25 kwietnia 2016

Zew krwi


Książka przeznaczona dla osób dorosłych. Recenzja w sumie też.

Wilkołaki to motyw obecny w literaturze już od dawna u wyjątków mi bliski. Kojarzy mi się z uosobieniem dzikości, wolności i w dodatku, zwykle owiany jest aurą tajemnicy i niepokoju. Widząc opis Zewu krwi i wzmianki o zespole metalowym stwierdziłam, że koniecznie muszę książkę przeczytać, bo autorka całkiem nieźle wstrzeliła się w mój gust. Nie spodziewałam się wybitnej lektury, ale nie spodziewałam się również tego, co zafundowała autorka.

Głównym bohaterem jest Skinner Cade, student z hrabstwa Choctaw, który z powodu śmierci matki dowiaduje się o tym, że został adoptowany. Chłopak postanawia zgłębić tajemnicę swojego pochodzenia i rusza w tym celu do Arkansas.

Nancy A. Collins postawiła na trochę dziwną koncepcję książki, bo, że się tak wyrażę, największe zamieszanie i krwawe jatki dostajemy na samym początku. Owszem, zagubiony bohater ma prawo do popełniania błędów przy próbach zapanowania nad chaosem, który na niego spada, ale nie jest to zabieg korzystny dla czytelnika, który oczekuje stopniowego dawkowania napięcia i niepewności wzmagającej się z każdym rozdziałem. W Zewie krwi może nie jest to główną wadą, ale trochę ciężko się w takim porządku odnaleźć. Nie oznacza to, że wszystkiego dowiadujemy się na wstępie, a potem nie ma już powodów, by wyczekiwać końca lektury, ale nie zmienia to faktu, że podczas lektury czułam się trochę nieswojo.

Zew krwi promowany jako horror oprócz intensywnego rozlewu krwi oferuje zdecydowanie przesycenie elementu, który mocno eksponuje brak wyczucia autorki w aranżacji scenerii horroru. O czym mowa? O wysuwającej się już na pierwszy plan sferze seksualnej i różnych jej aspektach. Nie uważam się za osobę przewrażliwioną, nie pierwszy raz trafiła mi się książka z ostrzej zarysowanym podłożem erotycznym, nigdy na mym licu w czasie lektury rumieniec nie zakwitł, ale cholera, łapałam się momentami za głowę i traciłam szacunek do swego gustu czytelniczego przewracając kolejne strony, a w głowie miałam "Kurwa, co ja czytam?". Na tym polu autorka stanowczo przesadziła, pakując wszędzie niepotrzebne wzmianki czy też fragmenty o gwałtach, samogwałtach i próbach spółkowania w granicach przyzwoitości. Zbyt często zwracała uwagę na to co, kto, komu i gdzie i gdzieś pod koniec pierwszej połowy tej cienkiej książeczki zaczynałam się nudzić. Kolejnym etapem był niesmak, bo ileż można o tym seksie (i jego pochodnych, szczególnie w takiej postaci) pisać. Co więcej, nielicznym jest w Zewie krwi grono bohaterów, którzy nie zostaliby kiedyś tam przez kogoś zgwałceni. Ja rozumiem, że to jest książka o wilkołakach, że jest to aspekt, w którym objawia się dzikość i pierwotność, ale, tutaj gorący apel, nie należy używać tylko tego rodzaju do eksponowania tego zezwierzęcenia.

Gdyby nie wyżej opisana wada byłabym skłonna przyznać, że to całkiem zadowalająca książka. A jednak nie mam zamiaru wystawiać jej najniższej oceny, bo pojawiły się dwa wątki, które jakoś zrównoważyły te przykre doświadczenia związane z nieokiełznanym popędem... wszystkich. Mowa o kilku scenach w więzieniu, które bardzo dobrze ukazywały specyfikę i bezwzględność atmosfery tam panującej. Kolejną zaletą jest przewijający się od początku do końca motyw Indian, który jest w literaturze raczej rzadkim, a jakże przeze mnie cenionym. W dodatku często łączony jest z samymi postaciami wilkołaków i wprowadza aurę takiej nietypowej tajemniczości. Ogniska, totemy, wierzenia... To mi do gustu przypadło i żałuję, że nie zostało jeszcze bardziej uwydatnione. Ale lepsze to, niż nic.

W kwestii bohaterów śmiem twierdzić, że nie są do końca bezbarwni, bo wzbudzali we mnie pewne emocje. Sam Skinner okazał się zagubionym młodzieńcem, który jednak potrafił od czasu do czasu zdobyć się na odrobinę refleksji i nie podążać ślepo za tymi, którzy próbowali dyktować mu, co ma robić. Spośród członków wcześniej wspominanej kapeli metalowej nie wyłapałam żadnej ciekawej postaci, bo zespół składał się z czterech wilkołaków i jednej samicy tego gatunku, w dodatku nimfomanki. W miarę interesującą bohaterką okazała się natomiast Znachorka, kobieta, która pomogła matce Skinnera go urodzić i która skrywała swoje sekrety.

Z perspektywy kilku dni, które minęły od zakończenia Zewu krwi jestem w stanie śmiać się z tej książki, ale jej nie polecam. Co prawda da się znaleźć przeciwwagę do zbyt gorliwie zarysowanego życia erotycznego wszystkich bohaterów, ale nie są to wystarczająco mocne punkty, żeby uznać powieść za chociażby poprawną. Jak ktoś ma ochotę na zdecydowanie nie naukową lekturę zwyczajów godowych wilkołaków to nie bronię czytać, ale naprawdę, można czas przeznaczony na Zew krwi spożytkować dużo lepiej.

Moja ocena: 5,5/10 

Tytuł oryginału: Wild blood
Autor: Nancy A. Collins
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 259
Rok wydania: 1994 (oryginał), 2004 (w Polsce)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.