29 lipca 2017

Dracula


Mam wrażenie, że tytułowej postaci Hrabiego przedstawiać nie trzeba. W końcu została on inspiracją do tak wielu tworów zarówno literatury jak i filmu, że styczność z sylwetką Draculi miało nie jedno pokolenie. Co prawda w popkulturze funkcjonujący aktualnie obraz wampira został brutalnie wypatrzony przez zmierzchopodobne książki, ale nie przyszłam dziś po to, żeby pisać o przepaści dzielącej Meyer i Stokera. Oczywiście, nadmienić warto, że gdyby nie to pierwsze nazwisko pewnie nie wpadłabym w czytelniczą pasję, ale na tym wyznaniu poprzestanę i oddzielę grubą kreską oboje pisarzy. Dracula mnie urzekł i to w sposób, którego zdecydowanie bym się nie spodziewała...

Zaskoczyła mnie forma, w jakiej napisano książkę. Fabułę poznajemy po pierwsze, z zapisków pamiętnikarskich poszczególnych bohaterów, po drugie, z wzmianek z prasy czytanej przez występujące w Draculi postacie i wreszcie, po trzecie, z listów, za pomocą których dochodzi w powieści do komunikacji. Nic poza tym i właśnie dzięki tak ciekawej formie Stokerowi należą się pierwsze oklaski.

Dracula to historia z gatunku grozy o specyficznym klimacie, który wyciąga po czytelnika szpony już na pierwszych stronach. Obserwujemy losy Jonathana Harkera, młodego prawnika wydelegowanego w zastępstwie do Transylwanii, by omówić formalności związane z nabywanie nieruchomości przez, a jakżeby inaczej, Hrabiego Draculę. Mroczne ruiny zamku, zakamarki i prowadzący pustelniczy tryb życia gospodarz to tylko początek przygód Harkera. Stoker tworzy świetną historię utrzymaną w gotyckim nastroju ze złem czającym się "za rogiem", takim złem, z którym starcia są sporadyczne, które działa całkowicie pod osłoną ciemności.

Dobra, ale co oprócz tego całego wampiryzmu w Draculi się znajduje? Dwie babki w opałach i garstka silnych, walecznych mężczyzn do zadań specjalnych. Ja wiem jak to brzmi, ja wiem, że powiało trochę kiczem, ale w czasie lektury doszłam do wniosku, że te wspomniane przeze mnie sztampowe kreacje są jak najbardziej na miejscu i inne charaktery po prostu w Draculi by się nie sprawdziły. Każdy z bohaterów jest dokładnie na swoim miejscu i w jakiś sposób dla powieści jest ważny. Zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się Doktor Van Helsing w roli głównego eksperta od wampirów. Postać doktora wnosiła do książki nie tylko tajemniczość, ale także siłę spajającą wszystkich bohaterów. Drugim takim spoiwem zdecydowanie była Mina, której niezłomność, niezachwiana wiara zarówno w Boga jak i odwagę otaczających ją mężczyzn sprawiała, że całe jej otoczenie na skinienie palca zdobywało się na iście bohaterskie czyny. Równocześnie Mina była takim uosobieniem niewinności i czystości, jako idealne przeciwieństwo obrzydliwego krwiopijcy na jakiego Stoker wykreował Hrabiego.

Przy lekturze Draculi natrafiamy na dwa ważne motywy społeczne powiązane ze zjawiskami paranormalnymi. Pierwszym, nieco bardziej błahym jest wyeksponowanie wiary w zabobony zakodowane w ludzkiej mentalności. Akurat w przypadku powieści Stokera te wierzenia nie są pozbawione realizmu, widać doskonale, że przekonania wierzącej ludności mają swoje przełożenie na rzeczywistość. No właśnie, kwestia numer dwa - nierozerwalne przeciwstawienie opatrzności i wiary chrześcijańskiej w stosunku do nieczystych sił diabelskich uosobionych w wampirze. Samo zło wcielone to postać przepełniona tajemniczością, wzbudzająca lęk samą swą obecnością. Przyznam, że pierwsza styczność z tym bohaterem, której doświadczyłam za sprawą wpisów Harkera do dziennika wywoływała ciarki na plecach. Nie czytałam z wielkim przerażeniem, ale klimat zrobił swoje i bardzo dobrze rozumiałam odczucia bohatera... I na tym też polega siła powieści - dzięki wpisom można łatwo poczuć empatię do zmagających się z lękiem postaci. Styl i przekład są bardzo przystępne i pomimo tego, że tekst ciągły zajmuje zdecydowaną większość objętości to i tak czytelnik płynie przez kolejne rozdziały. Do tej pory jedynie chwaliłam Draculę, ale czy wszystko w tej powieści jest takie idealne?

