zanadto rozwodzić. Chciałam tylko pewne kwestie potwierdzić, uwypuklić i zaznaczyć, że w oczekiwaniu na sezon siódmy serialu (za rok) najpewniej nie będę miała niczego związanego z Westeros do czytania i to będzie dla mnie najokrutniejszym zrządzeniem losu jakie mogłoby mnie spotkać.

Martin umie pisać wręcz świetnie. Przyznaję bez bicia, że ten tom był trochę inny, niż dotychczasowe, przepełnione zwrotami akcji poprzednie części, a akcja rozwijała się dużo wolniej. W tym miejscu warto wrócić do tej cierpliwości, o której pisałam na samym początku. To w nią musiałam się uzbroić nadal pełna obaw, że Uczta dla wron mnie zawiedzie. Z kolejnymi rozdziałami było coraz ciekawiej, a zakochana w ponurych klimatach Żelaznych wysp czytałam dalej z uśmiechem reagując na pojawianie się na pierwszym planie postaci do tej pory drugoplanowych.

Uwielbiam klimat Pieśni Lodu i Ognia, który przemawia do mnie jak żaden inny. Zaczynam czytać i od razu przypominam sobie, jak bardzo bezwzględny, niebezpieczny i zaskakujący jest to świat. Martin pisze bardzo realistycznie. Jeżeli jesteśmy na weselu, to wszystko przybiera, nawet w oczach postaci nieprzychylnie nastawionej do otoczenia korzystny, pełen wesołości klimat. Kiedy skolei czytamy o bitwie, to oprócz zapachu krwi czujemy też woń potu, oddech śmierci na karku i ciężar miecza z valyriańskiej stali. Jeżeli to gospoda, da się wyczuć harmider, wszechobecne upojenie alkoholowe i zakurzone powietrze. A dodajmy teraz do tego świetnie napisane postacie i oto przepis na sagę idealną.

Żeby nie było tak idealnie, napisze o jednej, jedynej rzeczy która spowodowała obniżenie oceny o pół punku. Podmienienie Daenerys na Arianne może było zabiegiem koniecznym, utrzymującym obecność elementów egzotycznych w książce, ale jednak nudnym. Pomimo tego, że Dorne (lokacja) dzierży "włócznię" wycelowaną w Królewską przystań i może jej bardzo łatwo użyć nie wywarł na mnie ten wątek aż takiego wrażenia, jak inne. Nudziłam się przy rozdziałach poświęconych Martellom i niestety nic nie zmieniło się do samego końca.

Pomijając to jedno, drobne uchybienie całą resztą jestem usatysfakcjonowana i ogromnie się cieszę, że treść Uczty dla wron mi się spodobała. Kocham Martina, kocham Westeros i nienawidzę Cersei, pomimo, że jej wątek wnosił bardzo dużo zamieszania do akcji i z przyjemnością czytałam jej rozdziały. Sama końcówka pomimo znajomości serialu mnie zaskoczyła i już nie mogę się doczekać Tańca ze smokami

Moja ocena: 9,5/10

Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 453 + ok. 70 stron dodatków
Rok wydania: 2005 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Pieśń Lodu i Ognia:
1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci (recenzja)
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków
5. Taniec ze smokami, część 1
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring

1 marca 2016

Uczta dla wron, część 1: Cienie śmierci


Wroną nie jestem, ale na ucztę przyszykowaną przez George'a R. R. Martina wybrałam się chętnie. Powrót do świata Pieśni Lodu i Ognia okazał się czymś na kształt powrotu w rodzinne strony. Nawet, jeśli niegościnne, niebezpieczne i rojące się od intrygantów. Znane lokacje, postacie i wydarzenia z poprzednich tomów zrobiły swoje. Z uśmiechem przewracałam kartki, a nawet nieco nudniejsze fragmenty nie działały mi na nerwy.

Spoilerów nie zamieszczę. Można czytać nie znając serii.

Po Nawałnicy mieczy i wydarzeń oraz opiniach o czwartym tomie sagi spodziewałam się spowolnienia akcji. W dodatku to, o czym wiedziałam już wcześniej, czyli brak rozdziałów z Jonem, Tyrionem i Daenerys nie zachęcały do lektury. Nadszedł jednak już prawie przełom zimy i wiosny, a to oznacza jedno - niebawem nowy sezon serialu. Tym razem chciałam przed premierą pierwszego odcinka mieć za sobą wszystkie wydane tomy i zabrałam się odpowiednio wcześnie za  nadrabianie. Z mieszanymi uczuciami, które szybko przeminęły, bo przecież Martin tak świetnie pisze!

