18 kwietnia 2016

Władcy dinozaurów

W czasach dzieciństwa interesowałam się różnymi dziwnymi rzeczami. Chciałam zostać strażakiem, fascynowały mnie skoki narciarskie, a przy tym jazda konna wydaje się jednym z najmniej dziwnych odpałów. Oprócz tego wyżej wymienionego niesamowicie ciekawiły mnie dinozaury i prehistoria. Dostawałam na różne okazje na przemian zabawki związane z końmi albo z dinozaurami właśnie. To dziwne hobby pozostało, przynajmniej szczątkowo do dziś i gdy tylko zobaczyłam wśród zapowiedzi informację o tym, że ukażą się u nas Władcy dinozaurów stwierdziłam, że zamówię ją jak tylko będzie dostępna. Równie szybko zabrałam się do czytania.

Rozpoczynając lekturę nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. Autor co prawda, jak głosi notka na skrzydełku, nie jest debiutantem, ale nie oznacza to oczywiście, że z marszu zafunduje mi doskonałą lekturę. Widniejące na górze okładki martinowskie słowa uznania dla Milána ani mnie nie zraziły ani też nie zachęciły, również nie one przyczyniły się do sięgnięcia po książkę. Autor postanowił zaprosić nas do świata, w którym dworzanie snują swoje intrygi, damy dworskie plotkują, a możnowładcy korzystają ze swojej potęgi, by buntować się przeciwko cesarzowi. Victor Milán decyduje się na stworzenie kontynentu kształtem przypominającym głowę Tyranozaurusa Rexa, natomiast przy nadawaniu nazw poszczególnym krajom posłużył się tymi rzeczywistymi, znajdującymi się w Europie i tym sposobem akcja zostaje zakotwiczona w Spanii. Już na samym początku jesteśmy świadkami krwawej bitwy, w której buntownicy stają przeciwko siłom cesarskim. Pomimo tego, że zapoznawanie się z nowym światem jest na niezbyt zaawansowanym etapie w przypadku tego fragmentu książki, to od razu uwagę zwraca fakt, że autor postarał się o naprawdę porywające opisy bitew. Przyznam, że pierwsze kilkadziesiąt stron było dla mnie ciężkich do przebrnięcia, ale przyjemność z lektury tak świetnych fragemntów batalistycznych napawała mnie optymizmem co do dalszego przebijania się przez książkę.

Nauczyłeś mnie, że prawda zawsze jest piękna, bez względu na to, jak brzmi.

Victor Milán posługuje się bardzo nietypowym językiem, momentami wymagającym naprawdę dużego skupienia, a nawet pomocy wyszukiwarki internetowej. Nie wiem, czy jest to kwestia tłumaczenia (swoją drogą, tłumaczem jest Michał Jakuszewski, który przełożył Pieśń Lodu i Ognia), ale nie sądzę, bo to tekst autora musiał wymagać użycia słów typu "treliaż", czy też "mantylka". I tak, po nieco trudnej lekturze wymagającej przyzwyczajenia się do stylu autora jestem mądrzejsza o słowa takie ja "arbalet", "morion" czy też wspomniany "treliaż". Co nie zmienia faktu, że początki były trudne i momentami bałam się, że za bardzo mnie książka wymęczy.

Na wschodzie powiadają, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż człowiek, który żyje tak, jakby już był martwy.

Po Raju, świecie, w którym została osadzona historia poruszamy się dzięki czwórce głównych bohaterów. Są to Melodiá (cesarska córka), Jaume (kochanek oraz cesarski generał), Rob Korrigan (poskramiacz dinozaurów) i Karyl Bogomirsky (były wojewoda). W zasadzie ciężko mi było wybrać faworyta przez pierwsze rozdziały, bo żaden z bohaterów nie wyróżniał się szczególnie niczym, dzięki czemu mogłabym go polubić. Pod koniec lektury stwierdziłam, że moim faworytem jest Jaume, wyróżniający się z wymienionej czwórki rozwagą, dojrzałością i zdecydowaniem w działaniu. Natomiast cesarska księżniczka okazała się słabo wykreowaną żeńską postacią, co w sumie mnie nie dziwi, bo trafić na dobrze napisane bohaterki jest ciężko. Melodiá nie grzeszyła inteligencją, a poza tym przez reprezentowała cechy, których nienawidzę u kobiet. Strzelała fochy, obrażając na Jaume tylko o fakt, że musiał spełniać cesarskie rozkazy (MUSIAŁ. Rozkazy były CESARSKIE. To trochę ważniejsze od nadąsanej panienki, która nie wie czego chce). Na szczęście w przypływie odrobiny samokrytycyzmu Melodiá stwierdziła, że jest głupią nie powiem kim (bo raczej nie przeklinam w recenzjach), czemu z ochotą przyklasnęłam, choć stosunku do niej nie zmieniłam. Co więcej, jej niezliczona świta też mnie denerwowała, a jedynie młodsza siostra Montserrat wzbudzała jako takie pozytywne wrażenie.
Postacią, która jako tako do mnie przemówiła był najemnik i wspomniany wyżej poskramiacz dinozaurów - Rob Korrigan. Bohater lubiący zgrywać cwaniaka, ale równocześnie oddany opiekun jaszczurów i właściciel Małej Nell, przedstawicielki jednego z łagodniejszych gatunków dinozaurów. Natomiast jego kompan, Bogomirsky, okazał się postacią tak niezrozumiałą dla mnie, w sensie, że jego motywy zostały słabo zarysowane, że koniec końców ani mnie mierził, ani grzał, że się posłużę metaforą.