Są i wady. Drobne, nie odbierające przyjemności z czytania, ale jednak. Pierwszą z nich jest fakt, że dosyć lakonicznie w powieści zaakcentowano miejsce akcji. Owszem, jest to teren Europy, bohaterowie pochodzą z Anglii, podróżują do Rumunii i znaczna część wydarzeń rozgrywa się w Londynie, ale kompletnie tego nie czułam. Ja po prostu wiedziałam, że znajduję się w konkretnym mieście i nic poza tym. Drugie moje zastrzeżenie nie do końca nim pozostaje, bo mam pewne podejrzenia co do zastosowania tego zabiegu. Nie jesteśmy bowiem w stanie stwierdzić, w którym roku wydarzyły się wydarzenia, co do epoki również ciężko cokolwiek spekulować. Założyć mogę jedynie, że wszystko rozegrało się mniej więcej w tym samym okresie, co życie Stokera, ale żaden fakt wyłuskany z fabuły mi tego nie potwierdził. Próbowałam wpaść na jakiś trop po wzmiankach o wydarzeniach historycznych, aczkolwiek nie za wiele mi to powiedziało i tak też traktuję Draculę jako historię, która miała miejsce w nieokreślonej epoce. Z jednej strony minus, bo nie do końca można wczuć się w historię, natomiast z drugiej nie jesteśmy w stanie zaszufladkować powieści i wytykać autorowi brak pieczołowicie przedstawionych realiów historycznych. Zatem akurat ten aspekt traktuję z przymrużeniem oka.

Dracula okazał się piękną powieścią z plastycznymi, działającymi na wyobraźnię opisami. Pojawiło się kilka aspektów obyczajowych, na szczęście ani trochę nie nudziły a jedynie wprowadzały do historii kontrast w stosunku do pełnych dynamiki fragmentów wali z wampirami. Wampir u Stokera to obraz, który na zawsze pozostanie częścią klasyki, nie tylko gatunku, ale i literatury w ogóle i to powieść zapewniająca konkretną porcję rozrywki z niesamowicie wciągającą akcją.

Moja ocena: 8/10

Autor: Bram Stoker, Wydawnictwo: Zielona Sowa, Stron: 448, Wydane w: 1897r., 2005r. - polskie wydanie nakładem Zielonej Sowy

23 lipca 2017

Nie wierzę.

Nadal. Minęły trzy dni i wciąż nie przyjmuję w pełni do wiadomości tego, co się wydarzyło. Za bardzo rozwodzić się nie chcę, choć jak finalnie wpis ten będzie wyglądał to jeszcze nie wiem.

Szczerze? Nie sądziłam, że będę tak szybko musiała zacząć godzić się z odejściem Legendy. 20 lipca 2017 roku Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park popełnił samobójstwo. Już o tym i pisałam i mówiłam. Myślałam, czytałam, przeżywałam, dalej w to nie wierzę. Okoliczności jego śmierci są tym bardziej tragiczne, że Chester powiesił się w dniu urodzin swego przyjaciela, Chrisa Cornella zmarłego w taki sam sposób około dwa miesiące temu.

Próbuję przejść nad tym do porządku dziennego, ale udaje mi się to raz gorzej raz lepiej. Jeszcze miesiąc przed tym wydarzeniem byłam na ich koncercie myśląc, że pojadę na każdy kolejny gdy zawitają do nas, z cholernego sentymentu, nie ważne, w jakim kierunku twórczość Linkin Park podąży. Bo na zawsze zostanie to dla mnie zespół życia, zespół którego śmierć wokalisty to dla mnie przeogromna strata. 