W Uczcie dla wron duża część akcji skupia się na Królewskiej przystani. Posłużę się wygodnym "po wydarzeniach z poprzedniego tomu". A zatem po wydarzeniach z poprzedniego tomu i sporym uszczupleniu grona ważnych bohaterów umacnia się pozycja Cersei. Jest to bohaterka w większości wzbudzająca niechęć z racji swojej intryganckiej natury i skłonności do zagrywek o wątpliwej moralności. O ile do tej pory wyklinałam na nią wszelkimi możliwymi epitetami, o tyle w tym tomie była jedną z najciekawszych i najbardziej lubianych przeze mnie postaci. Sama się zdziwiłam zmianą stosunku do niej, ale pomimo tego, że nadal w kieszeni otwiera się przysłowiowy scyzoryk przy lekturze poczynań lannisterskiej lwicy, to jeszcze człowiek się uśmiech i myśli "No, to teraz będzie...". Przyznam, że pomimo tych wszystkich okropności z poprzednich tomów jestem skłonna pogodzić się z przeszłością i może nie tyle... kibicować Cersei, co z zaciekawieniem obserwować jej kolejne posunięcia.

Martwą historię spisuje się inkaustem, a żywą krwią.

Kolejnym wątkiem, którego wprowadzenie było nowością ze trony Martina to rozwinięcie akcji na Żelaznych wyspach. W tym tomie dostajemy nawet osobną mapkę, która ułatwia nam wyobrażenie sobie tych rejonów. Moim ulubieńcem został Victarion Greyjoy i to nie tylko z powodu fajnego imienia. I długich czarnych włosów, ale to i tak świadczy na jego korzyść. W każdym razie na Żelaznych wyspach wątek polityczny wzbudza ciekawość i mam nadzieję, że korzystnie rozwinie się w drugiej połowie Uczty dla wron.

Nigdy nie brakowało ludzi, którym łatwiej przychodziło składanie przysiąg niż ich dotrzymywanie.

Z postaci znanych z poprzednich tomów jest Arya i Sansa, które nie należały nigdy do grona moich ulubionych. Nawet zainteresowanie Littlefingerem (obecnym w rozdziałach z Sansą) w moim przypadku zmalało, ale nie twierdzę, że całkowicie zanikło. Ogólnie małe Starkówny nie są aż tak absorbujące, ale zobaczymy, czy jakieś szczególne zmiany zajdą w dalszej części tego tomu. Znaczy, nie oszukujmy się, widziałam piąty sezon i wiem, co spotka obie dziewczęta, ale nie oznacza to, że bez kompletnego zainteresowania będę śledziła ich wątki, choć czemu, to nie powiem.

W poprzednich tomach elementy o charakterze egzotycznym zapewniała Daenerys. Jej wątek był takim pięknym, tajemniczym kulturowo kontrastem dla akcji toczącej się w typowo charakteryzowanym na średniowieczne Westeros. W tym tomie pałeczkę na chwilę przejmuje ród Martellów, którzy też spiskują. Z jednej strony spodobało mi się, że nieco poznałam południe Westeros i panujący tam klimat, a z drugiej niestety zabrakło mi tam bohatera, który w jakiś sposób zyskałby moją bezgraniczną sympatię lub chociażby fascynację. Doran był w miarę w porządku, Arianne też, Żmijowe Bękarcice owszem, najciekawsze, ale i najrzadziej się pojawiały. Potrzebuję więcej, żeby mocniej się w ten motyw wciągnąć. Pomimo tego, że wiem, w którą stronę to zmierza...

Więcej ciekawych i mniej ciekawych wątków opisywać już nie będę. Całokształt rysuje się jak najbardziej na plus. Otwierałam książkę, w głowie włączała mi się ścieżka dźwiękowa z serialu i pochłaniałam kolejne rozdziały. Uwielbiam styl pisania Martina, zdecydowanie bogaty, wymagający odrobiny skupienia i błyskotliwy. Stwarza takie postacie, że nie jesteśmy w stanie do końca określić, czy dany bohater zasługuje całkowicie na nienawiść lub sympatię. Owszem, ten tom wygląda nieco inaczej, niż poprzednie, a i trupów jak na razie za wiele nie ma. Pozostawiam bez oceny (którą wystawię po przeczytaniu Sieci spisków), szczęśliwa z powrotu do Westeros i głodna kolejnej porcji intryg i niebezpieczeństw.

Tytuł oryginału: A Feast of crows
Autor: George R. R. Martin
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 509
Rok wydania: 2005 (oryginał), 2006, 2012 (w Polsce)

Pieśń Lodu i Ognia:
1. Gra o tron (recenzja)
2. Starcie królów (recenzja)
3. Nawałnica mieczy tom I: Stal i śnieg (recenzja)
    Nawałnica mieczy tom II: Krew i złoto (recenzja)
4. Uczta dla wron tom I: Cienie śmierci
    Uczta dla wron tom II: Sieć spisków
5. Taniec ze smokami, część 1
    Taniec ze smokami, część 2
6. The Winds of winter
7. A Dream of spring