27 lutego 2016

Misery (1990) - film

Niedawno pisałam o ekranizacjach, które mam zamiar obejrzeć i wśród nich znalazła się przeczytana w grudniu (miesiącu Kinga) Misery (recenzja). Nie bez drobnej sugestii padło na filmowy wieczór z produkcją o przeciętnym pisarzu uratowanym przez swoją psychofankę. Spoilerów nie będzie, postaram się tylko zaznaczyć, co najbardziej w filmie mi się spodobało i czy coś zgrzytało.


Misery to bohaterka książek Paula Sheldona (granego przez Jamesa Caana), który po skończeniu nowej książki, nie związanej z popularnym cyklem wyrusza z maszynopisem do swojej agentki. Po drodze przytrafia mu się wypadek, a wybawicielką z opresji okazuje się Annie Wilkes (na marginesie, nienawidzę tego nazwiska, ma okropnie niewygodną wymowę), której troskliwość przemieni się w, na nieszczęście Paula, obsesję spowodowaną obrotem akcji w ostatniej książce o Misery.

Patrząc na ten film zastanawiałam się, czy z fascynacji jakąś serią mogłabym stać się taką Annie i śmiem twierdzić, że to niemalże nieprawdopodobne. I bardzo dobrze! Ta kobieta to wariatka. Co nie zmianie faktu, że darzę ją większą sympatią niż Paula. Tak było już przy okazji lektury i potwierdzam to przekonanie po seansie. Annie wzbudzała we mnie żal, Paul w zasadzie coś na kształt współczucia, ale niezbyt silnego. Co prawda to, czym uraczyła go Annie nie należało do przyjemności, zdecydowanie i nie chciałabym się na jego miejscu znaleźć... Oj nie.


Co do kwestii wizerunkowych filmu. Wyszło naprawdę dobrze. Twórcy się postarali o klimat, którego zabrakło mi w książce (jak jeszcze ktoś nie zauważył, to tak, owszem, film uważam za lepszy niż książkę). Do tego obserwujemy historię z trzech punktów widzenia, bo oprócz Paula w jego zaginięcie angażują się Buster, okoliczny szeryf i agentka naszego protagonisty, Marcia. Jest to zabieg zrozumiały, bo gdybyśmy prze ponad półtorej godziny obserwowali wszystko z perspektywy Sheldona, ciekawie robiłoby się jedynie co jakieś dziesięć, piętnaście minut. A tak możemy też obserwować starania szeryfa, który dostaje informację o zaginięciu Paula, a dzięki Marcii możemy ujrzeć fragmenty wiążące się z pracą Paula jako pisarza.

Emocjom też dałam się porwać i mimo, że nie kibicowałam Paulowi z całych sił, podczas jego starć z Annie nie pozostawałam beznamiętna. Krzywiłam się, kiedy nic innego nie pozostawało mi w wyniku tego, co zafundowali mi twórcy. Ponadto mruczałam pod nosem i z zainteresowaniem oglądałam film od początku do końca, co też świadczy o jego jakości, bo dość często porzucam oglądanie bardzo szybko, mimo świadomości, że mam przed sobą porządny wytwór. Tak więc Misery to dobry film, bo wytrzymałam od początku do końca i nawet się nie męczyłam. Napięcie podczas oglądania momentami, muszę posłużyć się popularnym określeniem, sięgało zenitu. Pomimo tego, że nie zależało mi specjalnie na ocaleniu Paula, to i tak zastanawiałam się, czy w tej konkretnej scenie uda mu się jakoś Annie przechytrzyć.


Annie została zagrana wręcz świetnie przez Kathy Bates. Jestem pod wrażeniem, bo w książce wizerunkowo inaczej odebrałam tą postać, a wersja reżysera (Roba Rainera) okazała się równie idealna, co ta z mojej głowy. Po kilku minutach patrzenia na Annie i jednym rzucie oka na jej mieszkanie już dało się stwierdzić, jakiego rodzaju jest to osoba oraz, że lepiej trzymać ją na dystans. Bardzo podobała mi się kreacja tej bohaterki w filmie i to chyba jedna z lepszych postaci, jakie miałam okazję poznać.


W kwestii zgodności z książką również jest bardzo dobrze. Nie było większych uchybień, może poza tym, że jak pisałam wyżej, dodano szeryfa i agentkę, którzy w książce głosu nie zabierają, ale było to spowodowane koniecznością urozmaicenia perspektyw. Pozbawieni jesteśmy też występujących w książce rozdziałów autorstwa Paula, ale na ekranie byłoby to trudne do pokazania i wręcz bezsensownie wprowadzajęce zamieszanie. A i tak poznajemy losy Misery, bo przecież ekscytująca się biegiem wydareń Annie dyskutuje o tym z Paulem.

Ekranizacja Misery spodobała mi się, nawet bardzo i w dodatku bardziej, niż książka. Może trochę smutne, może po prostu specyfika pierwowzoru nie wpasowała się wystarczająco w moje gusta. Jakby nie było, jest to dobra historia, wzbudzająca emocje i pochłaniająca i w dużym stopniu zachwycająca. Ale nie pięknem. Nie o to tu chodzi...

Obrazki wykorzystane powyżej pochodzą z interentu ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.