And the sun will set for you

The sun will set for you
And the shadow of the day
Will embrace the world in grey
And the sun will set for you

(Shadow of the day)

Serio, straciłam kogoś ważnego i to uczucie do mnie co jakiś czas powraca. Nawet mam czasem nadzieję, że pójdę spać, obudzę się i w tym momencie dopowiedzcie sobie, czego oczekiwałabym po przebudzeniu. Ogólnie nie oczekuję zrozumienia, a jedynie piszę to wszystko ku upamiętnieniu człowieka, który był i na zawsze pozostanie dla mnie inspiracją, podporą, legendą. Ja z tym zespołem w życiu wiele przeszłam, włączając w to zarówno momenty dobre jak i te beznadziejne, w których zarówno muzyka jak i wokal Chestera i chłopaków dawały mi ukojenie, energię do działania albo bezpieczny azyl, w którym mogłam mieć po prostu na wszystko wywalone. Ja tą muzyką żyłam.

Nie będzie już drugiego takiego zespołu, więc pozostaje mi tylko pozostawać dumną, że żyłam w czasach, w których Linkini przeżywali złoty wiek swojej kariery. Nic nie zabierze mi tych czterech razy, kiedy widziałam chłopaków na żywo. Nie spodziewałam się, że to będą tylko cztery razy.

19 lipca 2017

Żarna niebios

Zbiór opowiadań polskiego autora. Zaraz zaraz, czy tego już nie było w poprzednim poście? Ano, racja, pewnie, że było, przy czym forma i pochodzenie twórcy to jedyny wspólny mianownik Żarn niebios i pierwszego tomu Opowieści z mekhaańskiego pogranicza. I obie są dobre, choć z zupełnie innych powodów.

W Żarnach niebios skoncentrowano się na świcie aniołów, ich relacjach z Panem i mniej lub bardziej poważnych przygodach skrzydlatych. Motyw anioła w fantastyce pojawiał się często, szczególnie gdy mowa o tej stricte młodzieżowej literaturze. Natomiast Maja Lidia Kossakowska postanowiła w kilku krótszych tekstach przedstawić czytelnikowi perypetie niebiańskich bohaterów o całkiem ludzkich problemach. I to też jest motyw przewodni całego zbioru. A skoro są anioły, kilka pięter niżej muszą też pojawić się diabły...

Autorka opisuje niebo i piekło dokonując podziału na kręgi. Przedstawia hierarchię obu światów, wspomina o charakterystyce istot pochodzących z konkretnych miejsc i zależności między nimi. Wszelkie mitologie i wierzenia to konik Kossakowskiej i daje ona temu wyraz również w Żarnach niebios dokładnie zagłębiając się w zawiłości niebiańskie. Najciekawsze jest to, że sama postać Pana się w książce nie pojawia, natomiast gdy mowa o przywódcy zastępów piekielnych już sprawa wygląda nieco inaczej. W jednym z opowiadań na szczęście wszystko zostaje wyjaśnione.

Podoba mi się twórczość Kossakowskiej, choć cieszę się, że pierwszą jej książką po którą sięgnęłam była Ruda sfora, która mnie w sobie rozkochała. Jeżeli chodzi o Zastępy anielskie, zamieszczone w pierwszej części opowiadania to zdecydowanie wstęp do dalszej historii. Przy lekturze można otrzaskać się z tym, co dzieje się w niebie, piekle i pomiędzy nimi, poznać nieco bohaterów, których jest cała masa (i z których do gustu najbardziej przypadli mi Asmodeusz i Razjel) i sprawdzić, czy takie angel fantasy w ogóle wpisuje się w nasze gusta. No właśnie, angel fantasy... serio? Takie katalogowanie kompletnie do mnie nie trafia, bo przecież ciężko np. powieść o trolach nazwać troll fantasy. Co nie zmienia faktu, że próba skatalogowania Żarn niebios to dosyć ciężka sprawa i nic ponad określenie "fantastyka" do głowy mi nie przychodzi. W niektóry opowiadaniach spotkać można śladowe ilości urban fantasy, natomiast nie decyduje to o kategorii do której można by wrzucić książkę za całokształt.

Styl w jakim napisano zbiór jest lekki, plastyczny, z wtrąceniami humorystycznymi i... całą masą określeń dotyczących jednej postaci. Tym sposobem Asmodeusz jest również Modem, ale i Zgniłym chłopcem, co wprowadza lekki przesyt nazw rozpoczynających się wielką literą. Co więcej pojawia się trochę chaosu i pomimo, że sama narracja jest napisana przystępnie, to i tak skupić trzeba się przy lekturze nieco bardziej, by wiedzieć który bohater przedsięwziął konkretne działania.

