4 października 2014

Rzeczy niekształtne


Urban fantasy jest jednym z moich ulubionych gatunków. Gdy zainteresowałam się książką Marka del Franko i odkryłam podobieństwo do powieści z Feliksem Castorem w roli głównej stwierdziłam, że koniecznie muszę przeczytać Rzeczy niekształtne. Ale jak to bywa z moim apetytem na książki – zmienny jest, choć rodzaju męskiego. Niestety, książka musiała długo czekać w kolejce, aż w końcu się za nią zabrałam. I co z tego wynikło?

Connor Grey jest konsultantem do spraw zabójstw w bostońskiej dzielnicy Weird. Jego przyjaciel detektyw Murdock pracuje w policji i wraz z wcześniej wspomnianym dociera na miejsce zabójstwa wróżki. Morderca nie wpisał się w żaden znany schemat zbrodni, umieścił bowiem na ciele ofiary kamienie. Sprawca określony mianem „wtorkowego zabójcy” (na pewno nie domyślacie się, skąd ten przydomek...) nie próżnuje, a co za tym idzie, spędza sen z powiek Connorowi, Murdockowi i bostońskiej policji.

Główny bohater ma nieco dramatyczną przyszłość. Connor to były druid – były, bo w wyniku pewnych zdarzeń stracił swoją moc. Ma swoją mentorkę, która stara się pomóc mu odzyskać przynajmniej część esencji (bo tak zwą się magiczne umiejętności stworzeń z gatunku fata). W tym miejscu należałoby wspomnieć o gronie bohaterów, jakim poczęstował nas autor. Przyjaciele Conora – Murdoc, którego nie polubiłam i Briallen, mentorka byłego druida, której postać bardzo mi się spodobała. Właśnie za to kocham urban fantasy – autorzy nie ograniczają się do jednego gatunku i możemy być świadkami międzygatunkowych spotkań integracyjnych. A przynajmniej z zamierzeniem integracyjnego charakteru zbiegowiska...

Connor, nie po to doprowadzałam się do wycieńczenia, ratując go i lecząc ciebie, żebyś teraz zanudził mnie na śmierć.

Murdoc, jak na połowę niepokonalnego, jak twierdzi okładka, duetu był marnym kompanem. Może to ideologiczna antypatia do policji przeze mnie właśnie przemawia, ale... Po prostu nie. Murdoc niczym się specjalnym nie wyróżniał, poza możliwością pochwalenia się liczną, religijną rodziną. Był postacią papierową i w żadnym fragmencie nie potrafiłam odczuć, że faktycznie to najlepszy kumpel Connora. Gdy sam bohater o tym wspominał, byłam skłonna uwierzyć mu na słowo, ale nie przekładało się to na potwierdzenie w działaniach Murdocka.

Od strony kryminalnej Mark del Franco dał całkiem niezły popis, przynajmniej w kwestii wizualnej. Bo sprawcy morderstw poniekąd się domyślałam, później okazało się, że był to współudziałowiec, ale co tam. Autor do końca na łatwiznę nie poszedł, bo trochę Connor miał z kombinowaniem, żeby odkryć z kim tak naprawdę musi walczyć, ale nie była to skrzętnie dopracowana intryga, która spowodowałaby kontakt pierwszego stopnia szczęki z podłogą.

Do stylu autora nie można mieć zastrzeżeń. Pisze poprawnie, ale zwróciłabym uwagę na tłumaczenie. Na język polski bowiem przełożył Rzeczy niekształtne Jarosław Grzędowicz. Znamy nazwisko? No, coś się obiło o uszy chyba... Z pewnych około książkowych mądrości wiem, że praca tłumacza i jej waga jest porównywalna z pracą samego autora, bo przecież oddanie sensu wypowiedzi to jedno, a zachowanie klimatu powieści i stylu autora. Dlatego też bardzo lubię chodzić na spotkania z tłumaczami na konwentach, na których bywam. Podziwiam ich pracę i zdolności językowe.

To co zwróciło moją uwagę w powieści to wykorzystanie kamieni. Pod tym kątem autor wszystko dopracował, bardzo fajnie czytało mi się o zastosowaniu równego rodzaju kryształów. Ich udział w zbrodniach też budził ciekawość. Może po prostu nie miałam za bardzo do czynienia z takim wątkiem w książkach fantasy, ale z mojego punktu widzenia obecność tych elementów wypadła rewelacyjnie.

Świat fata, czyli chochlików, elfów, wróżek i druidów nie do końca mnie niestety wciągnął. Nie uważam, żeby były to stworzenia nudne, ale jednak nieprzemawiają do mnie tak, jak nie owijające w bawełnę wilkołaki, czy wampiry. W dodatku elfy wolę w wersji tolkienowskiej i chyba tylko ta jedna mnie zadowalała. Widocznie w mojej świadomości w świcie urban fantasy te baśniowe stworzonka figurują jednak na drugim planie...

Rzeczy niekształtne mają swoje mankamenty i lepsze momenty, ale w ogólnym rozrachunku wypadają pozytywnie. Była to całkiem dobra książka, choć autorowi potknięcia się zdarzały. Nie mniej jednak lektura nie zobowiązywała i mogłam ją w każdym momencie odłożyć. Fajny czasoumilacz, ale nic co wbijałoby w fotel, zmuszało do głębokich przemyśleń i powodowało zarywanie nocek. Niemniej polecam jako coś lżejszego, ale nie banalną powieść napisaną na kolanie.

Moja ocena: 7/10

Autor: Marc del Franco
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 382
Rok wydania: oryginał: ?, 2011 rok w Polsce

Przeczytane w ramach wyzwań: Z półki, Przeczytam tyle, ile mam wrostu (+3,1 cm)

4 komentarze:

  1. Nie czytałam, nie znam autora, jednak przekonałaś się do zapoznania z tą lekturą. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Też pierwszy raz o niej słyszę, ale ciekawie połączone są tu różne "wymiary", a chochliki i wszelkiego rodzaju elfy uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoja miłość do policji mnie urzekła. :P
    Pierwszy raz słyszę o tej książce i powiem szczerze, że nie jestem zaciekawiona. Może tematyka podpadająca pod moje wybujałe gusta, aczkolwiek stwierdzam, iż to nie to.

    OdpowiedzUsuń
  4. Urban fantasy z druidami?! o.0 To brzmi świetnie, niemniej jednak biorą pod uwagę Twoją opinię, raczej nie rzucę się na tę książkę. Zapamiętam jednak tytuł i będę miała go na oku. A nóż trafię na jakąś promocje, a wtedy już nie będę się długo zastanawiać tylko sama sprawdzę tę historię :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.