29 stycznia 2017

Słowa światłości


Wśród wszechobecnych zachwytów pod adresem wszystkich wytworów Sandersona czuję się nieco jak rasowa heretyczka. Po lekturze Słów światłości mam nieco lepiej ukształtowany pogląd względem autora i powiem tyle - miało być tak pięknie, a okazuje się, że nie trzeba zbierać szczęk z podłogi, bo nie mają one po czym opadać.

Od razu mówię - to będzie bardzo ciężka dla mnie recenzja, ale żeby nieco się wspomóc, nakreślę cel tu, już teraz - nie chcę absolutnie do Sandersona zniechęcać. Chcę tylko wyjaśnić, czemu podchodzę do niego z dużą dawką rezerwy. Spoilerów nie będzie.

Po wydarzeniach z Drogi królów, które mocno koncentrowały się wokół Strzaskanych równin nadal pozostajemy w tym samym rejonie Rosharu (świata, w którym dzieje się akcja Archiwum Burzowego Światła) i śledzimy losy Kaladina, Shallan, Dalinara i Adolina, choć to na dziewczynie koncentruje się właśnie drugi tom sagi. Czytelnik w pierwszej części mógł obserwować przeszłość Kaladina, a w Słowach światłości to historia panny Davar staje się elementem kluczowym. Doszło do pewnych zawirowań politycznych, ktoś awansował, ktoś się przemieszcza i w ten oto niezgrabny sposób ułożę sobie fundament pod kolejne akapity.

Przez dobrze czterysta, pięćset stron wierzyłam, że Sanderson dołączy do szlachetnego grona autorów, którzy drugi tom napisali lepszy niż początek i niestety, tak się nie stało. Rozpoczęłam z wielkim entuzjazmem, zdecydowanie adekwatnym do tego, co dostałam w czasie lektury Drogi królów i przez dość długi czas było dobrze. Cierpliwie brnęłam przez kolejne rozdziały nawet specjalnie nie czując znużenia lekturą, w dodatku sądząc, że skoro już na początku rozciągniętym do połowy tomiszcza dzieją się TAKIE rzeczy, dalej będzie jeszcze lepiej, bardziej i trochę się przejechałam.

Brandon Sanderson stworzył niesamowity świat, choć jego niezwykłość zasadza się głównie na systemie magicznym i źródłach niesamowitych umiejętności niektórych bohaterów. Sam motyw Odprysków, walki z użyciem tej niesamowitej broni robią ogromne wrażenie w czasie lektury i jest to jedna z największych zalet ABŚ. Osobiście bardzo zwracam uwagę na kwestie walk, fragmentów batalistycznych i na tym gruncie Sanderson sprawuje się bardzo przyzwoicie. Niewątpliwie na uwagę zasługuje też cała otoczka związana z Odpryskami, postawy, zdobywanie, pojedynki i unikatowość tych Ostrzy.

Niestety w tym, co stworzył Sanderson brakuje mi trochę dopracowania scenerii. Akcja toczy się na Strzaskanych Równinach w przeważającej części i jest to miejsce tak strasznie nudne, że za nic w świecie nie chciałabym się tam znaleźć. Co więcej, do żadnego innego miejsca w Rosharze nie chciałabym się teleportować, bo to mało ciekawe. Owszem, ze konkretnymi miejscami wiążą się zawiłości historyczne, pojawia się dokładnie jeden opis miejsca potencjalnie interesującego, a wszystko to, co w pierwszym tomie wyglądało na oryginalne i zachęcało do skupienia akcji w konkretnym właśnie miejscu, zniknęło. Co z tego, że Shallan łazi i chce wszystko rysować, skoro na tych jej szkicach nie pojawiło by się zbyt wiele godnych uwagi obiektów? Religia, mitologia, historia Rosharu - jak najbardziej na plus. Bezpłciowość miejscówek trochę dobija, bo co z tego, że napisano mi, że mostowi weszli do obóz Dalinara, skoro nie potrafię w głowie wymyślić niczego związanego z tym miejscem. Jedynie ten kulejący aspekt ratuje trochę motyw rozpadlin, ale i tak nie wielka to pociecha.