Jestem pozytywnie nastawiona do lektury Siewcy wiatru, którego mam zamiar machnąć jeszcze w tym roku. Ogólnie z jednej strony obawiam się tego, co mogę w nim zastać, a z drugiej czytanie o Daimonie Freyu zanosi się na wciągającą lekturę koncentrującą się już tylko na jednym wątku. Przyznam się bez bicia, że Kossakowską traktuję jako taką odskocznię od bardziej wymagających tytułów, choć daleka jestem od uznania jej książek za mniej wartościowe lektury.

Moja ocena: 7/10

Seria "Zastępy Anielskie":

1. Żarna niebios 
2. Siewca Wiatru 
3. Zbieracz burz t. 1
 4. Zbieracz burz t. 2 
5. Bramy światłości t. 1

9 lipca 2017

Opowieści z mekhaańskiego pogranicza. Północ - Południe


Wśród nazwisk polskich fantastów Wegner uchodzi za to znane i słusznie, bo autor zdobył już kilka nagród i fani gatunku nie mogą obojętnie przejść obok jego sago o Mekhaanie. Zdarza się, że po tych osławionych pisarzy sięga się z obowiązku - bo to kanon, bo to klasyk, bo to znane i wypada wiedzieć, co ich dzieła zawierają. Taką lekturą dla mnie było Ostatnie życzenie Sapkowskiego. Przeczytałam jeden tom, sprawdziłam, nie porawło mnie, bez entuzjazmu myślę o lekturze kolejnego tomu, który dla formalności przeczytam. Natomiast Wegner...

Mekhaan to imperium rządzone przez władze cesarskie. W tomie pierwszym przyglądamy się konkretnie północy i południu. Autor napisał do każdego rejonu po kilka opowiadań koncentrując się w przypadku północy na losach kompanii Górskiej straży dowodzonej przez porucznika Kennetha-lyw-Darawyta. Natomiast na południu skupiamy się na losach Yatecha, Issara, który zostaje ochroniarzem szlacheckiej rodziny. Niby nic w tym nadzwyczajnego, jednak nie może on w żadnym wypadku pokazywać twarzy ludziom nie należącym do jego ludu. Gdyby przez przypadek to zrobił, musiałby zabić albo siebie albo wszystkich, którzy zobaczyli jego oblicze.

Zapoznając się najpierw z losami Kennetha i jego ludzi musiałam trochę opornie przebrnąć przez początek wprowadzający w nowy, nieznany świat powstały w umyśle autora. Po kilkudziesięciu stronach czułam się już swobodniej przy lekturze i nawet nie zrażały mnie te trzyczłonowe tytuły noszone przez bohaterów. Z resztą, porucznik korzystał tylko z samego "Kenneth", a reszta była formalnością tylko sporadycznie przewijającą się przez lekturę. Losy Górskiej straży skojarzyły mi się, niemalże natychmiast ze znanym mi z martinowskiej sagi braćmi z Nocnej straży, ale nie potraktowałam tego w żadnym wypadku jako chamską "zgapę", a jako motyw, który darzę sympatią. Ponadto klimat jest też nieco inny, bo ta północ aż tak zimna i bezwzględna jak w wymienionym wcześniej dziele nie jest. Natomiast i tak powieść Wegnera zawiera w sobie sporą dawkę bezwzględnej surowości, która kupiła mnie już w pierwszej połowie. To takie porządne, męskie fantasy, za którym przepadam i mogę czytać w ilościach hurtowych (przeplatanych oczywiście z innymi gatunkami). 

Bardzo dobrze u Wegnera wypada kwestia religii, bóstw i kultów. Szczególnie ta ostatnia kwestia zwróciła moją uwagę. W ogóle autor w tym temacie wysilił się na oryginalność, stworzył nazewnictwo nie kojarzące się żadną znaną nam i powszechnie zapożyczaną do literatury mitologią. Ciekawi mnie ogromnie wszystko, co w tym temacie autor stworzył, na te wątki będę pewnie zwracała uwagę najbardziej przy kolejnych tomach jak również najwięcej będę od tych wątków oczekiwała.

