30 listopada 2014

Podsumowanie listopada (bardzo "igrzyskowe"...)


Listopad upłynął mi pod znakiem powracania do serii, które już mam za sobą. Owszem, przeczytałam też "bieżące lektury", ale zrobiłam to bez większego entuzjazmu. Na półce zagościło mnóstwo nowych tytułów, w kilku przypadkach kontynuacje serii, w niektórych po raz kolejny powieści niezwiązane z ulubionymi cyklami. Nadchodzi grudzień, a co za tym idzie, świąteczny czas, w którym mogę połakomić się na kupno jakiejś książki. Choć wolałabym nie... Ogromnym wyzwaniem będzie dla mnie ignorowanie przecenionych tytułów w Saturnie, do którego zapewne zajrzę w celu kupna jakiegoś prezentu. Ominięcie pokładów tanich książek w Dedalusie też łatwym zadaniem nie będzie, a mam zamiar udać się tam po prezent dla mamy. No cóż, a może jednak się opamiętam i nie poszerzę zasobów mojej biblioteki?



Książki przeczytane w listopadzie:
1. Pierwszy grób po prawej (Darynda Jones)
2. Igrzyska śmierci (Suzanne Collins) < czytane po raz drugi
3. Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa (C. S. Lewis) < też machnęłam po raz drugi
4. Córka laguny (Michelle Lovric) < leniem jestem, zrecenzować mi się jej nie chce. Ale spoko lektura...

Manga:
1. Judge 4 (Yoshiki Tonogai)



Najlepsze niezaprzeczalnie okazały się Igrzyska śmierci, które po raz kolejny dały mi do myślenia, wprowadziły w nastrój i klimat powieści Collins przed wypadem do kina na ekranizację Kosogłosa (a przynajmniej jego połowy...) i wzbudziły niesamowite emocje. Najsłabszej książki nie wzkażę, bo właściwie ani Pierwszy grób po prawej, ani Córka laguny na to miano nie zasługują, a Narnia jest poza konkursem. Bo Narnia...



Nie liczę już książek, które mi przybyły do biblioteki, bo w związku z wypożyczeniami od znajomych oraz przywożeniem sobie raz już czytanych książek z domu straciłam rachubę. Książek do przeczytania na chwilę obecną mam 36. A tak się cieszyłam kilka miesięcy temu, że zeszłam poniżej trzydziestki, Gdyby nie Targi w Katowicach, jakoś bym się pod tą liczbą utrzymała, A tak... Ale wypadu do Kato nie żałuję i z tego miejsca pozdrawiam Ivy, Akime, Naff i Martę :)

Obserwatorzy: Na koniec października było was 178, teraz jest 187, witam serdecznie nowo przybyłych!
Posty: łącznie z tym wyjdzie ich 9, ale wśród nich tylko 2 recenzje. A miało być tak pięknie...

Nastąpiły dość poważne zmiany na blogu - zmieniłam nazwę i adres i teraz muszę mocno się starać, żeby utrzymać ruch na blogu, ale... Nie narzekam! Co więcej, wreszcie udało mi się zainstalować Disqusa, którego uważam za bardzo wygodną formę komentowania.

Z wyzwań w listopadzie wywiązałam się następująco:
Grunt to okładka: 2
Z półki 2014: 1
Dystopia 2014: 1
Fantastyczna Polska: -
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 115,2 cm + 10,7 cm = 125, 9 cm (a więc marne szanse na dobicie do 160 cm...)


Jak już przeczytam "W pierścieniu ognia" biorę się poraz drugi za "Kosogłosa"

29 listopada 2014

Stos z listopada

Czyli chwalenie się tym, jak bardzo zaszalałam w listopadzie. Z jednej strony fajnie, że dorwałam tyle świetnych tytułów, a z drugiej... Kurde, lekko podłamana moim tempem czytania też jestem! Ale zmobilizować się bardziej rady nie dam a i z czasem jakoś cudownie też nie jest. Może przerwa grudniowa i nadchodzący tydzień trochę poprawią sytuację kolejki książek do przeczytania...


To może polecę od dołu...
1. Atramentowe serce (Cornelia Funke) - pożyczone od koleżanki z uczelni, z którą zrobiłam wymianę za inną książkę. Mam zamiar zabrać się za lekturę w przyszłym tygodniu.

2. Toy Land (Robert J, Szmidt) - również wypożyczone od współlokatorki, która bardzo polecała.

3. Miasto niebiańskiego ognia (Cassandra Clare) - zakup planowany. Nie podoba mi się tylko to, że premiera wydania pierwszego miała miejsce miesiąc po premierze wydania drugiego... Przez co nie wyrobię się z jednym z postanowień na mijający rok, że skończę serię Darów anioła. Szkoda. Ale cegła przepiękna!

