30 maja 2015

Błękitny księżyc Część II

 Ta recenzja będzie zapowiedzią. Zapowiedzią okresu czytania mało ambitnych i niewymagających powieści, które można machnąć w pół dnia. Czemuż to? Bo robi się gorąco na uczelni i trzeba większość wolnego czasu (śmiech na sali) poświęcić na pisanie różnego rodzaju konspektów, notatek, spisów bibliograficznych i innych tworów świadczących o tym, że studenci jednak czytają lektury zadane przez prowadzących. Szczególnie ci studenci, którzy milczą na zajęciach. Mniejsza z tym, przejdźmy do moich odczuć na temat drugiej części Błękitnego księżyca.

Fabryka słów podzieliła powieść jednotomową na części dwie, z racji czego książka zaczyna się rozdziałem szóstym. Muszę przyznać, że nie wiele pamiętałam z lektury poprzedniej połówki i trochę ciężko było mi się wkręcić na powrót w świat Leśnego królestwa. Niemniej jednak prosty styl powieści i łatwi do zapamiętania bohaterowie pozwoliły mi przegonić moją amnezję.

Nie będę zbyt szczegółowo przybliżała fabuły, bo jakby nie było, jest to połowa książki i mogłabym komuś niechcący zepsuć przyjemność z czytania pierwszej części. Rzeknę tylko ogólnikowo, że zrobiło się dość problematycznie, a główny bohater, walczący o zdobycie uznania jako drugi, młodszy syn króla znajduje się nie tam, gdzie jest potrzebny. Leśne królestwo staje w obliczu zagrożenia, jakim są dla niego hordy demonów, a wśród dworskiej świty niecne plany snuje nie jeden intrygant,

Na pozór książka wydaje się całkowicie sensowną powieścią, jednak z dopracowaniem pewnych elementów Simon R. Green trochę zawiódł. Styl pisania autora jest banalny, a niektóre motywacje bohaterów niestety mnie nie przekonywały. Spodziewałam się jednak takiego stanu rzeczy, pamiętając poziom, jaki prezentowała pierwsza część Błękitnego księżyca. Jest to książka z gatunku fantasy raczej podrzędnego, ale nie wywołującego nadmiernych ilości zgrzytania zębami.

Żeby nie było - lektura nie wywołała we mnie nadmiaru negatywnych uczuć. Określiłabym to jako efekt bez fajerwerków. Ale czy one zawsze muszą się pojawiać? Czasem warto sięgnąć po coś prostego i niewymagającego, żeby po prostu się odmóżdżyć. A odmóżdżanie prze czytanie jest chyba najlepszym wyjściem - nasza wyobraźnia nadal działa i pomimo pewnych mankamentów możeby choć na chwilę oderwać się od codzienności przy czymś, czego nie można zakwalifikować do górnolotnych lektur. Zresztą, czytam w chwili obecnej takie ilości literatury naukowej, że proste książki to przyjemna odmiana dla mojego mózgu. Nie byłabym w stanie sięgnąć po cegłę epickiego fantasy - nie poświęcałabym mu odpowiedniej ilości uwagi, nie potrafiłabym się wczytać, a jeżeli już, to nie chciałabym się odrywać od książki wtedy, gdy będę musiała. I książka by na tym cierpiała i ja. Dzięki lekturze Błękitnego księżyca dotarł do mnie sens kupowania "zapychaczy", którego wcześniej nie zauważałam, choć z powodzeniem takowe zapychacze kupowałam.

Poza tym mamy tu kilka elementów komizmu i bohaterkę, która nie daje sobie w kasze dmuchać. Mowa o Julii, która zdecydowanie nie ma zamiaru zostać kolejną damą dworu przerażoną na myśl o krwi tryskającej z przeoranych pazurami klatek piersiowych rycerzy walczących z demonami. 

- [...] Poza tym, czemu wszystkie suknie są białe?
- Bo ten kolor symbolizuje niewinności i czystość oblubienicy - wyjaśnił król chłodno.
- Aha - zamyśliła się Julia, wpatrując z uwagę w szatę. - To ja poproszę w innym kolorze.

Polubiłam też postać Arcymaga - nieokrzesanego przyjaciela króla Johna, którego przeszłość wiąże się z postacią władcy i jego żony. Postać ma też słabość do alkoholu i generalnie jest fajnym dopełnieniem tego na poły dziwnego na poły niezorganizowanego dworu w Leśnym królestwie. Za to sam król John był dla mnie postacią tak nieciekawą i niegodną swojego stanowiska, że zwyczajnie nie chciało mi się czytać fragmentów z jego udziałem. Aż dziwne, że wśród intrygantów tak długo utrzymał się przy władzy.

W kwestii magicznych zwierząt mogę jedynie wspomnieć o jednorożcu, który był jednym z moich ulubieńców. Nie dlatego, że kocham konie, ale dlatego, że między Rupertem i właśnie nim zawiązała się piękna przyjaźń. Dwóch kompanów zdolnych do poświęceń i zawsze się wspierających. Sympatyczny obraz.

Błękitny księżyc nie był książką wybitną ani nawet specjalnie zachwycającą, ale przyjemną, prostą w odbiorze lekturą. Zabrakło mi trochę opisów miejsc, którymi mogłabym się zachwycać no i oczywiście lepszego dopracowania kreacji postaci. Gdyby autor lepiej popracował nad warsztatem, wyszłaby z tego niezła książka fantasy, przy której możnaby się świetnie bawić. Po inne powieści Simona R. Greena już raczej nie sięgnę, ale Błękitny księżyc będę wspominała bez fali irytacji i nienawiści względem niektórych pomysłów autora.

Moja ocena: 6/10

Cytat pochodzi z książki.

Autor: Simon R. Green
Wydawnictwo: Fabryka słów
Ilość stron: 360
Rok wydania: 1989 (oryginał), 2009 (W Polsce)

Do wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (+ 2,7 cm)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.