1 lipca 2015

Łotr

Tradycją już moją osobistą stanie się chyba, że wakacje będę rozpoczynała lekturą książki spod pióra Trudi Canavan. Dwa lata temu rozpoczynałam Trylogię Czarnego Maga, a rok temu czytałam jej finał. Teraz przyszła pora na powieści o Lorkinie, choć w moim mniemaniu fakt, że te trzy książki (czyli te dwie, które już przeczytałam i ta jedna, która jeszcze przede mną) są osobną trylogią wynika tylko z nazwy. Ale wszystko po kolei, najpierw może bez spoilerów nakreślmy sobie sytuację.

Sonea ma problemy w Gildii (bo Sonea nawet jak nie ma problemów, to ma problemy, ale spoko, lubię ją...), Lorkin za granicą na gigancie też ma problemy ze Zdrajcami (na wypadek, gdyby nazwa trylogii tego nie sugerowała, a Dannyl, też na emigracji w trochę lepszej sytuacji ogólnej zmaga się z problemami sercowymi i pragnie nowych źródeł wiedzy. Ale oprócz bohaterów dobrze znanych nam z poprzedniego tomu jak i z Trylogii Czarnego Maga pojawiają się dwie nowicjuszki i kombinują coś, czego nie powinni adepci kyraliańkiej gildii magów kombinować. Cały ten bałagan to tylko pozornie zagmatwana sprawa, bo Canavan nigdy przesadnie nie plątała w swoich książkach. No chyba, że w przypadku czegoś, co plątania nie wymagało.

W pierwszych dwóch akapitach, które napisałam da się wyczuć nutkę ironii i pocisku pod adresem autorki. Stworzyłam wizję nie do końca odpowiadającą moim odczuciom, choć paradoksalnie prawdziwą. Traktuję w tej chwili Canavan jak kumpelę, która robi coś, co jest możliwe do przewidzenia i to po całości. Od czasu Nowicjuszki nie spodziewałam się niespodziewanych zagrywek ze strony autorki i właściwie rzecz biorąc dobrze zrobiłam. Bo Canavan snuje swoje powieści dosyć wydeptanymi już ścieżkami, a jednak udaje jej się nie zanudzić mnie do reszty i jeszcze zachęcić do sięgnięcia po jej inne książki. Nawet jak wiem, że dostanę w nich nie wiele świeżości i sporo przerobionych już motywów.

W kwestii bohaterów - do Lorkina nie odczuwam niczego pozytywnego, ale negatywnych emocji również do niego nie żywię. Jego wątek dobrze obrazuje to, co dzieje się poza granicami do bólu konserwatywnej Kyralii. Jego współtowarzysze to również miła odmiana od zwracających się do siebie per "Mistrzu" i poginających w swoich kolorowych szatach magów z Gildii. Zdrajcy są niezłą ekipą i jeżeli w następnej części nadejdzie jakaś wielka bitwa (ale nie pięciu armii), to będę po stronie Zdrajców. Za kolejny plus uznałabym sympatię, jaką wzbudziła we mnie królowa Zdrajców. Zarala okazała się kobietą w podeszłym wieku, ale z wigorem i tajemnicami łączącymi ją z postacią Akkarina.
Co do dobrze znanych nam z poprzednich książek postaci - Dannyl "wyblakł", tak jak już o tym pisałam w recenzji poprzedniej części, ale jego pasja badawcza jest godna pozazdroszczenia. Jeżeli przy badaniach do pracy licencjackiej będę miała jakieś słabsze momenty, to pomyślę sobie: "Bądź jak Dannyl, zapragnij się tego dowiedzieć". Oby zadziałało!
Natomiast Sonea nadal jest tą samą bohaterką, którą znamy z przeszłości. W tym tomie pojawiają się nikłe naleciałości wątku miłosnego z jej udziałem, które dość szybko odchodzą w niebyt. W pewnym momencie miałam bodajże trzech kandydatów dla matki Lorkina, niestety dwóch już wypadło z gry. Nie mówię, że zmarło, to nie Gra o tron...
Wprowadzenie wątku Lilii i Naki wprowadziło do książki nieco świeżości i pomimo tego, że z początku Lilia mnie wkurzała, to potem, koniec końców jednak zmieniłam swoje nastawienie. A Naki zdobyła moje uznanie już na samym początku swoją krnąbrnością.

