15 sierpnia 2015

Pierwsze dni

Szkoda, że nie ostatnie dni w tej farsie...

Dość często zdarza mi się rzec, że lubię książki o zombie. Problem polega na tym, że lubię je, ale czytam niestety rzadko, nawet bardzo. Zmierzch świata żywych kupiłam prawie rok temu i to pod wpływem fascynacji inną postapokaliptyczną książką z żywymi trupami - a mianowicie World War Z. A czytać przyszło mi dopiero teraz, w połowie wakacji (studenci pozdrawiają uczniów...) i to w miesiącu nad wyraz pechowym, jeżeli idzie o dobór lektur.

O książkach Rhiannon Frater słyszałam nie wiele, ale z racji obecności zombie oczywiście się nimi zainteresowałam. Dzięki promocji nabyłam wszystkie trzy tomy za dwie dychy w sumie i bardzo żałuję, że tak szybko zebrałam się do kupna całości. Bo Zmierzch świata żywych w pierwszej odsłonie niemalże mnie dobił.

Opłakiwała swoje dzieci, umarły świat i odzyskaną wolność...

Dwie bohaterki, które towarzyszą nam w Pierwszych dniach muszą uciekać z miasteczka o nazwie owianej tajemnicą z powodu nagłej epidemii zombie. Początek klasyczny, wizerunek żywych trupów również, żadnych unowocześnień w tym temacie. Katie i Jenni przez "i" (tak przedstawia się nam bohaterka, ale nie powiem, żeby mój dopisek nie był pozbawiony nutki drwiny) wydostają się z mieściny i udają z małymi przystankami do fortu w Ashley Oaks. Akcja dzieje się w Teksasie, przez co natychmiast w moje głowie pojawia się obraz spalonej słońcem ziemi, niewielkich mieścin, pustkowi i szwendających się tu i ówdzie mózgożerców. W książkach o tej tematyce oprócz oczywistego wątku postapokalipsy i zombiaków powinny znaleźć się elementy codzienności, które sprawią, że będzie nam zależało na losach bohaterów, że będziemy się o nich martwić, kibicować im i przy okazji (choć w moim przypadku na równi) z entuzjazmem czytać o scenach walk. Te "zwykłe elementy" oczywiście u Rhiannon Frater były. Niestety.

Dawno już nie czytałam książki tak kiepskiej. Styl jest beznadziejny i pomimo mojej sympatii to starć z zombie nie mogłam cieszyć się lekturą, bo co chwilę na nią klęłam! Serio, jakby tak ktoś mnie posłuchał, to mógłby dojść do wniosku, że nie wiem, próbuję pobić rekord w ilości rzucania soczystymi epitetami z bardzo silnym akcentem. Powodem mojej dzikiej irytacji była, już od samego początku JENNI PRZEZ "I". Tak, ta nutka złośliwości nadal nie zniknęła.

W książce tej dialogi są beznadziejne. Opisy otoczenia również, a ciągłe powtórzenia  w pewnym momencie musiały spowodować jakąś reakcję obronną mojego mózgu i całkowite olanie mankamentów stylistycznych. A może po prostu było gorąco i przedmiot pożądania zombie mi się zlasował...

Przyrzeczenie komuś, że się go zabije, nagle stało się czymś świętym.

Pomysłowość u Rhiannon Farter to czysta abstrakcja. W żadnym stopniu autorka nie wysiliła się, żeby stworzyć coś oryginalnego. Nie udzielono też czytelnikowi informacji, skąd żywe trupy w ogóle się wzięły. Jeżeli powstałaby lista błędów karygodnych i niewybaczalnych w literaturze postapokaliptycznej to byłby to brak wyjaśnienia stanu anormalnego.

Jadę po książce jak po łysej kobyle, ale nie wystawię jej ku wielkiemu zdziwieniu najniższej oceny. Dlaczego? Starcia z zombiakami to coś, co uwielbiam (i zawsze mogę mieć nadzieję, że w najbliższym zginie Jenni przez "i"). Doceniam dynamizm tych scen, lubię ich nieprzewidywalność i ciągłe zagrożenie czymś gorszym, niż śmierć.
Kolejną z niewielu zalet Pierwszych dni była postać Katie, dziewczyny opanowanej, ale mimo to zdecydowanej w działaniu i zachowującej się jak przystało na jej domyślny wiek. Oczywiście, ciągłe wzmianki o zaciskaniu dłoni w akcie pocieszenia trochę raziły w oczy, ale to i tak nic wielkiego w porównaniu z innymi zgrzytami w książce. Innym bohaterem, który też wzbudził moją tolerancję (żeby nie szaleć z "sympatią") była Juan, niespokojny duch, trochę nierozsądny, ale o wiele ciekawszy niż zamulony, rozważny Travis.

Nie będę dalej się nad tym tytułem rozwodzić. Dobrze, że mam Tolkiena na podorędziu. Nie polecam książki Rhiannon Frater, znajdą się bardziej sensowne powody do tak wielkiej irytacji, nie ma co dokładać do listy tychże powodów grafomanii autorki, która myślała, że umie pisać. 

Moja ocena: 4,5/10

Autor: Rhiannon Frater
Wydawnictwo: Vesper
Ilość stron: 347
Rok wydania: 2011, 2013 (w Polsce)

Do wyzwania: Przeczytm tyle, ile mam wzrostu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.