4. Chłopcy 3: Zguba (Jakub Ćwiek) - nie od dziś wiadomo, że bardzo lubię tego autora. Historię zagubionych chłopców uwielbiam i pamiętam jakże emocjonującą końcówkę poprzedniej części. Musiałam dorwać te tom jak najszybciej. Również zakup planowany...

5. Obietnica mroku (Macime Chattam) - Ksiażka, która storpedowała moje plany powrotu z Katowickich Targów Książki z tylko dwoma nabytkami. Ale była jedynie za dychę, to raz, a dwa, że planowałam od jakiegoś czasu zabrać się za thrillery tego autora. Nie mogę doczekać się lektury!

6. Black Ice (Becca Fitzpatrick) - prezent urodzinowy od Ivy z Pokoju książkoholiczki (:*), której to samo kupiłam na zbliżające się urodzinki. Czytałam sagę Szeptem Fitzpatrick i bardzo lubię styl autorki. Zobaczymy, jak wypadnie moje spotkanie z książką młodzieżową zaliczaną do thrillerów młodzieżowych, ale też do YA, do którego to gatunku nie mam przekonania. 

7. Punk Rock Later (Mikołaj Lizut) - Jak pewnie dało się zauważyć podczas realizowanego przeze mnie wyzwania muzycznego, uwielbiam muzykę punkową. Gdy dostrzegłam tę książkę na stoisku bodajże antykwariatu (też na Targach w Katowicach) i usłyszałam cenę (całe 3 zł... mniej niż tanie wino... ekhem...) musiałam wziąć.

8. Pocałunek żelaza (Patricia Briggs) - też zakup planowany, bo bardzo ciężko było mi dorwać tą część przygód Mercedes. Siła wyższa.

9. Linia uskoku (Barry Eisler) - czyli nie ma to jak być fanką literatury fantasy i nie przywieźć z Targów książki ani jednego tytułu z tego gatunku. Linia uskoku to również thriller, który wybrałam na wymianę za książkę otrzymaną od Śląskich Blogerów Książkowych gdy przyszłam na spotkanie i panel zorganizowany przez to jakże szacowne grono. Cieszę się ogromnie, że wreszcie do moje biblioteczki zawitały jakieś książki z gatunku, który chciałam zacząć intensywniej podczytywać, ale odkładałam to postanowienie na później i później.

28 listopada 2014

30 day song challenge: Dni 26 - 30

Muzyczne wyzwanie dobiega końca. Dzisiaj zaprezentuję na blogu ostatnią partię piosenek do zabawy blogowej "30 day song challange". Ta wersja, z "robieniem" pięciu dni w jednym poście wypadła mi lepiej, niż książkowe wyzwanie, którego kolejne punkty publikowałam dzień po dniu :) Do dzieła!

Dzień 26: Piosenka, którą umiem grać na instrumencie
Umiałam*, Nie, to nie literówka, po prostu zapomniałam kolejności... Kiedyś nauczyłam się grać Wlazł kotek na płotek na gitarze. I miałam jeszcze krótką przygodę z pianinem i również tym 
kawałkiem. A wszystko za sprawą uzdolnionej muzycznie siostry.

Dzień 27: Piosenka, o której zagraniu marzę
In the end - Linkin Park, oczywiście na pianinie. I ten początek...

Dzień 28: Piosenka, która sprawia, że czuję się winna
Nie wiem, czy jest taki utwór. Być może mogłabym zakwalifikować do tego "dnia" utwór Punkowa królowa, który kojarzy mi się z pewną osobą, do której coś powiedziałam i miało to swoje konsekwencje. Ale niekoniecznie myślę o tym kawałku w tych kategoriach.

Dzień 29: Piosenka z mojego dzieciństwa
Urszula - Konik na biegunach. Cudowny utwór dla dzieciaka zakochanego w koniach. 

Dzień 30: Ulubiona piosenka z tego okresu, ale z zeszłego roku
Naprawdę nie lubię takich sytuacji, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć czego słuchałam rok temu. Kompletnie. 

Koniec wyzwania muzycznego, a więc czas szukać jakiegoś kolejnego międzyrecenzyjnego zapychacza. Z czytaniem w listopadzie średnio. Po co czytać nowe książki które czekają na półce i błagalnie patrzą w twoim kierunku, skoro możesz sobie poczytać książki, które już raz zostały przeczytane? Więcej na ten temat w podsumowaniu listopada. Ach, no i będzie stosik, Stosik, mało powiedziane... Jak na moje standardy to to będzie prawdziwe szaleństwo.