Wszystko to, co napisałam składa się na obraz przeciętnej, nie zbyt porywającej powieści, czas więc przejść do bardzo konkretnych plusów, jakie odnalazłam w Władcach dinozaurów. Po pierwsze, same dinozaury. Nie są one jedynie uzupełnieniem świata, w którym toczące się wydarzenia nie mają zbyt wiele związku z tymi stworzeniami. Victor Milán postarał się przy dopracowywaniu tego aspektu książki. Na początku każdego rozdziału została umieszczona notka dotycząca jednego gatunku dinozaura, wraz z jej nazwą łacińską i nazwą stosowaną w książce. Na chybił trafił sprawdziłam kilka z tych gatunków, wpisując je w wyszukiwarkę i wszystko się zgadzało, co świadczy o tym, że Victor Milán czerpał z zasobów współczesnej nauki. Co więcej, opisy tych stworzeń naprawdę mnie uwiodły. Jawiły się jako potężne, majestatyczne bestie, budzące grozę w bitwie i dodające całej powieści patosu. Co więcej, wpisywały się doskonale w kulturę choćby takiej Spanii, bo bohaterowie co rusz porównywali na przykład różne dźwięki do tonów wydawanych przez dinozaury, a na uczcie nosili maski upodabniające ich do konkretnych  gatunków. To było naprawdę świetne i podczas czytania odnosiłam wrażenie, że dinozaury są integralną częścią tego świata, że bez nich nie istniałby w żadnym wypadku.

Już dawno temu przekonałem się, że jeśli człowiek chce coś osiągnąć, musi zacząć od punktu, w którym się znajduje. Albo czekać całą wieczność na właściwy moment, który nigdy nie nadejdzie.

Kolejną bardzo ważną zaletą książki są wyżej już nadmienione sceny batalistyczne. Zostały opisane bardzo krwawo i brutalnie, w takim stopniu, że momentami aż się wzdrygałam. To jest to, za co bardzo sobie cenię fantasy, to czego oczekuję od tego gatunku. Ciekawe sceny bitew to podstawa, a gdy dostałam taki fragment już na samym początku książki wiedziałam, że autor przynajmniej na tym gruncie mnie nie zawiedzie. Poza tym bohaterowie, przynajmniej niektórzy są twardymi realistami. Ruszą do walki z przerażeniem, świadomością, że będą musieli zabijać i goryczą na myśl o tym, że ucierpią nie tylko ludzie, ale i zwierzęta. Podkreślają ten smutny i jakże nieodłączny aspekt wszystkich batalii, równocześnie pozostając dobrymi żołnierzami. A bitew jest wiele i żadna nie odstaje poziomem od ogółu.

W lekkie zdziwienie wprawiły mnie bardzo konkretne kopie nazw zastosowanych przez autora, a które spotkałam już w Pieśni Lodu i Ognia. Co prawda Zębaty tron można wybaczyć, bo w fantastyce wiele jest różnorodnych tronów (istnieją przecież Kroniki Nieciosanego Tronu, a i Szklany tron gdzieś tam się przewijał), ale na przykład trochę się skrzywiłam na wzmiankę o bitwie w Szepczącym lesie albo statku o nazwie "Melisandre". Co więcej gwiazda wśród intrygantów nosi nazwisko "Pająk" i o ile dwie nazwy mogły być dziełem przypadku, to trzy już niekoniecznie. Dlaczego nie krzyczę, że ktoś tu brzydko ściąga od Martina? Wymienione przeze mnie aspekty są epizodyczne (no dobra, bitwa w Szepczącym lesie nie), a w podziękowaniach Milán wymienia Martina. Natomiast Martin poleca Milána i trochę mało prawdopodobne wydaje mi się, żeby ktokolwiek polecał plagiat własnego dzieła. Owszem, nie do końca mi to leży, ale niech już będzie, większe zbrodnie w literaturze widziałam, a i wątki w powieści Milána nie sprawiają wrażenie wyjętych żywcem z Westeros.


Taka mała... scenografia do lektury.
Władcy dinozaurów to książka oddalona od ideału, ale posiadające bardzo mocne strony i oryginalny motyw wykorzystujący prehistoryczne stworzenia, które można uznać za bliższe rzeczywistości smoki. Styl autora wymaga przyzwyczajenia się do niego, ale tą niewygodę może wynagrodzić późniejsze ukazanie świetnie napisanych starć między armiami uzbrojonymi w dinozaury. Świat co prawda wymaga lekkiego dopracowania, przynajmniej na gruncie bohaterów, ale nie są to wady mocno uprzykrzające lekturę. Generalnie Władcy dinozaurów to dosyć dobra książka, przekazująca pewne prawdy i niepozbawiona głębszego znaczenia, której kontynuacji zamierzam wypatrywać.

Moja ocena: 7/10

Tytuł oryginału: The Dinosaur Lords
Autor: Victor Milán
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 551
Rok wydania: 2015 (oryginał), 2016 (w Polsce)

Seria Władcy dinozaurów:
1. Władcy dinozaurów
2. The Dinosaur Knights
3. The Dinosaur Princess
4. ?
5. ?
6. ?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.