23 kwietnia 2014

Tfu, pluje Chlu!

Taki nietuzinkowy tytuł powinien przyciągać uwagę. Ja jednak sięgnęłam po książkę z racji tego, że lubię a) polską fantastykę, b) Marcina Wrońskiego, c) książki wydane przez Fabrykę słów. Trzy argumenty na rzecz zabrania Tfu, pluje Chlu do domu. Tomik Opowieści z Pobrzeża jednak trochę u mnie poleżał, a gdy w końcu zabrałam się za lekturę...

Specyficzne pióro Marcina Wrońskiego wymaga pewnego... przyzwyczajenia się do niego. Odkryłam to już przy lekturze powieści tegoż autora i utwierdziłam w tym przekonaniu podczas czytania zbioru opowiadań. Polscy autorzy bardzo się lubują w tej formie literackiej, bo niestety nie pamiętam, kiedy ostatnim razem przeczytałam jakąś powieść polskiego pisarza. No, ale co tam, antologie też są w porządku, o ile twórca wszystko przemyślał i potrafił odpowiednio szybko przekazać niezbędne informacje odbiorcy. I tak właśnie stało się z Opowieściami z Pobrzeża.

Tomik zawiera dziewięć opowiadań. Każde z nich, oprócz trzech dłuższych, mieści się na około trzydziestu stronach. Jak już człowiek wczyta się w jedno z opowiadań, nie sposób przerwać w połowie. Od razu można połknąć całość, tym bardziej, że opowiadania są podzielone na fragmenty liczące sobie maksymalnie trzy kartki. Szybko schodzi, ale jednak trochę w język Wrońskiego trzeba się wgryźć. Styl autora zawiera całkiem sporo archaizmów i jest stylizowany na dawniejszą gwarę. Zawiera też sporo określeń nieco... niekulturalnych, ale nie typowych współczesnych wulgaryzmów. Momentami miałam wrażenie, że pan Wroński trochę z tym przedobrzył, ale koniec końców nie narzekałam zbyt mocno na te określenia.

Postaci wykreowane przez autora są znane tym, którzy czytali już Węża Marlo, ale uprzedzam, że nie jest konieczna taka kolejność lektury. Bohaterowie przewijają się przez wszystkie opowiadania, choć często pojawiają się postaci epizodyczne, które tylko w jednym opowiadaniu stają się ważniejszymi pionkami w grze.

Na uwagę zasługuje grono bóstw stworzonych przez autora. Chlu - bóg wody, Agni - pan ognia, Erh - władca ziemi, oraz Puf władający żywiołem powietrza. Ważne role odegrali też Ojciec-Słońce i Matka-Księżyc. Właśnie zależności między tą szóstką i potyczki między bogami najbardziej przypadły mi do gustu, a niestety nie wiele tego otrzymałam, bo pod sam koniec lektury. Ale już podczas czytania Węża Marlo zwróciłam uwagę na specyfikę tych osobliwości i tym razem i tak dowiedziałam się więcej o historii i ich powiązaniach.

Ponarzekać można na okładkę. Kolorystycznie bardzo przeciętnie, graficznie wręcz... odpychająco. Notatka z tyłu brzmi całkiem zachęcająco, ale... ale front nie przyciąga wzroku. Szkoda, bo można się nieźle wkręcić w dzieło pana Wrońskiego.
Kończąc mój wywód w podsumowaniu rzeknę, że Tfu, pluje Chlu całkiem przypadło mi do gustu i z trudem przebrnęłam tylko przez dwa, lub trzy opowiadania. Na szczęście, krótkie. Jeżeli jeszcze kiedyś będę miała okazję sięgnąć po książkę autorstwa pana Marcina, na pewno to zrobię.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Marcin Wroński
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 343
Rok wydania: 2004

Przeczytane w ramach wyzwań: 1. Fantastyczna Polska, 2. Z półki, 3. Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+2,2 cm)

13 komentarzy:

  1. Nie znam twórczości autora, ale zapowiada się dość interesująco. Okładka okropna :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety przepadam za polską literaturą ani nie znam tego autora więc raczej nie sięgnę po tą książke :/ Okładka rzeczywiście straszna a jestem pewna że pomimo iż to nie jest mój klimat zasługuje na lepszą :/

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja nie przepadam za samą Fabryka Słów. Mam wrażenie, że są nastawieni na komercje. Poza tym część "dzieł", które wydają nie są nawet przeciętne.
    u mnie jest wręcz przeciwnie, okładka przyciągnęła moją uwagę i całkiem mi się podoba.
    Co do tego, ze polscy autorzy wydają głownie opowiadania to tez to zauważyłam... niewiele jest powieści fantasy rodzimych pisarzy. A szkoda, bo chętnie bym poczytała. :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałem książek tego autora, może to wkrótce się zmieni. Przyznam, że okładka odstrasza od przeczytania książki - to wogóle chyba jakaś porażka, ktoś spał jak projektował? Dzięki za recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślałam, że książka jest z lat 90. po takiej okładce.. Wrońskiego jeszcze nie czytałam, ale coś na pewno wpadnie i w łapki, bo ostatnio sporo polskiej fantastyki czytam.
    Serio częściej trafiasz na opowiadania niż powieści rodzimych pisarzy? Ja na odwrót :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Podobała mi się tak książka, miała w sobie coś intrygującego. Równie fajny był Wąż Marlo, szkoda, że kolejne tomy nie ujrzały światłą dziennego...

    OdpowiedzUsuń
  7. Te same argumenty również i mnie do niej zachęcają + ten tytuł. ;) Okładka mi też nie szczególnie się podoba, takie trochę uproszczone, średniowieczne obrazki... Nie wiem jednak, czy się skuszę, trochę mnie zniechęca ten styl autora.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Raczej sobie odpuszczę. Mam wrażenie, że to nie dla mnie.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Masz rację, okładka odpycha jak mało która :)

    naczytane.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. Tytuł rzeczywiście nietypowy, ale nie lubię zbiorów opowiadań :(

    OdpowiedzUsuń
  11. Przeczytałam tę książkę wieki temu i średnio mi się spodobała. Bardziej przypadł mi do gustu "Wąż Marlo", którego kontynuacji niestety nie ma.

    OdpowiedzUsuń
  12. Nie przepadam za opowiadaniami, ale lubię polskich autorów, a tego nie znam, więc z pewnością poszukam gdzieś tej książki :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.