To be continued...

21 listopada 2014

Igrzyska śmierci


Zbliża się premiera pierwszej części Kosogłosa, a co za tym idzie, znajdziemy się o krok bliżej ostatecznego zakończenia przygód Katniss Everdeen. Ja sama lekturę trylogii od Suzanne Collins mam dawno za sobą, ale ostatnio coś mnie tknęło, żeby przypomnieć sobie historię zwykłej dziewczyny, która trafiła w sam środek brutalnej gry toczonej przez prezydenta Snowa - naczelnego urzędnika w uciskającym i wyzyskującym dwanaście dystryktów Kapitolu. 

Muszę przyznać, że obawiałam się z lekka ponownego czytania Igrzysk śmierci. Od chwili, kiedy poznałam tę historię zmieniłam się i nie chciałam psuć sobie w głowie idealnego obrazu niezwykłej historii stworzonej przez panią Collins. Co więcej, po trzykrotnym obejrzeniu filmu doskonale pamiętałam kolejne wydarzenia i mogłam się w każdej chwili zastopować z lekturą odkładając ją ponownie na półkę. Czytać zaczęłam w miniony weekend, a dziś przybywam z recenzją, więc ostatni z moich małych koszmarków się nie ziścił...

Katniss Everdeen pochodzi z najbiedniejszego dystryktu państwa Panem. W "Dwunastce" nigdy się nie przelewało, a w dodatku jest to rejon górniczy, który większość ze zgromadzonych zapasów węgla musi oddawać panującemu i wyzyskującemu wszystkie dystrykty Kapitolowi. Coroczne dożynki są świętem upamiętniającym zdobycie władzy przez Kapitol. W związku z tym z każdego dystryktu do gry prowadzonej ku uciesze najbogatszych mieszkańców zostaje wybrana jedna dziewczyna i jeden chłopak w wieku od 12 do 18 lat. Zwycięzca może być tylko jeden, a co gorsza, żywy również może pozostać tylko jeden zawodnik. Lub zawodniczka.

Suzanne Collins postarała się o stworzenie niesamowicie brutalnego świata. Biedota uciskana przez bogaty i dobrze uzbrojony Kapitol nie ma innego wyjścia, jak tylko poddać się jego wyzyskowi. Mieszkańcy dystryktów nie mają ze sobą kontaktu, w każdym z tych rejonów porządku pilnują mniej lub bardziej rygorystyczni strażnicy. Dla totalnej manifestacji kapitolańskiej siły i podkreślenia bezsilności, na jaką skazani są mieszkańcy dystryktów odbywają się Głodowe Igrzyska.

Głównymi bohaterami są Katniss i Peeta, choć to dziewczyna jest narratorką powieści i zdecydowanie ona skupia najwięcej uwagi czytelnika. Mieszkanka najbiedniejszego rejonu Panem w nietypowych okolicznościach zostaje trybutką i trafia na arenę Głodowych igrzysk. Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale Katniss to jedna z moich ulubionych żeńskich postaci literackich i wakat ten utrzymuje od kilku lat. Jest żywicielką swojej rodziny składającej się pogrążonej po stracie męża matki i uzdolnionej medycznie siostry Prim. Polując ze swoim towarzyszem Galem ćwiczy umiejętności w chwytaniu zwierzyny i wycisza się na łonie natury. Gdy trafia do ośrodka przygotowującego trybutów do wyjścia na arenę zalicza masę potknięć i wtop, w czym możemy dostrzec jej nie idealność. I wiem, że już nie raz te frazesy padały w recenzjach wielu książek z gatunku dystopii, ale Katniss to naprawdę bohaterka inna niż wszystkie. Zdecydowana, nie zwracająca uwagi na to, co myśli o niej widownia, sprytna i odważna. Nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie znieść tyle, ile ona. 