Prezentuje się świetnie. Tylko nie spełnia swojego zadania...
Zakulały dwie rzeczy w zasadzie. Pierwsza - mapa. Ciężko było mi umiejscowić akcję w konkretnym miejscu, pomimo tego, że w narracji i wypowiedziach bohaterów padały nazwy geograficzne. Owszem, w książce znajduje się przepiękna mapa na wklejce, która naprawdę robi wrażenie. Odnaleźć się na niej nie umiałam niestety. Ni to po rzekach, ni to po miastach, ni to po łańcuchach górskich, a mapy uwielbiam i podejrzewam, że jest to jeden z wyznaczników mojej miłości do fantastyki. Inna sprawa, że po przerobieniu Władcy pierścieni i pięciu tomów Pieśni Lodu i Ognia wymagam szczegółowych mapek od autorów. Wiem też, że u Wegnera w dalszych tomach (tomie?) pojawiają się inne mapy i może ulegnie to poprawie.

Druga rzecz, która trochę mi przeszkadzała, to słabo wyeksponowana władza. Z opowiadań dowiadujemy się tylko, że jest, w zasadzie epizodycznie się o niej wspomina, nic nie wiadomo na temat tego kto i gdzie ją sprawuje. Mam ogromną nadzieję, że w kwestii tej więcej informacji autor zawrze w kontynuacji (którą już zamówiłam), bo przecież postać cesarza w świecie pełnym politycznych intryg to kwestia konieczna do starannego nakreślenia.

Na koniec wisienki, które potwierdzają wysoki poziom fantastyki, jaką pisze Wegner. Sceny batalistyczne. Uwielbiam dobrze rozpisane, oddane z należytym realizmem, dramaturgią i dynamiką fragmenty bitew. Za to kocham gatunek i tego od niego oczekuję. Autor spisał się świetnie opisując walkę między siłami cesarskimi a koczownikami, która rozegrała się na Północy, co prawda jedynie w opowieści jednego z bohaterów. Niemniej mój głód bitewnej literatury został zaspokojony, a i jestem po wrażeniem stylu Wegnera. No właśnie, styl. Bardzo przystępny, precyzyjny i dobrze dopracowany. Opowiadania czyta się świetnie, ciężko się oderwać, tym bardziej, że fabuła pędzi do przodu i cały czas coś się dzieje.

Gdybym miała porównać Północ i Południe i opowiedzieć się po którejś ze stron, to wybieram to pierwsze. Fakt faktem, rządzi w tym przypadku trochę sentyment z racji tego, że to od tego rejonu zaczęłam poznawać Mekhaan. To, co działo się na Południu było niemniej ciekawe, więcej tam pojawiło się takiego mistycznego klimatu, bardzo spodobał mi się wątek kasty Issarów specjalizujących się w kulcie zabijania i śmierci. Natomiast Północ to dawka takiego klasycznego fantasy, stricte przygodowego, przy którym ciężko się nudzić. Czekam również na nieco bardziej pogłębioną kreację niektórych bohaterów. Postacie pojawiające się na scenie są wiarygodne, niestety w przypadku niektórych bohaterów zabrakło mi umiejscowienia ich w historii, wzmianek o tym, kim byli zanim dotarli do momentu, w którym się z nimi stykamy. Oczywiście jest to pierwszy tom i generalnie rzecz biorąc czekam na takie wstawki w kontynuacji. I jak najbardziej polecam, co pewnie da się wywnioskować z powyższych akapitów, bo pierwszy tom Opowieści z mekhaańskiego pogranicza to kawał porządnej literatury fantastycznej.

Moja ocena: 8/10

Opowieści z mekhaańskiego pogranicza:
1. Północ - Południe
1.5 Każdy dostanie swoją kozę
2. Wschód - Zachów
3. Niebo ze stali
4. Pamięć wszystkich słów
5. ?