Kaladin to jedna z najlepiej stworzonych postaci, jakie spotkałam i to nie tylko na kartach ABŚ. Uwielbiam go, pomimo faktu, że jest raczej ponurakiem i nie pała entuzjazmem w zasadzie do nikogo. Świetnie, z punktu widzenia Kaladina została pokazana niejednoznaczność postaci, w przypadku tego bohatera chodzi mi o postrzeganie jasnookich uchodzących za stan wyższy w świecie Sandersona. Zdarzało mi się nie raz wahać podczas oceny konkretnych działań przypuszczonych przez bohaterów i nawet w kulminacyjnych momentach nie wiedziałam, czy mam kibicować jasnookiemu czy pozwolić na to, by poległ. Szczerze powiedziawszy ta kwestia pozostała do rozstrzygnięcia, bo fakt, że pewnych jasnookich darzę sympatią nie oznacza, że nie pamiętam, co mają za uszami.

Ogromny mam problem ze stylem. Ciężko stwierdzić, czy zawinił autor, czy tłumacz i pewnie nigdy się nie dowiem, bo na heroizm jakim byłoby czytanie w oryginale się nie wysilę. Tak więc męczyłam się trochę podczas czytania, bo dziwnie została ta książka napisana. Po prostu - niby bez wielkiej finezji, ale chwilami zwyczajnie nieprzystępnie. Do tego trafiło się kilka zdań na poziomie gimnazjalnym, np. opisów zakończonych sformułowaniem "i w ogóle".  Serio, nastolatki w liceum już nie kończą swoich wypowiedzi w ten sposób, a wyglądało to na zgrabną próbę wymigania od napisania się "itd". Ten przykład to trochę czepialstwo z mojej strony, ale warstwa językowa ABŚ utwierdza mnie w przekonaniu, że Brandon Sanderson jest pisarzem na przyzwoitym, ale na pewno nie wybitnym poziomie.

Wydaje mi się, że to, co tak bardzo zachwyciło w przypadku Drogi królów już tutaj nie zadziałało, bo nie wiele nowych rzeczy dowiadujemy się o świecie Rosharu. Duży plus na pewno należy się za odkrycie kilku tajemnic do tej pory niedostępnych Parshendich, ale ponadto nic nadzwyczajnego się nie pojawiło, nieco rozwinięto tylko zalążki z pierwszej części. Koniec końców, jestem w stanie Słowa światłości uznać za książkę dobrą, ale rozczarowującą w stosunku do tomu pierwszego, co jednak nie zniechęca mnie do poznawania twórczości autora. Po wybuchowym początku i zdecydowanie lepszej pierwszej połowie końcówka drugiej części jest nieco nierówna i męcząca. Niewątpliwie jednak to, co wydarzyło się na kartach drugiego tomu ABŚ zaowocuje emocjami w kolejnych częściach. Zastanawiam się, czy wytrwam do końca z tą serią, bo jak myślę o tym, że miałabym przeczytać dziesięć takich cegieł, w których nie wszystko gra idealnie, to trochę zgrzytam zębami, ale z drugiej strony - przecież trochę przyjdzie poczekać na kontynuację.

Miłośnikom fantasy polecam, a nawet zalecam Sandersona poznać, bo facet ma pomysł, tylko warsztat nieco kuleje. To taka trochę druga liga, bo nie porównywałabym go absolutnie do Tolkiena czy Martina. Sięgnąć warto, bo zapewnia trochę rozrywki i napięcia w kulminacyjnych momentach.

Moja ocena: 8/10

Tytuł oryginału: Words of radiance
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 953
Rok wydania: 2014 (oryginał), 2016 (II wydanie w Polsce)

Archiwum burzowego światła:
1. Droga królów < recenzja
2. Słowa światłości
3. Dawca przysięgi (w przygotowaniu)

Na marginesie - w tej części mniej było przemyśleń o charakterze egzystencjalnym, toteż zabrakło mi cytatów do umieszczenia w recenzji. Szkoda.
Ponadto polecam czytać na leżąco, najlepiej na brzuchu, bo tę cegłę ciężko utrzymać w powietrzu przez "50 stron", a w ciekwszych momentach lektura wymaga uwagi na około "100 stron". Rozważam zakup tomu trzeciego w e-booku, bo będzie wygodniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.