Specyficzny styl pani Collins jest łatwy w odbiorze. Chciałabym kiedyś pisać tak, jak autorka Igrzysk śmierci. Narracja jest prowadzona w czasie teraźniejszym, a nawet na chwilę lektura nie traci na płynności i lekkości. Zwróciłam uwagę na to, że w książce jest dość mało dialogów, a mimo to czyta się ją błyskawicznie. Katniss jako narratorka ukazuje nam realia Kapitolu i areny własnymi oczami, dzięki czemu możemy doświadczyć całej gamy różnorodnych uczuć. Radość pojawia się najrzadziej, a gdy już, to zawsze przyćmiona gniewem skierowanym na bezwzględne decyzje i zagrywki Kapitolu. Przy czytaniu Igrzysk śmierci byłam chwilami na granicy płaczu, a to już bardzo wiele, bo zwykle się nie wzruszam. Wyobraźnia Collins również zachwyca i przeraża. Nie szczędzi nam ona krwawych scen, wymyślnych utrudnień i przeszkód, jakie spotykają trybutów. Wątek miłosny ma nietypowy charakter, bo jest tak jakby... narzucony. Nie jest to kwestia nieumiejętności pisarskich pani Collins, po prostu naszych bohaterów zmusza do tego sytuacja. Jednak ja odbieram ten wątek jako zapoczątkowanie czegoś szczególnego. Dzieje się tak pewnie dlatego, że znam dalsze losy bohaterów i pomimo tego, że w Igrzyskach śmierci "zakochanych" łączy nietypowa relacja, to w dalszych częściach ulega ona ewolucji.

Już po raz drugi jestem pod ogromnym wrażeniem świata Panem. Autorka serwuje wiele nieprzewidywalnych zwrotów akcji. Nie raz miałam ochotę wejść do książki i udusić gołymi rękami niektórych bohaterów, którzy tak bardzo wszystko komplikowali. Obserwowałam początki przemian Katniss, która stopniowo przemieniała się z przegranej na starcie trybutki w dziewczynę, która jednak ma szansę wygrać Głodowe igrzyska, coś tym udowodnić, ale ponieść za to niesamowitą cenę.

Igrzyska śmierci naturalnie polecam. Ta książka daje do myślenia, pokazuje jak okrutny może być ucisk totalitarnej, wyzyskującej władzy i że jednostka jednak może w jakiś sposób z tym systemem walczyć. Toż to Collins opisuje aż Siedemdziesiąte czwarte Głodowe igrzyska. Szmat czasu, a nadziei na zmiany nie widać, albo jest ona naprawdę nikła i nikt w nią nie wierzy. Przychodzi mi w tym miejscu do głowy tekst piosenki, do które tutaj znajdziecie LINK, a słowa brzmią tak:

System się nie zmienia, system jest ten sam
System nas dzieli, system budzi strach
System to władza, system dla niej trwa
System się nie zmienia, system jest ten sam

Masa uczuć, niesamowite zwroty akcji, cudowni bohaterowie, brutalne zagrywki i wciągająca fabuła nie pozwalają od tak odłożyć tej książki, nawet przy drugim jej czytaniu i kilkukrotnym obejrzeniu ekranizacji. A z doświadczenia wiem, że nawet w kwestii czytania jestem leniem i nie zawsze mam ochotę od tak machnąć sobie jakąś książkę, tym bardziej z dobrze znaną mi treścią...

Moja ocena: 9/10

Autor: Suzanne Collins
Wydawnictwo: Media rodzina
Ilość stron: 351
Rok wydania: 2008 (za granicą), 2009 (w Polsce)

Trylogia Igrzyska śmierci:
1. Igrzyska śmierci
2. W pierścieniu ognia
3. Kosogłos

Przeczytane do wyzwań: Dystopia 2014, Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,3 cm)

19 listopada 2014

30 Day Song Challenge - Dni 21-25


Kolejny post zapychający - wcale mnie to nie bawi, ale co robić, skoro jestem w połowie trzech książek i zbyt szybko na recenzję szansy nie ma? No co? Tak, wiem... czytać... Ale zmuszać się do tego też nie lubię, a akurat mam wenę na blogowanie. I chwilę czasu.

Dzień 21 - Piosenka, której słuchasz, gdy jesteś wesoła
Myślę, że dobrym utworem pasującym do tego dnia jest Same Ol - The Heavy. Bardzo energiczna, pozytywna i taka... lekka. I motywuje, jak chce mi się spać, a akurat powinnam orientować, co się dzieje wokół, to też wybieram ten kawałek.

Dzień 22 - Piosenka, której słuchasz, gdy jesteś smutna
O ironio, zwykle gdy jestem w podłym nastroju, słucham muzyki jeszcze bardziej mnie dołującej. Ale co poradzić, dziwna ta moja natura. Chociaż nie tylko moja, znam kilka osób, które czynią podobnie. Do takiego stanu duszy pasuje utwór Eels - I need some sleep. Do tej piosenki można zawinąć się w kocyk, zamknąć oczy i spróbować odpłynąć. Albo się chociaż wyciszyć. Albo popłakać.

Dzień 23 - Piosenka, którą chciałabym, żeby zagrano na moim ślubie
Hm, no to mam lekką zagwostkę, ale już uruchamiam mózg... Mam pewien dylemat, bo nie za bardzo wiem, czego oczekiwałabym od utworu granego na moim ślubie. I w sumie ślubu nie planuję, ale... Ale niech będzie The Bill - Jutro.