To o czym pisałam na początku - że jest to osobna Trylogia tylko z nazwy to efekt trzech wątków prowadzonych równomiernie. Żaden właściwie nie wysuwa się na pierwszy plan. Umniejsza to postać Lorkina (bo, jak mniemam, to on jest "zdrajcą". A przynajmniej jedynym kandydatem do tego stanowiska... to nie spoiler, to przypuszczenia) i właściwie rzecz biorąc czytając Łotra miałam wrażenie, że to po prostu piąty tom "Trylogii" Czarnego Maga. Gdyby Sonea odgrywała w tej serii mniej znaczącą rolę albo po prostu wydarzenia w powieści mocniej wiązały się z Lorkinem, byłoby lepiej. Poza tym, patrząc jednocześnie na trzy wątki ciężko stwierdzić, w jakim kierunku posunie się akcja w następnej części. Co prawda końcówka książki, jak na Canavan, jest mocna, ale to i tak nie pozwala wysuwać żadnych teorii. Nie jestem w stanie po prostu stwierdzić, kto okaże się czarnym koniem, a kto wielkim oszukanym. Jakie wielkie siły staną na przeciw siebie w Królowej Zdrajców też ciężko mi powiedzieć. I to w sumie dobrze, bo będzie ciekawie.

Wielkich emocji nie było, czym nie czułam się zaskoczona, a znane mi zagrywki ze strony Canavan potraktowałam jak powrót "do domu" na dobrze znane mi już obszary. Jest trochę uzależnienia, jest trochę trudnych tematów, a więc homoseksualizmu i rodzinnych problemów. Oprócz tego autorka rozwinęła motyw magicznych kamieni i zasada obowiązujących w wyższej magii, które bardzo mi przypadły do gustu. Podobały mi się te klasyczne, fantastyczne elementy i mogę powiedzieć jedno: więcej! Nawet w dwóch miejscach czułam się mocno zaskoczona, więc chętnie sięgnę po Królową Zdrajców.

Znajomość czarnej magii oznacza dla mnie więcej ograniczeń niż dla większości magów. Ale to zdecydowanie lepsze niż odosobnienie. Albo śmierć.

Jakby nie było, Trylogia Zdrajcy jest niezbyt ambitnym fantasy, które można przeczytać jak przerywnik między cięższymi powieściami. Miło spędziłam czas przy Łotrze i znając możliwości autorki śmiem twierdzić, że dobrze się spisała. Żałuję, że nie wykorzystała potencjału niektórych elementów, jak też nie nakreśliła bardziej różnorodnych i "żywych" postaci, ale mimo wszystko tym, co magiczne mnie zachwyciła. Podoba mi się klimat szkoły dla magów (motyw lubiany chyba przez większość książkoholików - szkoła) i egzotyki Sachaki. Nie narzekam na to, co dostałam, bo nie było zbyt dużo momentów, przy których trzebaby zgrzytać zębami. Canavan pisze mało ambitnie, ale przyjemnie, a jej książki szybko się czyta.

Moja ocena: 7,5/10

Autor: Trudi Canavan
Wydawnictwo: Galeria książki
Ilość stron: 570
Rok wydania: 2011 (oryginał i polskie wydanie)

Trylogia Zdrajcy:
1. Misja ambasadora < recenzja
2. Łotr
3. Królowa Zdrajców

Przeczytane w ramach wyzwania: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: + 3,5 cm

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi czytelniku, liczę na to, iż pozostawisz po sobie coś więcej niż tylko dwu wyrazowe stwierdzenie "Chyba przeczytam", albo "Brzmi ciekawie". Byłabym niezmiernie wdzięczna za lekkie wysilenie się co do treści zamieszczanej w komentarzu.
Z góry dziękuję za wszelkie opinie, nie tylko pozytywne, ale i krytyczne, jestem otwarta na sugestie i skłonna do podjęcia dyskusji.