4 lipca 2017

Mój czerwiec

Nie dość, że kolejny intensywny miesiąc za mną to jeszcze dobrnęłam do połowy roku. Pojęcia nie mam, kiedy to zleciało, jak z resztą każdy z nas. Generalnie pierwsza połowa miesiąca oznaczała dla mnie naukę, bo kończyłam drugi semestr i przyszło mi pozaliczać cztery przedmioty. Wszystko się udało, pozostało tylko cieszyć się wakacjami i czterema wolnymi weekendami w miesiącu. Nie wiele czytałam w czerwcu, czego naturalnie się spodziewałam. Bo o ile nie miała czasu za wiele na lekturę przed zakończeniem semestru, to po zakończeniu dopadło mnie rozleniwienie charakterystyczne dla wolnej od edukacji części każdego roku i po prostu czytałam na wyrywki. Niewątpliwie do słabego wyniku dołożył się mało przystępny tytuł...

Klucz do otchłani, który wspominam raczej jako słabą lekturę, z która uporać się nie mogłam przez dwa tygodnie. Zrobiłam też podejście do Amerykańskich bogów. Niestety. Czy to Gaiman, czy jego adaptacja, niestety się nie polubimy. Już dawno nie byłam tak oporna na jakiegoś twórcę, a w przypadku serialu zdzierżyłam jedynie dwa i pół odcinka.

Silverberg! Nim akurat jestem zachwycona. Na pewno kiedyś raz jeszcze po Skrzydła nocy sięgnę, bo naprawdę warto. Już sama lekkość tej książki zachwyca.
Ach, no i nowi mieszkańcy mojej ukochanej stajni. Garder i Rosa pozdrawiają!

Koncert Linkin Park w krakowskiej Tauron Arenie. Czwarty w moim życiu. Najdroższy w moim życiu. I ten, na który przez kilka tygodni nie chciało mi się jechać, zatem dobrze, że bilet zakupiłam jeszcze w zeszłym roku. Powód mojej niechęci był prosty. Nowy materiał Linkinów to coś, czego nie jestem w stanie zdzierżyć mimo ogromnego uwielbienia do eksperymentów Benningtona i Shinody. Tym razem wokal Chestera to po prostu porażka i nawet jak na LP ten materiał nie jest dobry, nie słychać w ogóle, nawet w jednym mikro atomie, że płytę robił zespół z charakterystycznym brzmieniem, który zna się na rzeczy. Natomiast jeżeli mowa o samym koncercie, to jestem nad wyraz usatysfakcjonowana biorąc pod uwagę kiepską formę aktualnych "hitów". Ale jeździć będę na ich występy dalej. W życiu trzeba mieć jakieś świętości.
Zamiast się uczyć, oglądałam bajki. Oczywiście jedynym okiem zerkając na notatki. A kiedy już uczyć się nie musiałam, to oglądać mi się odechciało. I rysowałam... Rysowanie końskich nóg na zawsze pozostanie dla mnie wyzwaniem.
Tak zapowiadały się plany na czerwiec, jeżeli chodzi o czytanie. O ironio, najkrótszej książki nie udało mi się ruszyć... Mekhaan polecam!
Kapryśna pogoda. Nie zliczę ile razy dałam się zlać deszczowi w ostatnim tygodniu...
Koncert wrocławskiego zespołu Strain z okazji piknika organizowanego przez Fundację Centaurus. Muzyka świetna i jeszcze można pomóc zwierzakom.
Na sam koniec nabytki z czerwca. Dotarłam do ciekawego momentu w życiu, w którym mogę kupować nowości i książki, które planowałam zdobyć już lata temu. I w ten oto sposób pojawił się u mnie Palimpsest (pierwszy tytuł z Uczty wyobraźni, który mam) oraz Rozgwieżdżone niebo (z prześwietną okładką. I dwa Cobeny, bo potrzebuję w serii wypraw do wyimaginowanych światów od czasu do czasu poczytać dobrą, relaksującą literaturę, która traktuje o bardziej przyziemnych sprawach, a jednak nie nudzi.Wilderäng będzie przeczytany jakoś w lipcu bądź sierpniu. To zależy od innych... zachcianek. Niektóre z nich widać w tle stosu.


Jak mi się uda zabrać, to napiszę recenzje. Nadchodzą moje opinie o pierwszym tomie Mekhaanu i pierwszym tomie Zastępów anielskich Kossakowskiej. Co do mojej obecności na bloggerze. Widzę wszystko i jestem na bieżąco, natomiast mało mam w pracy na przerwie czasu, żeby napisać te długie, poruszające trzy inne sprawy komentarze, więc wszystko ponadrabiam. Ale czytam wszystko na bieżąco...