Dzień 24 - Piosenka, którą chcę, żeby zagrano na moim pogrzebie
Pasuje mi do tego motywu kilka utworów. Ekstra, muzykę na własny pogrzeb mam zaplanowaną, na ślub niekoniecznie. I chyba będę musiała wymienić trzy utwory, w dodatku dwa utwory jednego zespołu.The Analogs - Pożegnanie, The Analogs - Strzelby z Brixton i do tego jeszcze The Bill - Odejdę. Zaraz powstanie ścieżka dźwiękowa -,-

Dzień 25 - Piosenka, która mnie bawi
Jest kilka takich utworów (znów ciężki wybór), ale idealnym wręcz okazuje się Bubbles - Chester Bennington (Linkin Park). Rozbraja mnie ta piosenka. I nie mam nic więcej do dodania, po prostu... raczę przesłuchać.

I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszy post. Nie mam pojęcia, którą książkę uda mi się skończyć pierwszą, choć na razi namiętnie zaczytuję się (po raz drugi) w Igrzyskach śmierci. Jakoś to będzie. W sobotę wypad na Targi Książki w Katowicach. Pewnie pojawi się jakaś relacyjka (kolejny post zapychający... ech!) i zdobycze. Ze stosikiem nie wiem jak będzie, najpewniej się pod koniec miesiąca skumuluje, na razie za mało mam nabytków, żeby się chwalić. Życzę miłej środy (która dla mnie oznacza początek weekendu. Nie, wcale mi na tych studiach nie jest za dobrze...)

16 listopada 2014

Liebster Blog, który to już raz nie liczę...


Nie liczę, ale dziękuję! Dziękuję za nominację Hersusowi z Co myślę o... i już spieszę odpowiadać :)

1. Jaką książkę zabierzesz na bezludną wyspę?
Grę o Tron oczywiście.

2. Co najbardziej denerwuje cie w zachowaniu innych blogerów?
Krótkie, mało treściwe komentarze "na odwal" i recenzje, które w 3/4 objętości są opisem fabuły.

3. Co cię skłoniło do blogowania?
Blogowanie dawnej kumpeli, która zachęciła mnie do tej formy uzwenętrzniania się i wyrażania opinii o różnych rzeczach.

4. Jak sobie radzisz z brakiem weny do pisania?
Staram się pozbierać myśli i skoncentrować na kluczowych kwestiach, o których chcę napisać, trzymając się konkretyzowania.

5. Jak bardzo ważna jest dla ciebie okładka książki? Czy interesująca oprawa bardziej zachęci cię do jej przeczytania?
Okładka jest dla mnie ważna, ale nie najważniejsza, choć ciekawe wydania (na przykład zdobienia na kartkach, grafiki w środku) sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po książkę nie zastanawiając się o czym jest. Ale zazwyczaj, aby sprawiedliwości stała się zadość i widzę książkę z nieciekawą okładką, to i tak czytam opis fabuły i zaglądam do środka, żeby nie dyskryminować żadnego tytułu ze względu na wygląd zewnętrzny.

6. Czy od zawsze byłeś/byłaś molem książkowym? Czy jakieś wydarzenie lub osoba zachęciły cię do czytania?
Na pewno ukłon należy się dziadkowi, który wprost uwielbia książki i zawsze zachęcał mnie do czytania. Ale nie, nie zawsze byłam molem książkowym. W gimnazjum czytałam dla rozrywki sporadycznie, podobnie w podstawówce. No chyba, że liczy się literatura fachowca, jeździecka. Na większość okazji dostawałam książki o koniach.

7. Z którym bohaterem lub bohaterką książki poszedłbyś/poszłabyś do kawiarni?
Z Jace'm z Darów Anioła, z Tyrionem, nie wiem, czy Ygritte się liczy, bo znam ją tylko z serialu. Z Katniss i Galem, z Gandalfem, z Legolasem, z Fedrą (Strzała kusziela), z Joscelinem (jak poprzednio), z Felixem Castorem (seria autorstwa Mike'a Careya) i jeszcze z Patchem i z Panem Tumnusem... Do kawiarni poszłaby ze mną cała wycieczka.

8. Czym twoim zdaniem jest spowodowany spadek czytelnictwa w Polsce?
Podejrzewam że dzisiejszym stylem życia "w biegu", wszechobecnym panowaniem internetu, który nas brutalnie uzależnił i zżera nam multum czasu. No i ceny książek też nie zachęcają do sięgania po książki, bo jak rzekł na spotkaniu autorskim Sapkowski, książka kosztuje tyle, co litr wódki, a to już jest poważny wybór...

9. Czy pamiętasz swoją pierwszą przeczytaną na poważnie książkę? Pomijając lektury szkolne.
Podejrzewam, że był to Mój kary Anny Sewell.

10. Najbardziej udana ekranizacja książki.
W pierścieniu ognia

11. Lubię czytać książki, bo...
pracuje moja wyobraźnia i z każdą kolejną stroną odkrywam kawałek tajemnicy, którą stworzył inny człowiek w swoim umyśle.


14 listopada 2014

Pierwszy grób po prawej

Z przyjemnością zabieram się do lektury książek, w których pojawia się motyw wcześniej nie wyeksploatowany. W gatunku urban fantasy nie często można uświadczyć świeżego tematu, więc tym bardziej zaintrygowana byłam Pierwszym grobem po prawej, w którym to główna bohaterka szczyci się profesją... kostuchy.

Od jakiegoś czasu jestem bardzo wymagającym czytelnikiem. Zwracam uwagę na błyskotliwość dialogów, niuanse w fabule, szczegóły kreacji bohaterów... Już po kilku pierwszych rozdziałach wiedziałam, że Pierwszy grób po prawej to nie będzie uczta literacka na najwyższym poziomie, ale kto powiedział, że każdy pisarz musi na wstępie zachwycać ambicją swojej książki? Niektóre książki czyta się dla rozrywki i relaksu, a i okazuje się, że i takie pozycje mogą jednak zaskoczyć.

Charley jest prywatnym detektywem. Pomaga swojemu wujkowi Bobowi przy śledztwach, w powszechnej opinii występuje w roli konsultantki na miejscach zbrodni. Naszej bohaterki nie polubiłam od samego początku, ale nie zapałałam też do niej nienawiścią. Charley nie zawsze zachowywała się, jak przystało na dorosłą, dojrzałą kobietę, ale też jej akcje spod znaku rozchwianej emocjonalnie bohaterki nie rozbrajały mnie doszczętnie. Pannie Davidson zdarzały się jednak też wpadki z kategorii, której określić niestety nie umiem i właśnie one nieco podniszczyły mój neutralny stosunek do kostuchy, przekształcając go jednak w nastawienie o charakterze negatywnym, Ja wiem, że humor jest ważny, sama bardzo go cenię sobie w powieściach, ale zdecydowanie wolę inteligentne i błyskotliwe żarty, bądź riposty. A niestety, mam wrażenie, że pani Darynda Jones przy wymyślaniu swoich "tekstów" napociła się jak maratończyk próbujący odzyskać formę po rekonwalescencji.

Nie obyło się bez męskich charakterów i w tym miejscu będzie pochwała. Tajemniczego "Wielkiego Złego" zostawię na deser, a teraz skupię się na plejadzie samców z otoczenia Charley. Są to bohaterowie zróżnicowani, co ciekawe, nie każdy marzy ma zamiar wskoczyć naszej bohaterce do łóżka (jak tak teraz o tym myślę, to w sumie Charley ma marne powodzenia u płci przeciwnej. Albo zwyczajnie nie wyeksponowane) czy też usunąć ją z racji tego, że mu Charley przeszkadza. Podoba mi się też zrównoważenie wśród bohaterów pod kątem płci. Są i dziewczyny i faceci, więc nie czytam cały czas o tym, jak to Charley musi się użerać ze stadami napalonych na nią samców.

Wspominałam o motywie kostuchy. Trochę jest on marnie dopracowany, może inaczej - okrojony. WIemy tylko, że Charley pomaga przejść umarlakom na "drugą stronę", widzi ich i może sobie z nimi konwersować (co nie raz przysparza jej problemów). Za mało, jak dla mnie, było głębszych opisów tego, co czuje Charley, kiedy ktoś "przez nią przechodzi".

W stylu Daryndy Jones nie dopatrzyłam się większych uchybień, choć jej język do wyszukanych, kunsztownych nie należy. Może przy urban fantasy jest to zaleta, bo w tym gatunku stawia się raczej na prosty przekaz, a nie lirykę i ukryte podteksty, ale wiem z wcześniejszych spotkań z literaturą tego typu, że można pisac ambitniejszym, barwniejszym językiem unikając efektu zmęczenia czytelnika. Również niektóre pomysły autorki zdecydowanie nie przypadły mi do gustu, bo nazywanie przez bohaterkę swoich piersi (Awaria i Uwaga) i podtrzymywanie tego w scenie erotycznej, która wymaga wyczucia smaku ("musną Awarię...") mnie podłamały. Tak samo jak nazywanie jajników.

Żeby zatrzeć te nieprzyjemne wspomnienia skoncentruję się teraz na postaci Reyesa vel Wielkiego Złego. Jest on bytem płci męskiej, który ukazuje się tylko Charley i co więcej, romansuje sobie z nią. Bohater ten z racji swojej tajemniczości i mroku, jaki go osnuwał... przypomniał mi dawne lata zaczytywania się w książkach dla samych męskich postaci. Już dawno nie czułam się wręcz uwiedziona przez fikcyjną postać z książki i za Reyesa pani Daryndzie Jones serdecznie dziękuję. Najbardziej zaczytywałam się we fragmentach właśnie z jego udziałem. To jego tajemnica najbardziej mnie intrygowała. To jego postać przychodziło mi najłatwiej sobie wyobrazić. To o nim powinna być ta książka...

Dobra, już schodzę na ziemię i nie chwalę się moim uwielbieniem do mrocznych, odzianych w peleryny osobników płci męskiej. Ale Reyes Farrow to zdecydowany atut powieści Jones! Powieści, która nieco wybija się na tle dzisiejszych powieści z gatunku paranormal romance i urban fantasy. Przynajmniej tych pisanych przez kobiety. Tak, Pierwszy grób po prawej to literatura kobieca o codzienności kostuchy. Nieco specyficzna, ale jednak literatura kobieca. Co do kwestii urban fantasy - są nawiązania do tego gatunku, ale to jednak chyba nie jest to. Słabo dopracowana strona kryminalna (na początku trzy trupy i na końcu odnalezienie persony, która je utrupiła, w między czas nic co by się wiązało z tym motywem), trochę humoru wątpliwej jakości, ale jednak... Wciągnęło. Zadowalająca literatura rozrywkowa dla osób poszukujących czegoś z sympatyczną bohaterką i nie wymagającą fabułą. I Reyesem.

Moja ocena: 7/10 (gdyby nie Reyes, było by 5,5... Dobra, nie ważne!)

Autor: Darynda Jones
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Ilość stron: 370
Rok wydania: 2011 (oryginał), 2012 (w Polsce)

Do wyzwań: Grunt, to okładka, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)

9 listopada 2014

Foto-relacja z Madery

Atlantyk wzburzony na północy

Przerywniki między recenzjami na blogu są potrzebne. Nie zawsze jednak od ręki można wymyślić tematykę takiego posta. Ja jednak pod koniec września obiecałam, że zrelacjonuję tygodniowy pobyt na Maderze. I nadszedł czas na podzielenie się wrażeniami...

Port w Funchal, widok z ogrodu wokół posiadłości podobno gubernatora...

Madera jest wyspą należącą do Portugalii, ale bliżej stamtąd do Afryki, niż do Europy. Lot trwał około 4,5 godziny, co było nieco męczące dla osóbki źle znoszącej przebywanie w jakichkolwiek środkach transportu. Ale ośli upór kazał usiąść przy oknie i mimo bólu głowy i chłodu (bo klima włączona i w dodatku od okna ciągnie, a za oknem -50 stopni!) patrzeć na przestworza. Przyznaję bez bicia, że startu samolotu nieco się bałam, ale potem już zapanowałam nad emocjami i przestałam się cykać. 


Z hotelu Gorghulo było mniej więcej 10 minut z buta do Atlantyku. Plaża kamienista, bo Madera to wyspa wulkaniczna i pasku na niej ze świecą szukać (i i tak się nie znajdzie...). Pogoda jest przyczyną nadania wyspie przydomka wiosennej, Praktycznie codziennie padał tam przelotny deszczyk, który doskonale ochładzał i pozwalał na chwilę wytchnienia od słońca.
Zmutowane palmy dane mi było widzieć, o!

Do Funchal, największego miasta na Maderze z hotelu szło się około 25 minut. W Funchal odwiedziłam ścisłe centrum, port i mogłam podziwiać całość z kolejki górskiej. W dzielnicy zamieszkanej przez artystów mogłam podziwiać wymalowane przez nich na różne sposoby drzwi. Mile wspominam ten wieczór - ostatni na Maderze - kiedy to spacerowałam z tatą po tej okolicy i skręcając w kolejne uliczki z ekscytacją wypatrywałam kolejnych kolorowych drzwi.

Hala targowa w Funchal - a przy stoiskach handlarze namawiający do spróbowania sprzedawanych owoców. Miałam okazję posmakować maracui - cudo!
Któregoś dnia pobytu zdecydowaliśmy się na wycieczkę na północ wyspy. Trwająca około 6 godzin eskapada w programie miała postoje w najlepszych punktach widokowych (między innymi jeden z największych na świecie klif Cabo Girao, 580 m!) i okolicznych wioskach. Dwie godziny w Porto Moniz zaowocowało mnóstwem zdjęć wzburzonego oceanu, spacerem przez całą długość miasteczka i kąpielą w oceanie, przynajmniej mojego tatusia ;)
Północna (po prawej) i południowa (po lewej) strona Oceanu Atlantyckiego podzielona przez najbardziej wysunięty cypel Madery. Krajobraz księżycowy, widoki niezapomniane!

Pobyt wspominam jako bardzo udany - nie obyło się bez wycieczki na wschód wyspy, gdzie znajdował się najdalej w ocean wysunięty półwysep. O ironio, półwyspy na wyspie ;) Chciałam dotrzeć na sam skraj Madery, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Po około dwugodzinnym marszu w jedną stronę przysiedliśmy na pół godzinny odpoczynek i postanowiliśmy wrócić. Pogoda na taką wyprawę była wymarzona - wiał lekki wiatr, słońce nie prażyło, a temperatura wahała się w okolicach 15 stopni (pi razy oko!).

Widok na północną część Atlantyku z wyprawy na wcześniej wspomniany cypel.




Naoczny dowód na to, że się na Maderę zawlokłam! Tutaj akurat w Porto Moniz, wiatrzysko nieźle szarpało!


Widok na Funchal z kolejki górskiej. Dobrze, że lęk wysokości jest mi obcy!

Wcześniej wspomniana dzielnica z malowanymi drzwiami.



A tutaj niespodzianka dla moli książkowych - półeczki do wymiany bookcrossingowej ;) Musiałam cyknąć fotkę!

Maderę polecam gorąco. Przywiozłam półtora tysiąca zdjęć (a jeszcze należy doliczyć do tego fotki od mojego taty w liczbie... podobnej...), zaliczyłam próbę kąpieli we wzburzonym oceanie (próbę, więcej wiedzieć nie musicie, cieszyć się należy, że wróciłam!) i spróbowałam tradycyjnego ciasta oraz wina. Z przyjemnością wybiorę się jeszcze kiedyś, jeśli będzie mi dane, na tą wyspę. Zaliczam ten tygodniowy pobyt do naprawdę udanych i jeżeli będziecie się kiedyś wahać, gdzie się wybrać na wakacje, polecam Maderę.

1 listopada 2014

Podsumowanie października

Ogłoszenie parafialne:
ZMIANA NAGŁÓWKA I ADRESU BLOGA. Koniec z Dzieckiem mroku, choć pewnie większość już do tej nazwy się przyzwyczaiła. Teraz, wbrew wszelkim przesłankom płynącym z otoczenia, jestem POCZYTAlna umysłowo. Mam nadzieję, że ta zmiana nie wpłynie na popularność mojego bloga, o co będę walczyć.

Żeby nie rozwodzić się za bardzo nad marną aurą i idealnymi warunkami do czytania od razu przejdę do statystyk z października. Oj, kusi, żeby zapisać nazwę miesiąca zamieniając pierwsze "a" na "i"...

W październiku przeczytałam:
1. Wampiry z Morganville 11: Światło dnia (Rachel Caine)
2. Wróżbiarze (Libba Bray)
3. Naznaczeni błękitem (Ewa Białołęcka)
4. Anno Dracula (Kim Newman)

Najlepszą książką była recenzowana w poście wcześniej Anno Dracula, za to najsłabszą lekturą okazali się Naznaczeni błękitem Ewy Białołęckiej.



Książek do biblioteki przybyło... trzy, ale "do przodu" nie jestem, tylko bilans wychodzi na zero, bo Wróżbiarze byli czytani "dodatkowo", nie jest to książka, która dołączyła do mojej biblioteki fizycznie.

Postów w październiku było aż 10. Recenzji pojawiło się 5, bo miałam tradycyjne spóźnienie z jedną opinią z miesiąca wcześniejszego. Obserwatorów przybyło ośmiu i jest Was już 178.

W wyzwaniach tradycyjnie powalczyłam i wygląda to następująco:

Fantastyczna Polska: 1
Z pół 2014: 1
Grunt, to okładka: 1
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: 104 cm + 11,2 cm = 115, 2 cm

W listopadzie mam zamiar zdobyć resztę książek, których zakup planuję, czyli miedzy innymi trzeci tom Chłopców, oraz ostatni tom Darów anioła. Może skuszę się na zakup Cobena i skończę Trylogię czasu. Plany na przedostatni miesiąc tego roku mam intensywne. Najgorsze jest to, że moja uczelnia względem studentów drugiego roku też...